Dziewice nocy albo anioły rodziny/Część czwarta/XVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Dziewice nocy albo anioły rodziny
Wydawca J. Breslauer
Data wyd. 1853
Druk Drukarnia J. Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Belles-de-nuit ou Les Anges de la famille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVI.
Dwóch Foblasów.

Hałas który przebudził Blankę, pochodził rzeczywiście z bramy, do któréj wybijano młotkiem u niéj zawieszonym, co sprawiało nieznośny łoskot.
Wybiła 5 na zegarze ś. Germana. Jest to chwila, w któréj odźwierni najsmaczniéj zasypiają przy swoich połowicach, marzec po roskosznym raju małéj posiadłości.
Nadaremnie stukano, uporczywe milczenie panowało w budce odźwiernego, lecz pomimo tego wybijający do drzwi, nie myśleli o odwrocie.
Byli to dwaj dorodni młodzieńcy zwinni i wykwintnie ubrani, którzy wyskoczyli z okałego pojazdu stojącego przed domem. Pojazd nie miał herbów na drzwiczkach, tylko dwie głoski B. M. Na koźle siedział murzyn w azjatyckim ubiorze, w tyle pojazdu był drugi zupełnie mu podobny.
Panowie Edward i Leon de S. Remy — były to nazwiska naszych awanturników — wybijali ciągle do bramy, za którą po pięciu minutach, odezwał się któś ospałym głosem:
— Mamo Gonel — czy wziął klucz z sobą lokator z piątego piętra?
— Tak papo Gonel.
— A więc to są hultaje którzy nam snu zazdroszczą...
To oznaczało, że p. Gonel kładł znowu na poduszkę swoją głowę opatrzoną ciepłą szlafmycą.
Nowe pukanie.
— Do kata! cóż to znaczy?... zobacz no Biszetko!
— Bądź tak grzeczny mnie wyręczyć...
— Czy chcesz żebym się kaszlu nabawił?
Znowu okropne kołatanie z towarzyszeniem wybijania nogami o bramę; czém przelękniona odźwierna wyskoczyła z łóżka, a wziąwszy miotłę na wszelki wypadek, wyszła do bramy.
— Kto tam? — zapytała opierając się o broń swoją.
— Margrabina Urgel — odpowiedział zwolna p. Edward de S. Remy.
— Patrzcie no... patrzcie... jak się to ludziom marzy... byłabym przysięgła że pani powróciła... i że stangret wołał... otworzyć...
— Otwórzże pani Gonel!
Odźwierna nakoniec usłuchała tego rozkazu.
— Oh! oh! — zawołała spostrzegłszy dwóch młodzieńców, którzy szybko za nią weszli i drzwiczki zamknęli — coż to ma znaczyć?...
Pan Leon przysunął swoją rumianą twarzyczkę do nosa odźwiernéj.
— Musimy ci się przyznać kochana pani — rzekł śmiejąc się — że żaden z nas nie jest margrabiną.
— Co za ton!
— Lecz jesteśmy jéj ścisłemi przyjaciółmi...
— Jéj stryjecznemi braćmi...
— Jéj mlecznemi braćmi.
— Ta, ta, ta — mówiła odźwierna — nigdy was nie widziałam moi panowie, i pani nie przyjmuje o téj godzinie... przyjdźcie późniéj...
— Czyś nas nigdy nie widziała?
— Cóż tam Biszetko? — zawołał odźwierny z budki.
— Posłuchaj nas — rzekł Leon — musimy się widziéć z margrabiny i to natychmiast.
— Niepodobna!
Pan Edward wydobył z kieszeni kilka luidorów i wsunął je do ryk odźwiernéj, a ta cofnęła się do latarki będącéj przy drzwiach budki. Gdyby to były drobne pieniądze, byłaby może opierała się dla pozoru, lecz odblask złota zmiękczył ją do tego stopnia, że upuściwszy miotłę, ukłoniła się niziutko.
— To jest... — rzekła — nie podobna... lecz zrozumiejmy się... Panowie wydajcie się uczciwemi łudźmy... i musieliście być tutaj, ponieważ mnie nazywacie po nazwisku.
— Cóż tam robisz Biszetko? — odezwał się małżonek.
— Śpij sobie!.. wprawdzie jest trochę za rano... lecz bliskich krewnych przyjmuje się w każdéj godzinie i być może iż pani się jeszcze nie położyła...
I weszła do budki ukłoniwszy się powtórnie.
Leon i Edward wstępowali na schody okraczając po kilka stopni na raz.
Zadzwonili. Teressa im otworzyła.
Pokojówka margrabiny rozebrała swoją panię i sama była w nocnym szlafroku.
Widok młodzieńców zadziwił ją równie jak odźwierny, lecz była to waleczna dziewczyna która nie traciła głowy dla takich drobnostek.
— Panowie się zapewne omylili — mówiła oświecając kolejno twarz Edwarda i Leona — i zapewne nie tutaj chcieli zadzwonić, nie prawdaż?
Dwaj młodzieńcy idąc po wschodach, poczynili niejakie odmiany w swych ubiorach.
Pomiętosili bowiem cienkie batystowe koszule których gorsy były widzialne, ich włosy były rozczochrane, i na głowach mieli kapelusze na bakier, po junacku.
Zamiast odpowiedzi, Edward postąpił kilka kroków chwiejąc się na nogach, a Leon rzekł głaszcząc podbródek pięknéj pokojówki:
— Wieczór dobry Lizetko!
— Nie Marysiu... nie omyliliśmy się bynajmniéj! — dodał Edward młynkując szpicrutą — nie... przyszliśmy odwiedzić twoją panię.
Obróciwszy się na napiętku, pocałował w szyję pokojówkę, która lubo znała się na żartach, lecz w téj chwili miała większą skłonność do gniewu jak do śmiechu.
— Ah!... moi panowie... czyście się spili czy téż poszaleli... Za kogóż to mnie uważacie?
— Co do mnie Maryniu — odpowiedział Edward — uważam ciebie za najpiękniejszą dziewczynę, jaką od tygodnia pocałowałem.
— A co do twéj pani Antosiu — dodał Leon — uważamy ją za to co jest... za najpiękniejszą z pięknych... najczarowniejszą z czarujących... idź nas oznajmić aniołku... Wice-hrabiego S. Remy sekretarza poselstwa... i kawalera de S. Remy, kamerjunkra dworu Króla Bawarskiego.
Teressa wzruszyła ramionami.
Niepodobna było zaniknąć im drzwi przed nosem. Nieprzyjaciel opanował stanowisko. Leon stał pomiędzy nią i drzwiami, wicehrabia Edward uwijał się za nią, i dopuszczał się zręcznych żarcików.
Biedna dziewczyna była w kłopocie z przyczyny lekkiego ubioru swego i lichtarza który w ręku trzymała.
Zaledwie mogła się obronić przeciw natarczywości wice-hrabiego i kawalera, popełniających tysiączne nadużycia przeciw jéj skromności.
Ile razy chciała się gniewać, Leon ujmował jéj podbródek śmiejąc się serdecznie, gdy Edward obejmował jéj zgrabną kibić.
— Ale to jest nieprzyzwoicie... — wołała — któż widział cóś podobnego... skończcie albo będę wołać...
I pomimo tego nie mogła się na prawdę rozgniewać.
Teressa była znawcą, jéj przeciwnicy byli prześliczni hultaje.
W całym okręgu szkolnym, gdzie wszyscy uczniowie byli jéj znani od stóp do głowy, nie było oczu podobnych do oczu pana kawalera; co się tyczé wice-hrabiego, Faublas mógłby być jego lokajem.
Obaj bracia obdarzeni byli wykwintnym i powabném obejściem, któremu się trudno było opierać. Wesołość ich była szczerą a szalone przedsięwzięcie nawet było im niejako do twarzy.
— Będziesz wołać!... — wykrzyknął pan Edward — Lizetko! czyliż to podobna!... niepokoić sąsiadów... poruszyć wszystkie złe języki od dołu do szóstego piętra... cóż ci zawiniła margrabina?
— Albo my Anielko?... — odezwał się Leon naśladując użalenie — przyszliśmy tutaj ażeby ci los zapewnić!... do kroćset djabłów, czyż wyglądamy na szubrawców!
— Jesteście podobni półgłówków, którzy zasługuję na to, ażeby spędzili resztę nocy na odwachu... a odwach jest ztąd blizko.
— Tylko przez ulicę! — zawołał wicehrabia — jakto Józiu.. już nam grozisz?.... nie wiesz kochanie żeśmy wieczerzali jak Bożkowie...
— Widać to! — przerwała pokojówka.
— Potwarz Maryniu... ja i mój brat, możemy wypić po 12 butelek szampana i niestracimy głowy... lecz już dość wyściskałem ciebie Lizetko... i czas już abyśmy rozsądnie pomówili...
— Odejdziecie sobie?
— Nieomylnie... — odpowiedział Edward.
— Ah!... — odezwała się Teressa odetchnąwszy.
— Odejdziemy — odpowiedział wice-hrabia — po złożeniu naszego uszanowania twojéj pięknej pani.
— Jeszcze...
— Zawsze... to jest niezmienne postanowienie... i za chwilę będziesz naszego zdania... ileż potrzeba pieniędzy dla zjednania ciebie aniołku?...
— Jabym miała przyjmować pieniądze... za co?
— Czy wolisz całusy?... Zgoda, dostaniesz pieniędzy a nadto uściskamy ciebie.
— Bezczelne trzpioty!... — wykrzyknęła Teressa.
Kawaler Leon stojący naprzeciw niéj, wydobył z kieszeni garść złota.
Teressa zarumieniwszy się odwróciła oczy.
Lecz jej wzrok padł na wice-hrabiego, który się złośliwie uśmiechał, trzymając także złoto w ręku.
— Jesteś teraz we dwa ognie wziętą moja piękna — rzekł — nie wiem jak się będziesz mogła dłużej opierać.
Teressa zapłoniona i uśmiechająca spoglądała kolejno na obu figlarzy, którzy brząkali złotem w dłoniach.
— Trzeba przyznać że to są chłopcy do odmalowania!.. i pani lubi pożartować... I cóż sobie myślicie moi panowie... że zdradzę moją panię za nikczemne złoto?
— Widać to z twojej buzi Lizetko! — przerwał kawaler.
— Odgadłem od razu że jesteś perły pokojówek.
To mówiąc wice-hrabia, ujął jej prawy rękę, gdy kawaler pochwycił lewą.
Teressa lekko zadrżała za dotknięciem złota.
— Gdybym była pewną... — pomruknęła.
— Czego moja pieścioszko? — odezwał się wice-hrabia — czy naszéj moralności?... znani jesteśmy za największych ladaco w Paryżu... widzisz więc, żeś się nie powinna obawiać.
Teressa zastanowiła się przez chwilę. Potém postawiwszy lichtarz na stole, zdjęła zwolna nocny czepek, schowawszy złoto do kieszeni.
Edward i Leon spoglądali na nią z zadziwieniem.
Rozwiązała włosy, które w nieładzie spadały na ramiona.
— Jeżeli się nie mylę — rzekł wice-hrabia — Lizetka jest zachwycającą filutką.
Teressa zamiast odpowiedzieć, zdarła parę haftek ze swego kaftanika i rozdarła jeden rękaw od dołu do ramienia; poczém spojrzała śmiało na dwóch młodzieńców.
— Obaczemy czy jesteście ladaco moi panowie...
Zanim zdążyli jej odpowiedziéć, pobiegła do pokoju swéj pani wołając o pomoc.
Pomimo że kawaler i wice-hrabia byli bardzo młodzi, zdaje się że dość dobrze znali kobiety. Nie zmieszani bynajmniej dorozumieli się sceny, jaką pokojówka odegrać miała.
— Naprzód! — zawołał Edward — Marysia winna nas była oznajmić... lecz osadziła nas godnemi, ażebyśmy sami oznajmili przybycie nasze.
Poskoczyli więc za pokojówką i dotarli aż do sypialni pani margrabiny.
Teressa krzyczała drżąc jak listek.
Lola niespodzianie pochwycona, była rzeczywiście przelęknioną.
— Cóż się to znaczy? — zapytała pokojówki, gdy ta wbiegła do jej pokoju.
— Oh Pani! — odezwała się Teressa łkającym głosem — jakież to potępieńcy... zdaje mi się że umieram...
W téj chwili ukazały się we drzwiach powabne główki młodzieńców.
Lola zabierała się do spoczynku, widok młodych ludzi ukoił jéj trwogę, gdyż się obawiała innego niebezpieczeństwa. Pomimo tego wydała okrzyk i zarzuciła szlafroczek na obnażone ramiona jak strwożone niewiniątko.
Teressa wyrzekała, usiłując zemdleć.
Edward i Leon weszli zamknąwszy drzwi na zasuwkę.
— Mości panowie... to jest niegodny postępek... ja was nie znam....
— Mój Boże, mój Boże! — przerwała Teressa — to są djabły wcielone. — i upadła na fotel.
Edward i Leon pozostali przy, drzwiach. Ukłoniwszy się z uszanowaniem przybliżyli się o parę kroków.
— Racz nam pani przebaczyć — odezwał się Edward udając wzruszenie.
— Przebaczyć panom...
— Jesteśmy bardziej winnymi jak pani sobie wyobrażać możesz... dostaliśmy się przemocą do tego domu... udawaliśmy pijanych ażeby mieć pozór dopuszczenia się gwałtu względem tej dziewczyny.
— Hultaje, nie pili szampana — pomyśliła Teressa chłodząc się chustką: — nie są to już dzieci.
— Odgrażaliśmy jej — dodał Edward — bylibyśmy może ją zabili, gdyby się nam była dłużej opierała...
— Mój Boże, mój Boże!... ledwie się z ich rąk wydostałam.
— Jakież są zamiary panów? — wyjąkała margrabina.
— Bardzo proste...przedewszystkim racz zauważyć, że jesteśmy pomiarkowani o ile być można przy zachwycającéj damie... nie spędziliśmy nocy na rozpuście... cośmy sobie przyrzekli, musiemy tego dopełnić, i nic w święcie nie może stawić oporu zamiarom naszym...
Lola pomimo spuszczonych oczu, przypatrywała się im ukradkiem. Młodzieńcy byli dorodni jak amorki i ten wypadek nie zupełnie ją gniewał. Pomimo tego jakieś powątpiewanie zrodziło się w jej umyśle; jej wspomnienia ożywiały się i zdawało się jéj, że te twarze były jej znane, lecz nie potrafiła sobie zdać sprawy gdzie i kiedy.
Dwaj bracia stali przed nią. Kawaler spuścił duże oczy, wice-hrabia zaś wyzywał ją ognistym wzrokiem.
Ostatni odezwał się:
— Pojmujesz pani margrabino, że w położeniu w jakim się oba znajdujemy, musieliśmy się pozbyć wszelkiego wahania i obawy... oba kochamy ciebie miłością niepohamowaną i bezwzględną... jeden z nas musi być szczęśliwym... i przyszliśmy prosić ciebie, ażebyś wybór uczyniła.
Margrabina uśmiechnęła się szyderczo.
— Proszę pani — odezwał się Edward z uszanowaniem — proszę pani ażebyś raczyła zauważyć moje wyrażenie, powiedziałem bowiem „musi być”...
— To się znaczy, że moja wola nie będzie stanowczą w tém wszystkiém.
— Przeciwnie pani... miałem już zaszczyt powiedzieć pani, że możesz jednego z nas wybrać.
— Jesteście szaleni! — odezwała się sucho Lola — proszę się oddalić!..
Wice-hrabia popchnął fotel do margrabiny i pocałowawszy końce jej paluszków, przyniewolił ją niejako ażeby usiadła.
— To nie jest ostatnie słowo pani — rzekł zachowując ton proszący — jesteśmy bogaci, młodzi, szlachetnie urodzeni...
— Cóż to wszystko znaczy? — odezwał się Leon, który dotąd nic nie mówił — kochamy panią... kochamy bardzo... całe moje życie poświęciłbym u nóg twych jak niewolnik.
— Oh! ten na złą drogę wchodzi — pomyślała Terssa — drugi jest daleko silniejszy.
Edward spojrzał na brata z zazdrością.
— Czyliż ty myślisz że lepiéj kochasz odemnie!... jeżeli wspomnę o moim majątku i nazwisku, to dla tego, żeby je złożyć u stóp twoich pani — pragnąłbym podwoić, potroić mój sto-tysięczny dochód, ażebyś była potężną jak bogini i żeby twoja najmniejsza wola, stanowiła prawa dla świata.
— Otóż to co się nazywa mówić — pomyślała Teressa — jestem pewną że ten zrobi interes.
Oblicze Loli które się widocznie łagodziło, obiecywało rzeczywiście tę nadzieję. Z tém wszystkiém nie wypadało poddać się od razu, i należało zachować, honory wojskowe.
Lola zmieniła taktykę i zaczynała się uśmiechać.
— Przyznać muszę, że zakład był trudnym do wygrania, i jak na wiek panów, wywiązaliście się bardzo przyzwoicie... przyjaciele wasi oczekuje zapewne na dole, ażeby wam powinszować powodzenia... powróćcie do nich... jak na dziś to dosyć... lecz jestem ciekawą o ile też był zakład?..
— Zakład?... na honor pani...
Margrabina podniosła się.
— Nie chcę ażebyście panowie łamali słowo honoru; przyszliście tutaj w zamiarze pozyskania moich względów i powiodło się panom... tylko szkoda, że obaj zarówno umieliście się mi podobać... i w tak ważnéj rzeczy, potrzeba czasu, ażebym mogła wybór uczynić.
Wice-hrabia i kawaler spojrzeli na siebie ukradkiem. Był to dla nich pocisk nie tak łatwy do odparcia.
— Nie sądźcie ażebym żartowała — mówiła daléj margrabina z powabnym uśmiechem — możecie panowie powrócić jutro... pojutrze... kiedy się wam spodoba... mój dom zawsze będzie dla was otwarty.
Bracia milczeli.
— Jakto?... czyliż jestem zbytecznie wymagającą, żądając kilkugodzinnéj zwłoki?
— Nasza miłość...
— Wiemy o tém... wasza miłość jest gwałtowną, niepohamowany, niezrównany... lecz jestem śpiącą i błagam was zlitujcie się nademną.
Rzecz inny obrot przybierała. Teressa zauważyła, że bracia zaczynali tracić korzystne położenie.
Edward odezwał się po chwili:
— Pani... widoczném jest, że powinniśmy uklęknąć przed tobą i podziękować ci... lecz cóż chcesz... jesteśmy zepsutemi dziećmi... postanowiliśmy... przebacz po tysiąc razy pani margrabino, że ośmielam się to wyznać — że jeden z nas nie wyjdzie dzisiaj z twego sypialnego pokoju... bądź co bądź, tak się stać musi!...
Lola brwi zmarszczyła.
— A więc nie chcecie mi być posłusznymi?
— Błagamy panią o przebaczenie na klęczkach.
Lola postąpiła krok do kominka.
— Muszę więc skończyć na tém, od czego powinnam była zacząć — szepnęła — wezwę moich ludzi...
Nasi dwaj Foblasowie nie strwożyli się bynajmniéj, przeciwnie zdawali się być zadowoleni z tego obrotu rzeczy; zaledwie pohamować mogli zwycięzki uśmiech igrający na ich ustach.
Jednym skokiem Edward stanął pomiędzy kominkiem i margrabiną.
Lola chciała się koniecznie tam dostać. Wice-hrabia zamiast ją zatrzymywać, postąpił podług rad przez mistrzów zalecanych w tych okolicznościach: pochwyciwszy nożyczki przeciął sznurek od dzwonka.
— Do mnie Teresso!...
— Oh! — odezwał się Leon — Marysia nie nazywa się Krystyną.
Gdy pokojówka chciała pobiedz na obronę pani, pochwycił ją w pół.
Rozpoczęła się walka. Kawaler Leon nie odznaczał się siłą, gdyż Teressa już brała nad nim górę; byłby niezawodnie pokonanym, gdyby nie pośrednictwo wice-hrabiego który się przybliżył do walczących z taśmą od dzwonka.
— Dam ci 20 luidorów, jeżeli się pozwolisz skrępować — szepnął do ucha Teressie.
Teressa przestała się opierać i zaczęła wydawać przeraźliwe jęki, gdy tymczasem wicehrabia związywał jéj ręce i nogi.
— Ah! — mówiła Teressa płacząc — moja pani... moja biedna pani...
Lola rzuciła się na krzesło w ponętnéj postawie, udając nagłe osłabienie.
Gdy wice-hrabia i kawaler powrócili do niéj zawiązawszy fularem usta Teressie, margrabina zwróciła na nich swoje piękne oczy omdlewające.
— Jestem na waszéj łasce... miejcie litość nademną panowie...
Kawaler i wice-hrabia nie kwapili się korzystać ze swego zwycięztwa. Przysunąwszy krzesła, zasiedli naprzeciw biednéj margrabiny.
Lecz uśmiechali się.
— Uspokój się pani — przemówił Edward — teraz kiedy twoja pokojówka nie może ciebie bronić ani uciec dla przywołania pomocy, nie masz przyczyny nas się obawiać.
Wice-hrabia zatrzymał się i zdawał wahać kreśląc laseczką po podłodze; minka jego poprzednio tak swobodnie wesoła, objawiała obecnie niejakie pomieszanie.
— To co nam pozostaje powiedziéć pani, jest bardzo delikatnym — mówił daléj — lecz nie możemy dłużéj ukrywać... Przyszliśmy tutaj w innym zamiarze...
Lola zadrżała zlekka rzuciwszy spojrzenie przez przymknięte powieki, lecz nic nie odpowiedziała.
Wice-hrabia wahał się cięgle.
— Jak uważam — odezwał się kawaler — mój brat jest zbyt nieśmiałym... ja zaś po prostu rzecz wyłożę... masz pani u siebie młoda dziewczynę, która nas obu mocno zajmuje...
Margrabina nie dozwoliła mu dokończyć, a zapomniawszy o spazmach i osłabieniu które udawała, powstała.
— Ah! — przemówiła ze ściśniętemi ustami — a więc to nie do mnie przychodzicie?...
Leon podniósł się także gwałtownie jakby puścił wodze długo tamowanego gniewu.
Wice-hrabia zmusił go ażeby usiadł.
— Pani — odezwał się spoglądając na okno przez które przenikał brzask zorzy porannéj — czas nagli i należy nam skończyć... ta młoda panienka o któréj mój brat wspomniał, nie może u pani pozostawać... przyjechaliśmy ją zabrać z sobą...
Teraz nie chodziło już o miłosne utarczki mniéj więcéj śmiałe lub niedorzeczne. Margrabina domyślała się podstępu. Dotąd udawała trwogę, jéj gniew równie jak bojaźń były zmyślone, lecz obecnie zatrwożyła się i gniewała rzeczywiście. Była bardzo bladą; jéj czarne brwi ściągały się z zaciętością, a spojrzenie które najprzód zwróciła na skrępowaną Teressę, skierowało się na podłogę.
— Chciéj nam pani od powiedzie — odezwał się wice-hrabia odzyskując krew zimną — czy nam pani wydasz dobrowolnie tę panienkę?...
— Nie! — odpowiedziała Lola z cicha.
— Zastanów się pani — zawołał Leon — jeżeli dobrowolnie nie uczynisz zadość żądaniom naszym, użyjemy przemocy.
Margrabina usiłowała się uśmiechnąć.
— To są dziecinne igraszki moi panowie.. związaliście moją pokojówkę i obcięli taśmę od dzwonka... Podobne środki udają się tylko w starych romansach usypiających... niech tylko głos podniosę, przebudzę sąsiadów i zobaczemy co z tego wyniknie.
— Toby mogło nastąpić wprawdzie — odpowiedział obojętnie Edward — lecz ręczę pani, że nie podniesiesz głosu. Sięgnąwszy za surdut wyjął krucicę, brat jego podobnież miał w ręku pistolecik.
Teressa wytrzeszczała oczy w kącie. W chwili gdy scena zmieniła się tak niespodzianie, usiłowała oswobodzić się z więzów swoich; lecz okazało się, że wice-hrabia i kawaler niby żartami, skrępowali ją po mistrzowsku.
Na widok pistoletów Lola wzruszyła ramionami.
— Przeciwko kobiecie!... — odezwała się z wzgardą.
— Nie jest to bardzo szlachetnie... przyznaję — odpowiedział wice-hrabia — lecz konieczność praw nie uznaje.
Lola stała, gdy dwaj bracia siedzieli. Miała głowę spuszczoną i można było mniemać, iż ma zamiar kapitulowania; lecz rzecz się miała przeciwnie, myślała bowiem o ucieczce.
— Gdybym się mogła za drzwi wysunąć — szeptała do siebie — zabezpieczyłabym Blankę.
Jéj podejrzenia bowiem nie sięgały nad pozory: podług niéj, młodzieńcy zmienili tylko cel żądań swoich i zamiast jéj, zapragnęli Blanki, lecz zawsze chodziło tylko o wyprawę miłosną.
Myśl która się zrodziła w jéj umyśle na początku odwiedzin młodzieńców, zatarła się pośród gwałtownych wzruszeń, których następnie doznawała. Zapomniała nawet o tém.
W chwili gdy mogła wnosić, że oba bracia nie zwracają na nią baczności, jednym skokiem sunęła do drzwi prowadzących do innych pokoi.
Kawaler śledził ją wszakże i był dość zwrotnym i chyżym aby jednym skokiem stanąć pomiędzy nią i drzwiami.
Lola chciała krzyczéć, zatkał jéj usta ręką.
— Milcz pani — odezwał się wice-hrabia — albo biada tobie...
— Przecież mnie nie zabijecie — wołała Margrabina szarpiąc się — jesteście przecież mężczyznami..é
Kawaler parsknął śmiechem, i w tym wybuchu wesołości, głos jego który nie był udanym, teraz nie znamionował mężczyzny.
— Jeżeli tu jest ostatnia nadzieja pani — rzekł wice-hrabia — przykro mi że ją jej odjąć muszę... skromność pani być może nie dozwoliła jéj przypatrzéć nam się dokładnie... co do mnie, bądź pani pewną, że nie myślę jéj oszczędzać... spojrzyj...
Wice-hrabia odgarnął w tył włosy i obrócił twarz do lampy.
Lola opuściła ręce:
— Czy ja oszalałam! — przebąknęła — to Djana!...
Kawaler pochwyciwszy ją za ramiona, odwrócił do siebie.
— Teraz na mnie koléj, pani Lolo.... przypatrz mi się dobrze... moja siostra jest zbyt dobrą... być może iż ręka by jéj zadrżała... lecz ja mam rękę swobodną pod tém przebraniem... i jeżeli tylko zechce ci się krzyknąć... roztrzaskam ci czaszkę...
— Cyprjana! — poszepnęła margrabina gasnącym głosem — i ja ich nie poznałam...
Nie mogła spodziewać się od nich miłosierdzia.
Spoglądała z podejrzliwą trwogą na lufy pistoletów do niéj zwrócone. Nogi się pod nią zachwiały i tą razą zemdlała na prawdę.
W oka mgnieniu skrępowano jéj ręce i nogi.
— Gdzie jest pokój panny Penhoel? — zapytała Djana służącéj.
Teressa mając usta związane, pokazała oczami na drzwi, przez które siostry wyszły natychmiast.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W kilka minut potem pojazd z literami B. M. pędził cwałem, na koźle i w tyle siedzieli murzyni.
Téj nocy sen spokojnych mieszkańców ulicy św. Małgorzaty kilka razy był przerywanym.
Szyldwach będący na straży przed więzieniem wojskowym, wystąpił kilka kroków ze swojego stanowiska i wahając się z początku, zawołał po trzy kroć:
— Stój! stój! stój więźniu!...
Gdy uciekający biegł jeszcze chyżéj na te wezwania, żołnierz wymierzył broń i wypalił w powietrze, dla zastosowania się do przepisów służby, a w mgnieniu oka widać było we wszystkich oknach nocne czepki i szlafmyce wełniane.
— Pani Margrabina d’Urgel i jéj służąca Teressa, zmuszone były jedynie pozostać w pokoju dla wiadoméj nam przyczyny.
W téjże chwili patrol wyszedł z odwachu.
Przyczyną tego ruchu, była ucieczka biednego Wincentego Penhoela.
Wincenty skończył piłować kratę około 5 z rana, prawie w tym samym czasie, gdy pojazd naboba zatrzymał się przed bramą pani margrabiny.
Skoro tylko mógł wysunąć głowę przez kraty, spojrzał na dół, i spostrzegł jakąś czarną massę na bruku dziedzińca więzienia. Był to pies, którego czujność nigdy nie zawodzi.
Wincenty cofnąwszy się od okna, zrobił pasy ze swego siennika, gdyż trzeba było uciekać. Blanka była naprzeciwko, ona była cierpiącą i wzywała go.
Związawszy pasy, przytwierdził je do dwóch szczebli żelaznych osadzonych w futrynie okna, poczém spuścił się nie na sam dół, lecz do pierwszego piętra więzienia.
Za pierwszém szelestem, czarna massa leżąca na bruku, poruszyła się; brytan powstał na nogi, lecz nie szczekał, ograniczył się tylko na wyciu głuchym, jakby nie chciał zatrwożyć swéj zdobyczy. Czekał z otwartą paszczą i wywieszonym ozorem.
Wincenty widział wśród ciemności jego ślepie błyszczące czerwonym płomieniem, jak węgle przygaszone.
Brzask zorzy porannéj nie oświetlał jeszcze zacieśnionego budynkami dziedzińca, lecz zewnątrz można już było słabo rozeznać przedmioty.
Wincenty przesuwał się od jednego do drugiego okna, kalecząc sobie nogi i ręce; pomimo tego trzymał się mocno i nie tracił męztwa.
Potrzebował wiele czasu zanim się dostał do bramy wychodzącéj na ulicę św. Małgorzaty, a będącéj pomiędzy dwoma budynkami które się z sobą łączyły.
Wincenty położył się na szczycie dla wytchnięcia i chcąc zmierzyć wysokość, z jakiéj miał skoczyć. Spojrzał w około siebie. Szyldwach jeszcze go nie spostrzegł.
Rozpatrując się w miejscowości przystępów do więzienia, spostrzegł pojazd przed domem, w którym Blanka mieszkała.
Zaczynało świtać i można już było dostrzedz czarne twarze murzynów.
W innéj chwili, być może iżby ich poznał, gdyż ich postacie zwróciły jego uwagę na Erebie. lecz obecnie był czém inném zajęty. Zresztą zanim, się zastanowić zdołał, brama się otworzyła i dwaj młodzieńcy wynieśli kobietę zemdloną lub słabą.
Dusza Wincentego objawiła się w jego spojrzeniu, a z pierwszego rzutu oka, poznał Blankę. Co się tycze młodzieńców, tym się nawet nie przypatrzył.
Cierpliwy okrzyk wydobył się z jego piersi. Nie zważając na nic, zawiesił się oburącz na nagłowniku bramy i skoczył na chodnik w chwili, gdy turkot odjeżdżającego pojazdu pokrył krzyk jego i stłumił słuch szyldwacha, który usłyszał tylko spadnięcie więźnia i dla zadość uczynienia obowiązkom służby, wypalił do niego z karabina.
Wincenty biegł w trop za pojazdem, który zawracał się na ulicę Erfurcką; konie Berrego Montalt pędziły z szybkością wiatru; lecz namiętność podżegała Wincentego, który chciał doścignąć pojazd.
Biegł ledwo dysząc, czoło jego było potém oblane. Wzywał po imieniu Blankę i wydawał okrzyki rozpaczy.
W chwili gdy Bóg udarował go wolnością, miałże ją stracić na zawsze?
Pojazd przejechał przez most królewski. Wincenty biegł co tchu, lecz siły go opuszczały.
Nakoniec przy zakręcie ulicy Marini, pojazd znikł mu z oczu.
Jeszcze jednakże dążył przez chwilę bez celu i myśli, wreszcie padł znużony na chłodną ziemię.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: anonimowy.