Dziewice nocy albo anioły rodziny/Część druga/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Dziewice nocy albo anioły rodziny
Wydawca J. Breslauer
Data wyd. 1853
Druk Drukarnia J. Kaczanowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Belles-de-nuit ou Les Anges de la famille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.
Pod wieżą młodszego.

Cyprjana i Djana wyszedłszy z pokoju Blanki, spieszyły w milczeniu przez kurytarze pałacowe. Nie było najlżejszego powiewu wiatru, albowiem oświetlenie ogrodu utrzymywało się w równym stopniu. Z okien galeryi, można było widzieć długie smugi światła odznaczające chodniki i okręg bardziéj jaśniejęcy salonu trawnikowego.
W tym kierunku słychać było jakby dźwięk rądli dziurawych, tłumiony krzykiem przeraźliwym i szalonym. Był to śpiew panny Heloizy Babouin przy towarzyszeniu gitary.
Zdawałoby się słysząc te cudowne wykrzykniki, że się cóś okropnego wydarzyło, lecz córki Jana nie mogły się omylić w tym względzie, znając aż nazbyt głosik najmłodszéj i najskromniejszéj z trzech gracyj.
Zamiast usłuchać zlecenia pani, ażeby powróciły tańczyć, zeszły ze schodów prowadzących na dziedziniec. Domownicy byli na folwarku, w kuchni i w przedsionku nie było nikogo. Djana i Cyprjana wyszły z zamku nie postrzeżone, przez bramę wychodzącą na jedyną drogę, po której pojazdy jeździć mogły, a wiodącej do Portu-Kruczego. Ta droga wiła się wężykowato dla uniknienia spadzistości.
Dziewice szły najprzód ścieszką około grubego gotyckiego muru, dotykającego z jednej strony do wieży zwanéj młodszego, a z drugiej, tarassu ogrodowego.
Postępowały zwolna zatopione w rozmyślaniu.
Myślały o tém co zaszło w pokoju Blanki. Nie raz to już dostrzegły oznaki rozpaczy Marty, lecz to co słyszały i widziały przed chwilę, było zupełnie odmienne; poprzednio bowiem zdarzało się im widzieć panię milczącą, łzami zalaną, lecz spokojną, umiarkowaną; jakaż różnica od tych nagłych uniesień obłąkania, któremu towarzyszyły namiętne wyrażenia.
Cóż znaczyły te wyrażenia? Cóż się mieściło w głębi tajemniczej rozpaczy, której pozornym przedmiotem nie mógł być stan niebezpieczny Blanki, ani blizki upadek domu Penhoela?
Przez chwilę Djana i Cyprjana mniemały że ten gwałtowny wybuch do nich się odnosił.
Pani bowiem przyciskała je do serca, wymawiając niezrozumiałe słowa.
Biedne dziewice, błagające codziennie na klęczkach o lekką oznakę przychylności, sądziły przez chwilę, że są równie kochane jak Blanka.
Lecz to trwało tylko chwilkę. Po namiętnym uścisku który ich złączył na łonie drgającém Marty, jakiż oziębły uśmiech i cierpka nastąpiła obojętność. Lubo przywykłe do tego, zdawało się im jednak tą rażą, że oddaliła je od siebie z niejaką wzgardą.
Cóż z tąd wnosić? Cyprjana nadaremnie siliła swój umysł. Djana nawet pomimo swjé wrodzonéj trafności i bystrości pojmowania rzeczy, nie mogła uchylić zasłony.
Czasami zdawało się jéj że odgadła tajemnicę, lecz to było nieprawdopodobném i niepojętém. Cóż wnosić? nic, niestety! tylko to, że pani oprócz widocznych cierpień fizycznych dręczona była tajoną rozpacą, która niepodobną była do ukojenia.
Szły opuściwszy główki, ich ręce pomimowolnie się złączyły i lubo nic do siebie nie mówiły, ich myśli odpowiadały sobie.
W chwili gdy dochodziły do części dawnych warowni tworzących podnóże tarassu zatrzymały się obie jednocześnie.
Zaczęły się przysłuchiwać.
Głosy dawały się słyszéć na tarassie i kilka słów doszło do ich uszu.
Podniosły głowy. Wyskok muru ukrywał przed ich wzrokiem oświetlenie ogrodu, lecz tysięczne ognie płonące wzdłuż chodników, wydawały odblask w gęstéj i ciężkiéj atmosferze. Za czarném pasmem tarassu widziéć się dawała łóna.
Na tle téj łóny Cyprjana i Djana dostrzegły dwie głowy dobrze im znane. Był to Stefan i Roger, którzy rozmawiali.
W rozmowie téj imiona córek Jana często były przez nich wspominane. Djana i Ćyprjana nie mogły pochwycie wątku rozmowy, lecz usłyszawszy swoje imiona, pozostały w miejscu.
Dziewice w ich wieku, częstokroć lada drobnostka odwrócić może od najważniejszych zatrudnień.
Podsłuchując przypadkowo zdawało się że odzyskiwały wrodzoną wesołość. Gdy Roger mówił, uśmiech igrał na pięknych usteczkach Cyprjąny; gdy zaś Stefan się odzywał powabne oblicze Djany wyjaśniało się nawzajem.
Obie kochały, być może bardziéj jak same mniemały o tém.
Słuchały od niejakiego czasu usiłując pochwycić urywki wyrażeń dosłyszanych, gdy w tém Roger i Stefan oparli się na balustradzie tarassu.
Dziewice przybliżyły się do muru ukrywając się w zaroślach ciernistych i z tego nowego stanowiska nie będąc widzialne mogły słyszéć rozmawiających.
Gdy Stefan oznajmił że odjedzie do Paryża, okrzyk bolesnego zadziwienia wydobył się z piersi Djany.
Ten okrzyk dosłyszany przez Stefana i Rogera, którzy się przechylili po nad balustradę, lecz już obie dziewice zniknęły w zaroślach.
Djana biegła cięgnie za sobą siostrę i zdawało się, że dążą pilno do jakiegoś miejsca.
A jednakże nie wiedziały dokąd spieszy.
Cyprjana szła za siostrą w milczeniu.
W kilka minut stanęły przy końcu starożytnego muru pod wieżę młodszego, któréj uwieńczenie szczytu górowało nad ich głowami.
Djana zatrzymała się zdyszana. Podniósłszy rękę do pałającego czoła, następnie do bijącego serca, szepnęła:
— Czyś słyszała?
— Słyszałam — odpowiedziała Cyprjana — biedna siostro...
Chciała pochwycić jéj rękę. Djana rzuciła się z płaczem w jéj objęcia.
— Jutro!... — mówiła z płaczem — za kilka godzin, ujrzę go po raz ostatni... Oh! czyliż można widziéć do jakiego stopnia miłość nami powoduje... wczoraj byłabym się może roześmiała gdyby kto mówił o jego odjeździe, a dziś...
— Jeżeli mu powiesz żeby został... to zostanie.
Djana umilkła. Przez chwilę siostry pozostawały w swych objęciach, poczém Djana nagle powstała i otarłszy oczy, rzekła:
— Nie, nie... nie zatrzymam go... nieszczęścia nas otaczają... te nieszczęścia są naszém udziałem; ponieważ walczymy dla rodziny Penhoelów, dla czegóż mamy je ściągać na tych, których kochamy... niech odjeżdża.... bogdajby o mnie mógł zapomniéć.... a jeżeli Bóg wysłucha próśb moich, będzie szczęśliwym.
Gdy to mówiła, jej piękna główka pochyliła się ku piersiom, a w jéj głosie przebijał się głęboki smutek. Dziś dopiero po raz pierwszy uczuła, że mimowolnie jéj serce oddało się wyłącznie miłości.
Cyprjana również pomyślała że Roger może i ją opuścić, i z téj przyczyny nadaremnie szukała słów, któremiby siostrę pocieszyć mogła.
Djana przerwała pierwsza milczenie; jéj głos był zmieniony, a poważna wytrwałość zastąpiła poprzedni smutek.
— Nie powinnyśmy się zajmować sobą rzekła — Stefan jest młodym i pracowitym... przyszłość jest dla niego otwarty, niech mu Bóg dopomaga... Do nas należy bronić i opiekować się słabemi... myślmy o Penchoelu, i spieszmy się... bo coś mi powiada, że się zbliża godzina stanowcza.
Cyprjana przycisnęła rękę siostry do serca swego.
— Ty go kochasz jednakże — szepnęła — wynajdźmy jaki środek ażeby go zatrzymać.
— Wynajdźmy środék ocalenia domu Penhoela — odpowiedziała Djana wznosząc oczy do nieba z ukorzeniem anielskiém — szukajmy sposobu ocalenia Pani i Blanki!
W téj chwili stanęły na szczycie pagórka. Ku wschodowi za wieżą ciągnęły się opoki spuszczające się do trzęsawisk. Pomiędzy tą spadzistością i drogą ciągnącą się wzdłuż muru strażnica na wpół zniszczona służąca do obrony podziemnego wychodu, przytykała do fundamentów wieży. W tmé miejscu stranica ta, otoczoną była gęstemi krzewinami które ją zupełnie ukrywały.
Ponieważ widok był przepyszny z tego wyniosłego stanowiska, splantowano ziemie pod kasztanami i ułożono ławkę z darniny.
Starzy wieśniacy przypominali sobie, że kommandor Penhoel lubił bardzo to miejsce i że częstokroć widywali go w czasie pięknych letnich wieczorów, jak postępował po stroméj drodze wsparty na ramieniu swego syna Ludwika który był jego ulubieńcem.
Wspomnienie o kommandorze Penhoelu było czczono jak świętego i dla tego corocznie, gdy wycinali drzewa, szanowali zawsze kasztany stojące przed strażnicą. Te kasztany stały się z czasem ogromnemi drzewami, których pnie grube wznosiły się znacznie nad wieńcem zielonym otaczającym ich konary.
Od śmierci kommandora, syn jego, dzisiejszy właściciel Penhoelu, zdawał się obawiać wszystkiego co przypominało minione czasy. Ani razu być może nie zwiedził tego miejsca, w którém przedstawiłyby się mu połączone wizerunki zmarłego ojca i nieobecnego brata. Przejście prowadzące od drogi do ławki z darniny, niknęło przez pół ukryte pod gęstwiną krzaków.
Nawzajem, można było dostrzedz inne przejście w przeciwległym kierunku, wiodące do małéj ścieszki, pionowo wijącéj się od brzegu wody.
Wieża wznosiła się bezpośrednio nad chatą Benedykta Haligana. On to wydeptał tę ścieżkę pomiędzy krzakami, przychodząc codziennie modlić się w miejscu niegdyś ulubionym pana jego.
Benedykt napawał się tém wszystkim co lubił: naturą okazałą i ponurą, wspomnieniami smutnemi i myślami o śmierci.
Obecnie gdy choroba i wiek przykuwały go do tapczanu, najmocniej żałował godziny, którą zwykł spędzać poprzednio co wieczór klęcząc pod wieżą.
Cyprjana i Djana usiadły na ławie z darniny.
— Bóg mi jest świadkiem — mówiła Cyprjana — że nie pomyślałam nigdy ażeby się cofnąć... lecz jesteśmy zbyt słabe moja biedna siostro, a oni zbyt przemożni... przez chwilę sądziłam, że się zatrwożą wieścią o powrocie naszego stryja Ludwika... Przywiązanie powszechne do niego wstrzymało ich, wahali się przez kilka dni....niestety! nasz stryj nie wrócił i zapomnieli o swej obronie... cóż teraz poczęć... wyczerpałyśmy wszelkie środki! Usiłowania nasze mogły opóźnić cios zagrażający Penhoelowi... lecz w miarę jak niweczyłyśmy broń gotową do uderzenia, nowy oręż wydobyty został bo inne zasadzki zastawiano... z resztą czyliż dwie biedne dziewczęta zdolne są bronić człowieka obojętnego na ciosy swych nieprzyjaciół.
— To zręczni ludzie — odpowiedziała Djana z goryczą — najprzód zatruli jego serce i oślepili rozsądek... następnie odjęli mu władzę... co wieczór zasadzają go do gry, pomiędzy tą istotą bez duszy, którą kocha szalenie... i flaszką wódki która mu do reszty odejmuje rozum!... Ci podli ludzie skupiają się przy téj łatwéj zdobyczy... Oh! gdy widzę czerwieniejące czoło Penhoela, oko jego gasnące i gdy słyszę głos drżący gdy tassuje karty szulerskie, zdaje mi się że sprawiedliwość Boska nas opuściła.
— Gdy to widzę wykrzyknęła z gwałtownością Cyprjana — zdaje mi się że gdybym była mężczyznę, mniejby już było nikczemników przy zielonym stoliku... dla czegóż nasz brat Wincenty opuścił pałac....
— Jeżeli nasz brat jest szczęśliwym — odpowiedziała Djana — to chwała Bogu! Czyliż nie dosyć jest tutaj nieszczęśliwych... moja siostro, lepiéj że same walczemy... i gdybyśmy potrzebowały silnych dłoni i serc mężnych, czyliżbyśmy nie miały Stefana i Rogera?
Cyprjana opuściła głowę.
— Tak... tak — poszepnęła — lepiéj że jesteśmy same... Stefan i Roger chcieliby otwarcie występie w szranki, a my wiemy, że w takim razie, ci ludzie nie wąchaliby się popełnić morderstwo....
Pocałowawszy w czoło Djanę rzekła wesoło:
— Przebacz mi moja siostro... wiesz że jestem odważmy... pomimo że są chwile, w których bywam słabą.
— Wiem że masz serce pełne poświęcenia biedna Cyprjano — odpowiedziała Djana uścisnąwszy siostrę z macierzyńską tkliwością — przekonaną jestem żeś gotowa narazić życie dla tych, których kochamy... Ty Jak młoda i piękna... ty, którabyś mogła być szczęśliwą z małżonkiem twojego wyboru... słuchaj!... mało pozostaje nadziei: odniesienia zwycięztwa... i to co obie robimy, jedna z nas mogłaby wykonać... gdybyś mnie kochała....
— Pozostawiłabym ciebie samą z temi przeklętemi ludźmi, nie prawdaż? — krzyknęła oburzona Cyprjana — usiłowałabym zamrużyć oczy ażeby nie widzieć twego konania!
— Czyliż nie dosyć jednéj ofiary?... — szepnęła Djana.
Cyprjana zamknęła jéj usta poruszeniem, w którem gniew i przywiązanie odznaczały się w równym stopniu.
— Jeżeli jedna ofiara jest dostateczną moja siostro — mówiła — Stefan odjeżdża, on ciebie kocha... dla czegóż nie mogłabyś mu towarzyszyć do Paryża?
Objęła kibić siostry.
— Nie... nie... — rzekła miarkując się — nie opuszczaj mnie... cóżbym bez ciebie robiła?..
lecz nie mów mi więcéj o ucieczce, gdy ty pozostajesz.
Djana przycisnęła ją do serca.
— Nie wspomnę o tém więcej, przebacz mi... bo kocham ciebie i byłabym wielce zadowoloną, gdybym cię widziała szczęśliwą... a przytém, może o tém nie wiesz, że rozpoczynają z nami walkę, jakbyśmy były mężczyznami... gdyby ciebie w przód zabili jak mnie...
— Mnie? — zapytała Cyprjana.
— Wczoraj, w naszym pokoju — mówiła Djana — zamknęłam ci usta w chwili, gdyś mi chciała opowiadać coś w wieczór robiła... ja także nie zdałam ci sprawy z mych czynności... bo widzisz nasz pokój nie jest pewnym... szpiegują nas... i na korytarzu prowadzącym do pokojów, spostrzegłam Błażeja, który za nami ścigał jak cień.
— Uważając że zachowujesz milcznie — odezwała się Cyprjana — sądziłam że ci się nie powiodło.
— Przeciwnie... p. Hivain był w swoim gabinecie... zdaje mi się że wiem w któréj szufladzie są papiery, które mogą zgubić Penhoela.
Trzeba więc dziś powrócić na nasze stanowisko gdyż wiem że nalegają natarczywie na Penhoela, i że zaledwie przez jeden dzień będzie się mógł im opierać.
— Powrócę rzekła Djana.
— Nie ty! — zawołała z żywością Cyprjana — na mnie dziś kolej.
— Ponieważ wiem gdzie są papiery.
Cyprjana oparłszy twarz na ramieniu siostry, odezwała się zcicha:
— Czyliż sądzisz żem ciebie nie zrozumiała?... tam grozi niebezpieczeństwo większe jak zwykle nas otaczające i chceszże sama się narazić na niego... ty za nas obie pracujesz umysłowo... w téj wojnie którą prowadzimy, jestem tylko żołnierzem, ty zaś dowódcą... pozwól mi zatem przynajmniéj walczyć.
Główka Djany pochylona w zadumaniu, podniosła się w téj chwili, a na twarzy i w głosie przebijała się zwykła wesołość.
— Niech i tak będzie mój mały żołnierzu... wyślę cię dzisiaj na zwiady do nieprzyjacielskiego obozu... wiem żeś odważna jak lew, lecz winnam ostrzedz ciebie, że wczoraj twój biedny kapitan był narażony na żywe natarcie w potyczce, na którą ty się dziś chcesz narazić... nie przesadzasz nic mówiąc o walce... téj nocy strzelono do mnie dwa razy, i konia ubito podemną.
Cyprjana drgnęła w objęciach siostry, lecz to nie pochodziło z trwogi.
Przeciwnie, porywcze serce dziewicy wzmogło się na to nowe niebezpieczeństwo.
— I ty chciałaś sama powrócić? — zawołała.
Poczém dodała z żywością:
— Czy wiesz?... wezmę pistolety Rogera, ty zaś weź Stefana, a podli którzy do ciebie dali ognia, będę się mieli zpyszna!
Djana uśmiechnęła się; lecz po chwili wzruszyła głowę i tak daléj mówiła poważnym głosem:
— W tego rodzaju walkach, nie odniosłybyśmy zwycięztwa... nam tylko potrzeba zręczności i Boskiéj pomocy.
Cyprjana nic nie odpowiedziała, lecz widocznym było, że z przykrością przychodziło jéj wyrzec się przyjemności strzelania z pistoletu.
— A ty! — zapytała Djana — coś wczoraj robiła?
— To, co codziennie z kolei na nas przypada. Udawałam widmo... przemówiłam głosem grobowym do Penhoela: że dobry duch czuwa nad nim i że należało opierać się mężnie.. Lecz Penhoel jest sił pozbawiony... on drży tylko i zatyka uszy... potrzeba go ocalić pomimo jego woli... co się tych tycze, którzy go otaczają dążąc na jego zgubę... tryumfują... mniemają że jest dzieło skończone... słyszałam wczoraj jak mówili: że téj nocy Penhoel odda im ostatni kawałek chleba swéj żony i dziecka...
— A pałac?...
— Zeszłego tygodnia sprzedał resztę dóbr będących własnością naszego stryja Ludwika... nie ma już nic oprócz pałacu... i téj chwili gdy rozmawiamy z sobą, oni go otaczają... Robert, Pontales i ta kobieta która go oczarowała... nacierają na niego, zagrażają mu temi papierami, które w ich ręku są okropną bronią....
Djana powstała.
— Potrzeba nam dostać te papiery — rzekła — choćbyśmy to życiem przypłaciły... idźmy siostro...
Cyprjana była zawsze gotową do działania. Obie zeszły po stroméj ścieżce prowadzącéj nad brzeg wody.
Gdy zstępowały, usłyszały śpiew żałosny i chrapliwy. Dostrzegłszy pośród drzew słabe światło z okna Benedykta Haligana, poznały głos i rodzaj śpiewu.
Przewoźnik nucił zwolna i z trudnością De profundis.
Djana i Cyprjana szły ciągle. W chwili gdy się zbliżyły do drzwi chaty, starzec przerwał śpiew i wymówił ich imiona.
Cyprjana wahała się.
— Moja siostro — rzekła — gdy widzę tego człowieka i słyszę jego tajemnicze groźby, tracę męztwo.
— Służył wiernie Penhoelom — odpowiedziała Djana — i wszyscy go opuścili.
Starzec znów zaczął nucić lecz nie było to de profundis.
Śpiewał co następuje:

„Mała dziewczynko, mały kwiatku, gwiazdeczko.
Nocny kwiatek jest ulubionym kwiatkiem Maryi

Mały kwiatek czerwieńszy od róży, bielszy od lilji, niebieski jak błękit niebios;
Kwiatek nachylający się, podobny jest do modlącéj chrześcijanki?“

„Kwiatek nocy, jak piękność nocy jest gwiazdeczką czystym djamentem nieba;
Gwiazdka która dodaje odwagi, gdy podróżny dąży przed świtem
Przez zimne ścieszki po których dążą widma...“

„Dziewica nocy jest dziewicą umarłą, piękną i łagodną...
Umarła z miłości, biedna blada dziewica
Płacze nad wodą i smutne serca jéj słuchają
Piękna i łagodna, miała lat 16 gdy ją pochowali.“

„Wieczorem błądzi pod wierzbami, w bieli jak narzeczona,
Wietrzyk który szumi po gałęziach, to jéj oddech;
Ta perła która błyszczy od słońca jest to jéj łza.
Biedna dziewczynko, mała gwiazdeczko, mały kwiateczku...

Ten śpiew któryśmy słyszeli z ust Cyprjany i Djany, przechodząc przez usta starca przybierał żałobny notę.
Ręce Cyprjany drżały.
— On jest sami cierpiący — rzekła Djana — wejdźmy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na szczycie pagórka, w pobliskości miejsca gdzie dziewice siedziały, dwóch mężczyzn zatrzymało się pod kasztanami.
Gdyby siostry spóźniły się o minutę, nie byłyby zeszły po ścieżce spadzistej, usłyszałyby bowiem nowo-przybyłych zajętych żywą rozmowę, w ciągu któréj wymienili zcicha nazwiska pani i Remigeusza Penhoala.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: anonimowy.