<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wyd. 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



∗             ∗

Gdy się to działo w biednym dworku Zeńczewskiego, w paradnej karczmie u Froima Dubieńczyka przed północą już pogaszono światła. Deszcz lał, wicher wył, podróżnych w taką noc spodziewać się nie podobna, pokładli się więc wszyscy spać wcześnie i pozamykali... ale stary Froim, któremu handel drzewny spać nie dawał, nie zmrużył jeszcze oka... wśród ciszy i nocy rachował...
Nagle, baczne jego ucho uderzyło coś jakby bardzo oddalony dźwięk pocztowego dzwonka, zwiastujący na prywatnych drogach urzędnika... Froim podniósł się na poduszkach i słuchał. Dzwonek parę razy brzęknął... ale nagle ustał... Stary żyd był pewny, że mu w uszach zadzwoniło, gdy zaczęto stukać do bramy... Dzwonka nie było, ale konie parskały.
Zerwał się, wołając na myszurcia, aby poszedł zobaczyć, kto się do wrót dobija, a sam jako pilny gospodarz zarzucił chałat, żeby być w pogotowiu. Rozpalono przygaszony ogień, i świecę w latarni, w chwilkę wysoki, barczysty mężczyzna wszedł do izby... obejrzał się i skinął na Froima. Żyd nie poznał go... ale zobaczył palce na ustach... i na kołnierzu oznakę oficerską. Skłonił się nisko.
— Chodź do alkierza! — zawołał przybyły — zamknąć wrota stajni, niech koni nie wyprzęgają, dorzucić im siana!
Dopiero teraz Froim po głosie więcej, niż z twarzy zakrytej, dopatrzył Szuwały sprawnika... dreszcze po nim poszły. Wiedział, że nocna podróż tak ważnego urzędnika nie jest bez kozery.
Weszli do alkierza. Sprawnik nie zrzucił płaszcza ani czapki.
— Słuchaj Froim... my nie od dziś znajomi — ja tobie ufam — rzekł powoli — służyłeś nieraz rządowi i rząd ci się wypłacał... prawda?
— No, co to gadać — odparł stary żyd — każdy powinien służyć swojemu rządowi, u nas tak stoi w biblji napisano.
— Możesz mnie i rządowi oddać wielką przysługę, ale milczeć jak grób.
— Albo to żyd kiedy co wydał? — odparł Froim.
— Jest spisek straszny, uknuty przeciw rządowi i carowi. Znowu się Polaczki ruszają na swoją zgubę. Ich emigracja rozsyła po kraju buntować... pełno tych łotrów napłynęło. Żyje stary Zeńczewski? Jeszcze go djabli nie wzięli?
Żyd posłyszawszy to nazwisko, pobladł i zmieniła mu się twarz... wyraźnie się nastraszył, ale odpowiedział wolno:
— Nu, żyje! jakie tam życie! on kona powoli...
— Gdyby zdechł stary łotr, nie byłoby wielkiej szkody. Ale są poszlaki, że ten synalek jego kochany, pan Paweł się tu kręci. Ja go sam dziś na moje oczy widziałem — ale licho mnie zaślepiło... nie poznałem go, nie schwyciłem... do stu tysięcy djabłów. On tu jest... albo będzie lada chwila.
Żyd stał, jak rażony piorunem.
— Jasny panie pułkowniku — rzekł po chwili, przychodząc do siebie — on tu nie może być... Nikt nie przyjechał do samej nocy. Nie można wsunąć się do wioski, nie minąwszy karczmy, żywej duszy nie przybyło do późna...
— Właśnie... on nie zna dróg i ścieżek.
— Ale piechotąby nie przybył.
— Kto go wie?
— Nie, to nie może być — dodał żyd.
— Która godzina? — spytał sprawnik.
— Jeszcze północy niema, pierwsze kury nie piały.
Pułkownik dobył swego zegarka.
— Jest jedenasta. Nie mógłbyś pójść do Zeńczewskiego pod jakim pozorem?
— O tej godzinie! — zawołał żyd.
— Pojechać i napaść na dwór nocą, nie wiedząc, czy on tam jest... znowu na mnie cały powiat krzyczeć będzie, że ja starego katuję i dobijam przez zemstę... A w dodatku Pawełby zwietrzył... Co tu zrobić?
Żyd się zamyślił.
— Słuchaj pan! — zawołał nagle — ja jestem stary... nie bardzo zdrów, noc... pies zły... ale co robić? Jasny pułkownik wie, że ja dla rządu gotów wszystko zrobić... ja pójdę... On był chory... dowiem się, jak jemu jest...
Sprawnik się zawahał.
— Idź, ale tak, aby ludzie nie wiedzieli, dokąd i po co poszedłeś. Cicho! Każ samowar dla mnie nastawić, a sam się wymknij... dam ci żandarma.
— A mnie na co? — oburzył się Froim — aj waj! żeby mnie kto z nim widział? To nie może być...
Stało się, jak ułożono. Sura nastawiła samowar dla pułkownika, żołnierzom wyniesiono wódki, a stary Froim cichaczem, furtką tylną wysunął się z domu.
Ale zaledwie znalazł się na podwórzu i płocie żyd załamał ręce i stanął... zdawał się namyślać głęboko, westchnął i ruszył żywo za wieś znajomemi sobie ścieżynkami.
Chata Zeńczewskiego znajdowała się na drugim końcu osady, odosobniona... i dobry kawał ujść trzeba było po śliskiem błocie, dopóki się jej dobiło. Słota i kałuże czyniły tę podróż trudną nawet dla młodszego człowieka, ale Froim, jakby go co pędziło, leciał krokiem gorączkowym. O wnijściu na dziedziniec myśleć nawet nie było można... dla psa zajadłego. Stary żyd, znając dobrze miejsce, poszedł poza płotami, okrążył zabudowanie i stanął pod oknem alkierza, oświeconem nieco, przez które w głąb domu zajrzeć było można. Światło wewnątrz o tej godzinie już coś niezwyczajnego zapowiadało.
Żyd przytulił głowę do szyby, i gdy oczy z blaskiem oswoił, rozeznał wyraźnie siedzącego w pośrodku pierwszej izby Pawła... Nie poznał zrazu, ale się mógł domyśleć. Któżby tam był o tej porze, jeśli nie on?
Przeszedł potem do drugiego okna od pierwszego pokoju i stąd wyraźniej jeszcze dojrzał pannę Różę i mężczyznę, siedzącego przy łóżku starca. Załamał ręce stary i począł drżeć. Stał tak chwilę, a ktoby był mógł dojrzeć powiek starego, zobaczyłby łzy na nich... na twarzy wyraz politowania i zdumienia.
Wahał się długo, co począć... milczący przechodził z okna do okna... Wtem panna Róża wyszła z pokoju, ze świecą; przypomniała ona sobie, że w spiżarni była resztka wina, którem chciała Pawła pokrzepić... Okno spiżarni niezaszklone, żelazna tylko krata dzieliła od podwórza. Posuwające się światło prowadziło starego Froima, który podszedł do niskiego zakratowanego otworu w spiżarni. Nie było ani chwili do stracenia. Panna Róża dobywała butelki, gdy stary żyd zawołał:
— Nie lękaj się panna! dwa słowa...
Mimo to Róża krzyknęła, ale poznawszy głos Froima, przyszła do siebie.
Szybko, wyraźnie półgłosem Froim odezwał się do niej:
— Sprawnik z żandarmami u mnie... wie o panu Pawle... do rana ja go strzymam... ale niech ucieka... niech ucieka i śladu po nim żeby nie było... niech ucieka! Słyszysz waćpanna i rozumiesz?
— A! słyszę i umieram ze strachu!
Żyda już nie było.
Sprawnik pił pierwszą szklankę herbaty, gdy Froim zbłocony, zmęczony, wzdychając, powrócił.
— Byłeś tam?
— Byłem.
— Jest?
— Jeszcze go niema... stary bardzo chory... ale pytałem sługi, wczoraj, ani dziś nikogo nie widzieli... W domu niema chleba kawałka.
— Niech zdychają! — zawołał sprawnik — to kara Boża!... to palec Boży!... Nie chcieli zięcia prawosławnego, mają nieprzyjaciela... Zabili uporem dziewczynę, struli mi życie... dobrze tak...
Froim milczał. — Sprawnik się przechadzał.
— Słuchaj — rzekł — jeśli go nie było dotąd, będzie wprędce. Co tu począć? Mnie jego schwytać trzeba! ja go mieć muszę... a on Olszowa nie minie; czekać tu z żandarmami — zwącha bestja.
Arendarz milczał.
— Tybyś mógł najłatwiej wiedzieć i dać znać.
— Jaśnie pułkowniku — odparł żyd — nim ja dam znać, on ma czekać? A czy oni mi zawierzą, żeby się przedemną nie kryli? Ja robię, co mogę... ale nie podejmę się, czego nie potrafię.
— Czyj dworek naprzeciwko Zeńczewskiego?
— Niema żadnego... Stoi przecie w gołem polu.
Sprawnik zadumał się... nieufnie jakoś spojrzał na żyda.
— Wszak to tu — rzekł — okupił część Sowietnik Pratulec...
— Ale nie mieszka — odparł Froim.
— Skaranie Boże! — wykrzyknął Sprawnik. — Nu... posłać mi siana, zobaczymy do ranka...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.