<<< Dane tekstu >>>
Autor George Sand
Tytuł Flamarande
Data wyd. 1875
Druk A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Flamarande
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.

To sam na sam trwało bardzo długo i musieli powiedzieć sobie wiele pięknych rzeczy. Pan Salcéde widać nie zdradził swojej namiętności, bo nakoniec pani wstała z ławki, a idąc ku domowi, zwróciła się ku niemu i głośno powiedziała, że nie ma zamiaru przejść się, tylko przyniesie sobie robotę. Słyszałem jak mówiła wyraźnie: „Proszę poczekać na mnie, nie chcę abyś pan wstawał, i spodziewam się zastać pana na tej ławce“ — i pobiegła lekko jak sarneczka.
Dla lepszej obserwacji wśliznąłem się w cienisty sąsiedni szpaler i z zajęciem przysłuchiwałem się dalszej konwersacji. Udało mi się tak umieścić, że mogłem wyraźnie widzieć grę fizjonomji pana Salcéde po odejściu pani hrabiny. Podczas kilku minut oczekiwania oczy miał nieruchomie utkwione w miejsce, gdzie Rolanda zniknęła. Wyglądał jak posąg: ręką przytrzymywał serce, jakby przygłuszyć chciał gwałtowne jego uderzenia. Gdy wróciła, odetchnął głęboko i powstał z ławki; ale usiadł natychmiast jak dziecko posłuszne, skoro usłyszał ją wołającą: „Siadaj pan!“ W jednej chwili już była przy nim i zaczęła spokojnie haftować.
Widziałem i słyszałem ich doskonale. Rozmowa ich była poważna. Pani mówiła, że chętnieby odnowiła stary zamek, gdzieby z przyjemnością przyjeżdżała na lato, bo więcej podobała jej się tutejsza, choć dzika okolica, jak inne majątki hrabiego: jeden w Orleanie nad brzegiem Loary, a drugi w Normandji nad morzem. Nie lubi tych wielkich wód, tylko jeziora, albo małe szemrzące potoki, zresztą sądzi, ze daleko stosowniej zamieszkiwać majątek Flamarande, kiedy się takie same nosi nazwisko.
Markiz nie podzielał jej zdania i sądził, że hrabia nigdy by nie sprzedał dóbr swoich w Normandji gdzie się wychowywał, ani w Orleanie, gdzie pomarli jego rodzice. Mówił, że lepiej od hrabiny, która młodziutko za mąż poszła i jeszcze jest prawie dzieckiem, zna stan majątku jej męża i wie, że trzebaby więcej jak miljon, aby ten stary zamek odbudować do zamieszkania i przekopać drogę, chcąc go zrobić przystępnym. Takiego wydatku hrabia ponieść nie może, a ojciec jego i przodkowie również się przed nim cofnęli. Byli to ludzie wielkiego świata, którzy kraj ten osądzili za dziki, gdzie wszelkie komunikacje utrudnione, a wydatki czekałyby ich niezmierne gdyby chcieli znów zamieszkać od stu lat spustoszałe mury. Pani przyznała mu zupełną słuszność, co mnie niezmiernie cieszyło, bo myśl zamieszkania tej zbójeckiej jaskini wcale mi się nie uśmiechała. Nie wiedziałem, że kiedyś z własnej woli przyjdę tu zakończyć dni moje. Przekonawszy się, że rozmowa ich była prawie dziecinnie niewinną, wróciłem do zamku. Pani dotrzymywała wiernie towarzystwa ranionemu i zapomniała zwiedzić otoczenie zamku, jak to sobie wczoraj obiecywała. Pan hrabia wrócił upadający ze zmęczenia i nic nie upolował, co zresztą w takim kraju dzikim, było dla niego dość trudnem. Przy kolacji wyglądał jak przybity; zdawało mi się jednak, że nic jeszcze nie podejrzywał i zazdrość była w nim dotąd uśpioną. Wieczorem, kiedym mu przygotowywał różne drobiazgi i ubiór na jutro, chciał wiedzieć, czy pan Salcéde rzeczywiście mocno był ranny. Odpowiedziałem mu, że tak jest, bom mu sam nogę obwiązywał; czekałem czy nie zapyta mnie, co o tem myślę, ale widać nie przypuszczał, żeby ktoś mógł umyślnie się w ten sposób kaleczyć, a ja uważałem za stosowne odpowiadać tylko na pytania.
Nazajutrz wyjechaliśmy zaraz z rana. Pan Salcéde nalegał na to, by wybrać krótszą drogę do Montesparre przez góry. Tą drogą mieliśmy tylko pięć mil do przebycia — pocztową zaś dziesięć. Przewodnik jednak uznał, iż droga krótsza jest niebezpieczną — a pani także wolała wybrać dłuższą ale bezpieczną, głównie ze względu na pana Salcéde, któremuby pewno przyszła ochota spinać się po górach, czego nie należało mu dozwolić. „Innemi słowy, boisz się przeprawy przez góry“ rzekł do niej pan Flamarande. „A więc tak, przyznaję; jeżeli droga jest gorszą od tej, która nas przedziela od szosy, w takim razie bałabym się bardzo. Zawsze jednak zastosuję się do twojej woli“.
Pani wiedziała, że ta uległość była dla jej męża rozkazem; natychmiast kazał wrócić na drogę, którąśmy jechali przedwczoraj, a dla mnie było wielką pociechą znajdować się znowu w wielkim wygodnym powozie na równym i szerokim gościńcu do Montesparre.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Sand i tłumacza: anonimowy.