<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Insurekcya
Pochodzenie Rok 1794
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1925
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.
Dzień 18 kwietnia.

Dzień podnosił się posępny, bez słońca. Niebo zwisało nizkie, jakby zadymione. Miało się na odmianę i zdawał się grozić deszcz. Powietrze przejmował surowy zapach krwi, prochu i spalenizny. Wysoko, zaledwie dojrzane kołowały stada kruków i wron.
Na pobojowiskach, pełnych trupów, zakrzepłych kałuż, zbroczonych szmat i człowieczych szczątków, beznadziejna rozpacz załamywała ręce. Gromady kobiet szukały swoich najbliższych. Śmiertelnie znużone i wylękłe, błąkały się niby nieukojone tęsknoty, niby echa niezgasłej jeszcze nadziei. Niegdzie pod murami, w bladych świtaniach, zwiastowały się posągami skamieniałej boleści, z głowami zabitych synów, mężów i ojców na kolanach. Jeszcze lały się łzy, jeszcze dusze umierały z niepokojów, jeszcze sieroce dole żebrały zmiłowania na progach kościołów, a nad niepogrzebanymi krakali krukowie...
A już nowa burza wzbierała w mrocznych i ciasnych ulicach; od jej podziemnych porykiwań dygotała ziemia i trwożniej biły serca. Głuche pomruki przewalały się w przestrzeniach. Huragan zdawał się jeszcze szamotać z własnymi pętami. Zawiewały ogniste powiewy. Czasami grom wstrząsał jakby odgłosem straszliwych stąpań śmierci. Krew biła w skroniach młotami. Gorączka przepalała serca. Porywało bojowe uniesienie. Zaludniły się mroki. War szeptów przesycał ciemności. Miarowe, głuche kroki maszerujących oddziałów dudniły ze wszystkich stron. W głębiach ulic połyskiwały lasy bagnetów i płynęły krwawe płachty sztandarów. Ciche warkotania tarabanów, sygnałowe trąbki, komendy, szczęki żelaza, płonące oczy i zwarte na kamień twarze ogłaszały zbliżające się chwile bojów.
Aż porwała się straszliwego majestatu pieśń niebosiężna, zaśpiewały ją wszystkie armaty, wszystkie karabiny i wszystkie piersi. Runęły na siebie wrogie moce. Rozpoczął się generalny atak na Igelströma, uwięzionego ze swojemi wojskami w ulicy Miodowej.
Pierwszy wystąpił Mycielski. Kompanie Działyńczyków, prowadzone przez Sypniewskiego, Ulanickiego i Urbanowskiego, wraz z ludem pod wodzą Kilińskiego, przypuściły gwałtowny szturm do ambasady od strony Podwala. Mroczna o świtaniu ulica tak się była zaciemniła, że nie dojrzał nad błyskawice piorunów. Przeraźliwe wrzawy i huki strzałów uderzyły w niebo.
Pałac bronił się nadspodziewanie. A przytem górowali lepszą sytuacyą miejsca i osłoniętemi stanowiskami. Ambasada bowiem stała w głębi obszernego dziedzińca, przedzielonego od ulicy żelazną kratą na wysokiem podmurowaniu, zabezpieczony stosami drzewa i kamieni, tylko dwa boczne pawilony dosięgały szczytami ulicy. Przyjęli też atak rzęsistym, rotowym ogniem, bijącym ze wszystkich pięter. Każde okno zionęło śmiercią. Strzelali nawet z piwnic i z poza krat. Mordercza ulewa lała się na szturmujących z taką siłą, że powstańcy, straciwszy sporo w zabitych i rannych, przymuszeni byli cofnąć się na boki, pod osłonę murów. Ale pokrótce atakujące fale powróciły i niepomne na śmierć i rany, uderzały bez wytchnienia i z coraz większą uporczywością i furyą.
Ciasnota miejsca nie dawała przystępu armatom, więc pod najstraszniejszym ogniem rąbano mury, bito w kraty klocami rozbujanymi na linach, miotano na dachy zapalone maźnice i pęki pakuł, wdzierano się na sztachety i każde nieprzyjacielskie okno było zasypywane huraganami kul.
Walka się przeciągała, Moskale bronili się z szaleństwem rozpaczy.
Nie udał się również nagły napad na gdański dom, broniony przez Baura, ni szalona próba Kilińskiego przedarcia się w Miodową przez pałac Chodkiewiczów. Wszędzie napotkano na potężny odpór. Ale pomimo tego walka wzmagała się z minuty na minutę. Bito się już na wszystkich punktach i ognista obręcz zaciskała się coraz mocniej.
Grzmiały armaty na Długiej i od Senatorskiej. Ciężkie działa arsenału wzięły pod ogień ogród i pałac Krasińskich. Od strony Daniłowiczowskiej przedzierał się do klasztoru Kapucynów Kosmowski z ludem Kriegera. Zaręba ze swoich stanowisk na rogu Miodowej otworzył regularny ogień, zasię baterya z Koziej nie traciła darmo ani jednej kuli, sztrychując Miodową, zapchaną nieprzyjacielskiemi wojskami.
Igelström, snać zwątpiwszy w zwycięstwo, postanowił za każdą cenę przedostać się w Nowiniarską i dalej do Marymontu, gdzie oczekiwały pruskie wojska. Przeto o dobrym dniu, pozostawiwszy bataliony Parteniewa na obronę ambasady i powstrzymywanie insurgentów, zabrał na wozy najważniejsze archiwa, cały sztab i z pozostałemi siłami, torując sobie drogę armatą, uderzył z dziedzińca Krasińskich. Uderzył i rozbił się o nieprzełamany mur gwardyi pieszej pod majorem Milfortem, wolonterów Sierakowskiego, Rutkowskiego, zbrojne kupy pospólstwa i baterye Roppa. Spróbował po raz drugi, ale i po raz drugi zwarte i karne szeregi rozprysnęły się, niby fala o granitowe wybrzeża. Zaczem rzeźnicy Sierakowskiego, zuchwałe bykokłuje, zbrojne jeno w kosy, piki i długie noże, rzucili się na idących w rozsypce Moskalów, sprawiając im taką krwawą łaźnię, że gdyby nie ich ucieczka i zasłona kartaczów, nie uszłaby może ani jedna żywa noga.
Igelström znowu powrócił w Miodową z całym sztabem i taborem, żołnierze pokryli się w domach i dziedzińcach przed kulami Wrońskiego, nieustannie orzącemi ulice. Po dłuższej przerwie generał Pistor, sformowawszy przy pomocy nahajek i gorzałki potężną kolumnę, pchnął ją gwałtownie na domy, zasłaniające przejście w Senatorską.
Ze straszliwym wyciem runęło pijane żołdactwo i w pierwszym impecie zdobyli dom Teppera i pałac biskupów krakowskich, poczem z tem większą zapalczywością uderzyli na kamienicę Roeslera. Powstał piekielny chaos. W czarnych dymach, przecinanych ulewami wystrzałów, wiły się jakoby gromady potępieńców. Ziemia zadygotała od grzmotów. Uderzali w domy wściekłymi ciosami taranów.
Kartacze Wrońskiego szarpały ich z prawego flanku, zaś z lewego od Krakowskiej bramy, Strzałkowski prażył celnym ogniem, Woyna zasypywał od czoła gradami kul, walił rwanemi ze ścian cegłami, szczątkami sprzętów, resztkami posadzek i pułapów. Nie pomogło. Padali setkami, a tratując zabitych i rannych, pijani gorzałką i mordem, oślepli, głusi, nieprzytomni, darli się naprzód niczem nie powstrzymaną lawiną. Dopadli wreszcie murów; pod uderzeniami kolb, toporów i ramion wyleciały bramy i okiennice, wszystkie zapory rozsypały się w gruzy; wdarli się do kamienicy z wyciem rozjuszonego stada.
Woyna bronił się z bezgranicznem męstwem, lecz na trzask pękających bram zakrzyczał:
— Nie obronimy! Ratuj się, kto może! Prędzej, nie ma chwili do stracenia. Z pierwszego piętra jest wybite przejście do pałacu »pod gwiazdą!« My tutaj pozostaniemy — stanął przy Zośce.
Opadły naraz wszystkie karabiny, nikt się nie poruszył, spoglądano w niemem zdumieniu. Chwila była traiczna. Kilkunastu ludzi, zaledwie żywych z utrudzenia, poszarpanych kulami, zaczadzonych krwią i prochem, zdeterminowanych bronić się do ostatniego tchu, drgnęło jakby pod uderzeniem bicza. Słowa Woyny poczuli niby policzek. Jakże, on pozostaje, a im rozkazuje uciekać! Wyniosła, bohatyrska duma zagrała w sercach.
— Zginiemy wszyscy! Obywatele, na swoje miejsca! — zawołał któryś z ponurą rezygnacyą.
— Rata! Do mnie! — wystąpił nagle kasztelanie Mostowski — nie pora na heroiczne krotochwile. Padniemy wszyscy, albo ocalimy się wszyscy. Pannę Radzymińską we środek! Nasadzić bagnety, krucice mieć na podorędziu. Nic tu już po nas, przydamy się gdzie indziej. Czwórkami!
Nikt nie zaprotestował, nawet Woyna stanął w pierwszym szeregu pobok Mostowskiego i frantów w pasiastych fraczkach. Zaczęli schodzić, jakby do otchłani, buchającej orkanami wrzasków, strzałów i dymów. Schody były tak zadymione, że szli po omacku. Schodzili równym, marszowym krokiem; naprzeciw z dołu zbliżał się ciężki łomot nóg i kolb. Serca biły jednakim rytmem uniesienia i ręce mocniej ujmowały karabiny. Chwile zdawały się wiekami. Jeszcze mieli pół piętra. Na skręcie, jeno gdzieś w dole, w błyskach strzałów zamigotały trójkątne czapy i bagnety. Zośka roztrzęsionym głosem jęła odmawiać pacierz. Niektórzy powtarzali. Jeszcze parę stopni. Jeszcze sekundy tej nieopisanej zgrozy.
— Jezus Marya! Bij, zabij! — krzyknęli ze wszystkiej mocy. I dwa huragany już bez wrzasków runęły na siebie ze straszliwą gwałtownością. Zawiązała się bitwa na bagnety, pałasze i kolby.
Insurgenci, niby górski potok, spadali na podnoszące się w górę ciżby, spychając je samą siłą uderzenia i ciężaru. Zdobywali stopień za stopniem. Krew lała się strugami ze schodów. Trup padał gęsto. Ranni ginęli w tłokach i pod nogami. Chwilami ryk bryzgał w powietrze wraz z fontannami krwi. Nie było nic słychać nad trzaski rozwalonych czerepów, świsty szabel, dzikie skowyty miażdżonych stopami, zgrzyty żelaza, syczące oddechy i rzężenia duszonych gardzieli, a chwilami jeno głuche uderzenia kolb, jakby nieustające bicia cepów.
Zdobyli sobie przejście, podwoje pierwszego piętra stały otworem, ocalenie było już za plecami, kiedy Moskale, wzmocnieni sukursami, rzucili się za nimi na pokoje.
— Pannę Radzymińską w tył, za wyłom! Zewrzeć się i zasłaniać! — rozkazywał Mostowski.
Nowa fala Moskali wtargnęła do komnat, huknęły strzały, a nim opadły dymy, wyrwał się okropny, wstrząsający krzyk. Zośka padła zabita! Woyna porwał ją na ręce i osłaniany przez towarzyszów, cofających się krok za krokiem i broniących się do upadłego, zmierzał do wyłomu.
W tej samej właśnie porze rozległy się salwy w podwórzu i wrzaski.
Przybywała pomoc. To Zaręba po klęsce w domu Teppera, zebrawszy rozprószonych żołnierzów i pochwyciwszy Wrońskiemu asekuracyjną kompanię Działyńczyków, przedostał się do kamienicy Roeslera od strony Krakowskiego, grzmotnął salwą i wtargnąwszy w podwórze, rzucił się z bagnetem na stłoczonych Moskalów. Rozbił ich w mgnieniu oka, stratował, wepchnął w bramę i posiekawszy, co się dało, wyrzucił na ulicę. Oczyścił cały dom z plugastwa, nakazując trupy powyrzucać oknami na głowy uciekających, a oswobodziwszy oblężonych, niby trąbą powietrzną, runął w Senatorską, gdzie wzmocniony ludem z Marywilu, ogarnął skrzydłami połamane szeregi, spędził je w Miodową, niby stado oszalałe w popłochu, i wsiadłszy im na karki, pognał, siekąc i tępiąc bez miłosierdzia.
W niepohamowanym impecie odebrał pałac biskupów i wżarłszy się w dom Teppera, zapchany żołnierstwem, rabującem składy masy pozostałej po Kabricie, wycinał w pień.
Walczył, jak prosty żołnierz, w pierwszych szeregach i azardujący się nieustannie. Podarty bagnetami, okrwawiony, bez kapelusza i w strzępach munduru, szalał w najwyższem upojeniu walki i zwycięstwa. Kacper i Maciuś strzegli jego boków, jako dwa wierne i niechybne ciosy. Szczególniej Maciuś, dla którego karabin pokazywał się być zabawką, wyrwawszy komuś okuty drąg, czynił nim spustoszenia nie do wiary.
Owo w momencie, kiedy Zaręba oswobadzał przyjaciół, Woyna ogarnięty dzikim strachem, przycisnąwszy Zośkę do piersi, zaczął z nią uciekać. Rozpacz go nosiła przez jakieś pokoje, kurytarze, zakamarki, dziedzińce, odmęty walk, straszliwe ciżby i zwarte w śmiertelnych szamotaniach gromady. Sam już nie wiedział, gdzie ucieka. Aż znalazł się na Koziej, pod bateryą Wrońskiego. Prawie siłą odebrano mu pannę. Była już konająca, rozerwana pierś broczyła czarną, gęstą krwią. Położono ją pod murem, w miejscu nieco zaciśniejszem od kul, na żołnierskich płaszczach. Bateryjny cyrulik chciał ją opatrywać, ale potrzeby nie było. Umierała cicho. Otwarte usta, w krwawej pianie skąpane, twarz szara, oddech rzężący i trudny, pokazywały stan już beznadziejny.
Woyna klęczał, trzymając jej stygnące ręce. Patrzyła w niego i może widziała.
Jej szeroko otwarte oczy odbijały niebo wiszące nad głowami, niekiedy perły łez się stoczyły po jagodach, a czasem drgały wargi jakiemś niewymówionem słowem.
— Zośka! Zośka! Zośka! — szeptał coraz ciszej a okropniej. Czuł się bezlitośnie zmiażdżony. Rozumiał tylko jedno: Zośka umiera, więc i on umrzeć musi. Takim ślubem związały się ich dusze. Tej wiary pragnął dotrzymać; szczęściem uważał swoją ostatnią powinność.
Jakimś trafem znalazł się Ojciec Serafin, odstawił karabin, z którym się nie rozstawał, włożył stułę i przyklęknąwszy z drugiej strony, odmawiał modlitwy za konających. Uśmiechnęła się, jakby na przywitanie otwierających się przed nią niebiosów.
Armaty Wrońskiego w mierzonych odstępach czasu strzelały kartaczami. Grady kul moskiewskich trzaskały w mury, zasypując klęczących gruzami odbitych tynków. Gryzące czarne dymy zapychały wązką uliczkę. Dziki chaos walki przewalał się nad ich głowami. Nie wiedzieli o niczem, jeno Ojciec Serafin, modlący się żarliwie, strzygł niekiedy uszami, podnosząc zarazem oczy, jakby na świszczące górą kule, a chwilami nie mogąc pohamować swojej natury, porywał karabin, biegł na szaniec i strzeliwszy w skłębione kupy wrogów, powracał do przerwanych pacierzów. Zasię w chwili, w której Zaręba wdarł się do domu Teppera i armaty przycichły, aby nie razić swoich, mnich, jak był ze stułą na szyi, a karabinem w ręku, popędził do bitwy i już nie powrócił. Toczyła się bowiem walka o klasztor Kapucynów, zapamiętale broniony przez Moskalów, a jeszcze zajadlej szturmowany.
Dochodziło południe i słońce ukazało się blade, ledwie dojrzane w chmurach i dymach bijących z ziemi, gdy na Podwalu jęły się rozgrywać nieprzewidziane wypadki.
Z okien ambasady powiały białechoręgwie: ustały strzelaniny i dano poznać, jako Igelström wysyła na Zamek parlamentarzy, mających traktować o warunki kapitulacyi.
Mycielski, zawiesiwszy również ogień, przepuścił ich pod eskortą całej kompanii. Pertraktacye trwały dosyć długo. Raz po raz przejeżdżali wysłańcy ambasadora, to Mokronowski z Wyssogotą Zakrzewskim i paru obywatelami, na co lud srodze szemrał, obawiając się jakowegoś podstępu i zdrady. Ale na wieść o pertraktacyach bitwa na całym obrębie przycichła. Nikt jednak broni nie wypuszczał z ręki, a przeróżni obywatele z podmowy Konopki jęli wichrzyć pomiędzy tłumami, że już nie w jednem miejscu dawały się słyszeć gwałtownie wykrzykiwane groźby, protestacye i skargi.
— Niema zgody z wrogami! Zdradę nam knują. Nie wierzcie, to królewskie machinacye! Precz z układami! Do szturmu, obywatele! Chcą Igelströma ukraść naszej pomście! Do broni! Uderzać!
Rozruch przybierał już niepokojące kształty i ogarniając coraz większe tłumy, groził nawet przerwaniem armistitium, czemu Mycielski, jak mógł, zapobiegał, ostro występując przeciw krzykaczom. Na szczęście, pertraktacye skończyły się rychło i na niczem, bitwa rozpoczęła się na nowo. Ale szła jakoś ospale i bez dawnego animuszu. Snać pokojowe układy osłabiły energię i porozdzielały opinię. Miasto bowiem szturmowania niejeden głowacz deliberował nad Igelströmowymi paktami. A już byli powiadający, jako Mokronowski uprowadził go z pałacu.
Wtem na ambasadzie po raz drugi wyniesła się biała chorągiew.
— Poddają się! Kapitulacya! Nie strzelać, obywatele! Igelström kapituluje!
Jakby na potwierdzenie ze wszystkich okien pawilonów, żołnierze jęli powiewać białemi chustami
Kompanie Działyńczyków stanęły z bronią u nogi, zaś lud, wyległszy w ulice, cisnął się pod kraty, wyczekując otwarcia bram i zdawania się załogi. Nikomu już ani w głowie nie postały jakieś wątpliwości co do bezpieczeństwa, gdy nagle cały pałac zamigotał i straszliwa salwa runęła w bezbronnie stojące ciżby! Przeszło sto ludzi padło trupem na miejscu.
Ryk zatrząsł tłumami. Szaleństwo wściekłości porwało wszystkich do walki na śmierć i życie. Dzikie, nieugaszone pragnienie pomsty ponosiło, niby huragan. Uderzono na pałac.
Kiliński, rycząc, niby tur ugodzony, zachęcał do boju. Wojsko, lud, wyrostki, nawet kobiety, ogarnięte płomieniami gniewów, rzuciło się z furyą do szturmu.
Ambasada utonęła w chmurach dymów, błyskawic i piorunów.
Widziano piękną Andzię, jak na czele kobiet, podobnych do hufca rozsrożonych dyablic, rąbały mury siekierami i drągami.
Widziano, jak oficyerowie na prześcigi z gemeinami, pięli się po wątłych drabinach do szczytowych okien, a bici kolbami, spychani, szczodrze oblewając krwią mury, darli się niepowstrzymanie.
Widziano setki ludzi pijanych zgoła szaleństwem boju, bez pamięci, na żadne niebezpieczeństwa, w straszliwych ulewach kul nieustraszenie rozrywających kraty i mury.
Tysiące karabinów, kolb, toporów i drągów biło w pałac zapamiętale i darło go bez wytchnienia.
Leciały na niego kłęby zapalonych pakuł, niby meteory, leciały kamienie, belki i dachówki.
Krew lała się potokami. Padali zabici i ranni. Padali śmiertelnie utrudzeni bez tchu i sił.
I napływały nowe fale z grzmiącym porykiem gniewów, zawziętości i niepokonanej mocy.
Pałac się jeszcze bronił.
Wreszcie porucznik Czapski ręcznym granatnikiem zapalił pawilon, mieszczący stajnie i składy.
Buchnęły ogniste grzywy płomieni.
Tryumfalny okrzyk wydarł się z piersi tysięcy. Wraz też i padły rozbite bramy, a straszliwie wzburzony potok werwał się w podwórza, roznosząc wszelkie zapory. W mgnieniu oka wdarto się do pawilonów i uderzono na sam pałac.
Moskale bronili się rozpaczliwie, że w braku kul strzelali guzikami i kawałkami żelaza.
Rozpoczęło się ostatnie, przerażające zmaganie. Ludzie nastawali na siebie, jako wilcy i jako wilcy, tarzając się po ziemi, darli się zębami i pazurami. W ciasnych i zadymionych izbach, salach i korytarzach, na strychach i nawet dachach i w piwnicach toczyła się nieprzerwanie okrutna, śmiertelna walka. Ogień ogarnął wszystkie budowle i huczał, buchając krwawymi słupami, a czarne kiry dymów przysłaniały piekielny obraz mordów.
Nadarmo wróg wywieszał białe płachty: nikt mu już nie zawierzył. Nadarmo składali broń: nikt nie znajdował litości! Nadarmo rzucając się na kolana, wyli o życie: nie było miłosierdzia. Wycinano ich w pień. Zdrady i zbrodnie ponosiły słuszną karę.
Resztę pożerał ogień i rozszarpywało na strzępy rozjuszone pospólstwo.
Kiliński jeden z pierwszych wdarł się na partykularne pokoje ambasadora, lecz Igelströma nie pochwycił: salwował się ucieczką do pałacu Krasińskich, czem srodze zgryziony majster, zagarnąwszy archiwa i resztę skarbca, poleciał odbijać patryotów, uwięzionych w pałacowych podziemiach.
W tymże czasie po drugiej stronie Miodowej, w klasztorze Kapucynów, toczyła się również bitwa. Moskale, obsadziwszy jeszcze w nocy klasztorne gmachy, przyjęli następującego od strony ogrodów Kosmowskiego tak rzęsistym i celnym ogniem, że atakujący, straciwszy przeszło dwieście osób w zabitych, rejterowali aż poza mury. Szczęściem granatniki Ojca Serafina, dobrze ubezpieczone, okryły odwrót, powstrzymując kartaczami występujących z bagnetem grenadyerów.
Dopiero, kiedy Zaręba przyszedł w sukurs z domu Teppera, bitwa przybrała zgoła inny obrót. Porucznik bowiem, sprawiwszy ład w połamanych szeregach wojska i wolonterów, całą forsą, nie dbając na straty, uderzył z dwóch stron na klasztor. Bitwa z miejsca, poprowadzona gwałtownie, przemieniła się pokrótce w obłąkańczą furyę. Prawdziwy orkan spadł na cichą siedzibę Kapucynów. Bito się w sadzie, opłyniętym bladą zielenią pierwszych listków. Bito się w długich, grabowych szpalerach, sadzonych wzdłuż murów. Bito się na starym cmentarzu wśród odwiecznych drzew, pozieleniałych sarkofagów, krzyżów i mogił pozapadanych. Mordowano się na puszystych trawnikach, sadzonych żółtymi kwiatami kaczeńców. Krew obryzgiwała białe ściany klasztoru. Tratowano się na śmierć w żardzinie, gdzie w rabatach, grodzonych strzyżonym bukszpanem, pachniały śnieżyste narcyzy, gdzie po dróżkach, posypanych żółtym piaskiem, rozlegały się jeno słowa pacierzów i brzęczenia różańców. Zabijano się na schodach i w długich, białych korytarzach, pełnych świętych obrazów, wiecznie płonących lamp, po celach i refektarzach Walczono krwawo w kościele i po kaplicach. Walka wrzała wszędzie, na każdem miejscu. Kłębowiska ciał, ociekających krwią, niby gad stunogi, przetaczały się z okropnym wrzaskiem szaleństwa. Walczono nawet w podziemiach kościoła, zapełnionych stosami trumien dawno pomarłych braci. Przed Sakramentem, przeniesionym tam jeszcze z wieczora, klęczeli mnisi w trwodze i szlochach, modląc się o zmiłowanie.
Pod koniec bojów zabłądziła tam kupa żołnierzów, poszukujących schronienia; poukrywali się w ciemnych niszach i za ołtarzem, a poniektórzy, powyrzucawszy nieboszczyków, zajęli ich miejsca, przysłaniając się wiekami trumien.
Wytropiono ich i wycięto co do jednego. Już wszędzie leżały góry trupów, jęczeli ranni, płynęły rzeki krwi. Wszędzie panowała niepodzielnie śmierć i dziki szał mordów.
Zaręba prowadził bitwę w okrutnem i bezlitosnem zapamiętaniu.
Padł przy jego boku Maciuś, rozdarty bagnetami: ani spojrzał w jego stronę. Padł później ciężko ranny Kacper: zdawał się tego nie spostrzegać, wszystek jeno w skupionej uwadze nad ewentami bitwy zamknięty; zimny, ludzkim uczuciom niedostępny — sama wola, jako brzeszczot, niemiłosierna i ku pogromieniu nieprzyjaciół straszliwie napięta.
W jakiejś chwili zjawił się Wocyna, podobien widmu z szarej, zakrzepłej na kamień twarzy. Zajrzał mu w oczy głęboko, ścisnęli sobie dłonie mocno, na śmierć i rozeszli się bez słowa.
Woyna walczył, jak straceniec, i szerząc dokoła okrutne spustoszenia, padł śmiercią walecznych przy wdzieraniu się do klasztornych korytarzów. Stało się to na oczach Zaręby: nie pozwolił sobie nawet na westchnienie, jeno rozkazawszy odnieść ciało przyjaciela pod kościół, czuwał dalej nad docinaniem wrogów.
I właśnie, gdy już wytępiano ostatnich, ogromny, tryumfalny okrzyk oznajmiał o zdobyciu pałacu ambasady. I tam krwawa miotła śmierci wymiatała do czysta.
Jeno parę kompanii grenadyerów salwowało się z pod noża tłumów i płonących gmachów na ulicę, ale widząc drogi odcięte, bo i dom gdański już był zdobyty i Baur kapitulował, zwarli się w czworobok pomiędzy pałacami Radziwiłłów i Chodkiewiczów, postanawiając drogo sprzedać życie. I nie ocalił się z nich ani jeden. Bowiem zbrojny lud, napływający ze wszystkich stron, runął na nich groźnie spiętrzoną falą. Jako kosiarze, kiedy pole z całego zboża kręgiem otoczą i wparłszy się mocno w ziemię, ciąć go poczną, kładąc, jakby wymierzone, pokosy za pokosami, tako i tutaj odbywała się ta straszliwie akuratna kośba śmierci.
Aż wszystko się skończyło, na pobojowisku ostały jeno grudy pociętych trupów i krew, spływająca wartkim, spienionym strumieniem w ulicę Kapitulną.
Wojska ruszyły w pogoń za Igelströmem, uciekającym w stronę Żoliborza.
Lud zaś, rozgromiwszy ze szczętem ambasadę, pochwycił na ramiona Kilińskiego i wśród nieustających okrzyków tryumfów poniósł go na Zamek.
Właśnie w tej porze na sali sejmowej odbywało się zebranie najznaczniejszych obywatelów, na którem imieniem Kościuszki ogłoszono Rząd Tymczasowy za ustanowiony, Kilińskiego powołano do jego składu. Generała St. Mokronowskiego proklamowano komendantem Księstwa Mazowieckiego, a Wyssogotę Zakrzewskiego prezydentem Warszawy. Odprawowało się to przy grzmiących aplauzach arbitrów, przepełniających salę. Wchodził bowiem, kto chciał. Cisnęły się też tłumy, powracające prosto z pola bitew, jeszcze ubroczone krwią, często w nieopatrzonych ranach, w strzępach ubrań, śmiertelnie utrudzone, a niby słońca, jaśniejące radością i szczęściem. Co chwila sala rozbrzmiewała potężnymi okrzykami na cześć Narodu, Kościuszki i Wolności.
Insurekcya zwyciężyła. Wolność zatryumfowała nad tyranią.
Jeszcze wrzały potyczki w różnych stronach miasta. Tu i owdzie broniły się kupy żołnierzów, pozamykane w domach, lub gromiono rabujących maroderów, ale Warszawa była wolna. Parę tysięcy moskiewskiego trupa zaległo ulice, drugie tyle poszło w niewolę, a reszta uciekała na wszystkie strony. Igelström, wymknąwszy się pościgowi, samotrzeć z Pistorem i Zubowem przedostał się do Prusaków.
O zmierzchu powracający z nieudałego pościgu za ambasadorem Zaręba wyjechał w Miodową i musiał się nieco cofnąć przed kolumną jeńców, prowadzoną do prochowni. Obojętnie ślizgał się oczami po głowach, gdy naraz zatargał nim rozpaczliwy krzyk.
— Sewer! — Głos był Izy.
Rzucił się do niej przerażony. Padła mu do nóg nieprzytomna. Szambelan stał bezradnie.
Porucznik Piotrowski, prowadzący konwój, zaczął mu szeptać do ucha.
— Złowiliśmy tych ptaszków w pałacu Borcha. Spali popici. Dama zaś, to kochanka Zubowa. Mamy ją na konskrypcyjnej liście! A ten robaczywy dziad ma michałki we łbie.
Po krótkich pertraktacyach i przedstawieniach odstąpił mu Izę wraz z szambelanem i pokojową.
Zaręba odprowadził ich do klasztoru Brygidek. Iza była chora, mówiła w gorączce, często bezładnie, wyrozumiał jednak, jako uciekła przed Zubowem na poddasze pałacu i tam przesiedziała cały czas. Ściskała mu ręce, dziękowała i co chwila spazmatyczny płacz rozrywał jej piersi. Szambelan, zupełnie nieprzytomny, wciąż opowiadał jedno i toż samo.
— Pawie zaczęły krzyczeć! Uważasz, pawie zaczęły krzyczeć!
Noc już zapadała i Zaręba, otrzymawszy rozkaz Cichockiego zajęcia obserwacyjnego stanowiska na Jerozolimskiej rogatce, ruszał tam na czele sporego oddziału piechoty, jazdy i artyleryi. Drzymał na koniu z utrudzenia, nie bardzo wiedząc, co się dzieje dokoła.
Warszawę ogarnął szał upojenia. Stare Miasto i Krakowskie zapchane były rozwrzeszczanymi radośnie tłumami. Od pożarów, podnoszących coraz wyżej rozwichrzone, płomieniste grzywy, widno było na mieście. Świeciły wszystkie okna. Otwierano handle. Turkotały wozy, wywożące trupów. Dawały się słyszeć dalekie strzelaniny. Na każdym kroku widziało się nosze z rannymi, kałuże krwi, połamaną broń, zrabowane sklepy i rumowiska. Tu i owdzie dopalały się domy. Stosy ocalonych gratów zalegały ulice. Wojska i zbrojny lud biwakowały na placach i rozkładały się pod kamienicami. A wszędzie wrzała nieopisana radość i z serc, przepełnionych bezgranicznem szczęściem, zrywał się krzyk niebosiężny, mocniejszy nad śmierć: Wolność i Kościuszko!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.