<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Jaśkowe ambicye
Pochodzenie Przysięga. Nowele
Wydawca Ostoja Spółka Wydawnicza
Data wyd. 1917
Druk Drukarnia „PRACY“
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


JAŚKOWE AMBICYE.

Dzwonek brzęczał coraz niecierpliwiej.
Ale Jasiek ani drgnął; wyglądał oknem na szarą drogę, obsadzoną wierzbami, a wlekącą się wskroś ogromnych pól, poznaczonych kępami drzew.
— Jasiek, jaśnie pan dzwoni! — wrzasnęła przelatująca pokojówka.
Nie odwrócił się nawet, zapatrzony w dalekoście zawarte obręczą lasów.
— Jasiek, głuchu jeden, dzwonek! — znowu ktoś krzyknął przez uchylone drzwi.
— A niech se dzwoni... — odburknął gniewnie i porwał się naraz od okna, wyciągnął z kąta zielony kuferek i zaczął gorączkowo pakować swoje rzeczy. Potem cisnął o ziemię liberyjną kurtę i już zabierał się do dalszego ciągu, gdy wpadła sama gospodyni, rozczapierzona złością niby indyczka i wsiadła na niego:
— Jaśnie pan dzwoni, a ty, wałkoniu, ani się ruszysz! Leć prędko...
— Ja go ta więcej ubierał nie będę i woził go nie będę, i służył mu nie będę! — cisnął.
— A to co znowu! Widzicie go, będzie mi tu wyjeżdżał z pyskiem! Ruszaj natychmiast, żebyś czego nie oberwał. — Rozkazywała z tak groźnym majestatem, że Jasiek struchlał, kurtę nałożył, zakręcił się bezradnie po stancyi, pańskie buty, świeżo wypucowane, pochwycił, i w dyrdy pobiegł na drugi koniec dworu.
Dziedzic leżał pod zieloną kotarą i, uniósłszy głowę, rzekł łagodnie:
— Zaspałeś dzisiaj! Ubierz mnie cieplej, pojedziemy do parku.
Chłopak sprężył się nagle i już miał wybuchnąć buntem, ale spotkawszy łaskawe wejrzenie, pocałował pana w rękę i jak co dnia od lat wielu, zabrał się do roboty. Umył go, ubrał i zaniósł na fotel przed stół, gdzie już pokojówka postawiła kawę. Dziedzic bowiem miał sparaliżowane nogi, a Jasiek był mu niezbędnem uzupełnieniem, zwłaszcza, że wszystko robił niesłychanie sprawnie i delikatnie, w lot odgadując każde jego życzenie.
— Jak tam na świecie, pogoda?
— A bogać ta, plucha! — mruknął hardo, przeżuwając buntownicze zamysły.
Dziedzicowi coś jak rumieniec gniewu okrasił zwiędłe jagody, ale jeno zagwizdał na psa, który przyleciał w szalonych podskokach i rzucił mu się na piersi.
— Rex, dosyć karesów. Podaj mi smyczę i jedźmy.
Przeniósł go na ręczny wózek, obtulił futrzaną derą i powiózł przez liczne pokoje na ganek, tak jednak niezręcznie, iż co chwila zawadzał o sprzęty i potykał się na progach, wszystek bowiem dygotał i oczy miał zaćmione łzami.
— Przynieś od gospodyni bułek i ziarna — przypomniał sobie dziedzic przed dworem.
Sprawił się w mig i wjechali do olbrzymiego parku, co niby morze spienione najcudniejszemi farbami, rozlewało się dokoła. Objęła ich cisza i rzeźwy chłód, przejęty zapachem gnijących liści. W szarawem i dziwnie posępnem powietrzu drzewa grały wszystkiemi barwami jesieni. Ogromne klony, całe w złocie i purpurze, stały zadumanym tłumem; rdzawe, wyniosłe modrzewie zdały się po polankach wspierać nizkie sklepienia niebios; kaliny zaś, pokryte trwożnie, w gąszczach, płakały krwawemi listkami. Gdzie niegdzie z ciemnej zieleni podszycia buchał rozpalony szkarłat dzikiej śliwiny, a nad ludem zwartych świerków bujały białe zgła brzóz, przyodzianych w złociste, powiewne czuby.
Liście spływały bez szelestu, jak martwe motyle. Ostatnie kwiaty gasły na kwaterach, a wody stawów przezierały z pod mgławych przesłon zamierającemi oczyma. Jesienny, żałosny smutek powiewał nad światem, żałośnie krakały wrony i żałością biło od ziemi odartej stratowanej, i pól oniemiałych.
— Przykry dzień... — szepnął dziedzic.
— Juści, rano był zamróz, to, musi być, skończy się deszczem.
— Głupiś! Skręć do karpi — nakazywał.
Stawy polśniewały na stratowanych łączkach niby zapłakane oczy, gdzie niegdzie przeglądały się w nich zrudziałe dęby lub brzozy moczyły złociste warkocze. Dziedzic kazał zjechać nad sam brzeg i jął się zabawiać rzucaniem bułek do wody; gładka toń zadrgała nagle, w głębinach zamigotały pręgi grzbietów, całe gromady sunęły śpiesznie i tłumnie, powstała niema i zajadła walka, co chwila wynurzał się okrągły pyszczek i ginął słupem.
— Te wielkie wszystko porywają... — skarżył się bezsilnie dziedzic.
— Każdemu swój brzuch najmilszy. Któren mocniejszy — ten lepszy. Kucharz dałby im radę, bo w łącznych stawach sam drobiazg...
— Niech mi się nie waży łowić tutaj, zapowiedziałem raz na zawsze. — Srożył się starzec i, rzuciwszy karpiom resztę bułek, z lubością patrzył, jak ciągnęły za nimi, póki droga szła nad wodą. Wyjechali w aleje odwiecznych kasztanów, potwornie rozrośniętych, powykręcanych i dźwigających się na pagórkach, uwitych z własnych korzeni. Rosły tutaj od wieku i tak się z sobą pokumały, splątane konarami, że żółta od liścia droga zdała się być nieskończoną nawą kościelną, nizką jeno, zasnutą jakby dymami kadzielnic i złotawem światłem witrażów.
— Jedź prosto! — Wzdrygnął się od zimna.
Szarak wyrwał się jakby z pod nóg, zamigotał talerzem i skręcił w gąszcze, a Rex, zerwawszy się ze smyczy, pognał za nim szalonemi susami.
— To bydlę dopiero! Wypłoszy bażanty! Rex do nogi! Rex!
— Ale, pocałuj go w ogon, to cię posłucha! — Pomyślał Jasiek i z niemałą uciechą patrzał, jak bażanty całemi stadami podrywały się z gąszczów i leciały w pola.
— Żaden już dzisiaj na trąbkę nie przyleci! Wyjrzymy na pole. — Pokazał ręką koniec alei, gdzie, jakby oknem, widniały szerokie rozlewy zielonych ozimin. — Szelma pies! A może przyniesie zająca!
— A juści, ma kałdun niczem organista, to nie zgoni nawet prosiaka.
Jakoż trafnie przewidywał, gdyż po chwili zjawił się wyżeł, srodze zaziajany.
— Padły na żyta — stwierdził dziedzic, gdy stanęli przy bramie. — A to co znowu?
Od wsi płynęły dalekie jeszcze odgłosy śpiewów, muzyki i turkotów.
— Bednarkowe wesele z Ulisią Wójtówną, jadą do kościoła.
— Przyjrzymy się weselnikom. Rex, do nogi!
Ale pies trzymał się ostrożnie na stronie.
Droga od wsi szła pod parkiem, więc, po krótkiem wyczekiwaniu, niby burza radosna zaczęły walić bryki pełne wystrojonych bab, śpiewów i muzyki.
— Dużo ludzi! I niezgorzej sobie już podpili. — Zauważył zgryźliwie dziedzic.
— Z Prus sporo ściągnęło, a że grosz mają, okazya się trafiła, to sobie naród używa. Bo to im nie wolno, czy co? — Głos mu wezbrał hardością i zuchwale spojrzał w dziedzicowe oczy, ale jeszcze się nie odważył wypowiedzieć, co mu kamieniem uciskało serce, bo kazał się, dziwnie zesłabłym głosem, wieźć do dwora. Więc dopiero, kiedy go usadził w fotelu, jak zwykle, i podał pocztę, przywiezioną przez mleczarza, przyszło na niego męstwo. Przeżegnał się, pocałował go w rękaw i jednym tchem pośpiesznie, wyrecytował:
— Dopraszam się łaski jaśnie pana, a to dziękuję za służbę. — Poczuł niezmierną ulgę.
Dziedzic, zdumiał się i wystraszył zarazem tą nieprzyjemną nowiną. Przecież niepodobna będzie znaleźć tak oddanego służącego! Zaczął mu więc przemawiać do serca i rozsądku, obiecując złote góry, byle jeno pozostał, ale chłopak rzekł:
— Niczego mi nie potrza, jeno woli! — wyrwało mu się z głębi serca. — Drugie we świat chodzą, do Ameryki aże jeżdżają! Drugie tyle nowego zobaczą, że całe zimy mają co opowiadać. Jeszcze wczoraj mówili, jakie to tam we świecie kraje, jakie miasta, jakie urządzenia, że aż mi dech zapierało od samego słuchania! Pora mi już we świat, w szeroki! A bom to gorszy od drugich, żebym, jak ten ślepy, ino cudzemi oczami patrzał!
Rozpłomieniony był, cały w dygocie straszliwej tęsknicy, co go ponosiła do tych krain wymarzonych cudowności, gdzieś, za czemś, w nieznane...
— Głupiś jak but! — wyrzekł zgniewany dziedzic i kazał mu iść precz, ale nim wyszedł, przywołał go z powrotem i powiedział z wyrzutem:
— Wpędzasz mnie do grobu...
Jasiek stanął bezradnie, nie wiedząc co odpowiedzieć.
A dziedzic mówił: jak to był już sobie dawno uplanował, że Jasiek po jego śmierci, w nagrodę swojej poczciwości, i długiej służby, osiądzie sobie wypoczywać na roli.
— A mam to chociaż tyle ziemi, żeby pies miał na czem przysiąść?! — wybuchnął.
— Zapiszę ci całe dziesięć morgów, dostaniesz je po mojej śmierci.
— Nie wiadomo komu z brzega! — szepnął zniechęconym głosem.
— A zamrzesz pierwej, grunt weźmie matka, i jeszcze sprawię ci pochowek, jak się patrzy, i na mszę za twoją duszę rok w rok dawał będę.
— Naprawdę sprawiłby mi jaśnie pan pochowek? — Niedowierzał własnym uszom.
— Naprawdę, jakbym chował rodzonego syna! — Obiecywał uroczyście.
— Olaboga — nadludzkie szczęście zaśpiewało mu w duszy. — To jak chowali dziedzica z Góry?
— A boś to nie poczciwy! A to sobie nie zasłużysz na taki pogrzeb?
— I eksporta będzie ciała? I katafalk na środku kościoła? I braccy ze świecami? I dzwony będą biły? I księża pójdą na smętarz? — leciały nieprzytomne pytania.
— Wszystko będzie, jak chcesz! Chcesz, to ci dam na piśmie, pojedziemy do rejenta.
Jasiek milczał, ważył się w sobie i rozważał, aż, powziąwszy postanowienie, pocałował go w rękę i rzekł radosnym głosem uszczęśliwienia:
— Za taki pochowek zostanę. Co mi tam świat. Zostanę!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nigdy schorowany starzec nie śmiał się serdeczniej, niźli tego wieczora.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.