Jadwiga i Jagiełło/Jagiełło

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Jadwiga i Jagiełło
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1918
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
JAGIEŁŁO.
1386 — 1434.

Na Wawelu przygotowania uroczyste: wielki książę Jagiełło z braćmi ma dziś powitać swą przyszłą małżonkę.
W wielkiej tronowej sali, na wysokiem krześle o złocistych poręczach i kosztownych rzeźbach, w koronie, z berłem w ręku zasiadła Jadwiga. Otacza ją liczne grono panien dworskich, matron poważnych, rycerzy, biskupi, duchowieństwo, dygnitarze. A wszyscy strojni w złoto, jedwab i klejnoty, mienią się barwy: biała, szkarłatna, błękitna, blask rozsiewają perły, djamenty, rubiny.
Na licu młodej królowej powaga, — niema w niej smutku ani niepokoju: spełniła obowiązek: teraz jest ciekawa, jak wygląda mąż przyszły.
Uderzono w dzwony, odgłos kroków, chrzęst zbroi, szmer głosów się zbliża, i do komnaty wchodzi pięciu wnuków Gedymina, w futrach sobolich, kosztownych zbrojach i złotych łańcuchach, rosłych, barczystych, o śmiałem spojrzeniu błyszczących oczu, twarzach opalonych, — a na czele Jagiełło.
Średniego wzrostu, szczupły, zręczny w ruchach, pociągłej twarzy, o ruchliwych oczach, czarne włosy odrzuca w tył rękami i kroczy śmiało, — nagłe — stanął oniemiały: nie może wyrzec słowa, w twarzy pomieszanie, patrzy na młodą panią z wyrazem zdumienia, najwyższego zachwytu. I zamiast przygotowanej przemowy, z ust jego rwie się słowo: Piękna! piękna! piękna!
Witold wyręcza brata w gładkich słowach; Jagiełło wreszcie odzyskuje mowę, lecz myśli mu się plączą, nie umie ich związać.
Jadwiga odpowiada mu z wielką powagą i słodyczą zarazem, mówi o woli Boga, któremu należą się dzięki, że pozwala mu spełnić wielkie dzieło nawrócenia miljona dusz do świętej i prawdziwej wiary.
Przemawia duchowieństwo, — wnoszą kosztowne dary, które Jagiełło składa u stóp przyszłej żony: futra, drogie kamienie, srebro, złoto, perły, on zresztą składa przed nią Litwę całą!
W parę dni potem trzy wielkie obrzędy: chrzest, ślub i koronacja.
Liczny orszak duchowieństwa i panów prowadził litewskiego księcia z zamku do świątyni, gdzie arcybiskup Bodzanta z wielką uroczystością obrzędu chrztu dopełnił. Mistrz krzyżacki, na chrzestnego ojca zaproszony, odmówił przybycia pod błahym pozorem. Zbyt gorzki to był widok dla Zakonu. Ochrzczono także trzech braci Jagiełły i Witolda, który podobno po raz trzeci w życiu poddawał się tej ceremonji.
W zamku i w mieście trwały uczty i zabawy, cieszył się lud krakowski, cieszyli się wielcy panowie, okazywało wielką radość duchowieństwo z pozyskania nowego kraju dla kościoła, ale najszczęśliwszym musiał być Jagiełło.
Był to wybraniec losu, któremu szczęście dziwnie sprzyjało od dzieciństwa. Siódmy z synów Olgierda, przez ojca wybrany został na wielkiego księcia, — od dziecka pieszczoch matki, księżniczki Juljanny, miał miękkie, dobre i szlachetne serce, lecz umysł dosyć mierny. Łatwo ulegał podszeptom, namowom, był łatwowierny, a przytem nieufny, podejrzliwy, a stąd pod obcym wpływem nieraz spełniający czyny, niezgodne z jego sercem. Śmierć Kiejstuta — podobno bez jego rozkazu — zawsze jednak zostanie plamą na jego pamięci. Witoldowi za przyjaźń oddał niewdzięczność, chciał go wyzuć ze wszystkich posiadłości, odmawiał najsłuszniejszym żądaniom. Dopiero, kiedy Witołd w przymierzu z Zakonem zagroził mu najazdem, zrozumiał Jagiełło, jak wielkie grozi mu niebezpieczeństwo, poznał, że się nie oprze tej potędze, że nic go nie ocali.
Lecz i w tej chwili szczęście go nie opuściło: na polskim tronie zasiada Jadwiga, złączenie z Polską było ocaleniem, — a Witold za dobre słowo, dla ojczyzny — zawsze był gotów przebaczyć.
Trzeba też przyznać, że chrzest dla Jagiełły nie był czczą, powierzchowną ceremonją, — nawpół dziki poganin przyjął szczerze i głęboko zasady nowej wiary, z prostotą otworzył im całe swe serce; to też pod wpływem pobożnej Jadwigi rozwinęły w nim one najszlachetniejsze strony jego charakteru: miłość bliźniego, dobroć, miłosierdzie, chętne przebaczanie uraz, wstręt do krwi rozlewu i niechęć do wojny. Mówiono o nim, że jest tępy do karania. Zato nagradzał chętnie i z wielką szczodrotą.
Widzieliśmy, jak w Wielkopolsce hojnie nagrodził skrzywdzonych wieśniaków, o tej samej podróży jednak istnieje podanie inne, malujące naiwną prostotę Jagiełły.
Był wówczas zwyczaj w Gnieźnie w dzień Wniebowstąpienia, podczas uroczystego nabożeństwa iż na sznurach przygotowanych podnoszono wysoko krzyż złocisty, a jednocześnie z góry na kamienną posadzkę strącano figurę djabla, która się naturalnie rozbijała.
Wzruszyło to bardzo nowo-ochrzczonego króla, a gdy mu wyjaśniono znaczenie tego obrzędu, żal mu się zrobiło djabła! Bardzo dobrze, że został pokonany, ale pocóż go tak upakarzać? Czyż nie lepiej i dla niego też zapalić świeczkę, chociaż jedną? To może go rozbroić i uczynić mniej złośliwym względem ludzi.
W potrzebach i upodobaniach był skromny: nie lubił szat kosztownych, ani futer, złota i wszelkich ozdób, chodził w prostym kożuszku albo szarem suknie, — jadał niewykwintnie, proste, zwyczajne potrawy, nie znosił jabłek, lecz na gruszki był łakomy, zwłaszcza lubił zerwane z drzewa własną ręką.
Rozpieszczony przez matkę, lubił późno wstawać i długo wylegiwać się w łóżku, za co, jako chrześcijanin, nieraz słyszał napomnienia, że opuszcza poranne nabożeństwo. Nie szczędził mu tych nauk i napomnień zwłaszcza biskup krakowski, Zbigniew Oleśnicki, który, jako młodzieniec, na polu Grunwaldzkiem drzewcem od włóczni życie królowi ocalił, godząc niem w napastnika, — a następnie, jako mąż wielce uczony, dostojnik państwa, dygnitarz kościoła, biskup i kanclerz, objął rządy kraju i kierował postępowaniem Jagiełły. Przecież wielki książę litewski nie nauczył się w młodości ani czytać, ani pisać. Co prawda, w jakim języku miał się uczyć! Litewskie pismo nie istniało, ruskie nie miało znaczenia, do niemieckiego czuł wstręt niewymowny, a polskie — nie przeczuwał, jak może mu być pożyteczne. Lecz czyż taki monarcha mógłby rządzić Polską bez pomocy i rady panów! A wśród tych Zbigniew, mądry i ambitny, zajął najpierwsze miejsce. Potrzebnym był Jagielle i niezbędnym, lecz surowym dla niego. Na radzie panów nieraz publicznie wytykał królowi wady i słabości: „Długo w noc wieczerzasz, królu, a śpisz w dzień, gdy wszyscy na ciebie czekają. Pochlebce u ciebie pierwsze miejsce mają. A no, nie trzeba królowi się parać lekkiemi rzeczami, jeno temi, coby jemu i Rzpltej pożyteczne były, bo każdy król nie jest sam swój, ale wszystkich“.
Gdy na zjeździe w Łucku cesarz Zygmunt grzecznościami skłonił Jagiełłę do zgody na koronację Witolda, Zbigniew, dowiedziawszy się o tem, wywiózł króla do Krakowa, a Zygmuntowi przypomniał, że w Polsce król nie ma prawa sam decydować w ważnych sprawach.
Gdy raz Jagiełło, już sędziwy starzec, zdrzemnął się w czasie obrad, Zbigniew przy wszystkich zgromił go za to surowo. Król rozpłakał się, a wyrzucając kanclerzowi, iż nie szanuje jego wieku i godności, zawstydzony, opuścił salę.
Mimo to cenił Zbigniewa i kochał, był mu wdzięczny za wszystko dobre, które od niego doznał, złe przebaczył i nie pamiętał. Jemu powierzył swą ostatnią wolę i zrobił wykonawcą testamentu, jemu, umierając, oddał pierścień Jadwigi, z którym nie rozstawał się do śmierci.
Kochał Litwę i przekładał ją nad Polskę, — tam czuł się u siebie. Namiętnie lubił łowy i polował często, nawet w starości zapalając się do tej rozrywki; wysoko też cenił zręczność i dzielność myśliwską. Na piękno natury był bardzo wrażliwy, a ulubiony zawsze śpiew słowika stał się nawet przyczyną jego śmierci. Osiemdziesięcioletni starzec nie czuł chłodu, do późnej nocy zostając w ogrodzie i słuchając z rozkoszą skrzydlatych śpiewaków; lecz w tym wieku zaziębienie było dla niego śmiertelnem, umarł w Gródku, na Rusi, gdzie przebywał chwilowo.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.