Jak słońce zimą w Gorycji wschodzi

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Jak słońce zimą w Gorycji wschodzi
Pochodzenie Ludzie i rzeczy
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wyd. 1898
Druk Tow. S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Jak słońce zimą w Gorycji wschodzi.


..............

Pierwsze dnia hasło przylata do Gorycji z Tyrnowskiej wyżyny. Jest to jakiś dech jędrny i niezmiernie świeży, który w przeciwstawieniu do ciepłych podmuchów, jakie noc z morza na kotlinę miasta niosła, wydaje się przenikliwym i nad miarę ostrym. Natychmiast zaczyna się znaczny ruch w powietrzu, coś jakby rozgarnianie i przecieranie ciemności, zrazu leniwe, senne, bezwiedne, potem coraz wyrazistsze, coraz szybsze, coraz więcej w jednym kierunku skupione, aż wzdłuż całego grzbietu tej olbrzymiej, potopowi współczesnej, koralowej rafy, która się zowie Tyrnowską wyżyną, zamajaczy i rozbieli się, niby srebrna skrzela, wązka a długa smuga perłowego brzasku.
Wtedy to potężnemu świerkowi wzrostem równa, wielka thuja w ogrodzie przy Via Dreossi, która na drodze tchu tego i tego brzasku stoi, zaczyna bez szelestu chwiać swoje pierzaste gałązki i powiewać lekkim pióropuszem swego wysmukłego czuba. Kilka cienkich, krótkich, urwanych nutek ptasiego świergotu odzywa się po gałązkach wiburnu, wzdłuż żywego płotu. Odzywa się i cichnie. Zaczuły ptaki dech dnia i przecknęły się, ale dzień daleko jeszcze.
Dzień daleko, a w ulicy słychać już tupot drewnianych podeszew i podkutych butów. To idą baby.
Jak wielbłąd jest okrętem pustyni, tak „baba” jest wielbłądem tych gór i tych dolin. Dwie trzecie tego wszystkiego, czego miastu do życia w ciągu dnia potrzeba, przynosi o świcie lub przed świtem — baba.
Baba może mieć lat sto, a może też mieć lat dwadzieścia albo i mniej jeszcze, to jej nie przeszkadza być babą. Jeśli tylko chodzić może — idzie; jeśli tylko ma co dźwignąć — dźwiga; jeśli może co przynieść — przynosi. Jak strumienie z gór spływają w dolinę, tak baby do Gorycji idą. Baba jest arterją ruchu zamiennego między okolicą a miastem. Tam, gdzie nietylko niema kolei, ale nawet traktów, gdzie wąska, urwista drożyna nie przepuszcza woza, gdzie na pełne kamieni wyboje chłop żałuje wołu, tam baba jest środkiem komunikacji, wytworzonym zarówno przez naturę gruntu, jak i przez obyczaj.
Baba nietylko przynosi wartości do miasta: ona jest sama wartością.
Gdyby wycofano baby z obiegu, miasto byłoby podobne do blokowanej i na głód skazanej twierdzy. Na szczęście nic nie pozwala przewidywać tak smutnego faktu. Dopóki tchu w piersiach, a w nogach choć trochę mocy, baba przebywa „vrchy,” wąwozy, szczeliny skalne, „vucie dragi,” (wilcze drogi), „hude lochy” (złe jary), korzysta z każdej dróżki, z każdego łoża wyschłego strumienia, przechodzi w bród „poiki,” bijące źródła żywe „lijaki,” te — które ulewne deszcze zasilają lub tworzą — idzie, idzie, idzie...
Co większa, baba sama tworzy drogi, gdzie ich wcale niema. Śmiało powiedzieć można, że cała ta sieć ścieżyn, dróżek, szlaków i przydróżków, która wskróś manowców i wertepów zadzierzguje swe oka dookoła miasta, jest wytworem, kto wie — parowiekowym może — baby. Co mówię! Baba sama jest „drogą, która idzie”, jak Paskal o rzece mówi.
Skąd baby idą? Ano, — z sadyb.
Sadyby, jak większe i mniejsze mrowiska, usypane pracą też mrówczą, czernią się, to znów bielą, pomiędzy górami, dymy ich widać to w głębi kotliny, to znowu na stoku, to na szczycie zgoła. Z mrowisk tych górskich i borowych wysypują się baby za ciemnej jeszcze nocy, by na świt stanąć w „Górce,” w „Goricy,” jak jędrnie nazywają rozwleczoną przez włochów Gorycję.
Idzie tedy baba od wschodu z Ravnego, z Karnicy, z Tribuszy, z Osęka, ale nadewszystko idzie z Tyrnowy. Idzie cała przejęta żywicznym tchem borów, śmigła, i mimo późnego nieraz wieku prosta, jak jodła gonna.
Idzie bladawa, zwiędła, z jasną, odwiniętą w górę rzesą nad zmrużonem nieco, przywykłem do przebijania leśnych ciemnic okiem, w ciemnej wełnie lub w tkanicach kupnych, a kiedy się odezwie, to właśnie jakby kto po boru hukał.
Od północy przychodzi baba z Wowcy, z Laźny, z Dragi, z Lokawca, z Plavy, z Zagorja, z Pustali.
Przychodzi zziajana, smagła, w półkożuszku owczym lub kozim, głowa w grubej chuście, ręce za pazuchą, nogi w butach i kuczbajach.
Na jej lewem ramieniu kołyszą się długie, gibkie sondy, u których wiszą blaszanki z mleczywem, po dwie, po trzy, po pięć u każdego końca, brząkając i dzwoniąc o siebie, tak, że w tym zgiełku krzyczy, jak ogłuchła, gdy do drugiej gada.
Z południa przychodzi baba z Lippy, z Skérbiny, z Grajowej Doliny (majątku hr. Coroninich), z Ivanigrodu, z Temnicy.
Ta niesie najwcześniejsze, lub najpóźniej świeżo zachowane warzywa, największe jaja, najżółtsze sery i najświeższe osełki masła. Niesie także jakąś cichość i pogodę w czarniawej, o siwych, przejrzystych oczach twarzy, bo życie tam w jej stronach lżej upływa, na przyjaźniejszym osadzone gruncie.
Ale u baby z północy za to a zwłaszcza te wschodu, moc widać i zawziątek w twarzy taki, że choć kamień gryźć. Tak ją już bieda zuczyła.
Od zachodu idzie baba, już nie tak gęsto. Od zachodu idzie z Podsabotina, z Kopriwy, z Fary, z Podgory, z Majnicy. Idzie w krótkich spódnicach, w żółtej, na piersiach skrzyżowanej rogówce, w płytkich drewnianych trepkach i w szerokim fartuchu. Sączę, którą ma na drodze, przebywa latem w bród, a zimą po cienkim lodzie, jeśli most daleko, niesie ryby, perlice, kury, koguty, indyczki, które jej się w koszu na głowie trzepiąc rwą, biją, machają związanemi skrzydłami, piejąc i gdacząc, a ona, cała w kolorach rozchwianego pierza, idzie, jakby żywcem z holenderskiego obrazka wycięta.
Te są drogi babie zwykłe, powszednie, dla mleczarek, co bliższych, codzienne, jak rok długi, jak życie długie, na każdą pogodę.
Na wielki wszakże odpust, na jarmark, na gody, przybywa baba z znacznie dalszych mrowisk. Wtedy drogi jej sięgają na północ aż do Lubina, do Polubina, do Modrejca, do Podmelca, do Bogatina, do Magosta, do Dreżnicy, Krenu. Na wschód sięgają aż do Planiny, do Zakryża, do Wisnego, do Ustja, do Podlasi, do Ponikwy, Pobreża, i aż do Brestovicy, gdzie przed brzoskwami i wielkiemi srebrzystemi jesionami wprost świata nie widać.
Od południa ciągnie baba wtedy aż od Zgonika, Lipicy, Precnika, Kobylej Glavy, Krepla, Zekanca i Velkego Dolu. Z dalekiego zachodu tylko nie przybywa baba, bo ta w Mernie i w Gradisce „święte schody” i wielkie odpusty ma z tamtej strony Sączy; chyba, że na jarmark puści się ich kupka aż z Rudy, co się tam klinem wbita między Perteole a San Vincentino.
Otóż wiedząc, zkąd baba do Gorycji ciągnie, i pytać już nawet nie trzeba, jakiego jest rodu. Ten ci to ród, który wydał baby, ciągnące od Krzemionek, Podgórza, Łobzowa na krakowski rynek, a i te także, które ciągną przez most od Pragi, od Grochowa, od Wawra, z tobołkami, kobiałkami, na wozach i pieszo. Ten sam ród i mowa podobna. Tak podobna, że nie raz, nie dwa, tym samym zgoła wyrazem, wpadnie ci do uszu. Tylko, że baba tutejsza jeszcze się sprawniejszą w języku być zdaje. Jeśli u nas babią mowę do młyna równają, tu można ją dobrem prawem równać do tartaka. Tak to zgrzyta, trzeszczy, szypi, tak lecą, trocinom podobne, te wyrazy krótkie i najeżone mnóstwem spółgłosek, z taką ostrą wibracją przelatuje „r” w tych wszystkich: „prvich,” „drzlich,” „vrchnich,” „rvnich,” „mrzlich” — sznury zdrowych zębów.
Kiedy baba mówić zacznie, to ci takim gradem słów odrazu sypnie, że wyraz od wyrazu odskakuje, odbija się, toczy, jak ten groch rozsuty. A drugie tyle tylko, że zdążą wtrącić: „hej!” — i to nie zawsze, póki znów na nie szczęśliwa kolej nie przyjdzie. I dobrze tak jest. Milcząca baba aniby pół takiej drogi, jaką schodzi, nie zeszła, ani połowy brzemion, jakie dźwiga, nie podźwignęła. A kiedy się to gadaniem omaści, jedzie!
Typ baby jest różnolity. Insza będzie ta z Karstu, insza z Tyrnawskich borów, insza z zachodniego Pomorza. Od szczerosłowiańskich rysów, przez różne stopnie rasowych i plemiennych przymieszek, przechodzi aż w orli, starorzymski profil, a niejedna twarz śniada wygląda, jak w starej kamei cięta. Jest wszakże jeden rys naczelny, który te rozliczne typy pokrewnemi sobie na pierwszy rzut oka czyni: to jakiś rodzaj smętności, czy zadumania w oczach. Nie mówię o modrych i siwych, których tu najwięcej. W tych leży zawsze niemal cisza i pogoda, bardzo do jakiejś tęsknoty, do jakiejś melancholii podobna. Ale i w najczarniejszych nawet niema tego natarczywego migotania, tej przebiegłej ruchliwości, jakie są zwykłe czarnym oczom włoszek.
Ciężary swoje nosi baba przeważnie na głowie. Ztąd ten chód gibki, prosty, zrównoważony, ten silny pion linji grzbietu, te rozwinięte muskuły szyi, ten sprężysty spadek ramion, ten często powtarzający się typ doskonałej kolumny. Tylko bardzo, bardzo zaszłe w latach baby trzymają się pochyło, a brzemię swoje niosą na grzbiecie w płachtach. Te już sama ziemia ciągnie. Ale co z młodszych, to można tu co rano widzieć jedną kulawą babę, z nogą silnie nadwerężoną, aż gdzieś w biodrze samem, tak, że każdy jej krok upadkiem być się zdaje, a tak wygimnastykowaną w karku, że bez troski kosz jaj na głowie niesie, zlekka tylko machając to prawą, to lewą ręką, właśnie jak wioślarz na dużej wodzie czyni.
Nie samo chromanie bowiem, choć tak ciężkie, ale niemożność niesienia kosza swojego na głowie, jako inne noszą, to dopiero czyniłoby ją we własnych oczach kaleką.
Ciągną tedy baby do Gorki Gorycy, a świat jaśnieje coraz. Powietrze nie nabrało jeszcze błękitem i złotem, ale, jak kryształ czyste, zdaje się własną przejrzystością świecić.
Jakiś ton ametystowy obrzeża wszystkie kształty. Długie rzędy cyprysów starego cmentarza, z okna przy ulicy Dreossi widne, przybierają lekko fijołkową barwę i jak zwinięte kielichy olbrzymich irysów stoją tam, na tym pustym czworoboku, z którego usunięte krzyże i z ziemią zrównane mogiły tem więcej zostawiają miejsca dla jakiegoś beznadziejnego, ślepem skrzydłem bijącego w tej pustce — smutku.
Cyprysy zdają się chwilami poruszać, topnieć, oddalać, wsiąkać w liljowość powietrza, właśnie jakby odejść chciały z tego dziwacznego miejsca, gdzie niema ni życia, ni śmierci...
Ale to oczarowanie wzroku na wskroś przebija bardzo jasny i bardzo cienki dzwonek. To sygnaturka na blizkim kapucyńskim konwencie kołace się tak wpółpoomacku, wypędzając sen ze wszystkich zakątków, jak natrętny egzorcysta. Zabrzęczała raz — i cisza. Zabrzęczała drugi raz — i znowu cisza. Ale kiedy się odezwała raz trzeci, wpadł jej w rzecz wielki dzwon wieży kościelnej, głęboki, pełny, silny, poczem drugi, trzeci i jeszcze, i jeszcze jeden, aż się utworzyła jakaś muzyka wietrzna, szeroko rozkołysana, w całą tę szklaność poranku spiżem bijąca.
Tymczasem w oddali słychać huk głuchy po zmarzniętej drodze.
To wozy do miasta ciągną. Na wozach tych bywa ładunek mąki, skór, pak cukru, beczek spirytusu, piwa, ale najgęściej wielkie na grubych ligarach położone: kloce dębów, buków, jodeł, jakie się u nas ledwo w najgłębszych i najlepiej zachowanych borach wyjątkowo trafić mogą. Prawiekowy ten ciężar pochodzi przeważnie z wyrębów wielkich leśnych rewirów rządowych, które, obejmując całą krainę: Karyntję, Istrję, Dalmację i dawniejszą Illirję, dziś Pomorzem zwaną, rozciągającą się od dziedziny jelenia, u salcburskich granic Karyntji, do dziedziny szakala, w południowej Dalmacji, koło Sabioncello. Taka przynajmniej gadka chodzi o tem w Panowickiem leśnictwie, które jest głównym węzłem całej sieci administracyjnej tych niezmiernych borów.
U wozów widać woły siwe i płowe; głowa ich mała, gardło obwisłe, szerokie krzyże, nogi silne i wielkie, daleko od siebie odsadzone rogi. Często przed parą takich wołów widać przyprzężonego dla przykładu konia. Koń ten miewa też wszystkie cechy pedagoga: jest chudy, na wpół ślepy, a sierść jego wytarta i mizerna dawno nie widziała zgrzebła. Przy wozie idzie woźnica, na którym znać, że po traktach i bitych drogach chodzi. Typ, kubrak, czapka, wszystko u niego kosmopolityczne.
Taki, choć po słowiańsku mówi, po szwabsku przecież klnie, a po włosku pluje. Przemówisz do niego, to ci odpowie: „jo, jo!” i tyle.
Męskiego pogłowia tych zapadłych mrowisk, z których baby ciągną, szukać trzeba nie między woźnicami. Trzeba go szukać po ulicach, między tymi przekupniami z trafu i z przygody, co to noszą na plecach koszyki, słomianki, sita, cebrzyki, blacharszczyznę, łyżki i chodaki, tudzież bukwice, krajczaki, cebulę pięknie uplecioną w warkocze, rybę w podrywce, suszeninę różną i konopne włókno. Taki idzie szczupły i prosty, lekkim i cichym chodem górali naszych, z silnie nasuniętym na oczy kłobukiem, czasem kawał baranicy na kołnierzu, czasem serdak owczy, czasem spencer z samodziału z parą świecących sprzączek. A bywa i to, że nic nie niesie zgoła, tylko węzełek jaki, kobiałczynę, albo torbę parcianą przez plecy, z której sterczy chleba okrajec i kozik, a on w siermiężce też parcianej, rzemieniem mocno ściśniętej, w postołach idzie jakiś radosny, lekki, ciekawy, pogląda po straganach, po kramach, to znów głowy podniesie i zapatrzy się w niebo, cały złoty, w tym lnie siwym, od promiennej dnia pogody.
Ot zwyczajnie „Wuci did”, wilczy dziad, wołykita taki, co to już na młodsze ręce pracę i dobytek zdał, albo—li też zgoła co i komu zdawać nie miał i tak sobie luzem po świecie chodzi, śmierci czekając.
Taki ma zwykle silny typ słowiański, znacznie czystszy, niż to u bab bywa. Spotkasz się z nim, to ci się gwałtem chce „pochwalony” rzec. Ale on, gdy przemówisz, nic nie odpowiada. Zbyt go to zaskoczyło nagle. Musi się wpierw namyśleć. Słyszeć, słyszał, ale nie wie, czy nie tuman jaki, nie złuda...
Staje tedy, patrzy na ciebie, a jakiś blask niepewny zapala się w jego siwych albo modrych oczach.
Przechodzisz, a on precz stoi, a za tobą patrzy. Możesz wrócić za kwadrans, za pół godziny, on jeszcze tak samo stać i patrzeć będzie.
Ma bowiem w sobie całe, przez wiele, wiele pokoleń zebrane pokłady szczerosłowiańskiej inercji ludowej, przez którą właśnie trwa typ jego, a i bieda także.
Dokąd ciągną baby, wozy, wilcze dziady i przekupnie rankiem?
Na „trawnik” ciągną. To bowiem, co się w Gorycji nazywa „Piazza Grande”, „Markt Platz” i jak tam kto raczy mienić tę najpokaźniejszą część handlową miasta, u tej ludności, która o świcie do „Gorycy” dąży, jest zawsze jeszcze łąką, trawnikiem.
Łąką, trawnikiem było to istotnie kiedyś, przed stu, może przed dwustu laty i dalej het precz, jak tam pamięć sięgnie. Dla bab wszakże i dla wilczych dziadów tak nagłych zmian niema. Kamienice, bruki, kramy, urzędy, wielkie mury po-jezuickigo kolegjum i kościół tegoż zakonu — co to wszystko wobec tradycji znaczy? Był trawnik i jest trawnik. Ot co!
Tymczasem z wyżyny Karstu zaczynają spadać mgły, jak woda, i jak woda zalewają podnóże jego.
Kąpią się w tej powodzi srebrzystej winnice i oddzielnie rozrzucone domki, a sama góra błękitnieje coraz, coraz ciemniejszą występuje linją. Wtedy na tem morzu mgły ruchomej Karst, jak tułów olbrzymiego korabia, zdaje się chybać, kołysać, unosić... Chwila jeszcze, a odpłynie.
Ale już na wschodzie różaność jutrzennej zorzy roztapia się w coraz złocistszej, coraz przenikliwszej bieli. Żywym ogniem podbite chmurki z pośpiechem ulatają na zachód, w powietrzu modrem, cichem...
Z owej srebnej skrzeli na potężnym grzbiecie Tymowskiego płaskowzgórza świecącej, wynikają ostre, rozszczepione promienie, jak w monstrancjach bywa. Po za niemi coraz silniej, coraz widomiej gore wielkie płomię.
Nagle cyprysy zrobiły się bardzo czarne i tą czarnością swoją świecą, jak gagat wprost tego płomienia. Wszystkie cienie stały się głębokie, silne, wydatnemi konturami znaczone; niektóre małe płaszczyzny śniegów mają dziwnie mżącą, djamentowo-czarną białość.
Już rozżarzone niebo więcej ognia w sobie pomieścić nie zdoła. Snopy płomieni cisnęło na winnice, na góry i na wieże miasta, a jeszcze całe gore.
Wtedy ptaki, które dotąd ćwierkały po żywopłotach i po nizkich krzakach, zaczynają ulatywać na wysokie obnażone z liści graby.
W przelocie tym szare sikory zamieniają się w srebrne błyskawice, a czarne kosy zdają się z piór rozstrzęsionych sypać złote iskry. Ulatują na gałązki najwyższe, najbardziej na wschód podane, siadają na nich ciche, skupione w sobie, w jakiejś kontemplacyi niemej, w oczekiwaniu, w zachwycie....
I starożytna thuja przy ulicy Dreossi stoi uciszona, ogromna, chłonąc w siebie całe złoto wschodu.
Cisza...
Nagle, odrazu niemal, z jakąś gwałtownością niepowstrzymanego pędu, wytacza się z po za skalnej szczerbiny Tymowskiego grzbietu wielka kula słońca, siejąc dokoła pożar, na całe niebo widny...
Ogromne zjawisko! Tem ogromniejsze, iż się w takiej ciszy czyni.
Góry i wieże, ptaki i drzewa — wszystko milczy jeszcze...
A w tem okrzyk w ulicy:
— „Cotti! Peri cotti!“
I tu, jak nożem uciął, kończy się fantasmagorja ranka, a razem z tym krzyczącym włochem, z jego miedzianym kociołkiem i gotowanemi gruszkami, wkracza tryumfalnie dzień — i jego proza.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.