<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Jamioł
Pochodzenie Pisma Tom V
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1883
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii



JAMIOŁ.
OBRAZEK WIEJSKI.

W miasteczku Łupiskórach, po pogrzebie Kalikstowéj były nieszpory, a po nieszporach zostało jeszcze kilkanaście bab w kościele, by odśpiewać resztę pieśni. Była godzina czwarta po południu, ale że w zimie o czwartéj mrok pada, w kościele więc było ciemno. Szczególniéj wielki ołtarz tonął już w głębokim cieniu. Dwie jeszcze tylko świéce paliły się koło cyboryum, ale migotliwe płomyki ich zaledwie trochę rozświecały złocenia drzwiczek, i nogi zawieszonego wyżéj na krzyżu Chrystusa, przebite ogromnym gwoździem. Główka tego gwoździa wyglądała jak wielki punkt błyszczący w ołtarzu. Z innych świéc, dopiéro co pogaszonych, snuły się pasemka dymu, napełniając miejsce za stallami czysto kościelnym zapachem wosku.
Dziad i mały chłopak kręcili się przed stopniami ołtarza. Jeden zamiatał, drugi ściągał ze stopni dywan. W chwilach, w których baby przestawały śpiéwać, słychać było gniewliwy szept dziada, wymyślającego na chłopaka, albo stukanie do zasnutych śniegiem okien wróbli, którym było na dworze zimno i głodno.
Baby siedziały w ławkach, bliżéj drzwi wchodowych. Byłoby tam jeszcze ciemniéj, gdyby nie kilka łojówek, z pomocą których właścicielki książek ułatwiały sobie czytanie. Jedna z tych łojówek oświecała dosyć wyraźnie, przytwierdzoną do następnéj ławki chorągiew, wyobrażającą grzeszników wśród płomieni i wśród szatanów. Na innych chorągwiach nie można było rozeznać malowideł.
Kobiéty nie śpiéwały, ale raczéj mruczały sennemi i zmęczonemi głosami pieśń, w któréj ustawicznie powtarzały się słowa:

„A kiedy przyjdzie skonania godzina,
Uproś nam, uproś u Twojego syna....

Ten kościół pogrążony w cieniu, chorągwie sterczące przy ławkach, stare, o pożółkłych twarzach kobiéty, — migotliwe, jakby pognębione pomroką światełka — wszystko to było nad wszelki wyraz posępne, a nawet poprostu straszne. Ponure słowa pieśni o skonaniu znajdowały w tém tło właściwe.
Czasem téż przestawano śpiéwać; jedna z bab stawała w ławce i poczynała mówić drżącym głosem: „Zdrowaś Marya łaskiś pełna” — i inne podchwytywały: „Pan z Tobą etc.,” ale że to dzień był pogrzebu Kalikstowéj, każde więc „Zdrowaś Marya” kończyło się słowami: „Wieczny odpoczynek racz jéj dać Panie, a światłość wiekuista niechaj jéj świeci.”
Córka Kalikstowéj, Marysia, siedziała w ławce obok jednéj staréj kobiéty. Na grób świeży jéj matki padał tam teraz właśnie śniég miękki i cichy, ale dziewczyna nie miała jak dziesięć lat, więc zdawała się nie rozumieć ani swéj straty, ani litości jaką mogła obudzać. Twarzyczka jéj o dużych niebieskich oczach miała w sobie dziecinny spokój, a nawet obojętną jakąś pogodę. Malowało się na niéj trochę ciekawości i nic więcéj. Otworzywszy usta, patrzyła z wielką uwagą na chorągiew, na któréj było malowane piekło z grzesznikami, potém patrzyła w głąb kościoła, a potém jeszcze na okno, w które stukały wróble.
Oczy jéj pozostały bezmyślne. Tymczasem baby poczynały mruczeć sennie po raz dziesiąty:

„A kiedy przyjdzie skonania godzina.....”

Dziewczyna kręciła kosmyki swoich jasnych włosów, zaplecione z tyłu w dwa warkoczyki nie większe od mysich ogonków: widocznie się jéj nudziło. Następnie jednak uwagę jéj zajął dziad.
Dziad wyszedł na środek kościoła i jął pociągać za węzłowaty sznur zwieszający się z sufitu. Dzwonił za duszę Kalikstowéj, ale czynił to zupełnie mechanicznie, gdyż widocznie myślał przytém o czém inném.
Dzwonienie owo było także znakiem, że nieszpory skończone. Baby powtórzywszy ostatni raz prośbę o lekkie skonanie, wyszły na rynek. Jedna z nich prowadziła za rękę Marysię.
— Kulikowa! — spytała druga — a co będzieta robić z dziewczyną?
— A co mam robić? Jedzie do Leszczyniec Wojtek Marguła, co go przysłali na pocztę, to ją odwiezie. A bo co?
— A coże ona będzie robić w Leszczyńcach?
— Moiście wy! To co i tu. Zkąd jest, niech tam jedzie. A choć i we dworze, to sierotę przygarną i w kredensie się pozwolą przespać.
Tak rozmawiając szły przez rynek do szynku. Mroczyło się coraz bardziéj. Czas był zimowy, cichy, niebo zawleczone chmurami a powietrze przesiąknięte wilgocią i mokrym śniegiem. Z dachów kapała woda, na rynku zaś leżało błoto, urobione ze śniegu i słomy. Miasteczko o domach nędznych i poodrapywanych wyglądało tak posępnie jak i kościół. Niektóre okna połyskiwały światłem; ruch już ustawał, w szynku tylko grała oberka katarynka.
Grała na wabia, bo w środku nie było nikogo. Baby weszły, napiły się wódki, przyczém Kulikowa dała i Maryśce pół kieliszka mówiąc:
— Napij się, boś sierota. Nie zaznasz dobroci.
Słowo: sierota, przywiodło babom na myśl śmierć Kalikstowéj. Kapuścińska mówiła:
— Do was Kulikowa! napijta się. O moi drodzy! jak ją ten paralus trzasnął, tak ci ani zipnęła. Nim dobrodziéj przyszedł spowiadać, już była zimna.
Kulikowa na to:
— Mówiłam ja zdawna, że ona cienko przędzie. Zeszłéj niedzieli przyszła a ja powiadam: — Ej Kalikstowo, Kalikstowo! oddajcie lepiéj Maryśkę do dworu. A ona powiada: — jedną córuchnę mam i nie dam. Ale markotno jéj było i zaczęła ślochać, a potém do kancelaryi poszła, do wójta, żeby papiery miéć co do „kolomnii” na porządek. Zapłaciła cztery złote i groszy sześć. Ale powiada: dla dziecka nie żałuję. Moiście wy! A oczy to miała wytrzyscone i po śmierci jeszcze lepiéj wytrzyscyła. Co jéj chcieli zamknąć, to nie mogli. Mówili że i po śmierci na dziecko patrzyła.
— Napijwa się na ten żal półkwaterek!
Katarynka wciąż grała oberka. Baby poczęły się trochę rozmarzać. Kulikowa powtarzała żałosnym głosem: „chudziątko! chudziątko!” a Kapuścińskiéj przyszła z kolei na myśl śmierć nieboszczyka jéj męża.
— Jak umiroł — mówiła — to tak ci wzdychoł, tak wzdychoł, tak wzdychoł! — i rozciągając coraz bardziéj głos weszła mimowoli w śpiew, ze śpiewu w takt katarynki, a w końcu porwała się za boki i zupełnie już na nutę oberka poczęła śpiéwać:

„Wzdychoł, wzdychoł, wzdychoł,
Oj ta dana — wzdychoł!”

Nagle rozpłakała się rzewnie, dała kataryniarzowi sześć groszy i napiła się jeszcze wódki! Kulikową również porwało rozczulenie, ale skierowała je ku Marysi.
— Pamiętaj, sierotko — rzekła — co ci mówił dobrodziéj, kiej ci mateńkę śniegiem przysypywali, że jamioł (anioł) je nad tobą.
Tu zatrzymała się nagle, spojrzała naokoło jakby zdziwiona, a potém dodała z nadzwyczajną energią:
— Kiéj mówię że jamioł, to jamioł!...
Nikt nie przeczył. Marysia, mrugając swojemi biédnemi głupiemi oczkami, wpatrywała się uważnie w babinę. Kulikowa mówiła daléj:
— Tyś je sierotka, to złemu od ciebie zasię! Nad sierotami je jamioł. On je dobry. Na, masz dziesięć groszy. Choćbyś i piechotą do Leszczyniec poszła, to trafisz, bo on cię zaprowadzi.
Kapuścińska zaczęła śpiewać:

„W cieniu swych skrzydeł zachowa cię wiecznie.
Pod jego pióry — uleżysz bezpiecznie.”

— Cichojcie! — zawołała Kulikowa. A potém znów do dziewczyny:
— Ty głupia, wiesz kto je nad tobą?
— Jamioł — odrzekło cienkim głosem dziecko.
— Sieroteńko–że ty, jagodko ty, robaczku ty Boży! Jamioł ze skrzydłami — mówiła w zupełném już rozczuleniu Kulikowa i porwawszy dziewczynkę, poczęła ją przyciskać do swéj poczciwéj choć pijackiéj piersi.
Dziewczynka rozpłakała się teraz. Może w jéj ciemnéj główce i w sercu, które nie umiało nic jeszcze rozeznać, budziło się jakieś rozeznanie w téj chwili.
Szynkarz spał już w najlepsze za szynkwasem, na knotach łojówek narosły grzyby; kataryniarz przestał grać, bo go bawiło to, co widział.
Nastała cisza, którą przerwało nagle chlupotanie końskich nóg w błocie przed drzwiami i jakiś głos, który zawołał na konie:
— Prrr!
Do szynku wszedł Wojtek Marguła z zapaloną latarką w ręku, postawił latarkę, począł „zabijać” ręce, by je rozgrzać i wreszcie rzekł do szynkarza...
— Dajta-no półkwaterek!
— Marguła, kasztanie! — zawołała Kulikowa — weźmiesz dziewczynę do Leszczyniec.
— Juści wezmę, bo mi i kozeli — odparł Marguła.
Potém, przypatrzywszy się obydwom kobietom dodał:
— Aleśta się porznęły jak...
— Ażeby cię zara sparło! — odrzekła Kulikowa. Kiedy ci mówię ostrożnie z dzieckiem, to ostrożnie. Ona je sierota. Ty wiesz głąbie kto nad nią je?
Wojtek nie uznał za stosowne odpowiadać na pytanie i postanowił widocznie podnieść inny przedmiot, podniósł bowiem przedewszystkiem półkwaterek i zaczął:
— Wciorności wam...
Ale nie skończył, bo wypił wódkę, skrzywił się, splunął i stawiając z niezadowoleniem miarkę rzekł:
— Dyć to sama woda. Dajta-no drugiéj z téj innéj flaszki.
Szynkarz nalał mu z innéj. Wojtek skrzywił się jeszcze mocniéj.
— E! araku ta nie mata?
Margule groziło widocznie takież same niebezpieczeństwo jak i babom, ale że w tym samym właśnie czasie, we dworze w Łupiskórach, właściciel przygotowywał do jednego z pism obszerny i wyczerpujący artykuł: „O prawie propinacyi dla dworów, jako o podstawie ustroju społecznego,” a zatém Wojtek przyczyniał się tylko niechcący do wzmocnienia fundamentów społecznych, a to témbardziéj, iż propinacya, chociaż w miasteczku, była istotnie dworską.
Przyczyniwszy się tak pięć razy z rzędu, zapomniał wprawdzie latarki w któréj świeczka zgasła, ale wziął nawpół śpiącą dziewczynę za rękę i rzekł:
— Chodźże zmoro!
Kobiéty posnęły również w kącie, nikt więc nie pożegnał Marysi. Poprostu: matka jéj została na cmentarzu w Łupiskórach a ona jechała do Leszczyniec.
Wyszli, siedli, Marguła krzyknął na konie: „wiśta” i pojechali. Sanie sunęły z początku dosyć ciężko po miasteczkowém błocie, ale potém zaraz wydobyli się na pola białe i rozległe. Jechać było lekko, śnieg nie szumiał prawie pod płozami: czasem tylko koń parsknął; czasem zdaleka, zdaleka doszło szczekanie psów.
Jechali, jechali. Wojtek poganiał konie i śpiéwał pod nosem: „Pamiętos psia jucho, coś mi obiecował.” Ale wkrótce umilkł i zaczął „żydy” wozić. Kiwnął się w prawo, w lewo. Śniło mu się, że go w Leszczyńcach tłuką po karku, za to, że zgubił kobiałkę z listami, więc, od czasu do czasu budził się przez pół i powtarzał: „wciornaści!” Marysia nie spała, bo jéj było zimno. Szeroko otwartemi oczyma patrzyła na białe pola, które jéj co chwila zasłaniały ciemne plecy Marguły. Myślała téż przytem, że „matula pomerli” a tak myśląc, wyobrażała sobie doskonale bladą i chudą twarz matuli o wytrzeszczonych oczach — i odczuwała półświadomie, że ta twarz była kochana bardzo, że jéj niéma i nie będzie w Leszczyńcach już nigdy. Przecież widziała na własne oczy, jak ją zasypali w Łupiskórach. Przypomniawszy to sobie, byłaby się rozpłakała z żalu, ale że zziębły jéj nogi i kolana, więc rozpłakała się z zimna.
Mrozu wprawdzie nie było, ale powietrze stało się przenikliwe, jak zwykle w odwilży. Wojtek bo miał przynajmniéj w żołądku spory zapas poczerpniętego w łupiskórskim szynku ciepła. Właściciel Łupiskór słusznie przecie zauważył, „że wódka w zimie rozgrzewa, a ponieważ jest ona jedyną pociechą naszego ludu, odejmując przeto większym posiadaczom możność wyłącznego pocieszania ludu, odejmuje się im i wpływ na lud.” Wojtek w téj chwili tak był pocieszony, że go nic zasmucić nie mogło.
Nie zasmuciło go nawet i to, że konie doszedłszy do lasu, naprzód zwolniły zupełnie kroku, choć droga była w lesie lepsza, a następnie ruszywszy w bok przewróciły sanie w rów przydrożny. Rozbudził się wprawdzie, ale nie zrozumiał dobrze co się stało.
Marysia poczęła go trącać.
— Wojtek!
— Czego skrzeczysz?
— Przewróciliśwa.
A Wojtek spytał: „śklonkę?” i usnął na dobre.
Dziewczyna siadła przy saniach, skuliła się jak mogła i siedziała. Ale twarz zmarzła jéj wkrótce zupełnie, więc zaczęła trącać śpiącego:
— Wojtek!
Nie odpowiadał.
— Wojtek, chcę do chałupy!
A po chwili znowu:
— Wojtek, bo pójdę piechtą...
Nakoniec poszła. Zdawało się jéj, że do Leszczyniec jest bardzo blizko. Zresztą znała drogę, bo co niedziela chodziła nią z matką do kościoła. Ale teraz musiała iść sama. W lesie śnieg mimo odwilży leżał wysoki, ale za to noc była bardzo jasna. Blask od śniegu łączył się z blaskiem światła chmur, więc drogę było widać jak w dzień. Marysia, zapuszczając wzrok w ciemny las, mogła bardzo daleko dojrzeć pnie rysujące się wyraźnie, czarno i spokojnie, na białym podkładzie. Widziała również dokładnie rzuty śniegowe do pni przez całą długość przywarłe. Jakiś ogromny spokój był w lesie, który dziecku dodawał otuchy. Na gałęziach leżała złódź obfita, a z niéj spływały krople wody, rozbijając się ze słabym szmerem o gałęzie i gałązki. Ale to był jedyny szmer. Zresztą na okół cicho, cicho, biało, milcząco, głucho!
Wiatr nie wiał. Uśnieżone kiście nie poruszały się najmniejszym ruchem. Spało wszystko zimowym snem. Mogło się zdawać, że śniegowy obrus na ziemi i cały las milczący a przytrząśnięty i blade chmury na niebie, to wszystko jakaś biała jedność — martwa. Tak bywa w czasie odwilży. Jedyną żywą istotą, poruszającą się jak mały czarny punkcik wśród tych milczących wielkości, była Marysia. Dobry, poczciwy las! Te krople, które opuszcza topniejąca złódź, to może łzy nad sierotą. Drzewa takie wielkie, a takie litośne nad maleństwem. Oto samo jedno, takie słabe, biédne, wśród śniegu, nocy i lasu, brnie sobie z ufnością jakby nigdy nic! Noc jasna zdaje się troskać o nią. Jest w tém jakaś wielka słodycz, gdy coś, co jest małém i bezsilném oddaje się i powierza tak zupełnie ogromnéj sile. W ten sposób wszystko może istniéć na woli Bożéj. Dziewczyna szła już dość długo i zmęczyła się wreszcie. Przeszkadzały jéj ciężkie, zawielkie buty, w których jéj małe nóżki zesuwały się ustawicznie. Ciężko było wyciągać takie ogromne buciska ze śniegu. Przytém i rękoma nie mogła swobodnie poruszać, bo w jednéj wyciągniętéj sztywnie, trzymała z całéj siły ową dziesiątkę, którą dostała od Kulikowéj. Bała się jéj upuścić w śnieg. Zaczynała chwilami płakać głośno, a potém urywała nagle, jakby się chcąc przekonać, czy kto płaczu nie słyszy. Owszem, las słyszał. Topniejąca złódź szemrała jednostajnie a jakoś żałośnie. Prócz tego, może jeszcze ktoś słyszał. Dziecko idzie coraz wolniéj. Czyżby miała zbłądzić? Gdzietam! droga jakby biała, szeroka, zwężająca się w dali wstęga, leży wyraźnie między dwoma ścianami ciemniejszych drzew. Dziewczynę począł ogarniać sen niepokonany.
Zeszła i siadła pod drzewem. Powieki opadały jéj na oczy. Przez chwilę myślała, że po białości śniegowéj matula idzie ku niéj od strony cmentarza. Nikt nie szedł. Dziecko było jednak pewne, że ktoś przyjść musi. Kto? — Anioł. Przecie stara Kulikowa mówiła, że „jamioł” jest nad nią. — Marysia znała go. W chałupie u matuli był jeden malowany z „leliją” w ręku i ze skrzydłami. Przyjdzie niezawodnie. Złódź jakoś zaczyna szemrać mocniéj. To może jego skrzydła strącają więcéj kropel. — Cicho! istotnie ktoś idzie; śnieg choć miękki szeleści wyraźnie, kroki zbliżają się i zbliżają ciche ale szybkie. Dziecko podnosi z ufnością senne powieki...
Co to!!
Szara jakaś trójkątna głowa o sterczących uszach, przypatruje się dziecku pilnie... straszna, ohydna...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.