Jasnowidząca (de Montépin, 1889)/Tom I/XLI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Jasnowidząca
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1889
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz Helena Wilczyńska
Tytuł orygin. La Voyante
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLI.

Adwokat pomyślał chwilkę a potem rzekł:
— To, czego pan żądasz, chętnie uczynię i odwidzę pańską żonę i dziecię.
— Dziękuję panu. Pan jesteś tak dobry! Gdy wszedłeś do mego więzienia, poczułem zaraz, że mi się pociecha zbliżyła. Nie prawda, że pan tam zaraz pójdzie?
— Zaraz nie, lecz dopiero za godzinę, gdy ztąd wyjdę.
— Na cóż ta niepotrzebna zwłoka. O! gdybyś pan wiedział, jak ja cierpię, jak strasznie się obawiam z powodu mej rodziny.
— To nie powinno pana pozbawiać ani męstwa, ani cierpliwości. Chcę naprzód z panem pomówić, a potem pójdę. Pańska żona zada mi niezawodnie niejedno pytanie, na które nie mógłbym dać odpowiedzi. Tylko w tym razie mógłbym jej robić nadzieję i pocieszać ją, gdybyś mi pan sam dał prawo do tego.
— Masz pan słuszność — odpowiedział Vaubaron — i zgadzam się na pańską wolę. Słuchaj mnie pan teraz a może nie jedną rzecz lepiej zrozumiesz, niż ja sam, i potrafisz rozprószyć ciemności mego nieszczęścia.
Rzekłszy to, począł Vaubaron opowiadać co już dawno wiemy.
Adwokat słuchał z jak największą uwagą i nie wiele przerywał, lecz idąc za tokiem opowiadanego zdarzenia poważniał coraz bardziej, a gdy Vaubaron skończył, na twarzy prawnika był jawny wyraz straconej odwagi i niezadowolenia.
Vaubaron miał się za zgubionego.
— Mów pan! — krzyknął wreszcie z siłą rozpaczy — nie prawda, że mnie pan masz za winnego i że mi się nie udało pana inaczej przekonać?
— Przeciwnie, mam pana za niewinnego, a na dowód sam panu teraz rękę podaję.
Vaubaron pochwycił rękę i przycisnął do serca, poczem zapytał:
— A jeżeli przekonałem pana o mojej niewinności to dlaczegóż pan taki smutny i zniechęcony?
— Bo dopiero teraz widzę całą trudność mego zadania i ogromną odpowiedzialność.
— Panie! mam odwagę, jestem mężem, powiedz mi pan przeto szczerze, czy moja obrona wydaje się panu wcale niemożliwą?
— To nie, lecz w każdym razie obrona pańska jest bardzo trudną.
— Jeżeli pan Bóg dopuści, to umrę jako męczennik — rzekł Vaubaron — a poczucie niewinności będzie mnie podtrzymywać — lecz moja żona i dziecię... Co się z temi stanie? To jest, co mnie dręczy i gorsze jest, od samej śmierci. Ratuj mnie pan! — wołał Vaubaron — ratuj mnie dla żony i dziecka!
— Bóg dopomoże! — rzekł wzruszony adwokat.
— Teraz panie — rzekł mechanik nieśmiało — gdy dopełniłem, czego żądałeś, czy mogę ci przypomnąć przyrzeczenie?
— Nie zapomniałem wcale i spełnię je, skoro tylko ztąd się wydalę.
Potem prawnik opuścił więzienie. Vaubaron pozostał sam i był z łaski Boga podniesiony na duchu. Dziękował niebu za dowody łaskawości, które go w straszliwem położeniu podźwignęły.
Tak przeminęły dwie godziny i nadspodziewanie nie wydały mu się wcale długiemi, bo nadzieja ożywiała go w samotności i sprawiła, że chwilowo zapomniał o wszystkiem złem, co go spotkało i o teraźniejszem położeniu.
W tem obrócił się z chrzęstem klucz w zamku drzwi się otworzyły i adwokat jawił się w kaźni.
Vaubaron zerwał się z łóżka, na którem spoczywał i pospieszył do gościa, lecz nagle się wstrzymał i począł drżeć. — Mimo zmroku, jaki kazamatę zalegał, spostrzegł zasępione oblicze młodego człowieka, który widocznie był wzruszony i nie śmiał oczu podnieść. — Vaubaronowi wydało się tak, jak gdyby go żelazna ręka za gardło chwyciła.
— Pan Bóg nie ma dla mnie miłosierdzia — rzekł w końcu — pan przynosisz dla mnie smutną wiadomość.
Adwokat tylko kiwnął głową.
— Zapewnie żona woła mnie, woła mnie walcząc ze śmiercią, a ja jestem więziony!
Prawnik milczał jeszcze ciągle.
Oczy mechanika wystąpiły na wierzch, twarz jego przybrała jakiś straszliwy wyraz a drżące jego usta z trudnością wymówiły zaledwie dosłyszalne słowa:
— Może już umarła! Moja Marta już umarła!
Adwokat zbliżył się do nieszczęśliwego a ująwszy jego zimne ręce rzekł nieopisanie łagodnym głosem:
— Odwagi mój przyjacielu, na miłość Boską!
— Umarła! — powtórzył Vaubaron nie słysząc ani słowa — straciłem ją na zawsze i nigdy już widzieć nie będę mojej Marty, mojej towarzyszki życia i pocieszycielki, a ja ci nie oddałem ostatniego pocałunku, niezamknąłem rękoma ócz twoich! O Boże już jej widzieć nie będę na wieki!
Nie płakał teraz, oczy pozostały suchemi, pierś nie miała tchu a na obliczu pojawiła się bezgraniczna rozpacz.
Gość milczał, bo i cóż mógłby powiedzieć. Wobec tak wielkiego cierpienia, cóż pomogą wszystkie słowa pociechy?
Nagle Vaubaron wstrząsł się cały jak trup zgalwanizowany, podniósł głowę a pałające oczy zwrócił na adwokata i rzekł grobowym głosem:
— Zapomniałem o Blance cóż z nią się stało?
Młody człowiek chciał odpowiedzieć, lecz nie mógł.
— Mów pan, mówże pan przecież! — wołał mechanik — oczekuję najgorszego! Nie prawda, że także moja Blanka umarła.
Drżąc przemówił adwokat:
— Nie, nie umarła... przynajmniej nie ma powodu, aby to przypuścić... lecz niech pan tylko nie rozpacza... mała z pomieszkania zginęła bez śladu.
— Co zginęła? — krzyknął nieszczęśliwy ojciec, łamiąc ręce, rwąc włosy i uderzając rękami skutemi o głowę, tak że krew z nich pociekła. — Wolałbym, aby w grobie spoczęła, niż się ma tułać po Paryżu moje ukochane dziecię żebrząc o kawałek chleba. O! to okropnie! A potem przyszłość! Cóż się z nią stanie! Boże! To jest za wiele. Nie zniosę tego! Proszę przebacz mi lecz już inaczej nie mogę! Marto! Czekaj na mnie przychodzę do ciebie i umieram niewinny.
Krzycząc tak w rozpaczy wydarł się olbrzymią siłą z rąk adwokata, który go usiłował powstrzymać, pobiegł i uderzył z całą siłą głową o przeciwległy mur.
Dał się słyszeć głuchy, straszliwy łoskot, krew bryzgnęła z roztrzaskanej czaszki i Vaubaron runął trupem na ziemi. Nieszczęsny!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: Helena Wilczyńska.