Jasnowidząca (de Montépin, 1889)/Tom II/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Jasnowidząca
Wydawca J. Czaiński
Data wyd. 1889
Druk J. Czaiński
Miejsce wyd. Gródek
Tłumacz Helena Wilczyńska
Tytuł orygin. La Voyante
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Potrzeba, abyśmy powrócili do owego wieczora po uwięzieniu Vaubarona, kiedy to Rodille z przebudzoną, Blanką na ręku otworzył był drzwi owego tajemniczego domu pod Neuilly.
Przypominamy czytelnikom naszym, że ów dom z dwu oddzielnych pomieszkań był złożony. Pomieszkania te łączył chodnik, o którym sam tylko właściciel wiedział.
Jeden z owych dwu domów miał dwa przedziały, salę w przyziemiu na dwie równe części kratą żelazną przedzieloną, gdzie był kantor stuletniego staruszka Legripa i piwnicę, w której klejnoty starego złodzieja mieściły się.
W sąsiedztwie miano ten dom za zupełnie opuszczony, bo ciężkie firanki zasłaniały okna i nie dozwalały przebić się światłu rewerberów przed lustrami umieszczonych. Przed temi zwierciadłami zwykł był Rodille przebierać się, aby jako ojciec Legrip mógł rozpoczynać swe codzienne zatrudnienie.
Nie bawił też tu Rodille nigdy dłużej nad kilka minut, które były do przebrania się potrzebne.
Rodille przekroczył próg, zasunął rygiel, zaświecił i posadził dziecię na jednym z opylonych fotelów, jakie wzdłuż ścian były poustawiane.
— Jak tu ciemno i smutno — wyszeptało dzie cię — czy tu jest więzienie mój panie?
— Nie, wcale nie, moja mała.
— Gdzie mój ojciec?
— Zaraz tu przyjdzie.
— Czy go tutaj nie ma? — Jeszcze go nie ma, lecz rychło przybędzie.
— Ja się boję, chcę go widzieć, on mnie uspokoi.
— Za kilka minut zobaczysz go kochana Blanko i nie masz najmniejszej przyczyny, dla czego byś się miała obawiać.
Rzekłszy to, Rodille otworzył drzwi ukryte w otapetowaniu tylnej ściany tej komnaty, za któremi pokazały się wschody do górnego piątra prowadzące. Po tych wschodach dostali się oboje do sypialni, która wcale ponurego wejrzenia nie miała.
Tu przechowano meble z dawnych lepszych czasów zeszłego stulecia. Znajdywało się tu łoże biało malowane ze złoconemi nogami i wysokim baldachimem, z którego spływały szerokie jedwabne kotary z deseniem przedstawiającym niebieskiej barwy pasterzy i różnobarwne owieczki.
Pod ścianami stały fotele w tym samym guście co łóżko, a na ścianie wisiało zwierciadło nad dwunożnym stolikiem, obok którego dwa ramienne lichtarze umieszczone były.
Podłogę zaścielał dobrze już podszarzały kobierzec.
— Nie prawda, że tu jest pięknie? — zapytał Rodille spostrzegłszy, że dziecię wszystkiemu z uwagą przypatrywało się.
— Tak jest, tu bardzo pięknie — odpowiedziała dziewczyna — daleko piękniej niż u nas... lecz ja bym chciała przecież...
— Aha — przerwał jej bandyta szyderczym głosem — chciałabyś widzieć ojca. Jużem to kilka razy, a właściwie za wiele razy słyszał, moja mała, i powiedziałem ci już, że jeszcze dosyć wcześnie przybędzie, lecz zostaw mu do dyabła czas do tego.
Blanka spuściła główkę i milczała, ale jej bojaźń podwoiła się.
Rodille tymczasem dobył z kieszeni kawał pytlowanego chleba, w papier owinięty kawałek pasztetu, słomą oplecioną flaszkę i postawił to wszystko na marmurowym stole w pośrodku sypialni stojącym.
— Zapewne głodna jesteś — rzekł potem — i chcesz jeść.
Blanka pokiwała głową.
— Czemuż by nie? Toby było nie możliwe, gdyż jak się spodziewanm zapomniałaś rano zjeść śniadanie a w południe obiad. Teraz pojadę do twojego ojca, aby się pospieszył i przyszedł czemprędzej, a ty moje dziecię jedz i pij tymczasem. W tej flaszce masz doskonałe, słodkie wino, więc życzę ci dobrego apetytu i do widzenia.
Z temi słowy nędznik wyszedł z pokoju zostawiwszy Blankę z łakociami.
Zastawione jadło było wprawdzie bardzo proste, lecz nędza w gospodarstwie mechanika od kilku miesięcy była tak wielka, że ta skromna przekąska za prawdziwe gody ujść mogła.
Blanka była jak najmocniej przekonana, że wcale apetytu nie miała, ba nawet przed kilkoma minutami rzeczywiście głodu nie uczuwała i najmniej myślała co jeść, teraz atoli widok żywności sprawił, że uczuła najgwałtowniejszą potrzebę pożywienia się.
Najapetytniejsze przysmaki stały przed nią i pociągały ku sobie jej oczy podobne magnesowi, który żelazo przyciąga.
Po kilku minutach zbliżyła się do stołu i jadła z chciwością. Potem chwyciła za flaszkę, a nie mając kieliszka, przytknęła ją do ust i piła z rozkoszą słodkie wino, które Rodille zostawił.
Sama teraz przyznała, że obcy jej człowiek nie przesadził, lecz zostawił jej tak pyszny napój, jakiego jeszcze nigdy nie piła, a który teraz dobroczynne ciepło w żyły wlewał.
Flaszeczka była jeszcze do dwóch trzecich części napełniona. Blanka piła ponownie, lecz rychło opanowała ją niepokonana senność, nogi jej poczęły się chwiać i zaledwie zdołały ciężar ciała utrzymać. Z trudnością zbliżyła się do wygodnego fotelu a padłszy nań usnęła i spała jak zabita.
Zresztą nie było tu żadnego niebezpieczeństwa.
Rysy dziecięcia pozostały łagodnemi i pogodnemi i wyrażały najzupełniejszy, pożądany spokój, podczas gdy pierś lekko oddychała. Nie było najmniejszego pozoru szkodliwej senności, której Blanka podlegała.
Tak minęło minut kilka, poczem Rodille powrócił, ostrożnie po schodach stąpając. Na progu przystanął, szukał wzrokiem dziecka, które też rychło odkrył.
— A to dobrze — rzekł zacierając z radości ręce — no! ma teraz dosyć na całą dobę.
Potem zbliżywszy się do ofiary, mówił dalej:
— Wreszcie nie ma potrzeby, aby na tem krześle noc przepędziła.
Rzekłszy to, wziął Blankę na ręce, zaniósł ją do łoża i położył. Potem ściągnął dziewczynce trzewiczki, aby ulżyć jej zgrabnym, małym nóżkom.
Załatwiwszy to, wziął świecę ze stołu i otworzył drzwi do małego pokoiku, gdzie na podłodze leżał materac. Rzuciwszy się nań w ubraniu, zasnął prawie w tejże samej chwili. Widocznie spoczynek był mu wcale potrzebny.
Gdy się obudził, już było późno rano.
Wstawszy poprawił na sobie zmięte suknie i uporządkował sobie włosy palcami. Potem udał się natychmiast do Blanki, którą zastał jeszcze śpiącą. Ująwszy ją za bezwładną rękę, przekonał się, że stan uśpienia jeszcze długo potrwa. Wreszcie opuścił pokój i dom, opatrzywszy starannie wszystkie zamki, ażali dobrze zamknięte.
Na ulicy de l’Etoile wsiadł do dorożki i kazał się zawieźć na ulicę Radziwiłłowską.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: Helena Wilczyńska.