<<< Dane tekstu >>>
Autor Jules Amédée Barbey d’Aurevilly
Tytuł Kawaler Des Touches
Wydawca Spółka Wydawnicza Polska
Data wyd. 1901
Druk Kraków, Druk. „Czasu”
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Lucjan Rydel
Tytuł orygin. Le Chevalier Des Touches
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII.
Niebieski Wiatrak.

Jejmość Panna de Percy oczywiście przeszła do porządku nad uwagą naiwnej Jejmość Panny Sankty de Touffedelys i mówiła dalej:
— „Mordowaliśmy się zatem, baronie, by uwolnić Des Touches’a z kajdan, a wierzaj mi Waszmość, iż była chwila, gdy nam się zdawało, że to trudniejsza sztuka, niźli porwanie go z więzienia. Ujrzeliśmy wówczas z daleka, że ktoś nadchodzi drogą wzdłuż wybrzeża. Saint-German, który miał wzrok bystry, jak żołnierskie oczy na pikiecie, spostrzegł go pierwszy: człowiek ten zbliżał się ku nam spokojnie. Jeśli użyłam wyrazu spokojnie, to powiedziałam nieco za dużo, bo w tej chwili spokojny już nie był. Ta gromadka ludzi, którąśmy stanowili, zebrana o tak wczesnej porze nad brzegiem rzeki, gdzie zazwyczaj tak mało ludzi bywało — ta gromadka zbrojna, której karabiny błyszczały we wschodzącem słońcu, które swym blaskiem rozpraszało nocne opory — ta gromadka zaniepokoiła owego człowieka zbliżającego się krokiem ostrożnym, prawie lękliwym. Ty przecież wiesz, Sankto, jak on chodzi. On zawsze był taki sam, ten Couyart! Tam nad brzegiem rzeki, gdziem go widziała po raz pierwszy, był takuteńki, jak tu, w waszym salonie, gdy przychodzi nakręcać zegary. Istotnie nasza gromadka, której z daleka nie mógł rozeznać, zaniepokoiła go tak dalece, że zawrócił jak przezorny kot, co widzi niebezpieczeństwo i uchodzi przed niem. Puścił się tedy nazad nadrzeczną drogą.
— „Nie ujdzie ci to na sucho, mój kochasiu, żeś miał przyjemność spotkać się przed śniadaniem ze strzelcami Jego Królewskiej Mości. Zaręczam ci, że nikomu już dziś rano nie opowiesz, iż nas widziałeś!“ — rzekł Saint Germain, i nabiwszy karabinek, zmierzył do niego.
Byłby mu niezawodnie wpakował kulę w sam środek pomiędzy łopatki, gdyby nie La Veresnerie. Był on właśnie zajęty piłowaniem śruby, spajającej kajdany Des Touches’a i pracował nad nią tylcem kordelasa. Tym kordelasem podbił w sam sam czas lufę karabinka.
— „Daj spokój temu bakasowi“ — rzekł doń. — „To nie szpieg. To Couyart, Couyart z Marchessieux. Wraca z Marchessieux do Coutances, gdzie jest czeladnikiem zegarmistrzowskim u Le Calus’a na placu katedralnym nawprost Hotelu pod Krzyżem. Znam go, to regalista. Nakręcał mi często zegarek. Ten człowiek spada nam, jak z nieba! Może go nam Bóg zsyła. Bo czeladnik zegarmistrzowski musi mieć przy sobie niechybnie jakie narzędzia. Pomoże on nam prawdopodobnie do rozbicia tego żelastwa.“
Widząc, że zbieg przeczuwa, co mu groziło i odwraca głowę, podbiegł doń i krzyknął podniesionym głosem:
— „Hej, Couyart! Hej! Hej! Couyart! To sami swoi!“
Zegarmistrz przystanął. A w dwie sekundy później ujrzeliśmy go z kapeluszem w ręku przed La Veresnerie, który przyprowadził go do nas. Couyart zbliżył się do nas z odkrytą głową. Nie czuł się jeszcze zupełnie bezpiecznym; w małych oczkach jego było to spojrzenie, jakiem patrzy ptak, schwytany w siatkę. Dopiero gdy wzrokiem potoczył dokoła po naszej gromadce, odezwał się przecie:
— „O mój Boże! Co ja widzę! Toć to Jegomość Pan de Beaumont i Jegomość Pan Lottin de La Bochonnière? (ten co prawda nazywał się tylko Lottin). I Jegomość Pan Desfontaines także!? Więc tedy... mam zaszczyt ofiarować Waszmość Panom najniższe moje służby i atencyę. Raczcie Waszmoście wierzyć mi., więc tedy... że... hm!.. nie spodziewałem się zgoła... hm, hm! spotkać Waszmość Panów o tak rannej porze.“
— „Zapewne, dla nas jestto już pora trochę nazbyt dzienna, bośmy przecie rycerze „Gwiaździstej Nocy“ — rzekł La Veresnerie. — „Ale służba Jego Królewskiej Mości przedewszystkiem! Na służbie Jego Królewskiej Mości spędziliśmy noc dzisiejszą w Coutances i dla tej przyczyny nie poszliśmy dotąd spać, mimo że wschód słońca daje nam sygnał, iż nadeszła pora naszego noclegu. Jesteś acan szczerym regalistą, mój Conyarcie, z radością dowiesz się przeto, żeśmy się gracko spisali w Coutances dzisiejszej nocy, ale mój drogi, potrzeba mi Aścinej pomocy dziś rano, by dokonać dzieła.“
— „Mojej pomocy Waszmość Panom?“ — zapytał zegarmistrz: istota łagodna i spokojna, stojąca pośród nas, wspartych na karabinkach. — „Nie rozumiem... hm! doprawdy nie rozumiem... hm! hm! w czembym... ja mógł... Może chodzi o to, która godzina?“ — dodał, wpadając na domysł. — „Więc tedy... czas mam dokładny“ — i tu wyjechał z dowcipem, który wiekuje w zawodzie zegarmistrzowskim od czasu, gdy wyro biono pierwszy zegar: „Według mojego zegarka słońce się obraca!“
— „Patrz! Couyart!“ — rzekł La Varesnerie; — „rozstąpcie się trochę Mości Panowie!“ Zasłanialiśmy bowiem galar do spławiania wraz z Des Touches’em. I wskazał mu na Kawalera spowitego w łańcuchy: na ten widok oczy zdumionego zegarmistrza zaokrągliły się równie jak usta.
— „Patrz Acan, oto nasze dzieło dzisiejszej nocy — a tu twoje, do spełnienia. Pewnie Acan mieć musisz przy sobie narzędzia swego zawodu, jaki pilnik, albo jeszcze lepiej piłkę do przerzynania sprężyn zegarowych. — Weźno się Acan do tego, mój synku i przepiłuj to przeklęte żelaztwo, a gdy Król Jegomość powróci, będziesz się mógł poszczycić, żeś należał do wybawców Des Touches’a!“.
Widzisz Waszmość, Panie Baronie, jak to ów Couyart na swój sposób wybawcą Kawalera został, jak my — na swój sposób! La Veresnerie nie mylił się. Couyart, jak nam to powiedział, miewał zawsze po kieszeniach pełno narzędzi.
— „Pracujże Waśń tedy nad tem, mój drogi” — rzekł La Veresnerie — „i bądź spokojny; przysięgam Acanu na Boga i na wszystkich świętych, ilu ich jest w kalendarzu, że nikt Waści nie przeszkodzi przy robocie. Nie będziesz narażony na żadne niepokoje. Wierzaj Acan. Już w tem nasza głowa, by cię ustrzedz od wszelkich natrętów”.
I trzymaliśmy po trosze wartę, podczas gdy pracował. Bez niego mybyśmy sobie żadną miarą nie dali rady: robota owa zajęła całe pół dnia. Nigdy, ani z kieszonkowym zegarkiem, ani ze ściennym nie miał tyle zachodu i tyle mordęgi — jak mówił — co z tymi zatraconymi łańcuchami. Przyłożył się jednak do dzieła z cierpliwością właściwą ludziom cierpliwym, która mnie zawsze dziwi, a ponad to cierpliwością zegarmistrzowską, a ta jest dla mnie już zgoła niepojęta! Trudno było, ale i tak dał radę. Wywiązał się chlubnie z zadania. Wszelako mozół, którego wówczas nie pożałował, tak utkwił na całe życie w pamięci Couyartowi, że od tej pory, ilekroć mu przyszło mówić o jakiej bardzo żmudnej naprawie zegara, czy też o rzeczy wogóle bardzo uciążliwej — zwykł był nieborak zawsze mawiać: — To nie lada sztuka! zupełnie jakby człek piłował kajdany Des Touches’a.
Wszystko to są, stare dzieje, Mości Panie de Fierdrap. Czas naszą młodość zdmuchnął jak świecę i tak doszczętnie zgasił blask naszej świetności, tak stłumił rozgłos czynów naszych w onej dalekiej przeszłości, że to wyrażenie Couyarta: „Ciężko! jakby człek piłował kajdany Des Touches’a — uchodzi za jakieś cudaczne bajdurze — nie biednego staruszka, i nikt już dzisiaj nie rozumie, co to znaczy. Ale my trzy, Urszula, Sankta i ja, my to jeszcze wiemy!“.
Nie pierwszy to raz melancholiczna nuta zadrgała w tem opowiadaniu zacnej starej panny, która zazwyczaj tak mało miała skłonności do melancholii. Była to jednak zawsze przejściowa tylko nuta i przebrzmiewała prędko, ustępując żwawej wesołości, co wrodzona była temu dzielnemu sercu.
— „Wracając do Des Touches’a“ — mówiła dalej po chwili, wystarczającej zaledwie na stłumione westchnienie — „skoro tylko poczuł się wolnym i silnym, natychmiast podziękował nam najuprzejmiej. Uścisnął dłoń każdemu z nas dokoła. Podając mi rękę, jak innym Dwunastu, poznał mnie zaraz w tem przebraniu męskiem, które przywdziewałam już niejednokrotnie; on mnie jednak w niem nie widział nigdy przedtem. Nie zdziwił się bynajmniej. W tych czasach nikt się niczemu nie dziwił! Wiedział przecie, że wolę strzelbę, niżli wrzeciono. A czyliż była lepsza sposobność do pofolgowania temu zamiłowaniu, nad owo zbrojne życie partyzanckie, którem myśmy żyli?!
— „Mości Panowie“ — rzekł — „Król Jegomość winien Wam jest ocalenie sługi swego, który niebawem służby swoje pełnić zacznie dalej. Dziś wieczór jeszcze puszczam się na morze. Słońce już się zniża, lecz jest jeszcze nazbyt wysoko, byśmy się mogli pokazać na gościńca razem i zbrojno. Trzeba się rozprószyć. Za dwie godziny atoli, możemy się zejść pod tym wiatrakiem, tam po prawej ręce na szczycie wzgórza. I tam-to wyznaczam Wam miejsce naszego spotkania“. — „To Niebieski Wiatrak — rzekł La Varesnerie.“
— „Niebieski, w samej rzeczy“ — odparł ponuro Des Touches“. — „Toć to w tym wiatraku — Mości Panowie — Niebiescy wzięli mnie zdradą, i przyczynili wam tyle trudu z mojem uwolnieniem. Poprzysiągłem sobie w duchu, że im gotówką zapłacę, za fatygę, którą sprawili Waszmościom. Przysiągłem“ — dodał grzmiącym jak spiż głosem — „iż pomszczę zgon Imci Pana Jakuba! Przekonacie się, że dotrzymam przysięgi! Nim słońce, wskazujące obecnie trzecią godzinę z południa — skryje się na widnokręgu, zanim ja zniknę w mgłach angielskiego wybrzeża — Niebieski Wiatrak zmieni się w Wiatrak Czerwony — na co Waszmościom daję słowo Partyzanckie! I ręczę, że na zawsze w pamięci okolicznych ludzi młyn ten owo miano zachowa!“.
Patrzałam nań kiedy mówił: w obcisłej kurtce marynarskiej, paskiem w stanie ściągnięty, wyglądał bardziej, niż kiedykolwiek na Osę, której nazwa była jego wojennym przydomkiem: osa wypuszczała żądło i łaknęła krwi! Przypominał mi także owe lwy herbowe, cienkie i sprężyste w krzyżach, jak pantera, i o pazurach drapieżnych, gotowych wszystko rozedrzeć! Jego twarz kobieca, aczkolwiek nigdy mi się nie podobała, przecież piękności jej nie mogłam zaprzeczyć. Teraz biła, buchała, zionęła okrutną mściwością, co przy niewieściej prawie urodzie, wydawało się stokroć groźniej, niż gdyby twarz tę cechowała najsurowsza nawet męzkość.
Ilu nas było, cala Dwunastka — wzdrygnęliśmy się pod wrażeniem tego oblicza Meduzy. La Veresnerie zaś przeczuł, zda się, jakąś okropność, która pociągnie za sobą na wzajem ohydny odwet nieprzyjaciela i przyczerni jeszcze, i tak już dość czarną opinię partyzantów.
— „A gdybyśmy tak nie poszli na Waszmościną schadzkę?“ — zapytał La Veresnerie. — „Cóż — by się stało?“
— „Nic, Mości Panie!“ — odrzekł hardo Des Touches, a nozdrza wydęły mu się, jak gdyby mu kto śmignął szpadą pod samym nosem. — „Chciałem Waszmościów mieć za świadków aktu sprawiedliwości, ale na to, by wykonać, co postanowiłem, nie potrzeba mi nikogo!
La Veresnerie zastanowił się przez chwilę. Głowę dowódcy miał na karku La Veresnerie; był młody, niedawno przedtem Jegomość Pan de Frotté mianował ko komendantem.
— „Sam, na kilkunastu może“ — mruknął. — „Nie, Mości Panie, ocaliwszy Waszmość, winniśmy Królowi Jegomości zachować Waszmościne życie. Pójdziemy wszyscy — nie prawdaż Panowie?“
Przystaliśmy, baronie, i rozeszliśmy się różnemi ścieżkami. Ja poszłam z owym Justem Le Bretonem, którego ty bracie nazywasz moim ulubieńcem I masz słuszność: był moim ulubieńcem, a nie potrzebuję dodawać: Honny soit qui mal y penss! bo wdzięki mojej osoby dają rękojmię dostateczną, by nikt źle nie myślał o mnie. Po drodze Just rzekł do mnie:
— „Co też zrobi Kawaler Des Touches? Zniewagi dwukrotnego uwięzienia ciężą mu na sercu, i to na tak hardem sercu!“
Just zupełnie, jak ja, z zajęciem patrzył na Des Touches’a, bo i on widział w nim to, co ja widziałam: wojownika obojętnego na wszystko, co nie było wojną i drażliwem poczuciem osobistej dumy!
— „Pojmali go zdradą“ — mówił Just da lej. — „Wydali go w ręce Niebieskich; ale kiedy? i jak? i jakich w okolicznościach? Boć Des Touches, to uosobiona czujność bezsenna!“
Byliśmy tak zajęci tem, co się stać miało, że nie spostrzegliśmy się, kiedyśmy przeszli całą przestrzeń dość znaczną i wznieśli się po łagodnej pochyłości wzgó rza, na którego szczycie stał Niebieski Wiatrak — jak go zwano w całej okolicy.
Ogarnęła nas gorączka ciekawości, popychała nas nieprzeparta siła, pociągało nas to miejsce, któregośmy nie znali, a zobaczyć pragnęli; jak dziecko, co wpadło do wody u brzegu, idzie z tonią, porwane morskim prądem, tak nas porwało coś i niosło. — Przybyliśmy pierwsi na miejsce schadzki i zatrzymaliśmy się opodal od młyna, oczekując na towarzyszów, a spodziewając się przed innymi Des Touches’a.
Miejsce było spokojne. Wzgórze miało stoki o spadku niezmiernie łagodnym i zupełnie jednostajnym, zaczem wyniosłość ta nie dawała się zgoła czuć nogom, gdy się na nią wychodziło; za to dla wzroku była bardzo widoczna, gdy obróciwszy się wstecz, ujrzało się za sobą drogę przebytą. Po wierzchu wzgórek porośnięty był trawą krótką, lecz wcale zieloną. Pasło się na niej licho kilka jagniąt. Nie było tam ni drzewa, ni zarośli, ni płotu, ni wądołu żadnego, ni garbu, jednem słowem niczego, coby mogło tamować podmuchy wiatru, który tam królował, hulając sobie swobodnie i obracając wiatrak ruchem powolnym a cichym. Nie tyrkotało nic, ani skrzypiało w tym młynie o szerokich śmigach, obciągniętych płótnem wyprężonem, które wzdymało się czasem za silniejszym powiewem wiatru, jak żagle na statku.
To był tedy ów Niebieski Wiatrak. Dlaczego taką dano mu nazwę?.. Może dlatego, że i drzwi i okiennice i śruba, na której obracało się wiązanie dachowe, a nawet chorągiewka na dachu — wszystko było tej barwy niebieskiej, która zdawna zowie się błękitem perukarskim, a to z tego powodu, iż perukarze już od czasów króla Ludwika świętego malowali nią podobno sklepy swoje.
Wszystko w tym wiatraku, prócz murów i śmig, miało ten kolor niebieski, jaskrawy i wesoły, który wydawał się jeszcze jaśniejszy na tle ciemniejszego błękitu niebios i w gorącem świetle słońca, które jeszcze nie ozłacało wiatraka, jako że była dopiero piąta godzina po południu. Skąd owa barwa niebieska? Wiatraki normandzkie zazwyczaj nie były nią malowane. Może umyślnie dla gry słów w której lubuje się zwykle gmin: Wiatrak Niebieski, więc nie Biały, czyli Wiatrak Patryotyczny.
W drzwiach wycięty był otwór, tak, że służyły zarazem jako drzwi i jako okno. Część górna, która stanowiła okno, była otwarta. Zresztą nie widać było nikogo: ani młynarza, ani młynarki. I tylko młyn kręcił się szerokim rozmachem, a zdawało się, jak gdyby ten jego obrót odbywał się w worku pełnym waty, tak cicho wirowały śmigi. Leciały one jedne za drugiemi, nakształt godzin, równo i miarowo kołując, bez najmniejszego wstrząśnienia!
Cisza ta nie długo trwała... Rozległo się wnet pizzicato wygrywane na skrzypcach i płynęło przez drzwi uchylone. Piosneczka dźwięcząca sucho i przenikliwie, budziła się pod ręką młynarza; a młynarz miał widocznie uszy zaprószone mąką i sam nie słyszał dobrze, co wygrywał.
— „Jak poczciwie wygląda ten zdradziecki wiatrak“! — zauważył Just. — „Nie dziwię się, że nawet Des Touches na nim się nie poznał!“.
Tymczasem pizzicato brzmiało ciągle, niepewne, głuche, senne, dla ucha uchwytne jedynie skutkiem głębokiej ciszy tego popołudnia letniego i tego młyna, co zdał się obracać w próżni! Mogło się istotnie człowiekowi udzielić to wrażenie ospałości, w której widocznie pogrążony był młynarz ów niewidzialny: śniło mu się raczej, że gra, niżli grał rzeczywiście.
Było to wrażenie jedyne w swoim rodzaju, Mości Panie de Fierdrap, zwłaszcza gdy pomyślę o tem, co się później stało. W takiej to chwili ukazał się Des Touches na mizernej murawie, okrywającej wzgórze. Stawił się pierwej, niż reszta Dwunastki, lecz widział, że oboje tam już jesteśmy: Just Le Breton i ja. Dał nam znak, żebyśmy byli cicho. Szedł bez broni, z rękoma próżnemi. Po rozstaniu się z nami, nie wyrwał nawet kołka z płotu na kostur.
Otwarł skublowe drzwi wiatraka i wszedł do wnętrza... Pizzicato ustało... Było to zupełnie jak z zegarkiem, co jeszcze przed chwilą odzywał się tyk tak a nagle stanął“.
— „I z tobą jest tak samo — rzekł do niej ksiądz, kiedy się zatrzymała, napawając się wrażenieni, jakie wywołała. Widziała bowiem, że jej opowieść wrażenie wywierała na Imci Pana de Fierdrapi na brata. — „Mówno dalej, Mościa Panno Siostro; nie stawaj! Nie pal nas na wolnym ogniu!“.
— „To nasi!“ — rzekł Just Le Breton, widząc, że nadchodzą — (mówiła dalej). — Zdążali w sam czas na ową chwilę, którą ja teraz mogę nazwać ostatnią; wówczas była to jednak tylko chwila nieokreślonego niepokoju.
Wyszli na wzgórze i spostrzegli nas.
— „Przychodzimy na miejsce umówione“ — rzekł La Varesnerie. — „Gdzie Kawaler?
— „Tam jest!“ — odrzekłam. A tymczasem odkąd wszedł do młyna, miałam oczy bez ustanku wlepione w te drzwi, co za nim zostały otworem.
Wyszedł z nich. Da się-li jednak powiedzieć, że z nim był ktoś drugi? Za kark trzymał oburącz młynarza, tak, iż obie te ręce otoczyły tamtemu szyję nakształt obojczyka. Młynarz z Niebieskiego Wiatraka był ogromny i brzuchaty, on zasię wlókł go za sobą po ziemi.
— „Do licha!“ — ozwał się Desfontaines (starając się ciągle naśladować Vinel-Aunisa) — „jak widzę, to nietylko młyn jest niebieski, bo już i młynarz niebiesko wygląda!“
Gdy na progu cichego młyna stanął Des Touches, nie wyszedł z nim nikt, oprócz młynarza, który zdawało się, iż bynajmniej nie cięży onym rękom, co mu się w szyję wpiły. Pomyśleliśmy sobie wówczas, że wszystko już skończone... że go zabił... i to samo przez się było dość tragiczne — nie prawdaż, Baronie? Ale gdzie tam! Niebawem przed oczyma naszemi rozegrać się miała nie taka tragedya!
Młynarz zemdlał był w kleszczach des Touches’a. Krew go zalała; apoplektyczny bowiem ten człowiek krwi w sobie miał pełno, jak beczka nalana po same brzegi; żył jednak aczkolwiek nieprzytomny. A Kawaler Des Touches natężał siłę swą w stosunku do siły przeciwnika, wiedział przeto, że ten człowiek nieruchomy żyje.
— „Mości Panowie“ — „oto zdrajca, oto Judasz, który mnie wydał Niebieskim Mundurom! Za wszystkich, co polegli w Avranches, za Vinel-Aunisa, który prawdopodobnie zginął, za Jmci Pana Jakuba, zabitego dzisiejszej nocy i pogrzebanego dziś rano, za całe dwa tygodnie, w ciągu których poili mnie obelgami, jak wodą i karmili najohydniejszemi katuszami, jak chlebem, za wszystko to zda obecnie rachunek ten człowiek. Ukaranie go biorę na siebie...“
Słuchaliśmy w przekonaniu, że odwoła się do naszych karabinków, ale on dzierżył ciągle w zaciśniętych rękach szyję tego człowieka, którego ciało zwisało bezwładnie na ziemi; głwę zaś jego olbrzymią Kawaler wsparł na swem udzie, jak dobosz bęben opiera.
— „Mości Panowie!“ — jął mówić dalej, nie stracił bowiem podczas tego wszystkiego zimnej krwi, dzięki czemu, z bystrością sobie właściwą, spostrzegł, iż kilku z nas ścisnęło lufę karabinów. — „Mości Panowie! zachowajcie proch przeciwko żołnierzom. Przypomnij sobie Mości La Veresnerie, żem Dwunastu Wybawców moich powołał jedynie na świadków przy wymiarze sprawiedliwości! Karę ja sam osobiście mu wymierzę... Piotr Wielki, który, o ile wiem, nie gorszy był odemnie, za żywota swego bywał częstokroć sędzią, a zarazem i katem.“
Nikt z pomiędzy nas, słuchających go, patrzących nań wtedy, nie domyślał się, co Des Touches zamierza uczynić. Lecz na to, by nietylko wykonać, ale choćby tylko zamierzać to, co on postanowił uczynić, trzeba było mieć nadludzką siłę... i być tem, czem on był!
Stał, trzymając w jednem ręku bawoli łeb młynarza. Wtem siadł mu na karku bezlitośnie okrakiem, jak na koniu, a głowę jego ścisnął oboma kolanami.. Myśleliśmy, że mu kark skręci. Ale to było jeszcze co innego, Mości Panie de Fierdrap!
Młynarz miał na sobie pas. Pasy takie noszą dotąd chłopi normandzcy z tkaniny giętkiej a tęgiej, która ujmuje w biodrach stany roboczego ludu tamtejszego. — „Udusi go!“ — mówiliśmy sobie w duchu, widząc, iż mu wolną swoją ręką pas ów odwiązuje. Każdy jednak ruch jego tłómaczyliśmy sobie fałszywie!
Nie! Rzecz stała się zgoła niespodziewana i wręcz zdumiewająca. Gniotąc młynarza pomiędzy kolanami, chwycił za śmigę wiatraka, która przelatywała właśnie i osadził ją na miejscu odrazu! Był to tak wspaniały objaw siły, żeśmy aż krzyknęli z podziwu...
Dzierżył teraz oburącz śmigę i tak mówił:
— „Liczą wszyscy Waszą Mość, Panie duście Le Breton, do ludzi najsilniejszej garści w całym Cotentinie. Możebyś tedy Waszmość dał radę przytrzymać mi przez chwilę tę śmigę, którą zastanowiłem w obrocie?“
Just nie zawahał się Des Touches przemówił do jego miłości własnej; trafił w tę cześć bałwochwalczą, jaką Le Breton żywił dla swojej mocy; trafił w one poczucie siły, którem się Just upajał, aż mu przyszło w końcu drogo za to zapłacić, gdyż później zginął od nieznacznej rany...
Zaczem Just z dumą śmigę wiatraka wziął z ręki Kawalera i zagrzany współzawodnictwem, które w dziesięćkroć pomnaża siły ludzkie — utrzymał skrzydło młyńskie.
A gdy on je przytrzymywał, Des Touches przez ten czas pasem przywiązał młynarza, rozściągnąwszy go na wznak wzdłuż śmigi, która — skoro ją tylko popuszczono — jęła na nowo kołować obrotem cichym i miarowym.
O! pręgierz to był dziwmy — nie prawdaż, Baronie? I widok dotąd nigdy nie widziany: ten człowiek przykrępowany do śmigi wiatraka, która się z nim kręciła bez końca!
Zakreślając ogromne swe koło w przestworzu, śmiga wraz z młynarzem przecinała powietrze; wynosiła go w górę na to, by za chwilę zlecieć z nim na dół i zlatywała z nim, by go na nowo wynieść w górę. Ruch i przewiew ocuciły go niebawem. Otwarł oczy. Krew o mało, że naporem swym nie rozsadzała mu twarzy — jak wino zbyt burzące rozsadza gąsiorek — poczem zbiegła mu wzdłuż ciała, więc pobladł. Des Touches’owi przyszedł do głowy koncept iście żeglarski:
— „Oho, zaczyna go brać morska choroba!“ — rzekł z wyrazem okrucieństwa.
Młynarz, który w pierwszej chwili otworzył był oczy, zamknął je zaraz, jak gdyby chcąc uchronić się przed tem okropnem wrażeniem, jakie nań wywierała ta otchłań powietrzna, w którą zapadał się na śmidze. I wciąż wznosił się w górę na tem nieubłaganem skrzydle młyńskiem, by znowu zapaść się w dół i zapadał się, by znowu wzbić się w górę. Słońce świeciło mu prosto w twarz i olśniewając go, musiało pewnie pomnażać jeszcze srogość katuszy w onych męczarniach jego napowietrznych.
Nieszczęśnik — zrazu, odzyskawszy przytomność, krzyczeć począł, jak zarzynany albatros. Wkrótce jednak przestał krzyczeć... Nawet krzyczeć nie miał już odwagi, a przecie i tchórz ma jeszcze odwagę krzyczeć!
Bezwładnie leżał na białem płótnie śmigi, niby na śmiertelnej pościeli. Jestem szczerze przekonana, że to, co on wycierpiał, wręcz nie da się wyrazić. Biły nań poty kropliste: z dołu widać było zlane potem jego skronie połyskujące na słońcu... Ichmoście nasi patrzyli na to suchemi oczyma, nieporuszeni, z wargami zaciętemi. Lecz ja, Mości Panie de Fierdrap, czułam, że nie jestem do tego stopnia mężczyzną, jak mi się zdawało. (Na żywy Bóg, poczułam to wówczas po raz pierwszy w życiu!). Ta odrobina kobiecości, która się we mnie taiła, wzdrygała się na to i nie mogłam wytrzymać, by nie powiedzieć do straszliwego onego mściciela, do Kawalera Des Touches:
— „Na rany Boskie! Kawalerze, skróć mu Waszmość mękę“.
I podałam mu swój karabinek, on bowiem nie miał broni.
— „Niechaj będzie — dla Boga na niebie, a dla Waszmość Panny na ziemi“! — odparł. — „Tyle Waszmość Panna zdziałałaś dzisiejszej nocy, że niczego ci odmówić nie mogę!“.
Stanął nawprost śmigi, w odległości jakich trzydziestu kroków. Strzelcem tak był celnym, że w locie jaskółki morskie trafiał, stojąc w łódce rozkołysanej jak huśtawka. Wypalił; — a strzał wymierzony był tak, że gdy przed nim przechodziła owa śmiga, — człowiek rozciągnięty na niej, jako na celu ruchomym, w samą pierś dostał kulką, która go na wskróś przeszyła.
Biała śmiga zaczerwieniła się strugą krwi, która z tego krwistego ciała tak silnym wytryskiem bluznęła, jak woda buchająca z sikawki; — a wielka plama czerwona zbroczyła ścianę wiatraka.
Dotrzymał słowa Kawaler Des Touches! — W tej oto chwili, zmienił on ten spokojny, wesoły Niebieski Wiatrak w straszliwy ów młyn czerwony, gdzie wykonała się pomsta nad zdrajcą. W jakich okolicznościach dopuścił on się zdrady, — tego nie dowiedzieliśmy się nigdy; musiały to być jednak okoliczności straszne, skoro mogły doprowadzić człowieka do tak nieubłaganej srogości. Jeśli dotąd stoi tam ów młyn, to z pewnością zowie się on po dziś dzień Krwawym Wiatrakiem... Może już obecnie ludzie nie wiedzą, czyja ręka i za co przelała tę krew, która zakrzepła czarną plamą na tej ścianie; ale widnieć musi ona tam dotychczas — owa krew i długo jeszcze świadczyć będzie tajemnym głosem, że się na tem miejscu stała rzecz jakaś przerażająca. A świadczyć o tem nie przestanie nawet i wtedy, gdy w pośród żywych nie będzie już nikogo, ktoby umiał opowiedzieć owe krwawe dzieje!“.
— „A toż-to srogi mąż był z waszej Pięknej Heleny!“ — rzekł, zadumawszy się ksiądz.
— „Mój bracie, srogi mąż nie nasycił ani tą pomstą, ani tą męczarnią“ — mówiła dalej Jejmość Panna de Percy. — „Myśleliśmy wprawdzie, że to mu wystarczy... ale niebawem wywiódł nas z błędu.“
Zeszliśmy razem ze wzgórka: jedni wracać mieli do Touffedelys, drudzy tam, gdzie będą mieli ochotę, boć przecie druga nasza wyprawa skutek pożądany odniosła. Kawałek tylko drogi mieliśmy jeszcze iść razem, gromadą. Słońce jeszcze nie zapadło na widnokręgu, jak to był zapowiedział z całą ścisłością Kawaler Des Touches. Uszliśmy już sporo ścieżką, wiodącą na dół. Idąc obok Justa Le Bretona, odwróciłem się wstecz i ostatnie spojrzenie rzuciłem na odludny pagórek... Słońce czerwieniło się jak gdyby zawstydzone, że musi zniżać się ku ziemi, i krwawem spojrzeniem obrzucało młyn ów krwawy... Wiatr dął od morza, od tego morza, na które puścić się miał wkrótce Des Touches. Z powiewem wiatru śmigi obracały się szybciej, a z niemi kołował ciągle jeszcze trup w zapadającym zwolna mroku.
Nagle zdało mi się, że z kończystego dachu wznoszą się niewielkie słupki dymu. Rozpowiedziałam to w naszych szeregach.
— „Ogień tylko sam oczyszcza!“ — rzekł Des Touches.“
I powiedział nam, że to on we wnętrzu wiatraka ogień podłożył. A jako nie opuszczała go ani na chwilę natura partyzancka, przeto dodał wnet wesołym żołnierskim tonem:
— „Ubędzie trochę mąki na obiad dla Patryotów!“
Ogień tlił się przez ten czas, gdyśmy odchodzili. Z kłębów dymu, które buchały ponad wzgórzem i zasłoniły je sobą, strzelił nagle płomień.
— „Świece zapala się za dusze zmarłych!“ — rzekł Des Touches. — „To moja świeca za duszę Jmci Pana Jakuba. Chciałbym światło jej widzieć zdaleka jeszcze dziś w nocy — poprzez mgły kanału La Manche.“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jules Amédée Barbey d’Aurevilly i tłumacza: Lucjan Rydel.