Królewscy synowie/Tom I/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Królewscy synowie
Podtytuł Powieść z czasów Władysława Hermana i Krzywoustego
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1877
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
III


Działo się to w roku 1096.
Zamczysko w Płocku, kędy król, (bo tak go w domu zwano, choć koronowanym nie był) najczęściéj przebywał, już naówczas nieco przystojniejszy, niż za lat dawnych pozór miało, acz i teraz obozowisko i namioty więcéj przypominało niż gród stołeczny.
Stolic téż naówczas stałych nie mieli królowie, czasowo przemieszkując po grodach i ziemiach, do których ich upodobanie, obowiązki, wojny i sprawy domowe powoływały.
Kraków, od tego czasu gdy Bolesław Szczodry skalał kościelne progi krwią świątobliwego biskupa, był jeszcze jakby pod klątwą; unikano go, tkwiły w nim wspomnienia straszne, obawiano się jakby miejsce samo nieszczęśliwém było. Pustoszało potrosze opuszczone zamczysko, nie zatarte nosząc ślady niedawnej jeszcze przeszłości.
Władysław Herman bezpieczniéjszym się czuł w pośrodku ziem swoich, na mazurach w Płocku, niż w Poznaniu, Gnieźnie, na Szlązku i w Krakowie. Tu więc i on i dwór i królowa Judyta, cesarskiéj krwi pani, przebywać z nim musiała, tu lata pierwsze spędzał Bolko, młodziuchny, jedyny syn królewski z Judyty czeskiéj, bo z niemki trzy tylko córki rodzinę pańską pomnożyły.
Wdowa po królu Węgrów, krwią z domem cesarskim blizko połączona, królowa Judyta, pędziła tu życie, które sobie sama zabawami i wesołością zaprawiać umiała.
Król chorowity lubił ciszę, ale nikomu się weselić i wedle myśli swéj zabawiać nie bronił.
Zamek w skwarne dni lata tego, bardzo ożywionym nie był. Połowę budynków jego zajmowała ze swym dworem, niemiecko-węgiersko-polskim królowa pani, pół mniejszą król zamieszkiwał. Do koła obojga dwór a raczéj dwa osobne dwory się rozkładały, nie licząc trzeciego, otaczającego królewicza Bolesława, naówczas jedenastoletniego, przy którym nieodstępnym był ochmistrz jego, Wojsław, Sieciecha pokrewny i rówieśnicza drużyna.
Dworska gawiedź przy królu i królowéj w większéj części młoda była, raźna, ochocza i dosyć swobodna, bo taką i królowa pani i Władysław otaczać się lubił. Starszyzna służyła tylko aby trochę ładu wśród niesfornéj młodzieży utrzymać i z karbów jéj wyjść nie dawać.
Pięćdziesiąt i kilka lat mający król, starszym się wydawał niż był w istocie. Zwał się panem i królem, ale królować się obawiał; cugle z rąk jego dawno się już w inne dłonie dostały. Rad był temu. Chorzał i stękał, a jeśli mu się kiedy rozjaśniło lice, to chyba gdy oznajmiono przybycie Wojewody Sieciecha. Naówczas i król i królowa, która go nad wszystkich przenosiła, występywali jak dla najmilszego z gości, życie się budziło w Płocku, twarze jaśniały radością, zamek brzmiał weselem.
Sieciech wojewoda wojewodów, naczelny wódz, namiestnik pański, ręka prawa, zjawiał się tu często, ale bawił krótko. Musiał zarazem na wszystko mieć oko, docierać wszędzie, pilnować granic, a w środku strzedz by mu się Starostowie z pod zwierzchnictwa nie wyłamywali. Trzeba było to się ku Krakowu puścić, to na czeską granicę podsłuchać co się tam działo, to na Szląsk, to na niespokojne Pomorskie rubieże, to do Gniezna i Poznania, na grody, po ziemiach, gdziekolwiek się co luzowało i psuło.
Król dawał mu czynić co chciał, a co on uczynił, dobrém było. Królowa się téż nie przeciwiła. Z jego ręki ludzie stali przy panu i przy pani, krewny jego Wojsław był przy królewiczu, a kto nie od niego był, albo nie z nim, długo tu trwać nie miał nadziei.
Po skwarnych dniach lata, król osłabłym czuł się bardzo, a im się gorzéj na zdrowiu czuł, tém Sieciecha więcéj pragnął, bo mu tylko z nim i przy nim dobrze było.
Już dnia przeszłego wyglądano Wojewody; pytała się nieustannie królowa, król przypominał co chwila — Sieciech, mimo obietnicy nie przybywał.
Zamknięty w izbie, któréj okna ku północy obrócone, gorących promieni słonecznych nie dopuszczały, Władysław Herman wstał następnego dnia blady, nieustannie czuł pragnienie, wargi miał spiekłe, oczy zaognione, oddech ciężki, ręce drżące. Patrząc nań litość brała, tak nad wiek wyniszczonym się zdał i z sił opadłym. Oczy jego podnosiły się nieśmiało, patrzały trwożliwie, cały wyraz twarzy cierpieniem był napiętnowany i wyczerpaniem. Dopalały się w nim resztki życia.
Wstającego z łoża dwu młodych chłopaków wzięło pod ręce, aby go przeciw okna otwartego, na świeżem powietrzu posadzić.
Król powiódł oczyma zgasłemi po izbie, po dworze swym, jednego z chłopaków służących mu pogłaskał pod brodę i zapytał głosem ochrypłym.
— Niema?
— Pana Wojewody? podchwycił odgadując chłopak, który się nieznacznie uśmiechnął — nie, miłościwy panie.
— A gdzież on jest? — odezwał się jakby sam do siebie król — gdzie on jest?
Na to mu odpowiedzi nie dano.
Nie było stołów rannych, obiednich dla dworu razem i państwa; król chory jadł u siebie, królowa sama, gdy rozerwać się była rada, szła między dwór i za stołem panowała. Szmer, tłum, gwar króla męczyły.
Że klęknąć nie mógł król pobożny, siedząc począł modlitwy odmawiać, co postrzegłszy chłopcy, stary szatny pański i podkomorzowie, którzy w progu stali, oddalili się. Wzdychając modlił się król, zadumywał, czasem modlitwa marła mu na ustach, to się jak pokutnik bił w piersi ręką wychudłą i kościstą.
Do koła cicho było, niekiedy śmiech się wyrwał zdala stojącéj młodzieży i wnet przycichnął; to goniących się po podwórzu swawolników słychać było, których rozkaz starszych precz odpędził.
W drugiéj stronie dworca u królowej hałaśliwiej i żwawiej ranek się poczynał, bo każde z państwa po swojemu żyło, jak chciało.
Raniéj od wszystkich wstał królewicz i już w lesie był. Ten z konia prawie nie złaził, a choć jedenaście lat liczył dopiero, jak stary do łowów i do wojny tylko wzdychał. Mordowali się z nim wszyscy, on nigdy dosyć nie miał.
Gdy po skończonéj modlitwie służba weszła królewska i komornicy, niosąc jadło w misach pokrytych i napój w dzbanach, zapytał król naprzód słabym głosem o syna. Odpowiedziano mu że w lesie już był ze psami, a nie wracał zwykle aż nocą.
Mimowoli oko królewskie zwróciło się na rozpostartą skórę niedźwiedzią.
Była ona pamiątką pierwszego, dziecinnego przed laty dwoma boju młodego Bolka ze strasznym zwierzem, na którego i starszy człek sam jeden nie rad by się porwał. Spotkawszy w borze starego niedźwiedzia, który się z połowicą swą w pląsach zabawiał i igrał wesoło, Bolko puścił się nań mężnie, i choć mu śmierć groziła od rozjuszonéj bestyi dla przerwanéj zabawy, oszczepem go przebił. Skórę tą ojcu pod nogi młode chłopię rzuciło, jako zdobycz pierwszą.
Był to zadatek przyszłości.
— Nie darmo on Bolesławów imię nosi, odezwał się naówczas król, ale mu zapewne Szczodrego losy przyszły na pamięć, bo posmutniał.
Zapytawszy wprzódy o syna, spytał król potém o królowę, panią swą. Podkomorzy oznajmił iż obiadowała ze dworem i panami, którzy przybyli z pokłonem. Starczyła ta wiadomość królowi i nie badał już więcéj.
Na stojące przed sobą misy popatrzył obojętnie i polewkę jeść począwszy, o czémś innem dumać się zdawał. Oczy jego patrzały w jedno miejsce i nie widziały nic, bo nic widzieć niechciały.
W tém w podworcu zdala zaszumiało coś, zatętniało, królowi łyżka wypadła z ręki, zatrząsł się cały, na poręczach sparł i poruszył jak do wstania. Ale sił mu nie stało.
— Wojewoda? — zapytał.
Służba rzuciła się do okien, inni wybiegli precz, i komornik królewski Zegrzda, rzekł wyjrzawszy.
— Tak jest, miłościwy panie.
Z radości widocznéj, drżąc cały, usiadł król bo na nogach się utrzymać nie mógł, blask jego oczom bladym powrócił, uśmiech ustom.
— Wojewoda! — powtórzył sam do siebie, Wojewoda!
Rozradowany był i ożywiony.
Zaledwie wyrazów tych dokończył, gdy drzwi boczne otwarły się z łoskotem, dał się słyszeć szelest sukni niewieścich i niewiasta ukazała się w progu, wchodząca śmiało, ku któréj król oczy obrócił.
Była to pani już nie pierwszéj młodości, ale pragnąca być młodą jeszcze; siostra cesarza Henryka IV., Judyta, małżonka schorzałego pana, tak zdrowa i rzeźwa, jak on był zniszczony i wybladły. Prawda że i twarz i strój z wielką sztuką były barwy jasnemi odżywione. Słusznego wzrostu, bujnych kształtów, dumą i lekceważeniem królowa, trzepiotowatość miała zarazem odbijającą dziwnie od dobrze zwiędłéj twarzy, obwisłych policzków, oczu podbitych i pofałdowanych skroni.
Ubiór jasny, włos starannie trefiony, nawet kwiatek który trzymała w białych rękach przystałby lepiéj młodéj dzieweczce, a śmieszną czyniły niewiastę, która dawno młodą już nie była.
Szła królowa ku siedzeniu męża, zwolna rozglądając się na wsze strony, uśmiechając do podkomorzych i komorników, nie wiele zdając troszczyć o chorego. Stanęła wreście o parę kroków od siedzenia i wąchając kwiatek, odezwała się głosem nieprzyjemnym, jakby w nim fałsz jakiś czuć było.
— Ciesz się, miły panie — pana Wojewodę mamy. Przyjechał.
Klasnęła w ręce, patrząc ku drzwiom, król uśmiechnął się, skłonił głową i razem z nią ku drzwiom już spoglądał niecierpliwie, czekając zapowiedzianego.
Wszystkich wejrzenia zwracały się w tą stronę, milczenie było w izbie, Wojewody spragnieni byli wszyscy, królowa nogą uderzała o podłogę, król siedział oparty o poręcze jakby do wstania się gotował. Upragniony ów gość nie ukazywał się jeszcze.
Judyta oglądała się i niecierpliwiła coraz bardziéj, uśmiech przebiegał po jéj zwiędłych ustach, oczy zmrużała z wyrazem jakimś czułym; ręką w któréj trzymała kwiat potrząsała, to ją podnosząc do twarzy, to zabawiając się dziecinnie.
Król o jedzeniu zapomniał, skinął na podkomorzego, który rozkaz ów niemy zrozumiawszy wyszedł. W tém za progiem kroki słyszeć się dały, lica króla i królowéj rozjaśniły się, po brzęku ostrogi, po chodzie śmiałym, poznali wszyscy przybywającego, on to sam był, a z nim dwór dosyć liczny i bogato przybrany, który się u progu pokłoniwszy, zatrzymał.
Słuszny, wspaniałego wzrostu i postawy, w sile wieku mężczyzna, z twarzą jasną i młodą jeszcze, okoloną włosem złocistym, oczyma bystremi zdala policzył kto był w pańskiéj komnacie. Wzrok to był co dwa razy spozierać nie potrzebuje. Królowa pierwsza, nim wszedł już go ręką z kwiatkiem witała, przymrużając oczy, uśmiechając się czule.
Król rozradowany wyciągnął dłonie obie, jakby wzywając ku sobie. Zwolna szedł ku nim po rycersku ubrany, można było powiedzieć, strojny Wojewoda; gdzieindziéj z pozoru za książęcia, a nawet za króla wziąćby go było można; tak pańskie, piękne, rozkazujące, dumne, promieniste miał oblicze. Wpatrzywszy się w nie jednak strach przejmował, oczy były nielitościwe, w ustach siedziały fałsze i zdrady.
Stworzonym się zdał do rozkazywania, wyraz twarzy, postawa, chód, wodzem go czyniły; królowa Judyta patrząc nań zdawała się zachwyconą i przejętą.
Szedł jakby umyślnie powoli, gdy serca ku niemu leciały.
Król i królowa, znając go dobrze, spostrzegli zdala że niósł z sobą coś niemiłego, że przybywał gniewny czy smutny. Chorego pana oblicze ściągnęło się, królowa posunęła się ku drzwiom, jak gdyby pytaniem uprzedzić chciała lub przestrzedz.
Zawahawszy się nieco w progu, wolnym krokiem, niby winowajca, lub zwiastun złéj wieści, przybliżył się Wojewoda, kłaniając panu i pani. Judyta, niezważając na małżonka, który także pragnął zwabić ku sobie, wyciągała rękę białą.
— Sieciech do mnie! — zawołał król żywo. Cóż tak ociężałym krokiem?
— Bo ciężkie, ciężkie na sobie brzemię niosę, odparł ponurym głosem Wojewoda.
— Jezus ukrzyżowany niech będzie z nami! wykrzyknął król — cóż się stało?
Mniéj daleko zatrwożona królowa, usta zagryzła i bystrém wejrzeniem w oczach Sieciecha szukała tajemnicy, z któréj wypowiedzeniem się tak opóźniał.
— Czesi nam niepokój i zawichrzenie niosą, rzekł Sieciech.
— O! te Przemysławy obłudne! — zamruczała królowa nogą uderzając o ziemię.
— Z jakiegoż powodu? — zapytał król ręce trzymając załamane.
— Bo im Szląska żal straconego, odparł Sieciech, stojąc u stoła przy którym król siedział — bo im się znowu zachciewa może Wrocławia i Krakowa i niewiem czego.
Odetchnął Sieciech, jakby się znużył, twarze się chmurami powlokły — królowa przystąpiła bliżéj, zablizko może, bo się niemal o Sieciecha otarła, usiłując zwrócić na siebie jego uwagę.
— Miéj, miłościwy panie męztwo wysłuchać wszystkiego jak jest, mówił zwolna patrząc na twarz króla Sieciech. Przekupiono Magnusa, którego ja dawno precz wyrzucić, oślepić lub zabić radziłem, bo czułem w nim zdrajcę; wzięto z klasztoru saskiego Zbigniewa.
Królowéj twarz się zmarszczyła groźnie, król oczy sobie zasłonił i jęknął.
— Tak, miłościwy panie, kończył Wojewoda. Czechy co przytułek zdrajcom i zbiegom dawały, użyły ich i Zbigniewa, który śmie się synem starszym i prawym mienić. Zbigniewowi Magnus Wrocław wydał, siedzi już na nim — Szląsk opanował.
Głuche milczenie w izbie zapanowało. Król siedział ciągle z oczyma rękami zasłonionemi; królowa spoglądała nań z rodzajem zimnego politowania. Sieciech stał ponury i zachmurzony.
— Trzeba lud zwołać i swoje odzyskać, a buntu nie dopuścić — odezwał się Wojewoda.
— Wojna więc! — znowu wojna! krwi przelew chrześciańskiéj, wojna ojca z synem, jęknął król — a! nie, nie!!
— Niemożemy tracić Szląska, zawołał Sieciech, jutro puszczą się daléj, jutro nam zabiorą więcéj.
Milczał król długo i jęk głuchy tylko z piersi mu się dobywał.
— Czechy! zaczął cicho. — Czechy. Król nie może być przeciwko mnie, przeciw nam! Swawolnicy obszyli się jego imieniem. Do króla się ze skargą na nich udać potrzeba, wezwać go o pomoc. W przymierzu z nim i z Węgrami jesteśmy, niech nas ratują.
— A myż sami się ratować nie możemy? zapytała królowa.
Sieciech głową potrząsnął.
— Z Magnusem zdrajcą jest część naszych — Wojna to przeciw miłościwemu panu, ale bardziéj przeciw mnie, co łaską jego żyję i szczęśliwy jestem. Mnieby to oni obalić i odegnać chcieli, aby broili bezkarnie. Szląsk się oderwać chce, jutro Kraków tego zażąda, Mazury też i wszystko się rozpadnie.
Gdy Sieciech wspomniał że jego obalić chcą król wtrącił prędko:
— Ja bez was żyć nie chcę i nie mogę!!
Królowa potwierdziła to głowy skinieniem.
— Musimy się odezwać do sprzymierzeńców bośmy swoich niepewni, dodał Wojewoda, ludzi przekupują i odwodzą.
Zamilczał król tuląc twarz w dłoniach i pasując się z sobą. Sieciech czekał odpowiedzi. W tém zniecierpliwiona wtrąciła się królowa, dotknęła ręką Wojewodę i rzekła.
— Co wy postanowicie i uczynicie to będzie dobrém. Widzicie że król się słabym czuje, zdał na was wszystko. Wy myślcie, wy poczynajcie, niedopuścicie aby lada bękart groził ojcu własnemu.
Sieciech słuchając patrzał na króla, który myślami zdawał się być gdzieindziéj.
— Magnus! przerwał nagle, niby sam do siebie. Magnus zdrajcą! a komuż ufać, wierzyć komu!
I ręce spuściwszy załamał.
— Miłościwy panie, wtrącił Sieciech — sprawa trudna, ale z pomocą Bożą damy radę bękartom i zdrajcom.
Dwa razy w rozmowie wyrzeczony wyraz, piętnujący nieprawe urodzenie Zbigniewa, przykro się zdawał razić króla. Syknął jak z bolu i Sieciechowi dał znak ręką aby umilkł. Królowa gniewnie ramionami ruszyła.
Tak rozpoczęta rozmowa, przeszła w opowiadanie, które Sieciech ciągnął daléj, starając się wywołać gniew pański. Król słuchał milczący, blady, siedząc w krześle swém zwisły i bezsilny. Judyta przerywała niekiedy wykrzyknikami oburzenia. Wojewoda coraz się bardziéj zapalał.
Wieść przywieziona przez niego popłoch na całym rodziła dworze, podawano ją sobie z ust do ust; wchodzili i wysuwali się u drzwi stojący komornicy, na podwórcu widać było skupiających się coraz gromadniej i gwarzących z dworem Sieciecha. Król tak był widocznie przejęty i osłabły że Wojewoda sam na razie, powieść swą o Zbigniewie przerwać musiał, i rzekł.
— Wam, miłościwy panie, spoczynek potrzebny.
Nieprzecząc temu, powiódł Władysław oczyma osłupiałemi i oparłszy się o krzesło zmrużył powieki.
Widząc to Sieciech powoli od stołu się odsunął, królowa skinęła aby szedł za nią.
Komornicy zaczęli się cofać ku wnijściu, król usypiać się prawie zdawał, ale z pod powiek zaciśniętych płynęły dwie łzy świadczące że cierpiał okrutnie, a wybuchnąć nie śmiał z tym bólem. Gdy wszyscy wyszli, podniósł powieki strwożony, i szybko zamknął je znowu.
Zostawiono go samym.
Królowa wiodła Wojewodę podsieniami i krużgankami ku swojemu mieszkaniu. Tu inny był świat, inne życie. Króla w jego komorach otaczała cisza jakaś złowroga, jakby śmierć zwiastująca, około cesarskiéj siostry kręciło się wesoło ludzi mnóstwo, wszystko strojne, butne i trochę swawolne.
Swobody widać mieli do zbytku.
Przepych téż większy daleko spotykał się na każdym kroku.
Judyta wprost do swéj komnaty prowadziła Wojewodę, którego orszak został u wnijścia, w drodze już poufną z nim rozpocząwszy rozmowę. Chociaż przedmiot jéj był smutny, siostra cesarska prowadząc ją niemal wesoło się wdzięczyła do pięknego towarzysza, który butnie a śmiało szedł koło niéj. Oczy jéj z téj męzkiéj postaci rycerza nie schodziły na chwilę i zdały się w niéj po długiém niewidzeniu lubować.
Zbigniew[1] niekiedy się uśmiechał, lecz wnet wracała mu powaga, znać było na nim troskę przygniatającą, która zaprzątała go mocno, tarł czoło dłonią, marszczył się i okazywał w mowie popędliwym i gniewnym.
W obec króla miarkował się i łagodził, teraz poufalej sobie poczynał, pewien będąc że słowa jego zostaną dobrze przyjęte. W istocie królowa im potakiwała tylko i starała się widocznie dowieść że z nim trzymała jedno. Niekiedy słowem to ruchem wyrazistym potwierdzała oburzenie Sieciecha.
Komnata gościnna królowéj, do któréj weszli, lśniła przepychem, lecz był to przepych owym czasom właściwy, który mógł przylgnąć na chwilę do ścian każdego domowstwa, gdyż cały był przenośnym i ruchomym. Nie zamieszkiwano wówczas nigdzie, obozowano życie całe. Najlichsza chata mogła się stać pałacem, gdy ją jak te izby obito oponami, kobiercami wysłano, zastawiono w niéj sprzęty, okryto ławy proste poduszkami, i sukiennemi szkarłaty. W izbie królowéj całe ściany odziane były szytem obiciem, podłoga wyłożona suknem, stoły zwyczajne osłaniały kobierce i opony.
Lśniło wszystko i świeciło, a kwiatów nad miarę rozrzuconych wszędzie, upajającą wonią napełniało powietrze. Lubiła bowiem królowa i co świeciło i co wonném było, i co się uśmiechało niosąc z sobą wesele: śpiewy, gędźbę, twarze młode i mowy swobodne.
Przedłużała swoją młodość, okłamując się sama.
Wszedłszy do komnaty, padła królowa na krzesło swe u stoła, całe wygodnie poduszkami wzorzystemi miękko wysłane, umieściła się w niém tak aby wdzięczniéj wydawać mogła, podparła na ręku, a widząc Sieciecha stojącego, wskazała mu poufale ławę naprzeciw, ręką zapraszając aby bliżéj jéj zajął miejsce.
Twarz Judyty, która piękną być chciała, przybrała jakiś pożyczany wdzięk młodość przypominający; spoglądała to tęskno, to zalotnie, to wyzywająco: gryzła kwiatek w ustach, i rzucała go pod nogi, ciągle Sieciechowi bystro patrząc w oczy, Wojewoda niezdawał się na to zważać wiele.
— Złe, złe wieści przywieźliście królowi, poczęła cicho i poufnie, jakby się lękała być podsłuchaną; złe bardzo, boję się aby to biedaka chorego nie wzruszyło zbytecznie. Kruchy i wątły ten pan mój, szeptała głos zniżywszy — słaby ciągle i stękający. Życia w nim mało! to przeznaczenie moje, nigdzie długo szczęścia nie zaznać.
Jakże się wam król zdaje? — gorzéj? nieprawda?
Sieciech oczy spuścił.
— Tak, gorzéj niżelim się spodziewał, rzekł cicho.
— O! gorzej jest co dnia! źle jest! Ja o tém najlepiéj wiem, ja się znam na tém. Człowiek ten, niestety, nie może długo pociągnąć.
Mówiąc to królowa zdawała się bardziéj tego pożądać niżeli się lękać, Wojewoda zmilczał.
— Uchowaj Boże co na niego teraz, poczęła szybko siostra cesarska, rzucając oczyma niespokojnemi, cóż z królestwem, co z nami, co się ze mną stanie?
A! ojciec Bruno, który mnie na to namówił małżeństwo, odpowie przed Bogiem! W jednym, w was mam całą nadzieję, wy moim opiekunem będziecie...
Wlepiła oczy swe ciemne w Sieciecha, wyzywając go do odpowiedzi, lecz nim miał czas ją dać, szczebiotliwa niewiasta dorzuciła.
— Na brata mojego Henryka, na synowców nie wiele liczę; chybaby młodszy syn wziął koronę, najbardziéj na was, Wojewodo. Wy mnie nie opuścicie. Weźmiecie i sprawę i mnie, na ręce wasze...
Podała mu dłoń białą, którą Wojewoda milcząc do ust przybliżył, lecz bez zbytniego ukorzenia i uniżoności. W jego obejściu się z królową poznać było można iż ona go więcej niż on jéj potrzebował, że pewnym był swojego stanowiska.
— Ja z wami zawsze — rzekł cicho.
Wyjaśniło się czoło Judyty, przysunęła się, pochyliła i zniżywszy głos, poczęła głosem śpiesznym.
— Król jest źle, on już z tego nie wyjdzie. Najmniéjsza rzecz go niepomiernie trwoży, siły traci, nie w smak mu nic. Często godzinami ust nie otwiera, siedzi dysząc z oczyma zamkniętemi...
Ani go pytać trzeba, ani się radzić, wy radźcie sami...
Ruszyła ramionami białemi.
Wojewoda ciągle skłopotany milczał; brwi Judyty ściągały się trochę gniewnie.
— Uchowaj Boże nieszczęścia, wy tylko i ja zostanę. Wy królestwo całe macie w ręku, dziecko małoletnie, tego syna niewolnicy nie liczę, nie ma prawa żadnego...
Tak, Wojewodo, wy ze mną!
Widocznie chciała Judyta stanowczą wywołać odpowiedź, z którą Sieciech się ociągał, wodząc do koła oczyma i ważąc coś w sobie.
— Miłościwa pani, rzekł nakoniec, zawczasu dziś o tém mówić co jeszcze chyba dalekie jest. Król chorowity pożyje, potrzebny on nam dziś bardzo...
Wrocław zajęty, to są wszystko wrogi moje, zawzięci na mnie, przeciwko tym nie ja, ale król sam iść musi. Chory czy zdrów, trzeba go nam mieć.
— A! zrobi co wy mu każecie — spiesznie wrzuciła królowa — ale nie wiem czy wywiózłszy go ztąd, nazad z nim żywym powrócicie.
Potrzęsła głową obojętnie; uśmiechając się do Sieciecha, król nie zdawał się ją obchodzić wiele.
— Zdzieciniały biedak cały dziś w rękach waszych, ani go już liczyć — mówiła. Wsadzicie go na koń, pojedzie choćby konał. Jeżeli go tam potrzebujecie, czemuż nie? bierzcie — niestanie go, wy zastąpicie.
Wyraziste te do zbytku usłyszawszy słowa, Sieciech dał znak królowéj, wskazując na drzwi których zasłona zlekka zadrżała, jakby za nią ktoś odprawiał podsłuchy. Nie przestraszyło to jednak królowéj, która usta zaciąwszy uśmiechnęła się pogardliwie i ramionami potrzęsła.
Jednakże wstała z siedzenia, podeszła ku ławie i gdy Sieciech powstał, prędko mu coś szeptać poczęła. Rada była widocznie iż miała pozór zbliżenia się do Wojewody, parękroć uderzyła go po zbroi, klapnęła po ręku, dotknęła ramienia. Niesłychać było co mówili z sobą, lecz po szeptach przedłużonych, siostra cesarska głośniéj skończyła.
— Dokuczyło mi już z tym trupem żyć. Gdy się wola Boża stanie, nie wiele łez wyleję. Brat lub synowiec mój temu da to królestwo kogo ja zechcę, a ja wiem kogo mam wybierać.
Cynicznie uśmiechnęła się królowa, Sieciech nie sprzeciwiał się jéj wcale, chociaż oświadczenia te przyjmował dosyć zimno. Niekiedy trwożyła go drgająca zasłona, w słowa był skąpy, słuchał więcéj niż mówił i świetnym obietnicom nie radował się tak bardzo. Napróżno Judyta usiłowała go ożywić.
Zbigniew, Wrocław, Magnus i Czechy nie dawały mu pokoju.








  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd drukarza lub autora – pomylona postać, chodzi o Wojewodę Sieciecha.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.