<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Kisielewski
Tytuł Pomsty!
Pochodzenie Krwawe drogi
Wydawca Centralne Biuro Wydawnictw N. K. N.
Data wyd. 1916
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
POMSTY!

Na piaszczystej drodze, wijącej się pośród kęp sosnowych, stał ogromny, długi na wiorsty, tabor chłopskich furmanek. Na wozach siedziały wymizerowane, pożółkłe kobiety, a przy nich kwiliły zapłakane dzieci. Wogóle fury miały wygląd jakiś niesamowity. Obok dzieci sapały tu od upału świnie, a cielęta gramoliły się na stertach worków, ubrań i bielizny. Obok wozów latały psy, ujadając i wyjąc i z wyciem podbiegały do swych gospodarzy, skomląc o jedzenie. Ale ponurzy chłopi nie mieli co dać jeść własnym dzieciom.... więc ten i ów zaciął batem psa, który z piskiem żałosnym zwijał ogon i uciekał w pole.
Lecz pole jeszcze okropniejszy przedstawiało widok. Zboże potratowane, albo byle jak pozżynane, leżało na ziemi. Zmierzwiona słoma pokosami całymi leżała, dokąd oko sięgało. Tu i owdzie czerniały na złocistej powierzchni ciemne łaty tam, gdzie ogień chwycił sprzęt i naokoło wypalił. Najżałośniej wyglądały ziemniaki, potłuczone, powbijane w ziemię. Zda się olbrzym jakiś wściekł się i potwornemi stopami szedł po polach, gniótł, targał, wgniatał w ziemię jej płody. Dzika pustka zionęła z tych obszarów ziemi siedleckiej.
Zdala widać było kilka wsi, raczej wspomnienie po nich, bo tylko czerwone słupy kominów sterczały z pogorzałych chałup. A wśród tych złowróżbnych zgliszcz, niby jęk znękanej ziemi, unosił się biadający wrzask tłumu chłopskiego. Tylko mężczyźni starsi stali w posępnej zadumie, obojętni i śmiertelnie znużeni. Ale baby, podrostki i dzieci podnosiły płacz i krzyk. Ten chór potępieńczy rozlegał się od początku aż do niewidocznego końca taboru tak, że zdawało się, iż wyrywa się on z łona ziemi, że kwilą pokruszone źdźbła zbóż i jęczą połamane badyle kartofli, że wyje las i głucho stękają z głębi obnażonej piersi owe smolne kominy wsi pogorzałych.
Dzika groza wionęła od tego tłumu nieszczęsnego, od tej krainy, przeklętej chyba przez Boga i ludzi. Serce zamierało w bezradnej męce, a pierś zaciskała się w obłąkanym szale. Znać było wśród mężczyzn utajony w piersi gniew, ale jakaś siła niewidzialna hamowała gniew ich i ruchy całego tłumu.
Stali, jakby ich czyjaś moc zaczarowała, jak gdyby urzekł ich czyjś rozkaz, czy jakby masowe obłąkanie objęło ich i pozbawiło woli i rady.
Rzekłbyś: odebrano im czucie, myśl, wyssano krew. Czułeś: nie ruszą się, póki jakaś wola, z poza nich idąca, nie popchnie ich tu lub tam, jak wicher morski, poruszający morskie wody.
Na ziemi i pod ziemią działo się coś ponurego. Huczało coś i warczało w jej wnętrzu od czasu do czasu, niby pomruk gniewu pańskiego.
A słońce szło sobie po niebie, lejąc na pożogę ziemi gorąco niebieskie — wspaniałe, płomieniste, poczwarne w swem niemiłosierdziu.
Naraz zatętniało zdala. Chłopi apatycznie zawrócili głowy. Lecz jeszcze nic nie było widać. Ale tentent wzmagał się, stawał się coraz wyraźniejszy. Gromady psów rzuciły się w tamtą stronę jak zwaryowane, a trwoga zakołysała tłumem.
— Jadom...
— Psy ruskie lecom... bedom nas gnać.
— O Jezu, Jezu miłosierny ulituj się!...
— O — o — o! — zastękał tłum.
— Pogoniom nas na Syberyom, na lody, na śmierć...
— O katy...
— Od głodu, ognia i wojny — łkał śpiew gdzieś od środka taboru.
Najbardziej obojętni mężczyźni zawodzili, najbardziej znużeni pomstowali, albo padali na kolana i wyciągali ręce do nieba. Ten klęczał, ów bił się w piersi, inny wczepił palce we włosy i targał je jak oszalały. Z niektórych wozów wyskakiwali ludzie i, ogarnięci strachem, pędzili przed siebie, wywracali się, klęli, ryczeli.
W jednej chwili wszystko zamarło. Stała się taka cichość, jak w izbie, gdy dusza ulatuje z ciała.
Tylko tuż tuż, słychać było głuche tup, tup pędzących koni i szczęk żelaziwa wojennego.
Na początku jechało trzech, o sto kroków za nimi kilkunastu, a dalej sunęła cała wataha konnych, zaś jeszcze dalej wlokło się po ziemi coś długiego, ciemnego, niby lewiatan z łyskliwym grzebieniem na grzbiecie.
Tłum chłopski milczał ponuro.
Nikt nawet już nie spoglądał w tamtą stronę. Jak kto był, tak czekał, ten klęczący, ów z palcami we włosach, inny z rękami skrzyżowanemi. Czekali, aż usłyszą wyrok znany im już: Stupaj wpierod! — i świst nahaja.
Konni już dobiegli pierwszych wozów taboru, a jeszcze nikt się nie ruszył.
Jeźdźcy stanęli i w milczeniu patrzyli na okropną mękę chłopską. Nadciągnęła reszta, kilka szwadronów i wszyscy zatrzymali się, jakby zarażeni nieszczęściem, dyszącem od tej ziemi, od tych ludzi i od ich chałup spopielonych.
Chwilę tak postali, nie mówiąc. Już ten i ów z tłumu podniósł głowę, zdziwiony, iż go nie biją i nie każą jechać, gdy jeden z żołnierzy, w czapie wysokiej, czworogrannej, z czerwonymi znakami na bluzie, zawołał:
— Ludzie, nie bójcie się. Pobiliśmy Moskala — już was nie pogna z ziemi polskiej. Wracajcie do domu, skąd który jest.
Szmer podniósł się pośród tych, co słyszeli, a dalsi, rozumiejąc, że się coś dzieje inaczej, jęli nadbiegać.
Ni stąd ni zowąd zawołał ktoś: — to nasi!
— Leguny!
— Nasi!
— O Jezu litościwy, dy to gadały, jako idom nasze, prawdziwe polskie sołdaty, katolickie!
— Toście wy? — zakrzyczano do ułanów Piłsudskiego.
— Ano my!
— Kaj som kozunie?
— W powrozach.
— Toście ich pobiły?...
— Ani jeden nie uszedł...
— A wyście polskie?
— My wojsko polskie, my żołnierze Piłsudskiego! Nie słyszeliście o nas?
— Słyszelim... rany Chrystusa Pana! — chodziły gadki... słyszelim, panie naczelniku! Kiedy nas kozaki wypędzali z chałup, tośma was wypatrowali, ale nikt nie nadchodził... Mówiły, co polskie strzelce som na obrone nasom. Dopiero teraz was widzim... ocy nase szczęśliwe. Kiebyśta byli przyszli wczoraj, toby nam kozunie wsiów nie popaliły...
— Ano wszędzie być nie możemy. Moskal pędzi zewsząd i pali cały polski kraj. Mało nas...
— A dy przecie i z pomiędzy nas najdom się gotowi iść na Moskala. Prać go będziem bez miłosierdzia, pójdziem do niego palić mu wsi, rznąć, pomste dać za nasze wioski i pola.
Na te słowa tłum chłopski wzburzył się. Ogień wymknął się z serc zamkniętych i rozgorzał w masie. Niby głos ziemi, znękanej i okrwawionej, niby przekleństwo z lasów, pól i wsi popalonych, niby klątwa ludu polskiego buchnął w niebo krwiożerczy, niemiłosierny, zajadły krzyk tłumu:
— Pomsty! Pomsty!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Kisielewski.