Lekarz obłąkanych/Tom II/LXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Lekarz obłąkanych
Wydawca Wydawnictwo „Gazety Polskiej”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Miejsce wyd. Kościan
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Médecin des folles
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ LXI.

Wielka zmiana, po której wiele można się było spodziewać, zaszła w zdrowiu Edmy od wczoraj. Blada jej twarzyczka przybrała odcień różowy. Usta się uśmiechały. Bicie serca było regularne. Gorączka znikła prawie zupełnie. Szczęśliwe te rezultaty były następstwem spokoju i dobrze przespanej nocy.
— Kochana pieszczotko — odezwała się Paula, całując Edmę — przychodzę ci powiedzieć do widzenia.
— Więc stanowczo się zdecydowałaś — spytała Edma — odjechać dziś rano?...
— Tak kochanie...
— Z kuzynem Fabrycjuszem?
— Z nim, kochanko...
— Ale powrócisz?
— Kuzyn twój powróci zaraz dziś wieczorem, ja jutro.
— A przywieziesz Foxa ze sobą?
— Jeżeli tylko życzysz sobie tego?
— O! przywieź, przywieź, dobrego pieska! Lubię jak położy swoją inteligentną główkę na moich kolanach, jak patrzy na mnie swojemi smutnemi, ładnemi oczyma.
— Przywiozę go... Do jutra, kochanie...
— Do jutra!...
Paula ucałowała jeszcze raz Edmę i przeszła do pokoju Joanny.
Pani Delariviére również zmieniła się bardzo od czasu, jak Grzegorz Vernier objął zarząd domem zdrowia, szczególniej zaś od czasu wizyty doktora... Mówiła bardzo mało, pogrążona była ciągle prawie w głębokiej melancholji.
Grzegorza nie martwiły wcale te objawy.
— Kochany doktorze, czy nie znajdujesz, że nasza pani Joanna jest trochę za ponurą? — spytała panna Baltus.
— Spodziewałem się tego — odpowiedział Vernier.
— I to cię nie niepokoi?
— Przeciwnie.
Fabrycjusz wpatrywał się w Joannę i z nadzwyczajną uwagą obserwował spustoszenia, jakie warjacja uczyniła na tej tak pięknej jeszcze i łagodnej twarzy.
Jednocześnie studjował rozkład pokoju, jak gdyby potrzebował plan jego zachować dobrze w pamięci.
Weszła infirmerka. Przyniosła karafkę ziółek i postawiła ją na stoliku obok chorej.
— Zobaczywszy karafkę, twarz Joanny rozpromieniła się, wyciągnęła żywo rękę.
— Ach! pić... pić... chce mi się pić ogromnie...
Fabrycjusz zadrżał. Słowa i głos Joanny przypomniał mu nagle zbrodnię, popełnioną przez niego przed kilkunastu dniami w kajucie Albatrosa. Zbrodnia ta była prawie ojcobójstwem.
Infirmerka nalała szklankę i podała chorej. Pochwyciła ją chciwie i wychyliła duszkiem.
— Jeszcze szepnęła — jeszcze...
— Czy to zwyczajną lemoniadę jej dajecie? — spytał Fabrycjusz?
— Nie — odrzekł Grzegorz — jest w tej lemoniadzie lekarstwo.
— I dajesz go pan w tak wielkich dozach?
— Pani Delariviére wypija co dzień dwie karafki tych ziółek.
— Dwie karafki — powtórzył zdziwiony Fabrycjusz.
— Tak, aby uniknąć częstego podawania lekarstwa, przygotowałem napój przyjemny w smaku, a zawierający nadto substancję, sprawiającą chorej pragnienie. Dzięki temu podstępowi pani Joanna sama pije chętnie miksturę dla ugaszenia pragnienia.
Fabrycjusz zbliżył się do pani Delariviére i wziął ją za rękę. Pochylił się ku niej i pocałował w czoło szepcąc głosem niby wzruszonym, ale wyraźnym dla obecnych przy scenie:
— O kochana cioteczko, bodajbyś mogła wyzdrowieć jak najprędzej i poznawać tych, co cię tak szczerze kochają...
— Ten człowiek ma doprawdy złote serce! — pomyślała rozczulona Paula.
Dano znać, że śniadanie gotowe. Paula z obu panami zeszła zaraz na dół. Dzienniki poranne leżały na stole w sali jadalnej.
— Doktorze — powiedziała panna Baltus, biorąc drżącą ręką „Gazetę Sądową“, dowiemy się, czy nieszczęśliwy, oskarżony o zabójstwo, który stawał wczoraj przed sądem, został na śmierć skazany.
— Rozłożyła prędko pismo i przebiegła je oczami.
— I cóż? — zapytał Grzegorz, — czy go już osądzono?
— Szukam... A! oto jest...
— No i cóż? — pytał doktór.
— Wszystko skończone... sąd nie przyjął żadnych okoliczności łagodzących, wyrok został wydany... głowa mordercy spadnie na szafocie... Oto na cośmy czekali...
— Niestety — odpowiedział Grzegorz — okrutna konieczność zmusza nas do wyczekiwania śmierci człowieka.
— Przyznaję, że to okrutne... — wykrzyknęła Paula. — Ale człowiek, co ma nałożyć głową, jest mordercą... społeczeństwu służy prawo odwetu, to rzecz najzupełniej sprawiedliwa.
— W ciągu dni czterdziestu dojdziemy zatem do celu — odezwał się doktór Vernier.
— Dlaczego w ciągu czterdziestu?...
— Apelacja i odwołanie się do drogi łaski zajmą z pewnością tyle czasu.
Fabrycjusz przysłuchiwał się z osłupieniem tej rozmowie, która nie była dość jasną dla niego; nie mógł wątpić, że jest niedobrze. Jakkolwiek straszną może być rzeczywistość, niepewność jest zazwyczaj okrutniejszą jeszcze. Siostrzeniec bankiera zdobył się na uwagę.
— Po raz drugi już — powiedział — mówicie wobec mnie o jakiejś próbie nadzwyczajnej, jaką myślicie zastosować względem Joanny. Ponieważ ciotka moja za bardzo mnie obchodzi, mam nadzieję, że nie uznacie mnie za natręta, gdy zapytam, o jaką to próbę chodzi?...
— Naturalnie!... — zawołał Grzegorz.
I opowiedział pokrótce Leclérowi, iż postanowił stawić panią Delariviére przed szafotem, aby zobaczyła skrwawioną głowę, spadającą do kosza. Dodał, że jeden z najbardziej sławnych profesorów, doktor V... potwierdził projekt w zupełności.
Fabrycjusz zbladł śmiertelnie, słuchając Verniera, ale można to było wziąć za skutek zdziwienia i wzruszenia... Nie odpowiedział ani jednego choćby słowa i przez kilka minut był jakby nieprzytomny zupełnie.
— To, widzę, przeraziło pana... — odezwała się panna Paula Baltus.
— W pierwszej chwili przynajmniej, przyznaję... — odpowiedział — ale macie rację zupełną; aby dojść rezultatu pożądanego, nie można niczego zaniedbywać.
I zamilkł znowu.
— Kochany Fabrycjuszu — zagadnęła Paula — o czem się tak zamyśliłeś?...
— Najpierw o tem, co słyszałem... a następnie o tej biednej obłąkanej... o tej biednej Matyldzie Jancelyn... Zagadkowe wyrazy, jakie rzuciła, zaintrygowały mnie i przeraziły w najwyższym stopniu. O!... gdyby ona objaśnić nas potrafiła...
— Nie licz pan na to... — powiedział Grzegorz. — Umrze w ciągu miesiąca najdalej.
— Nieszczęście!... — zawołał Fabrycjusz.
I dodał w duchu:
— Kto to wie, czy Joanna pociągnie dłużej na świecie?...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.