Lekarz obłąkanych/Tom II/XLIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Lekarz obłąkanych
Wydawca Wydawnictwo „Gazety Polskiej”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Miejsce wyd. Kościan
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Médecin des folles
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XLIII.

Dnie szybko mijały w Auteuil. W stanie zdrowia pani Delariviére widocznem było polepszenie. Biedna kobieta instynktownie przywiązała się do panny Baltus i nie chciała się z nią rozłączać. Symptomata choroby sercowej u Edmy zdawały się zmniejszać, ale nie odzyskiwała wcale siły, co wielce martwiło Grzegorza.
Oczekiwano niecierpliwie powrotu pana Delariviére i Fabrycjusza, ale tygodnie mijały od depeszy, otrzymanej z Nowego Jorku i widać ich nie było.
— Niemniej niecierpliwiono się w Neuilly Saint James, gdzie Laurent wymagał, aby od rana do wieczora cała służba była w pogotowiu.
Klaudjusz Marteau w dzień, oznaczony przez panią Tallandier, skoro świt udał się do Charenton na ulicę Paryską, na której mieszkała, chcąc się przekonać, czy pani Tallandier zdecydowała się oddać mu syna w naukę.
Matka i syn byli w domu, Klaudjusz zastukał.
Mały Piotr otworzył mu drzwi i wykrzyknął:
— Mamo, przyszedł pan Klaudjusz, marynarz z Neuilly!
— Dzień dobry, panie Klaudjuszu, jak się pan miewa?
— Dobrze, mój mały. Dzień dobry pani! Dziwi to może panią, że przychodzę tak rano, ale mój pan przyjeżdża w tych dniach, więc chciałbym dziś jeszcze wiedzieć napewno, czy pani zgadza się na moją propozycję i myślę, że dzisiaj da mi pani dobrą odpowiedź.
— Zawsze tak panu chodzi o mojego malca?
— Do pioruna, czy mi o niego chodzi? Więcej niż kiedykolwiek.
— A więc zobaczymy, porozmawiajmy trochę; niech pan siada.
— Tak, tak, porozmawiajmy, byle prędko. Mówiliśmy więc?...
— Namyśliłam się, posłuchałam rady pana M., który się nami interesuje i zgadzam się oddać panu Piotra.
— Brawo! kochana pani.
— Ale pod jednym warunkiem.
— Pod jakim?
— Że co dwa tygodnie przyślesz go pan na cały dzień do Charenton.
— Może pani na to liczyć, zgadzam się, nic wielkiego, dwa dni rekreacji na miesiąc. Co do zapłaty przypomina pani sobie, com mówił. Dwieście czterdzieści franków rocznie na początek, ubranie, życie, całe utrzymanie i udział w korzyściach z rybołówstwa, A poza tem wszystkiem nauka.
— Wszystko to bardzo mi się podoba. Kiedy mam go panu przyprowadzić?
Klaudjusz podrapał się za uchem.
— Jabym wolał zabrać go dzisiaj.
— Dzisiaj! wykrzyknęła pani Tallandier, którą myśl nagłego tego rozstania się z dzieckiem zaniepokoiła trochę.
— Chciałam mu przygotować trochę bielizny — dodała po chwili.
— Niema potrzeby — odrzekł Klaudjusz.
— Jakto?
Przejeżdżając, zatrzymamy się w Paryżu, wstąpimy pod „Madonne de fleurs“ i kupimy wszystko, czego nam potrzeba, od pończoch, chustek do nosa, aż do beretu marynarskiego.. Pod „Madonne de fleurs“ widzi pani, można się ubrać od stóp do głów w pięć minut... Tam niczego nie brakuje.
— Przynajmniej niechby co przejadł przed obiadem.
— Oh tak, i pani także z synem zrobicie mi tę przyjemność i chodźmy razem z panem M. do restauracji niedalekiej. Czy zgoda?
— A więc dobrze, kilka chwil dłużej będę z dzieckiem.
— No to — ciągnął Klaudjusz — ubieraj się pani i chodźmy... Najprzód jednak zapłacę pani za pierwszy miesiąc za chłopaka.
Eksmarynarz, powiedziawszy to, wyjął z kieszeni luidora i położył go na stole.
— Matko — odezwało się dziecko z powagą, potrzeba z tego dać dwa franki na mszę świętą, wiesz...
— Tak, moje kochanie — szepnęła pani Tallandier, całując Piotra i zalewając się łzami. — Na mszę, za biednego twojego ojca...
— Mamo... kochana mamo... nie trzeba płakać... zobaczymy może kiedy mojego ojca... zobaczymy...
Pani Tallandier smutnie potrząsnęła głową.
Chłopiec mówił:
— Spiesz się, mamo... Pan Marteau czeka na nas... Chodźmy na śniadanie. — I dziecko pociągnęło matkę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.