Lekarz obłąkanych/Tom III/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Lekarz obłąkanych
Wydawca Wydawnictwo „Gazety Polskiej”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Miejsce wyd. Kościan
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Médecin des folles
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ VIII.

Młoda dziewczyna ze świecą w ręku ukazała się w progu.
Była, jak nam wiadomo, bardzo osłabioną. To też bardzo wolno podeszła do drzwi pokoju pani Delariviére, otworzyła je ostrożnie i weszła do matki. Joanna spała.
Fabrycjusz nie stracił najmniejszego poruszenia kuzynki.
Edma szeptała:
— Zdawało mi się, że słyszę ją szamocącą się, jak wczoraj... Na szczęście omyliłam się jednakże.
Przez chwilę wpatrywała się w matkę z nieopisaną czułością. Potem postawiła świecę na stole, złożyła ręce i uklękła przy łóżku, szepcąc drżącym głosem:
— Boże mój, Boże wielki! sprawiedliwy i miłosierny, Boże pełen dobroci, błagam Cię, nie zabieraj mi matki mojej.. Oszczędź mi boleści, jakiej nie zniosłyby siły moje... Spraw, żeby Grzegorz, oświecony przez Ciebie, łaską Twoją wspomagany, ocalił ją i przywrócił do rozumu... Pozwól aby uzdrowiona na duszy i ciele mogła Cię kochać, jak ja Cię kocham, błogosławić, jak ja Cię błogosławię...
Ta serdeczna modlitwa dziecka o litość nad biedną matką wzruszyłaby serce szatana... Na Fabrycjusza nie podziałała jednakże wcale.
Edma po chwili podniosła się w milczeniu, popatrzyła ponownie na śpiącą matkę, wzięła świecę i wyszła z pokoju.
Siostrzeniec bankiera po zniknięciu młodego dziewczęcia, stał jeszcze jakiś czas i wstrzymując oddech czekał. Dopiero gdy smuga światła, rysująca się pode drzwiami, znikła, zmienił pozycję. Pewny, że kuzynka położyła się z powrotem i zagasiła świecę, zeszedł ze schodów i wszedł z kolei do pokoju biednej obłąkanej. Zbliżył się do łóżka, namacał ręką karafkę stojącą na małym stoliku, przy łóżku Joanny, wziął ją i zbliżył się do okna... Karafka była w trzeciej części wypróżnioną. Wyjął z kieszeni mały flakonik z „Datura stramonium“, wyciągnął korek zębami i wpuścił do napoju ośm czy dziesięć kropli.
Zaledwie tylko skończył, Joanna poruszyła się na łóżku. Nędznik wystraszony obrócił się ku niej. Warjatka, uniósłszy się na łóżku, zaczęła macać rękami po stoliku. Ręka jej napotkała próżną tylko szklankę.
— Pić — szeptała — pić... straszne mam pragnienie.
— Doskonale — pomyślał sobie Fabrycjusz — przybyłem w samą porę.
W milczeniu przyskoczył do łóżka i przysunął chorej karafkę.
Poczuła zimno kryształu... Pochwyciła napój, przyłożyła go do ust i wypiła wszystko do ostatniej kropli.
Truciciel uśmiechnął się. Wszystko szło, jak pragnął — a jednakże w sekundę później rzucił się do drzwi przerażony i zaledwie powstrzymał się od wykrzyku...
Joanna wypuściła z rąk próżną karafkę, która się z hałasem rozbiła o podłogę.
Trudno było przypuszczać, aby ten hałas alarmu nie spowodował...
Fabrycjusz zbiegł ze schodów jak bomba, przebiegł sień, zamknął po cichutku drzwi za sobą, włożył buty i przeleciał po trawniku aż do furtki ogrodowej i gdy już wydostał się na zewnątrz, Edma, drżąc ze strachu, po raz drugi weszła do matki. Joanna nie spała i zdawała się być spokojną. Widok rozrzuconego szkła na podłodze wytłomaczył dostatecznie Edmie hałas, jaki posłyszała. Żadne podejrzenie się jej nie nasunęło.

Co się działo tymczasem z Klaudjuszem Marteau? Dla czego nie udał się za Fabrycjuszem, skoro był taki pewny, że już mu się teraz nie wymknie?
Musimy odpowiedzieć na to podwójne pytanie.
Pozostawiliśmy eksmarynarza w ciasnem przejściu, pomiędzy zabudowaniami amfiteatru, a trupiarni. Otaczała go ciemność zupełna. Nadstawił ucha i posłyszał oddalającego się Fabrycjusza, ale pomiędzy tymi wysokimi murami echo jego kroków tak dziwnie odbijało, że Klaudjusz nie mógł się zorjentować, w którą stronę poszedł nędznik, za którym śledził.
— Czy skręcił na prawo, czy na lewo?... Do pioruna, nic a nic nie wiem!... Ale... marsz!... może mi się uda jako!...
Przypadek, jedyny teraz jego przewodnik, pociągnął go na prawo i pociągnął dobrze.. Przebiegł szybkim krokiem drogę, okalającą zabudowania, minął niespostrzeżenie furtkę, którą truciciel pozostawił otwartą i po paru chwilach do tego stopnia nie mógł się zorjentować, iż zobaczył się
zbłąkanym w jakimś labiryncie. Chodziło mu o wyszukanie przejścia do ogrodu. Ale jakże je odnaleźć?
Nie zważając na to, że może zdradzić obecność swoją, bo którakolwiek z dozorujących infirmerek może go zobaczyć z góry, wyjął pudełko z zapałkami i zaczął zawzięcie pocierać o mur jednę za drugą. Ale zapomniał zabrać nowe ze sobą, a te kilka, które były jeszcze w pudełku, pogasły zaraz po pierwszem potarciu. Klaudjusz aż nogami tupał ze złości.
— A to djabeł się na mnie uwziął widocznie!... — mruczał pod nosem. — Iść teraz za moim panem jest poprostu niepodobieństwem!.. Co teraz zrobić?... Mam ochotę narobić hałasu i poruszyć całe piekło... Pobudzą się, przylecą, będą mnie wypytywać, naturalnie, że powiem wszystko, pochwycą tego łotra w zabudowaniu warjatek i będzie musiał się wytłómaczyć, po co tu przyszedł... Z pewnością nie źle go to zaambarasuje...
Podrapał się po uchu i odrzekł:
— Nie, nie dobra to myśl! Doktór Rittner, którego wcale nie znam, może także nie wart wiele więcej, a może nawet jest wspólnikiem mojego szanownego chlebodawcy... Gdyby tak naprawdę było, tobym się ładnie urządził!... Godni wspólnicy, widząc się narażonymi... skręciliby mi łeb na poczekaniu... Do pioruna, to byłoby na mnie za głupio!... Nie... nie... tak nie można! Do policji należy rozplątać ten węzeł i zaraz rano panowie z prefektury zostaną powiadomieni o wszystkiem... Nie lubiłem ich kiedyś okrutnie, ale nie miałem racji.. Dzisiaj się przekonywam, że bardzo oni są pożyteczni!.. Zrobiwszy takie postanowienie, Klaudjusz Marteau zaniechał pogoni i myślał teraz o tem tylko, aby odszukać furtkę, przez którą się dostał tutaj. Udało mu się to nie bez pewnych trudności. Minął bulwar Montmorency i znowu się ukrył poza krzakami, aby widzieć, jak Fabrycjusz będzie przechodził.
Po upływie dwudziestu minut truciciel wyszedł z domu zdrowia, zamknął starannie furtkę za sobą i przez butwar Suchet podążył w stronę Muette.
Klaudjusz postępował za nim z daleka, a przez drogę mówił do siebie:
— Bodaj, że się nie mylę, mój ptaszku, utrzymując, iż ostatnią już podróż odbyłeś do Auteuil!...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.