Lwów - Kamieniec Podolski. Notatki z podróży cyklisty

>>> Dane tekstu >>>
Autor Jarosław Pieniążek
Tytuł Lwów - Kamieniec Podolski. Notatki z podróży cyklisty
Wydawca nakładem autora
Data powstania 1898
Druk Piller i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
LWÓW-KAMIENIEC PODOLSKI
Notatki z podróży cyklisty.
Spisał
Jarosław Pieniążek.
LWÓW.
Nakładem autora.
Z drukarni i litografii Pillera i Spółki.
1898.

Nie byłem dotąd w Wiedniu, ani w Peszcie, ale ― nie chwalący się ― znam prawie wszystkie większe miasta dawnej Polski oprócz Wilna, a teraz wybrałem się na zwidzenie tej resztki Galicyi, której dotąd nie widziałem.
Byłbym niesprawiedliwym dla mojego kółka, gdybym z góry nie wspomniał, że przedewszystkiem jemu to mam do zawdzięczenia, piechotą bowiem dróg takich się nie odbywa, a koleje aczkolwiek nie najdroższe, zawsze jednak, jak na moją kieszeń i to nie z konieczności, lecz gwoli rozrywce i wytchnięciu na dłuższe przestrzenie są mi nieprzystępne. Wprawdzie do Worochty wygodnie doniosła mnie kolej, za to resztę drogi z bardzo małemi i krótkimi wyjątkami odbyłem na rowerze i to w ogólnej cyfrze przeszło dziewięciuset kilometrów.
We czwartek dnia 21 lipca przed godziną 6 rano wyjechaliśmy z moim towarzyszem panem W. B. pod najgorszemi auspicyami ze Lwowa.
Deszcz lał strumieniami i jak się zdawało zaniosło się na dłuższą słotę, z tego też powodu nie mogliśmy się napatrzyć ani nacieszyć wspaniałemi widokami, które się już od Nadwórny zaczynają i przestrzeń tę, nawet koleją, oglądaną z okien wagonu czynią bardzo zajmującą. Ulewa i mgła zasłaniały nam wszystko na kilka kroków, pozwalając się zaledwo domyślać, co to za cuda tuż po za nią się kryją. Przygnębieni tą niepogodą stanęliśmy nareszcie w Worochcie, gdzieśmy znaleźli wygodne pomieszczenie w „dworku czarnohorskim“, które było dla nas tem bardziej pożądane, że przestrzeń od dworca do dworku przebyliśmy w czasie największej ulewy i byliśmy literalnie do nitki zmoczeni.
Niestety! w miłem tem schronisku panuje ten niewygodny dla przejezdnych zwyczaj, że jeżeli się chce dostać cokolwiek zjeść, należy o tem dzień przedtem zawiadomić zarząd, inaczej możnaby pod gościnnym dachem prawie umrzeć z głodu, co i nam groziło, gdyby nie pp. K. ze Lwowa, którzy bawiąc tam przez lato, ulitowali się naszej nędzy i ugościli, jak tylko mogli najlepiej.
Po pożywieniu się i odpoczynku, mimo że deszcz nie ustawał na chwilę, wybraliśmy się około godziny 5 popołudniu przez Tatarów do Mikuliczyna i to do Tatarowa po najgorszej drodze, więcej dla kóz, jak dla cyklistów sposobnej, stamtąd zaś wybornym gościńcem do Mikuliczyna, tak dobrym, że go nawet dwudniowy, ulewny deszcz zepsuć nie zdołał.
W Mikuliczynie stanęliśmy już dobrze po zachodzie słońca, gdzieśmy znaleźli nie najgorsze locum u „pani Jasiowej“, dziwnie energicznej niewiasty, która nie znosi żadnego sprzeciwienia się ze strony gości a wszelkie wymagania karci z miejsca surowo, ale po takim dniu i po przebyciu około 16 godzin bądź koleją, bądź po złej drodze na kółku a podczas ulewnego deszczu była nam ona prawdziwą opatrznością. Ale początek był trudny, kiedyśmy bowiem przemoczeni do ostatniej nitki prosili o pokoik, gdzieby się przebrać, a potem posilić można, słodka ta istota powiedziała nam głosem nie znoszącym repliki:
― Nasamprzód kolacyjka, a potem spoczynek.
― Ależ pani widzi co się z nami dzieje. Leje się z nas, zostawiamy strugi na podłodze.
― To nic nie szkodzi, naprzód kolacyjka a potem pokoik.
― Niewiasto twardego serca! Czyż pani nie chce zrozumieć, że naprzód się przebrać musimy?
― Pan się złości?
― !?...
― Bo jak się pan będzie złościł nie będzie ani kolacyjki, ani pokoiku?
Cóż było robić? ― Musieliśmy na chwilę spuścić z tonu i dopiero przy pomocy innej damy, mniej nieugiętych zasad, udało nam się nareszcie dostać.. wprzód pokoik, a potem kolacyjkę...
Usługiwała nam Warwarka, wspaniały okaz budowy i siły miejscowego ludu ― nierozumiejąca ani słowa po polsku, nie mówiąca nic, ale bez ustanku dusząca się śmiechem. Miała ona na sobie tylko zgrzebną koszulę, z pod której wyglądały, jakby powiedziała pani Zapolska łydki koloru miedzi i małe strasznie brudne stopy. Zapasana była tak zwaną fotą, lub horboczką ― otwartą z przodu. Osobliwa moda!
W piątek 21 lipca zbudziło nas prześliczne słońce, a cudowne, orzeźwiające górskie powietrze odrazu wpłynęło dodatnio na nasze pokwaszone humory. Skoro tylko powysychały nam ubrania puściliśmy się raźno w dalszą drogę, podziwiając te prawdziwe cuda przyrody, które nam wczoraj mgły zasłaniały. Istotnie, cała ta droga od Mikulczyna, aż po sam Delatyn, bardzo i to bardzo warta zwidzenia i nie wahałbym się zaliczyć jej do najpiękniejszych okolic naszego kraju. Są tam miejsca tak wspaniałe, widoki tchnące taką dzikością i surowością przyrody, budowa kolei ciągnąca się tuż prawie obok gościńca, a ciągle korytem rzeki Prutu tak sztuczna, że czegoś podobnego w innej części naszego kraju widzieć mi się nie zdarzyło. Nieposiadam talentu do jakiego takiego choćby odmalowania dzieł przyrody, nie będę się przeto silił na jakiś marny, suchy a sztuczny opis, który by nie dał nikomu wyobrażenia o tem, czem się tam nacieszyć i nacudować można, radzę jednak każdemu, kto może, aby sam osobiście przekonał się o tem, że nie przesadzam zaliczając ten kąt naszej ojczyzny do najpiękniejszych i najbardziej godnych zwidzenia. Nie ma tam co prawda tych nagich, przepaścistych skał zadziwiających w Zakopanem i jego najbliższej okolicy, ale i te skały i góry, które się tu wznoszą na około, porosłe odwiecznemi lasami, te olbrzymie złomy kamieni zawalające sobą koryto rzeki lub zawieszone tuż nad głową przejeżdżającego, czynią imponujące i jedyne w swoim rodzaju wrażenie.
Pomimo to wszystko skromnem mojem zdaniem, nie ma obawy, aby Jaremcze, Worochta i inne uczyniły kiedykolwiek konkurencyę Zakopanemu. W Jaremczu widzi się Lwów i Stanisławów, w Zakopanem całą Polskę — a to zawsze będzie mieć swój urok.
Nie mniej też Zakopane o tyle lat starsze nastręcza więcej wygód i ułatwień, których tu nie zaprowadzą tak prędko, a jakkolwiek mają tu ułatwioną komunikacyę koleją aż na miejsce, gdy Zakopane dopiero ją dostanie ― to zawsze znajdzie się dużo osób, które i to chętnie przeniosą, aby czas letni spędzić pośród ludu wyłącznie polskiego, z którym się łatwiej porozumieć, a nierzadko na rozmowie bardzo miło czas spędzić można. W Zakopanem nie usłyszy prawie innej mowy, jak swoją, gdy tu obok licznie zastąpionego szwargotu żydowskiego, spotyka się z niemczyzną równie dobrze jak we Lwowie lub Kołomyi. Zresztą może to i lepiej ― niech te dwa tak bogato przez naturę uposażone uzdrowiska konkurują z sobą zarówno ceną jak nastręczeniem wygód i ułatwień, a pragnąca odpoczynku publiczność zyskać tylko na tem może i powinna. Ba! gdyby to było w innem bogatszem i więcej przedsiębiorczem społeczeństwie, jak nasze, nie trzeba by tak długo czekać na dodatnie rezultaty tego współzawodnictwa.
Jeżeli cała ta droga, o której wspomniałem jest prześliczną – to jedno tylko Jaremcze swoim zewnętrznym wyglądem zapowiada iż będzie kiedyś uczęszczaną stacyą klimatyczną. Ładne i zgrabne wile ciągną się szeregiem po obu stronach gościńca ― a dość znaczny ruch osób każe przypuszczać, że na brak gości właściciele wil użalać się nie powinni. Olbrzymia kilkometrowa tablica z napisem: „Tłusty Puder Beila“ pozwala się domyślać, że uzdrowisko to w przeważnej części zamieszkują ładne i eleganckie panie, których też spotykaliśmy moc wielką, a wszystkie postrojone i posznurowane jakby w jakiem nadmorskiem, światowem miejscu kąpielowem.
Szczęśliwe Jaremcze! czy jednak równie szczęśliwe te panie, które wyjeżdżając dla odetchnięcia w góry mażą się „tłustym pudrem... choćby Beila“ czynią nieustanny przegląd toalet ― to się już usuwa od zdania i kompetencyi szybko przebiegającego cyklisty.
A spieszyliśmy się bardzo, bo to i droga doskonała i pragnęliśmy dotrzeć na objad do Delatyna nie spodziewając, że w tej nędznej żydowskiej dziurze niczem pożywić się nie będzie można za to spostrzegliśmy tutaj dwie osobliwości: sąd mieszczący się w parterowym domku, który jest własnością zarządu dóbr i lasów, grożący zawaleniem i ze wszech stron popodpierany grubemi belkami; i jedyną na świecie kombinacyą dwu zawodów, jak się zdaje nic wspólnego ze sobą niemających, a o czem wyraźnie mówi wielki napis tej treści: „X. X. zegarmistrz i dentysta“. Zadziwiające!
Prawie głodni, puściliśmy się w dalszą drogę do Kołomyi, już znacznie gorszą, przeważnie falistą drogą, a chociaż nastręczało się nam dużo pięknych i odległych widoków, to za te, które mieliśmy tuż przed sobą, nie należały do przyjemnych.
Nie znam prawie części naszego kraju, gdziebym po wsiach tak dużo spotykał żydów, jak tutaj ― co kilka niemal chałup widzi się mieszkania żydowskie, a podczas gdy chłopa nie ujrzy, gdyż w tym właśnie czasie kiedy on pracuje w polu, szczęśliwi jego następcy wygrzewają się na słońcu całemi rodzinami i dają wrażenie, że się przejeżdża przez kawał ziemi, będący w wyłącznem ich posiadaniu. Nie dziw też, że chociaż ma się w około wcale dobrą ziemię, niezgorsze urodzaje i ładne bydełko – lud tutaj jakiś biedny i bardzo przygnębiony. Byłbym szczęśliwym, gdyby ktoś z czytelników, lepiej jak, ja te okolice znający – powiedział, że się pomyliłem, że czarno patrzę i że tak źle nie jest.
W Kołomyi stanęliśmy już po zachodzie słońca, przebywszy w tym dniu bez zmęczenia 60 kilometrów.
W sobotę 23 lipca około 11 rano wyruszyliśmy w dalszą drogę, a chociaż przeważnie górzysta i niezbyt starannie utrzymana, to na pociechę mieliśmy lud dorodny i jak się zdaje zamożny, mniej żydów rozpierających się po chałupach, a nadewszystko ciekawe, warte zanotowania zjawisko w Gwoźdcu. Oto prosty ruski chłop Iwasiuk założył sklepik, a chociaż nie umie ani pisać ani czytać, trzyma się przy nim już czas dłuższy, robi konkurencyę żydom, i on ― biedny wieśniak, jest poniekąd regulatorem cen w tem małem gnieździe. Z pociechą spostrzegłem u niego, liczącego około 30 lat, ale już piśmiennego chłopa, który przybył z sąsiedniej wsi, aby u p. Iwasiuka posiąść wszystkie tajemnice sztuki handlowej i towaroznawstwa, a potem na własnym gruncie otworzyć podobny kramik: „szczoby nas żydy ne zjiły“, powiada. ― Daj im Boże szczęście!
Dojeżdżających, a raczej pnących się pod górę i upadających ze znużenia na kilka kilometrów przed Horodenką spotkała miła niespodzianka. Oto pan Cz. dowiedziawszy się, że tamtędy przejeżdżać będziemy, wyjechał na przeciw i zgotował nam niezmiernie gościnne przyjęcie w domu swoich krewnych państwa Z. gdzieśmy zanocowali i zasłużonego użyli spoczynku, jakkolwiek bowiem w dniu tym zrobiliśmy zaledwo 46 klm. to jednak one po złej drodze i pod górę dały nam się mocno we znaki. Pan Cz. jeszcze z innego względu wart wspomnienia, oto nie tylko, że może zupełnie nie używać rączek przy jeździe na bicyklu, czem się jednak nie popisuje, jak niektórzy nasi przyjaciele m. w. na placu po wystawym, ale, co już wprost nie do wiary, jadąc na bicyklu strzela ze strzelby i prawie zawsze trafia. Nie mogłem się powstrzymać, żeby mu nie powiedzieć: że gdyby nie był właścicielem znacznego majątku ziemskiego, mógłby prawie to samo zarobić pokazując się za pieniądze w cyrku.
Horodenka posiada szkołę rolniczą, a jest jak wiadomo, własnością pana Romaszkana słynącego od dawna z wzorowego gospodarstwa jakie w swoich majątkach zaprowadził i prowadzi.
Mamy w świeżej pamięci jego prześliczną stadninę, która podczas wystawy 1894 prawdziwy zachwyt we Lwowie budziła. Nie będąc agronomem nie mogę się zapuszczać w szczegóły, aby nie palnąć jakiego głupstwa, które, jako już raz wydrukowane, jeszcze więcej by mnie kompromitowało – powiem tylko krótko, że wszystko to co tam w tym czasie widziałem, wprost mi zaimponowało, zarówno ładem jak wszechstronnością. Prócz bowiem wzorowego gospodarstwa rolnego, chowu koni i bydła, są tam młyny, browar, gorzelnia, wielkie gospodarstwo rybne, a świeżo budują wielką fabrykę cykoryi, która, oby! szczęśliwie z obcą konkurować mogła! Co najbardziej zadziwia zwiedzającego ten zapadły kąt kraju, to to, iż wszystkie budynki gospodarskie i stajnie oświetlone elektrycznie, nie wyłączając nawet chlewu. No! świnia z przeproszeniem, karmiąca się przy oświetleniu elektrycznem, to w każdym razie widok ciekawy.
W niedzielę dnia 24 lipca przed wyjazdem z Horodenki poszedłem na krótki pacierz do kościoła fundowanego również jak i kościół ormiański przez Mikołaja Potockiego, starostę kaniowskiego.
Obie świątynie, jakkolwiek zewnątrz mocno zaniedbane należą do bardzo ładnych-okazów budownictwa, a zwłaszcza rzymsko katolicka odznacza się rozmiarami i czystością stylu odrodzenia. Są też dwie cerkwie, jak mi mówiono również przez starostę kaniowskiego zbudowane, tych jednak z braku czasu nie oglądałem.
Robił głupstwa i szaleństwa to prawda, ale one minęły dawno, a przeżyły go domy boże liczne i kosztownie stawiane jako pokuta za zbyt krewki temperament. Dziś też popełnia się głupstwa, szaleństwa, a co gorzej wprost łajdactwa, lecz ekspijacyi dobrowolnej nie ma, chyba przymusowa... w kryminale i to tylko dla biedaków.
Tuż za Horodenką na drodze do Zaleszczyk leży wieś Serafińce, w której dziwnie dorodny lud odznacza się innem jak w okolicy ubraniem zwłaszcza kapeluszami o szerokich w górę wywiniętych kresach, kobiety zaś wiązaniem głowy do tureckiego sposobu wiązania zbliżonem. Ziemia tu wszędzie wyborna, jak nazywają tytoniowa, dobrobyt widoczny żydów mniej, jak między Delatynem a Kołomyją. Drzewa brak wielki. Ludzie z nawozu robią placki oblepiają niemi chałupy i płoty. W ten sposób go suszą, a w zimie używają na opał. Paskudny widok!
O godzinie pierwszej z południa, od strony Bukowiny a przez „Ortschaft“ Zwiniaczka wjeżdżaliśmy do Zaleszczyk. (Na Bukowinie napisy tylko w języku niemieckim). Trzeba przyznać, że zarówno z tej strony, jak też i z przeciwnej od Dobrowlan, którędy w parę dni potem wjeżdżałem ― Zaleszczyki, czyli jak tutaj lud nazywa: Zaleszczaki przedstawiają się cudownie. Jest to jak wjazd do raju, do jakiejś ziemi obiecanej. Tuż przed samem miastem przejeżdżamy przez most zwykły, drewniany, mając po lewej wspaniały most kolejowy, podobno cudo budowy. Żałuję, że niezanotowałem sobie jego długości i wysokości ― ze wszystkich jednak jakie widziałem, oprócz w Tczewie nad Wisłą wydał mi się najokazalszym. Sprawiedliwość wyznać każe, że Zaleszczyki lepiej przedstawiają się zdaleka, jak z bliska. Zdaje się, że nietylko one jedne, i że los ten dzielą nie tylko z wielu miastami, lecz też i wieloma bardzo ładnemi... osobistościami zdaleka. Widoki i z środka Zaleszczyk niezawodnie ładne, zarówno na skaliste i lesiste z jednej strony, jak równe z drugiej brzegi Dniestru, ale jakiś dziwny brak powietrza, gorąco, zaduch i straszliwe kurze odznaczają niekorzystnie to miasto zewsząd górami zamknięte i pozbawione przewiewu. Natomiast klimat tu wyborny, wszędzie ogrody, rodzące najpiękniejsze owoce i to w takiej obfitości, że doprawdy zdumiewać się trzeba. Właśnie w czasie naszej obecności było tu dwóch delegatów Wydziału krajowego, a profesorów uniwersytetu z Krakowa i Lwowa celem zbadania i zakupna ziemi pod krajową szkołę pomologiczną, dla której tu najkorzystniejsze miejsce. Za upatrzoną w Dobrowlanach ziemię ofiarowano, jeśli się nie mylę około 600 zł. za morg, ale jak mi mówiono znalazł się ktoś taki, co odradzał chłopom sprzedaży, „bo i tak za dużo polskich szkół — i nie potrzeba nam polskich jabłek“.
Naturalnie układy nie doszły do skutku, więc do pośrednictwa trzeba będzie użyć żyda, który na jednej i drugiej stronie po połowie zarobi. A propos żydów jeszcze słówko: Sławne są nietylko u nas morele zaleszczyckie. Gdy się zaczyna pora ich sprzedaży, pojawiają się nietylko w polskich, ale przeważnie w niemieckich dziennikach ogłoszenia podpisywane różnemi nieznanemi tu nikomu nazwiskami, jako rzekomych właścicieli ogrodów, a skutek taki, że niemce się na takie ogłoszenia łapią, wykupują owoce posłane za pobraniem i dostają śmiecie, jakiego tutaj nawet trzodzie chlewnej się nie daje. W rezultacie nieustanne reklamacye do urzędów tutejszych, które takich, jak podano właścicieli ogrodów odszukać nie mogą, bo ich nie ma — a jako ostateczny skutek zachwiane zaufanie do polskich kupców, polskiej uczciwości i solidności – gdy to jest po prostu tylko żydowski geszeft i wyzysk tak dobry - jak każdy inny, lepszy nawet, bo bezkarny. A morele rozchodzą się stąd w olbrzymiej obfitości, teraz zwłaszcza, gdy od kilku miesięcy zbudowano kolej – całemi wagonami. Czas by już wielki zająć się tym wywozem umiejętnie i uczciwie, boć wszak to bogactwo kraju, a tak mało mamy na wywóz.
Wieczorem, w prześliczną noc księżycową w liczniejszem towarzystwie odbyliśmy przejażdżkę dużem czółnem po Dniestrze, cudując się zarówno dziwnym spokojem rozlanym w naturze, prawdziwie romantycznemi widokami, jakie w tak jasną noc nam się przedstawiały i zaczerpując zapas powietrza, którego brak już po jednodniowym pobycie w Zaleszczykach uczuć nam się dawał. Przejażdżka ta nasunęła mi myśl odbycia dalszej drogi przez cały dzień następny tratwą, poleciliśmy przeto naszemu przewoźnikowi Dmytrowi, aby nam do dnia jedną taką zatrzymał i dalszą jazdę ułatwił. Pod wrażeniem oczekiwania tej ciekawej podróży poszliśmy spać, unosząc z sobą prawdziwą i głęboką wdzięczność dla czcigodnych państwa St..., którzy nas u siebie niesłychanie gościnnie podejmowali i pana P... u którego znaleźliśmy nocleg i wyszukaną, wykwintną troskliwość.
W poniedziałek 25 lipca już przed 6-tą rano zbudził nas Dmytro z zawiadomieniem, że tratwy czekają. W mig byliśmy gotowi, a w kwadrans potem wiązaliśmy za szyjki butelki z piwem i wpuszczali do wody ― aby się niem krzepić i ochładzać w dalszej drodze, którąśmy mieli przed sobą.
Kochany czytelniku! wybacz mi naprzód tę poufałą apostrofę ― a potem powiedz mi z łaski swojej czy płynąłeś ty kiedy tratwą lub nie? Jeźli płynąłeś ― to dobrze ― jeźli nie ― a jesteś neurastenikiem ― to radzę ci z dobrego serca ― uczynić to przy najbliższej sposobności. Ale ty może marzysz o podróży statkiem po Renie. ― Daj pokój! chyba, że jesteś tak bogaty, że ci to żadnej różnicy nie sprawi, i wolisz widzieć i podziwiać prędzej cudze, jak swoje, tym jednak, których niestać na dalekie wyprawy, zwłaszcza gdy mają do dyspozycyi kółko i pracą zawodową rozwierzgane nerwy, radzę raz jeszcze: na tratew!
Co za spokój, i co za uspokojenie!
Przed nami prześliczne brzegi Dniestru. Raz z jednej strony stroma skała, a po drugiej nieprzejrzana równina, a w pół godziny potem zupełna zmiana dekoracyi. Tam gdzie miałeś skałę otwiera się przed tobą daleki, niknący w oddali widok, i odwrotnie w miejsce dalekiej płaszczyzny wystrzela brzeg skalisty ― i tak dalej i dalej i ciągle, aż kiedy zacznie dogrzewać słońce mniej cię już zajmują widoki, lecz rozebrawszy się, a trzymając w ręku witkę, którą się spaja tratwy ― jednym skokiem rozkoszujesz się wodą dniestrową i dziwisz się, że on taki brudny w Żurawnie ― tutaj jak łza czysty, a jak najlepsza górska rzeka orzeźwiający.
Pomiędzy jedną taką a drugą kąpielą wyjmuję z torby kartę i piszę do pani C. zawiadamiając Ją, że ani cała hydropatya, ani najpoważniejszy i najlepszy dr. K. nie dali mi tego uspokojenia, co tych kilka godzin podróży na tratwie. Wyciągamy butelki piwa studzące się w wodzie dniestrowej, zjadamy kanapki, któremi nas pani St. na drogę zaopatrzyła, dziękujemy Jej raz jeszcze za Jej ujmującą gościnność i... czujemy, że słońce nie żartuje i dogrzewa, coraz lepiej, że nas pali i smarzy poprostu, jak na patelni. Patrzymy na zegarek ― dwunasta ― nie dziwi nas to wcale, że słońce o dwunastej tak bardzo gorące ― ale zaczyna nam być coraz mniej przyjemnie, i coraz bardziej nas piecze. Patelnia, czysta patelnia! a więc znów kilka razy do wody — i znów lepiej i znośniej. Podczas tego słychać z brzegu: „Daj Boże szczasływo“ — „Daj Boże i Wam“, a że w okolicach tych zupełny brak drzewa, więc ten doprasza się o polano, inny dojeżdża w małej łódce i prosi o witkę, z którejby sobie mógł zrobić biczysko. A tu pali i pali. Nerwy mam uspokojone, ale ginę z gorąca.
Żeby też jaki mały kącik, gdzie by się ukryć można ― nic i nic ― tylko chłop siedzący u steru pyka mojego papierosa i z politowaniem spogląda na nas i że nam tak gorąco. Znów kąpiel i znów na patelnię i tak aż do godziny trzeciej, o której dostaliśmy się do Kaczorówki, skąd polną drogą kilka kilometrów do wybornego gościńca.
Ostatecznie... dziewięć godzin na tratwie spaliło nas, niemal popiekło, ale dało mi coś, co zapisałem jako zarobek w mojem zdrowiu i uspokojenie w moich nerwach ― dało mi rozmaitość, nowość, której nie znałem, wytchnienie, którego szukam, zapomnienie o codziennej mizeryi życia, która jest najstraszniejszą chorobą ― oderwanie się od codziennych zawodowych zajęć, z których żyję i od cyfr, któremi się brzydzę.
Wysiedliśmy dobrze po trzeciej, a parę minut potem drapaliśmy się siedm kilometrów pod górę, aż nareszcie dobiliśmy się w okolice Mielnicy, gdzie zdaleka widnieje obelisk postawiony ku uczczeniu 25-letnich rządów w powiecie borszczowskim Mieczyława hr. Borkowskiego. Do zasług jego na różnych polach obywatelskich, kolarze też chętnie dorzucą swój listek, dróg bowiem tak utrzymywanych jak w jego powiecie nie wiele znajdzie w kraju ― to też przebiegaliśmy je w szalonem tempie, podziwiając po drodze prześliczną kulturę ziemi i żyzne łany w obszernych majątkach tego wzorowego obywatela i gospodarza powiatu. Sami nie wiedząc kiedy dotarliśmy do starej baszty niegdyś broniącej wejścia do okopów św. Trójcy, a o zachodzącym zmroku stanęliśmy w tej... dziurze.
Ani co zjeść, ani gdzie zanocować ― i już, już rozpacz nas się chwytała, gdy przyszła mi szczęśliwa myśl uciec się pod opiekę żandarmeryi. I nie wyszedłem na tem źle. ― Komendant posterunku z całą uprzejmością, udzielił nam bezinteresownie noclegu, za który niech nam tu wolno będzie złożyć jemu i kolegom jego serdeczne podziękowanie.
We wtorek dnia 26 lipca już o 5 rano byliśmy na nogach, pilno nam bowiem było jak najprędzej dostać się do Kamieńca. Pożegnawszy uprzejmie gościnnych naszych gospodarzy, ruszyliśmy żywo ku granicy. Tuż przed mostem na Zbruczu spostrzegliśmy austryackich strażników, którzy oglądnąwszy nas i nasze maszyny, bez zwłoki i jakichkolwiek formalności, pozwolili nam jechać dalej. Połowa mostu należy do nas, droga już do Rosyi, tuż za mostem spuszczony na ziemi łańcuch, a przy nim rosyjski objeszczyk. Wykazaliśmy się przepustkami, wystawionemi przez starostę borszczowskiego i wkroczyliśmy na ziemię łez, ucisku i... względnego dobrobytu.
Na komorze zatrzymano nas przeszło trzy godziny. Już drugi raz mi się zdarza, że pierwszy przejeżdżam na rowerze przez komorę rosyjską ― stąd zamęt ― i nieświadomość ― jak postąpić z nami. Tak było przed dwoma laty w Sandomierzu ― tak też teraz tutaj. Ułatwiłem, co prawda, drogę tym, co po mnie przejeżdżać będą, ale się naczekałem i wynudziłem bez końca, gdy żal mi było każdej chwili straconej, którą mogłem był spędzić w Kamieńcu. Cała komora zawiesiła zwykłe czynności, urzędnicy chodzili, naradzali się, wertowali przepisy, a podczas tego jeden z nich przeszukiwał księgi, czy nie ma nas przypadkiem pomiędzy tymi, którym wstęp zakazany.
Jakkolwiek trwało to wszystko, jak już rzekłem, przeszło trzy godziny, wyznać należy, że nie było w tem ani cienia sekatury lub złej woli, a wyłącznie tylko nieświadomość, jak w tym wypadku postąpić. Nareszcie po spisaniu masy papieru, rozmaitych rewersów, kwitów i kontrakwitów, któreśmy wszystkie aż cztery razy podpisać musieli, ściągnięto z nas po rs. 18 i kop. 70 od maszyny, opatrzono je pombą i pozwolono nam jechać dalej w imię boże.
Można sobie wyobrazić w jakiem tempie puściliśmy się zaraz z miejsca, tem bardziej, że droga równa i gładka. Przed Żwańcem stroma góra, pod którą idąc piechotą ― mieliśmy po za sobą widok na majestatyczny już tutaj Dniestr i na lewo malowniczo na górze położony Chocim. Od granicy austryackiej do Kamieńca jest 25 kl i bylibyśmy stanęli tam nierównie prędzej, gdyby nie to, że na 5 kl. przed miastem zaczyna się góra wykładana nieforemnemi kamieniami, po których ani najlepszy cyklista nie pojedzie, ani najtęższa maszyna nie wytrzyma. Już to całe miasto ma bruk tak haniebny o jakim, kto go nie widział, pojęcia mieć nie może. Ale co nas to obchodziło, gdyśmy się zbliżali do upragnionego celu. Z nieba leciała ogień i siarka, gorąco było okropne, upadaliśmy prawie ze zmęczenia, lecz mimo to coraz szybciej ciągnęliśmy nasze maszyny do góry.
Czem bliżej Kamieńca, tem bardziej ciekawy i zajmujący widok, który dochodzi do maksimum, gdy się wjeżdża już w właściwe miasto, mając po prawej olbrzymie, stare fortyfikacye, a przed sobą most rozpięty niesłychanie wysoko, podnim malutkie domki, a po zanim znów coraz wyżej się pnący Kamieniec Podolski.
Miasto ze wszech miar ciekawe, oryginalne, położone tak, jak żadne może na świecie, bo na stromej, jakby ręką ludzką wzniesionej skale, otoczone u podnóża wodami Smotrycza, i oddzielone znów, takimże samym stromym brzegiem. Ani ― ile podobna dokładny opis, ani wyborne fotografie, które z sobą stamtąd zabrałem ― nie dadzą o tem pojęcia, trzeba to widzieć, aby mieć o tem wyobrażenie. Miasto ciekawe, ale i smutne zarazem. A wszakżeż to Polska! a wszak to „złoty klucz do granic Rzeczypospolitej“, jak dawniej mawiano, a wszak to „baszta ręką Boga na obronę Polski zbudowana“ i w tem mieście przez dwa dni nie widziałem nikogo prócz żydów i Moskali, nie słyszałem jednego polskiego słowa.
Niechże Bóg broni, aby było tak istotnie ― polskość tam jest, być musi i będzie, ale się kryje po domach, w których być nie miałem sposobności ― tak jednak, jak się przedstawia po wierzchu, budzi żal i rozpacz prawdziwą.
Mam nadzieję, że czytelnik mi wybaczy, że przerywam, a nawet wdzięczny być powinien, że zamiast narzucać mu moje nie zawsze może trafne spostrzeżenia w tem miejcu otwieram Wielką encyklopedyę Orgelbranda“ i z trzynastego tomu wypisuję w streszczeniu, co tam znalazłem:
― „Kamieniec podolski w dawnem województwie podolskiem nad rzeką Smotryczem. Według podania, gdy Podole przeszło pod panowanie książąt litewskich, Korjat, jeden z synów Olgierda naszedł przypadkiem na miejsce, gdzie jest Kamieniec, a ujrzawszy obronność miejsca gród ten założył. Podług historycznych podań zwano je Klepidawa i Petridawa. Klepidawą nazywali Grecy, znając tę okolicę niedostępną i do ukrycia sposobną od greckiego słowa: klaptis ― złodziej ― Petridawą nazywali wygnańcy rzymscy od słowa: petris ― skała. Od pierwszego założenia Kamieniec był twierdzą bardzo obronną. Najdawniejszą o nim wzmiankę znajdujemy w Długoszu po rokiem 1218. W roku 1385 obległ Witołd Kamieniec w którym się zamknął Fiedor Korjatowicz. Nie byłby siłą zdobył warownego grodu, ale się wkradła niezgoda pomiędzy załogą. Zamek się poddał, a Witold całe Podole wcielił do wielkiego Księstwa litewskiego. Kamieniec już wtedy zamieszkiwali Polacy, Rusini i Ormianie. Po śmierci Witołda 1430 panowie podolscy zajęli go na rzecz króla polskiego. W 1432 Jagiełło potwierdza używanie prawa magdeburskiego. Następni królowie udzielają Kamieńcowi różnych przywilejów, a Zygmunt III w r. 1594 porównał Kamieniec w prawach, przywilejach i wolnościach ze Lwowem, a w 1598 zabronił żydom osiadać w mieście. Stryjkowski i Gwagnin malują nam w tych czasach Kamieniec, jako twierdzę obronną i nie do zdobycia, warowną samą naturą. W roku 1620 Sejm polecił opatrzyć ją w strzelbę, prochy i silną załogę. Zaraz w następnym 1621 roku Sułtan Osman korzystając z zamięszania z powodu zgonu hetmana Chodkiewicza przechodzi Dniestr zamiarem zdobycia Kamieńca. Ujrzawszy skalistą warownię pyta jednego ze swoich:
― Kto ją postawił?
― Bóg cudowną miejsca naturą ― odpowiada.
― Niechże ją sam Bóg zdobywa ― wyrzekł sułtan i do odwrotu zatrąbić rozkazał.
W czerwcu 1652 oblęgali Kamieniec Kozacy, lecz widząc niepodobieństwo zdobycia po dwu tygodniach odstąpili. W roku 1672 za Michała Korybuta Mahomet IV obległ miasto. Po kilku szturmach zawarto kapitulacyę. Sułtan odprawił wjazd tryumfalny do miasta i konno wjechał do katedry. Napróżno kusił się król Jan III o odzyskanie twierdzy. Dopiero pokojem karłowickim 1699 za Augusta II przywrócono Kamieniec Rzeczypospolitej. W roku 1781 zwidzał Kamieniec Stanisław August, mieszkając w domu znajdującym się w rynku a wzniesionym przez niewolników tureckich z ciosowego kamienia. Do tej pory ostała się tam pamiątkowa tablica.
Za rządów tureckich katedra obróconą była na meczet i zbudowano przy niej z ciosowego kamienia okrągłą dżamję, z której zwoływał mołła lud na modlitwę. Zabytek ten pozostał dotąd z półksiężycem, nad którym postawiono posąg Matki Boskiej. Styl gotycki ― facyata z ciosu, nad nią krzyż i dwa posągi apostołów Piotra i Pawła.
W kościele podominikańskim znajduje się po prawej stronie prześliczna rzeźbiona ambona z ciosowego kamienia, cała z jednej sztuki, misternie wykuta i opatrzona tureckim napisem.
Inne świątynie częścią spustoszone, częścią przerobione na cerkwie prawosławne. Oprócz tego znajdowało się w roku 1794 dziewięć małych kościołów, parę cerkwi i kościół ormiański.
W roku 1820 ks. Marczyński wylicza następujące świątynie: kościół katedralny ― dominikański panien dominikanek, Karmelitów bosych, trynitarzy, ormiański, cerkiew św. Jana, (za czasów tureckich była meczetem w. wezyra), cerkiew św. Trójcy i najpiękniejszej budowy kościół po jezuicki. Prócz tych wspomina ks. Marczyński, iż dawniej było jeszcze więcej świątyń, które się do jego czasów niedochowały. To daje miarę, jakiem miejscem był Kamieniec za czasów Rzeczypospolitej. — Tutaj też wysełano więźniów na całe życie do robót w twierdzy. ― Bardzo wiele ciekawych, a odnoszących się do świetnej przeszłości Kamieńca napisów rząd rosyjski pousuwał. W 1793 straciła Polska ten gród warowny. Rosya wcieliła go do swego państwa. W 1812 Aleksander I. kazał znieść fortyfikacye uznając tę twierdzę za niepotrzebną“. ―
No, oto i koniec. Chwała Bogu i za to! tem przepisywaniem z encyklopedyi zmęczyłem się więcej, niż gdybym był z siebie pięć razy więcej wypisał, ale to trudno! chciałem dać jaśniejszy obraz, niż sam z siebie dać mogłem, ale jeżeli suchy, jest i na to rada. Weź sobie czytelniku dra Antoniego J. (Rollego) „Zameczki podolskie“ ― zaglądnij do „Pana Wołodyjowskiego“ Sienkiewicza ― a stanie ci przed oczami Kamieniec takim, jakim był ― a jakim choć dziś nie jest ― to warto, abyś go zobaczył, poznał i przeszłość jego pokochał.
Z pobieżnej własnej obserwacyi ― bawiliśmy tam bowiem nie całych 24 godzin ― zanotować się godzi następujące jeszcze szczegóły, które mi się pozbierać udało. Więc naprzód a propos żydów. Encyklopedya powiada, że w r. 1594 Zygmunt III Kamieniec Podolski porównał w prawach, przywilejach i wolnościach ze Lwowem, a w r. 1598 żydom zabronił osiadać się w mieście. Dziśby się tego nikt nie domyślił, chociaż tak trwało aż do roku 1793. Dotąd wolno im było zajmywać się w Kamieńcu handlem w dzień, na noc zaś po zamknięciu bramy musieli się wynosić pod most turecki na tak zwane Karwasary (Karawanseraj, czyli stajnie dla karawan) i dopiero podczas zajęcia miasta przez Moskali wcisnęli się za wojskiem. Ormianie jednak, którzy dotąd wyłącznie handel w swem ręku dzierżyli, lękając się ich współzawodnictwa, w ten sposób rzecz pokierowali, że im nikt w całem mieście nie chciał wynająć mieszkania. Ale na wszystko jest sposób. Złakomiwszy się na niesłychanie wysoką jak na owe czasy zapłatę, pierwszy wynajął żydowi mieszkanie mieszczanin tamtejszy Kubicki, czego mu zazdroszcząc inni zdemoralizowani właściciele, powoli zaczęli wynajmywać żydom domy, zawsze jednak za cenę bardzo wygórowaną. Tak trwało lat dziesięć, poczem równocześnie wszyscy żydzi nie chcieli już płacić dawnego wysokiego komornego ― ówczesne bowiem prawo rosyjskie stanowiło, że żyd, który przez dziesięć lat zamieszkuje w jednej miejscowości, staje się jej stałym mieszkańcem i wyrzucić go już stamtąd nie można. Mieli prawo za sobą, osiedlili się, rozmnożyli, a reszta już wiadoma!
Jako uzupełnienia przy świątyniach wyliczonych przez uczonego statystyka ks. Marczyńskiego, dodać od siebie muszę, że oprócz czterech żadna nie przetrwała do naszych czasów, i tak: Najpiękniejszy kościół Jezuicki przerobili Moskale na gimnazyum, sąsiedni kościół Karmelitów na katedrę prawosławną, a w kościele pp. Dominikanek umieszczono kasyno wojskowe, w którem dziś oficerowie zgrywają się w karty i urządzają bale.
Z pomiędzy niezliczonych pousuwanych i pozacieranych przez Moskali polskich napisów, cudem jakimś ocalała tablica z polskim orłem na bramie tak zwanej ruskiej i napis na jednej z baszt zamkowych, gdzie też widnieją klucze papieskie na pamiątkę, iż fundatorem tej baszty był papież wznosząc ją na obronę chrześcijaństwa.
Chwila poddania się Kamieńca Turkom za panowania Michała Korybuta w r. 1672 doczekała się kilku opisów zarówno w historyi, jak i powieści. Obok dr. Antoniego J. (Rollego), który ją na podstawie badań i źródeł historycznych wiernie opowiedział, przedstawił tę epokę w właściwy sobie, barwny sposób, Henryk Sienkiewicz w powieści swojej „Pan Wołodyjowski“, której bohater wyleciał w powietrze na dzisiejszym placyku znajdującym się u wjazdu na most tak zwany „turecki“, wznieśli go bowiem Turcy w czasie dwudziestosiedmioletniego władania Kamieńcem.
Zmęczeni, zziajani nieustanną bieganiną i oglądaniem miasta, poszliśmy wypocząć trochę do żydowskiego hotelu, gdzie się z nikim po polsku dogadać nie było można – ponieważ jednak, co już nie po raz pierwszy praktykuję – nigdy w granicach dawnej Polski nie używam innego jak polskiego języka, więc przysłano nam żydka, który służył za tłumacza i wtedy dopiero wykazałem się przepustką, którą po formie do cyrkułu zaniesiono.
W hotelu napisałem kilka kartek do znajomych, a nie mając pewności czy list adresowany po polsku stąd wyjdzie, poszedłem na pocztę, która leżała o dwa kroki i taką tam miałem rozmowę:
― Chciałbym oddać list, nie wiem jednak, czy go stąd panowie puścicie, gdy będzie adresowany po polsku.
― A czemu po polsku?
― Bo nie znam innego języka.
― Pan nie tutejszy?
― Naturalnie ― inaczej bym już się rosyjskiego musiał nauczyć.
― A dokąd ten list?
― Jestem z pod zaboru austryackiego.
― Więc do Galicyi?
― Tak.
― No, tak ja panu radzę adresować po niemiecku. Nam to wszystko jedno, my znamy wszystkie języki, ale tam u was to tylko po niemiecku, tam wszystko „Niemcy“.
― „Pan wybaczy, że się śmiem sprzeciwić, ale wychowałem się tam i posiwiałem, jednak urzędnika nie umiejącego po polsku nie widziałem“.
― „Tak to się mówi, ale ja panu radzę adresować po niemiecku, list zaginie, a szkoda, może pan tam co ważnego pisze.“
― „Dziękuję panu, tak uczynię“.
Kpił on, czy o drogę pytał? nie wiem. Adresowałem po niemiecku i wszystkie karty doszły.
W środę 27 lipca wypadała jakaś galówka. Od samego rana snuli się kozacy kubańscy w swoich malowniczych strojach po mieście, a o 11 rano miał się odbyć przegląd wojska i popis straży ogniowej! To ostatnie najbardziej zaciekawiało mego towarzysza gorliwego członka straży ochotniczej lwowskiej, ale go uprosiłem, aby nie zwlekał z wyjazdem, i w chwili gdy dawano sygnały na rozpoczęcie przeglądu myśmy wyjeżdżali z miasta. Zamierzyliśmy dotrzeć na noc do Borszczowa — i tak też istotnie się stało.
Była to największa przestrzeń, jaką jednego dnia tym razem zrobiłem bo 81 kilometrów. Młody cyklista z politowaniem przeczyta tę cyfrę, ja jednak mając poza sobą kabalistyczną cyfrę 44 i kilka kilogramów podróżnego pakunku nie mam zamiaru ani się wstydzić, ani wypierać, że przyjechawszy do Borszczowa o 10 w nocy byłem bardzo zmęczony i żądny spoczynku, tem więcej, że od Krzywcza mieliśmy okolicę górzystą. Wsie przez któreśmy przejeżdżali wielkie i zamożne, pierwszy raz jednak w życiu zdarzyło mi się, że na zapytanie jak się nazywa dziedzic, odpowiadano mi „ne znoju“ ― zaciekawiony tem powtarzałem i nazajutrz to samo pytanie w innych miejscowościach i kilka razy spotykałem się z tą samą odpowiedzią, często z dodatkiem „tu posesor żyd a pana ne znajem, bo meszkaje we Lwowi“. Czy tak być powinno? to już do skromnego cyklisty nie należy.
W czwartek 28 lipca przekonałem się, że tych 81 kilometrów ku końcu ciągle pod górę ― nie uczyniły mi dobrze ― ale kilka kropel tinct. strofantis wnet mi naprawiły serce i po wypoczynku puściłem się w dalszą drogę ku Zaleszczykom. Wyjechaliśmy razem ― dopiero około godziny drugiej w południe, ponieważ jednak mój towarzysz miał termin w Zaleszczykach przed 6-tą ― prosiłem go, aby podążył naprzód, a ja za nim truchcikiem się ciągnęłem. Wspominam o tem dla tego, by zaznaczyć jego koleżeństwa i troskliwości dowód, gdyż załatwiwszy w Zaleszczykach swój terminowy a ważny interes, wyjechał naprzeciw mnie na dziesięć kilometrów pomimo, że go jeszcze daleka droga czekała, na całą noc bowiem wyjechał do Buczacza, dokąd go znów interesy jego zawodu powoływały. Rozstaliśmy się ― jak przypuszczam ― obopólnie serdecznie, co do mnie bowiem miałem w nim nietylko sympatycznego towarzysza, ale i troskliwą niańkę, której nieraz w tym czasie potrzebowałem.
Droga z Borszczowa do Zaleszczyk z początku górzysta, ale wyborna ― miejscami wprost znakomita ― jedzie się równo i gładko jak po najlepszym torze. Idąc pod każdą górę piechotą, a pospieszając tylko po równem, wyregulowałem serce zupełnie, a gdy nadto w Styrze zażyłem kąpieli przyjechałem zdrów zupełnie przed 7 wieczorom do Zaleszczyk.
A kąpałem się w Kasperowcach, niedaleko miejsca, gdzie wpada do Styru rzeka, której nazwiska w przyzwoitem towarzystwie wymienić nie można, ani też jej na mapie nie wypisują – a wartoby, skoro mieszkańcy wsi „Śmierdzącej" uzyskali u namiestnictwa jej zmianę ― aby i tę nieskończenie nieprzyzwoitszą rzekę przemianowano. Przez całą drogę rozciągają się dalekie, a bardzo malownicze widoki, wsie tak wielkie, jak może nigdzie, lud uprzejmy, chętnie się ustępujący i nie szukający zwady – bogate łany zbóż i kukurudzy – słowem znać tu wszędzie dobrobyt — niestety jednak większość wsi, przez które przejeżdżałem, są albo własnością żydowską, lub też dzierżawione przez żydów, a lud nietylko nie widział, lecz nawet z nazwiska nie zna swego dziedzica.
W Zaleszczykach powtórnie korzystałem z gościnności państwa St. i noclegu u pana P., skąd po dwu dniach pobytu, wywożąc wdzięczne, a jak najlepsze wspomnienia, podążyłem niedawno co otwartą koleją do Stanisławowa, a stamtąd kołem do Meduchy pod Haliczem i do Żurawna nad Dniestrem ― poczem do Lwowa, gdzie jedną noc zabawiłem, aby potem na dokończenie urlopu puścić się na dalszą włóczęgę po kraju.
W Żurawnie, które znam oddawna uderzył mnie nowy, nieznany mi dotąd polsko-ruski napis na świeżo założonej szkole koszykarskiej. Powstała ona staraniem i zabiegliwością ludzi dobrej woli, a przeważnie gorliwem zajęciem się państwa d’ A... Na razie zatrudnia dziewięciu chłopców – Polaków i Rusinów pod kierunkiem fachowego nauczyciela. Uczniowie pobierają po dwa guldeny miesięcznie i 75% od sprzedanych przedmiotów. Wydział krajowy poparł te usiłowania, wyznaczając na rok bieżący 360 zł. subwencyi, a przyrzekł podnieść ją w następnych latach. Przyszłość szkoły zatem zapewniona, bo zbyt jest, a na brzegach Dniestru i Świcy wikliny nie zabraknie.
Miałem więc dotąd poza sobą 596 kl. odbytych na kole i jedenaście noclegów, każdy w innej miejscowości. Na rozmaitość i miłe spędzenie połowy mojego urlopu użalać się nie mogłem.
We wtorek dnia 2 sierpnia wyjechałem koleją do Biecza, aby zatrzymawszy się dwa dni w Lipinkach, odtąd już wyłącznie kołem się posługując zwiedzić Zakopane i Krynicę i odwiedzić tych bliskich sobie, których tam miałem. Droga prowadziła przez Sącz Nowy i Stary, Łącko, Krościenko, Czorsztyn i Nowy Targ do Zakopanego. Dotąd jechałem sam ― w Zakopanem jednak spotkałem na szczęście ze Lwowa trzech panów na K., w których miłem towarzystwie powracałem aż do Starego Sącza, gdzieśmy się rozstali. Dwa dni ostatnie były bardzo ciężkie ― jechaliśmy bowiem bez przerwy w czasie deszczu i niepogody.
Szczegóły tej podróży pomijam z dwu powodów. Naprzód ponieważ już zeszłego roku odbyłem tę drogę i o niej pisałem, powtóre, że jeden z spotkanych panów na K. mówił mi, że ma zamiar ją opisać, nie chcę mu przeto leść w drogę, zachęcam tylko do dotrzymania słowa i wykonania zamiaru. Na drugą część mojego urlopu po dzień 17 sierpnia złożyło się 317 kilometrów, czyli razem z poprzedniemi 913.
Na zakończenie kilka cyfr.
Aby przejechać kilometr na maszynie tego przeniesienia, jakie miałem trzeba ruszyć 370 razy jedną i drugą nogą ― przeto na 913 kilometrów 337.810 razy. Kto nie wierzy ― niech sprawdzi.
Średnio wydawałem 3 guldeny dziennie. Szczegół ten podaję dla tych, którzyby radzi odbyć dalszą drogę na kole, a lękają się zbyt wielkich wydatków.
Gdybym był pieniądze te zużył na pobyt w jakiemś uzdrowisku lub miejcu leczniczem, wątpię, czyby mi lepiej uczyniło ― powróciłem bowiem zdrów, odświeżony, z zapasem wrażeń i spostrzeżeń, któremi żyć będę aż do nowej da Bóg doczekać! wyprawy.


We Lwowie 21 sierpnia 1898.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jarosław Pieniążek.