Margrabina Castella/Część trzecia/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Margrabina Castella
Podtytuł Powieść
Wydawca Piotr Noskowski
Data wyd. 1888
Druk Piotr Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Marquise Castella
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.
Porozumienie.

— Raulu — odezwała się nagle margrabina — jeżeli zgodzę się na to co projektujesz — czy sam podejmiesz się przerobienia testamentu?...
— Nie — odpowiedział hrabia z uśmiechem — nie posiadam talentu, do tak bardzo trudnej roboty...
— Myślisz więc wyszukać kogoś uzdolnionego?...
— Nie potrzebuję wcale szukać...
— Bo?...
— Bo znam takiego doskonale.
— A jesteś go zupełnie pewnym?...
— Ufam mu jak samemu sobie...
— Powiadasz zatem dziwne jakieś znajomości?...
— Zgadzam się na to, w pewnych jednak okolicznościach, podobne stosunki mogą się widocznie na coś przydać...
— Jesteś nieocenionym przyjacielem!...
— Bez wątpienia, skoro gotów jestem na wszystko dla tych, których kocham...
— Od tej chwili dopiero zaczynam cię rozumieć i należycie oceniać Raulu!... — Dotąd znałam cię jako człowieka światowego, jako rozkosznego patrycyusza...
— A teraz jakże mnie sądzisz?...
— Masz dzielną duszę, inteligencyę wyższą nad pospolite przesądy... naturę energiczną, o jakiej marzyłam; ale jakiej nie spodziewałam się spotkać kiedykolwiek...
— Ty więc nie podzielasz także tych głupich gminnych przesądów?...
— Nie!... sto razy nie!... A że miałeś odwagę albo raczej szczęśliwa natchnienie przedstawić mi się takim jakim jesteś, pójdę za twoim przykładem, zdejmę przed tobą swoję maskę!... — Ja w nic nie wierzę Raulu, nic nie szanuję, niczego się nie obawiam... — nie uznaję innych praw nad prawo mojej bezgranicznej ambicyi, innego sposobu postępowania jak taki, który dałby mi zdobyć bogactwa i przyjemności, bo to jest dopiero życiem...
— Ja tak samo Joanno, ja zupełnie tak samo!... — wykrzyknął pan de Credencé, z zapałem: — O! ty jesteś prawdziwie dzielną kobietą... — jesteś istotą wybraną i zajdziesz z pewnością daleko!... tak... tak... oboje zajdziemy daleko!...
— Nic nas nie powstrzyma!... — ciągnęła margrabina — połączymy siły nasze!... bo godni jesteśmy siebie Raulu!... Oto takiego jak ty męża potrzeba mi było!... — Oto takiego jak ty męża, zdolną byłabym kochać Raulu...
— No! — odrzekł hrabia z uśmiechem — zdaje mi się, że jeszcze nie za późno na nasze wspólne szczęście... — jesteś wdową a jam zupełnie wolny...
Joanna wstrząsnęła głową.
— Niepodobna!... — odrzekła.
— Dla czego?
— Bo poprzysięgłam nie wiązać sobie życia, chyba gdyby przypadek sprowadził do stóp moich starca milionera, ofiarującego mi cały swój majątek i perspektywę niedługiego wdowieństwa.
Pan de Credencé skłonił się ironicznie.
— Nie jestem zatem pod żadnym względem odpowiedni.
— Nie, — odrzekła margrabina, — nie zostanę nigdy twoją żoną, ale co to ci szkodzi; jeżeli pozostanę na zawsze twoją przyjaciółką?...
— Jak to uważać?...
— Jak ci się żywnie podoba.
— Ha cóż robić — muszę poprzestać na tytule przyjaciela, gdy inaczej być nie może...
— Powróćmy do naszej sprawy... do sprawy która przedewszystkiem powinna nas teraz obchodzić...
— Do testamentu nieprawdaż?...
— Tak. Powiedz że mi raz jeszcze, czy jesteś zupełnie pewnym pomyślnego rezultatu...
— Mam takie przekonanie moralne, którego nic zniweczyć nie jest w stanie.
— Człowiek, który się podejmie roboty, wykona ją całkiem dokładnie?...
— Mogę cię zapewnić, że nie istnieją dlań żadne trudności...
— Więc to rzemiosło jego, naśladować pisma i fałszować podpisy?...
— To jedno z jego tysiącznych zajęć, bo uprawia najrozmaitsze przemysły.
— A z policyą żyje w zgodzie?...
— Policya poszukuje go od dwudziestu lat... i będzie poszukiwać drugie tyle... ale nie znajdzie nigdy!...
— Cóż to za jeden ten człowiek?...
— To Prometeusz paryzki!... to geniusz metamorfozy!... Żaden najsławniejszy aktor nie potrafi tak charakteryzować twarzy, tak jej odmieniać zupełnie, od tej jaką go obdarzyła natura... I nietylko zmienia dowolnie swoje rysy i głos... ale wykrzywia sobie członki stosownie do potrzeby, jak gdyby był z kauczuku!... Ja co go widziałem tysiąc razy, przeszedłbym koło niego nie poznawszy go... więcej jeszcze, bo mógłbym z nim rozmawiać przez cały dzień, nie domyślając się że to dobry mój znajomy...
— Czy nie przesadzasz tylko trochę mój hrabio?...
— Prędzej może nie dosadzam bodaj margrabino...
— A jakże się nazywa ta znakomita osobistość?...
— Niktby tego nie mógł powiedzieć dokładnie, zmienia nazwiska tak samo jak twarz... znam zaledwie parę jego pseudonimów, a on zapewne posiada ich ze setkę...
— Gdzie mieszka?...
— Wszędzie i nigdzie.
— No a gdzież go znajdziesz?...
— Nie obawiaj się o to... posiadam nitkę Aryadny, która mnie doprowadzi do niego...
— Kiedyż zrobisz użytek z tej nitki?...
— Zaraz dziś wieczór... gdy ztąd odejdę... Wierz mi kochana Joanno, że nie stracę ani minuty gdy idzie o rzecz tak ważną...
— W takim razie, chociaż wydam ci się wielką może egoistką, mam ochotę pożegnać cię zaraz...
— Rozumiem doskonale niecierpliwość. I mnie również pilno dojść do szczęśliwego rezultatu.. zacznę więc zaraz moje poszukiwania, daj mi tylko testament i list...
Joanna podniosła się z kozety... i otworzyła worek podróżny.
Wyjęła dosyć duży portfel czarny ze srebrnemi zapinkami, nacisnęła sprężynkę, a gdy zapinki się otworzyły, wyjęła dużą kopertę z trzema czarnemi pieczęciami.
Rozdarła tę kopertę i podała panu de Credencé, papier złożony we czworo.
— Oto testament!... — rzekła.
Hrabia wyjął swój pugilares i chciał schować doń papiery.
Zatrzymał się jednakże.
Zbliżył się do stojącego na stole świecznika i z wielką uwagą zaczął się przypatrywać każdej sylabie, każdej literze...
— Co się tak kochany hrabio — zapytała Joanna — przypatrujesz?.. — Wszakże opowiedziałam dokładnie, co zawierają dokumenty...
— Margrabino — odpowiedział pan de Credencé — nie zajmuję się wcale czytaniem.
— A czemuż przypatrujesz się z taką uwagą?...
— Nie znałem charakteru pisma margrabiego Castella...
— Więc to cię tak interesuje?...
— Do najwyższego stopnia...
— Dla czego?...
— Charakter jaki mam przed oczami, należy do tych, które nadzwyczaj łatwo naśladować.
— Jakto?...
— Dostatecznem będzie przypatrzeć się przez kilka minut, aby zrozumieć ten charakter, pewny, regularny, że tak powiem matematyczny... — Student znaśladował by go z łatwością, a co dopiero mówić o mistrzu w tym rodzaju?...
— Doprawdy — wykrzyknęła Joanna — podziwiam cię kochany hrabio... ty myślisz bardzo o wszystkiemi. — Tęga z ciebie głowa!... — Sądziłam, że cię zajmują tylko konie, zakłady i kobiety!... Jak to się można omylić!...
— No, ale teraz margrabino — odrzekł hrabia, wkładając papiery do pugilaresu — żegnam cię już, albo raczej do widzenia...
— Kiedy przyjdziesz?...
— Będę chciał jak najprędzej...
— Jutro?...
— Zapewne.
— O której godzinie?...
— Po południu
— Czy będziesz już miał jakie wiadomości?...
— Mam nadzieję, ale nie mogę przyrzekać?... Zależeć to będzie od tego, czy mi się uda dzisiejszej nocy odszukać moją osobistość...
— No idź już idź... życzę ci powodzenia, a pamiętaj, że cię będę oczekiwać z największą niecierpliwością...
Pan de Credencé ucałował z uszanowaniem rękę margrabiny Castella, zapominając prawie, że miał prawo do czulszego pożegnania.
Zeszedł do powozu, który czekał na niego przed bramą hotelu i powiedział do stangreta:
— Bulwar Saint-Martin, obok teatru Ambigu...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.