Margrabina Castella/Część trzecia/XVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Margrabina Castella
Podtytuł Powieść
Wydawca Piotr Noskowski
Data wyd. 1888
Druk Piotr Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Marquise Castella
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVI.
Spotkanie.

Hrabia załatwiwszy się z Raymondem, opuścił czemprędzej szynkownię a zaledwie uszedł z jakie dziesięć kroków w ciemnej uliczce, potrącił nagle o jakąś postać, co szła szybko naprzeciw niego.
— Głupie bydle!... nie możesz uważać, — krzyknął.
— Toś ty bydle!... — krzyknął pogardliwie nieznajomy.
Rozłoszczony pan de Credencé podniósł laskę do góry.
Ale przyszło mu na myśl, że kłótnia i bójka nocna z jakimś nieznanym obdartusem, może być niebezpieczną.
Wzruszył więc tylko ramionami i chciał ruszyć w swoję drogę.
Ale nieznajomy nie zdawał się być skorym do ustąpienia.
Zastąpił ponownie drogę hrabiemu i zaczął wyzywająco:
— Hej... obywatelu, a to co znowu znaczy?... dla czegoż to zaczepiasz spokojnych ludzi, którzy ci nic złego nie zrobili a potem nie chcesz się rozprawić z nimi?... A wartoby przecie rozgrzać się na taki czas... chyba że do wszystkich dyabłów, nie jesteś wcale człowiekiem, żeś jest niczem po prostu... niczem!...
— Głupcze jakiś, — fuknął pan de Credencé, odpychając natręta od siebie, — odejdź precz!... radzę ci szczerze!...
— Nie odejdę nędzny tchórzu, dopóki cię jak się należy nie oskubię...
— Puszczaj mówię ci po raz ostatni, — rzekł hrabia, — i miej się na baczności, bo jestem uzbrojony!...
— Nie obawiam się twojej broni!... Żebyś nawet miał cały arsenał w kieszeni, tobym ci również nic z niego nie zostawił, jakem Larifla....
Pan de Credencé wysunął z laski koniec sztyletu i czekał na najmniejszą choćby zaczepkę czynną ze strony przeciwnika.
Ale posłyszawszy wymienione nazwisko, począł się śmiać i schował sztylet.
— Aj! ty biedny kochany Larifla, zwaryowałeś chyba czy co!... co za szczególny ogarnął cię zapał wojowniczy, że chcesz mordować najlepszych swoich przyjaciół?...
— Przyjaciele moi mają swoje nazwiska... — wybełkotał wysoki blady chłopak, — a ty jakże się nazywasz?...
— Oj! głupcze! głupcze!... a toż ja Regulus jestem...
Larifla odskoczył i zaczął się bić silnie w piersi...
— O! ośle jakiś!... — zaczął wołać, ośle przeklęty, cóżeś ty chciał zrobić, chciałeś napaść na swojego dobroczyńcę?.. Zasługujesz na naukę i błagam cię, Regulusie, ażebyś mnie dobrze wygrzmocił po plecach...
— Nie ma potrzeby... — odpowiedział pan de Credencé, ciągle się śmiejąc.
— Dla czego nie ma potrzeby?... — powtarzam ci, że zasłużyłem na tęgie wały...
— A ja ci jednak daruję...
— Darujesz?...
— Naturalnie...
— Naprawdę?...
— Jakem Regulus!...
— I nie odbierzesz mi mojej pensyjki?...
— Wcale...
— Regulasie, chcesz wiedzieć co o tobie myślę... — Wiem, że ci o to nie chodzi... ale ci powiem jednakże... — Ty jesteś olbrzymem wspaniałomyślności!... jesteś czemś niesłychanem... — jesteś jakby bożek jakiś, brakuje ci tylko piedestału, a ja ci stawiam go w mojem sercu!...
— Zkąd u licha znajdujesz się tutaj? — zapytał hrabia, ażeby przerwać zapał Larifla — sądziłem, że jesteś gdzieś w okoliły Chateau d’Eau.
— Tak sobie przyszedłem.
— A mówiłeś mi, że masz iść do handlującej cukierkami, która cię oczekuje....
— Przyjacielu, dotknąłeś krwawej rany...
— Dla czego?...
— Moja kochanka jest niewierną...
— Pewnym tego jesteś Larifla?...
— Przekonałem się na własne oczy!... — Miejsce moje zajął strażak... — Qj! kobiety! kobiety!... — Wtedy powiedziałem sobie: — nie — nie warto się martwić... — pójdę do Pawła Niquet’a i tam się rozerwę trochę — powiedziałem tak i tak zrobiłem — a ty mój przyjacielu, czy też jesteś zadowolonym, czy Boule-qui-roule zarobił uczciwie twoje pieniądze?...
— Boule qui-roule chciał mnie zamordować podstępnie...
— Czy to być może?... żartujesz chyba!...
— Mówię ci tak jak było...
— Zamordować cię chciał!... ale cóż to za okropność?... ależ dla czego?... za co?...
— Ażeby mnie ograbić...
— A! łotr... a niegodziwiec... mordować mojego przyjaciela!... Wybacz, ale spodziewam się, żeś mu dobrze karku nakręcił...
— Jednem uderzeniem laski strzaskałem mu tylko rękę.
— To źle, to za mało... Takiej nikczemnej bestyi trzeba było łeb urwać, ażeby więcej nie gryzła... Wystrzegaj się Boule-qui-roula!... Skoro się tylko wyliże, będzie szukał okazyi ażeby ci się odwdzięczyć. Mogę ci ręczyć za to i dla tego powtarzam, wystrzegaj się Boule-qui-roula...
— Będę się miał na ostrożności, bądź o to całkiem spokojny.
— A cóż Raymond?... ten łotr drugi?...
— Widziałem się z nim przed chwilą.
— Czy jest u Pawła Niquet?...
— Tak.
Larifla cofnął się gwałtownie.
— O! skoro on jest jeszcze tutaj, to ja co tchu uciekam. Do widzenia niezrównany Regulusie... do widzenia przyjacielu i bracie...
Larifla wykręcił się na pięcie.
Pan de Crédencé powstrzymał go jednem słowem.
— Pozostań... — rzekł.
Wysoki, blady młodzieniec zatrzymał się w tej chwili.
— Chcesz abym pozostał?... — zapytał.
— Tak, proszę cię o to...
— Bo będziesz mi potrzebnym.
— Doskonale!..,.
— Błogosławię przypadek, który cię na moję drogę sprowadził, — ciągnął hrabia, — bo będę potrzebował pewnej przysługi od ciebie... Spodziewam się że mi jej nie odmówisz?...
— Myślę że nie wątpisz o tem wcale, mój dobroczyńco!... Mów Regulusie!... mów prędko o co chodzi, a jeżeli ci nawet krew moja potrzebną się okaże, wierzaj, żem ją gotów przelać za ciebie!... — wykrzyknął z zapałem Larifla.
— Zachowaj swoję krew dla siebie, — odpowiedział z uśmiechem Credencé. — bo nie masz jej wcale za dużo — idzie tu o co innego.
— A o cóż takiego?...
— O Raymonda!...
— Aj! do dyabła! — mruknął Larifla i ostygł w zapałach nagle.
— Raymond siedzi jeszcze u Pawła Niquet, ale zdaje mi się, Że go tam nic już nie zatrzymuje i, że wyjdzie lada chwila.
Larifla znowu się poruszył jak gdyby chciał uciekać.
Hrabia prawił dalej:
— Ukryjesz się niedaleko od wyjścia, tak abyś widział wychodzącego Raymonda... Po ubiorze poznasz go łatwo. Pójdziesz więc za nim w takiej odległości, abyś go nie stracił z oczu, ale abyś mu nie dał także zauważyć, iż jest przez ciebie śledzonym. Zobaczysz gdzie będzie wchodził, zanotujesz numer domu i ulicę — i powrócisz potem do mnie... Zrozumiałeś?...
— Ha! hm! — mruknął Larifla w miejsce odpowiedzi.
— Co to znaczy?... — zapytał hrabia, — czyżbyś się naprawdę wahał?...
— O! nie, nie... ja się nigdy nie waham, — odpowiedział Lerifla, — ale stanowczo odmawiam...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.