<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Na rynku
Pochodzenie Na drodze
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wyd. 1893
Druk Wł. L. Anczyc i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
NA RYNKU.
Wjeżdżaliśmy właśnie w rynek miasteczka, kiedy przepędzano wielkie stado wołów.

W grubym tumanie kurzawy, jaka się podniosła z wyschłego w lipcowych skwarach błota, szara bezkształtna masa zdrożonych zwierząt posuwana się ciężkim, znojnym ruchem. Kurzawę tę, nieunoszą najlżejszym tchem wiatru, przebijały tu i owdzie tęgie, proste rogi, to znów wyniósł się ponad nią potężny, siwo-czarny grzbiet prącego się naprzód zwierzęcia, to rozdarł ją krótki, bezdźwięczny poryk, z suchej gardzieli dobyty.
A wtedy pędzący stado pastuch uderzał długim, świszczącym biczem w tę zwartą, ruchomą masę; ale wnet opadało mu ramię, a klątwa krzykiem zaczęta, kończyła się ochrypłym szeptem. Człowiek był widocznie skwarem dnia znużony. Po ceglastej jego twarzy pot ściekał obficie, bose, kurzem pokryte, aż do kolan obnażone nogi, nabrzmiałe były i grubą siecią nabiegłych żył zbrużdżone, spencer na jednem ramieniu wiszący odsłaniał mokrą na plecach koszulę. Idąc, głośno dyszał i biczyskiem się podpierał. Jedną z nóg, przewiązaną płóciennym szmatem, powłóczył za sobą z trudnością. Gruba jego niedobielona koszula i samodziałowy spencer nie odcinały się od objętego kurzawą stada żadnym obcym tonem. Śmiertelne znużenie, zarówno jak chmura pyłu zdawały się jednoczyć tę szarą masę bydląt z tym, który je pędził. Za pastuchem pies bury, kudłaty, do wilka podobny, wlókł się z wywieszonym ozorem, podebrawszy ogon pod siebie. Nie szczekał. Tylko kiedy nad stadem bicz świsnął, wydawał krótki chrypliwy skowyt, nie podnosząc pyska od ziemi. Był to widok jakby umyślnie dobrany, aby wzmódz przygnębiające wrażenie skwarnego południa. Oko omdlewało po prostu, patrząc na tę karawanę.
Zatrzymaliśmy się, aby ją mimo siebie przepuścić. Ale zaledwie konie stanęły, uderzyło na nas gorąco, jak z pieca, a gęsty, niezmiernie miałki pył objął nas i osypał. Stado mijało nas zwolna. Gęsty tupot racic, to wzmagał się, w jednym punkcie podnosząc nową zbitą chmurę piasku, to znów słabnął, powściągnięty biczem i krzykiem pastucha. Wielkie, prawie białe słońce tkwiło na samym zenicie. Jak okiem zajrzeć ani jednej chmurki, ani jednego najulotniejszego obłoczka. Nagle, wskróś żrącego oczy pyłu, zdawało mi się, że taż przed racicami wołów, w samym środku rynku, dostrzegam drobną postać ludzką, przy ziemi skuloną. Krzyknęłam, ale głos mój zginął zapewne w głuchym tupocie pędzonego stada, gdyż drobna postać pozostała całkiem nieruchomą. W najwyższym niepokoju patrzyłam w zbitą masę szerokich siwych grzbietów, poruszających się ciężko i leniwie. Każdy łeb ku ziemi spuszczony zdawał się godzić w tę bezbronną ludzką istotę; każda podniesiona racica zdawała się w nią uderzać. Byłam pewna, że kiedy się ta masa przewali, ujrzę jakiś widok okropny, jakieś członki porozrywane, jakieś stratowane i drgające ciało. Serce truchlało we mnie.
Tymczasem woły kroczyły równo, zwolna. Nie znać było aby się zatrzymywały, lub omijały jaką przeszkodę. Kiedy się nareszcie wparło to wszystko w wązką szyję bocznej uliczki, a kurzawa opadła nieco, ujrzałam znów tęż samą drobną postać na tem samem miejscu, tak samo jak wpierw przy ziemi skuloną. Wtedy podbiegłam z największem zdziwieniem i zobaczyłam siedzącą w kuczki na rozpalonym bruku młodą jeszcze kobietę, której plecy oparte były o złamane i porzucone tutaj półwozie, a głowa wzniesiona wprost w słońce. Z głowy tej opadła na kark ciężka, gruba chustka, odsłaniając ciemne, gładko przyczesane włosy, czoło bardzo żółte, na skroniach silnie zaklęsłe i twarz wychudłą, znędzniałą, spaloną na skwarach jak węgiel; z poza wązkich, spieczonych i poczerniałych warg błyszczały olśniewająco białe, rzadkie zęby, a oczy ocienione długą, mocno odwiniętą rzęsą, patrzyły z osłupieniem w samo jądro słońca. Prawdopodobnie patrzyły w nie tak samo i wtedy, kiedy ją ogarnęło owo stado wołów. Szeroko otwarte, nieruchome siwe źrenice, zdawały się same topnieć jak srebro w ogniu tego słońca. Siedziała tak w pełnem świetle, objąwszy splecionemi rękami podniesione ku piersiom kolana, w baranim kożuchu, długich butach i grubej wełnianej spódnicy. Patrzyłam na nią z najwyższem zdziwieniem. Odzież ta i na mróz trzaskający wystarczyćby mogła. Głębiej nieco, pod półwoziem leżał pies rozciągnięty i zapadłymi bokami ziający; lecz widać wytrzymać nie mógł tego skwaru, gdyż podniósł się, przeciągnął i powlókł na lewą połać rynku, gdzie widać było cały szereg żydowskich kramnic, których drzwi, na głucho zaparte, przypominały, że to dzień szabasu. Kramnicom tym dodawały nieco zachrony starożytne, wsparte na drewnianych słupach podcienia, przez których przezrocza, z gruba cięte w poczerniałych okapach, siały się złagodzone blaski. Gorąco jednak było tutaj tak wielkie, że roztopione żywice wystąpiły wzdłuż smolnych słupów i belek.
Pies też, który szukał ochłody, powęszył tylko i zawróciwszy, pobiegł w przeciwną stronę rynku, gdzie nowsze budowania mieszczan garnęły się do murowanego ratusza. Odbite od białych tynków słońce, oślepiało tu niemal, a rozgrzane powietrze migotało na tej bieli tak silnie, że oczy zachodziły łzami. Ani drzewiny, ani kamienia nawet, któryby rzucał choć najmniejszy cień na rozpalone bruki. Pies przebiegł wzdłuż tej połaci, daremnie legowiska szukając, i pod półwozie powróciwszy, rzucił się o ziemię z głośnem stęknięciem.
Przez cały ten czas siedząca na ziemi kobieta nie poruszyła się, nie zwróciła głowy. Całą twarzą w ten biały blask podana, z dziką jakąś natarczywością patrzyła w słońce szeroko otwartą źrenicą.
Przystąpiłam bardzo blizko; ale zdawała się nie widzieć mnie wcale; przemówiłam, — nie odpowiedziała. Poruszyłam ją tedy za ramię. Wstrzęsła się i spojrzała na mnie mętnym wzrokiem.
— Co wy? — zapytałam — febrę macie, czy co, że na takiem słońcu siedzicie?
Nic nie odrzekła i znów oczy zwróciła na słońce.
Po chwili usta jej się poruszyły półgłośnym szeptem.
— A to ziąb!... Takiego ziąbu najstarsi ludzie nie pamiętają... Takiego ziąbu to choćby na skraj świata zaszedł i na lodową górę choćby zaszedł... to też nie najdzie. Jezu miłosierny, zmiłuj się nad nami! Ino się świat skrzy... a ta para to ci się w czary obraca, nim od ciebie odleci... O!... Jaki to huk okrutny w boru! Antek! A słyszysz? To te sośnie tak pękają od wielkiego mrozu... Hu! Hu! Hu!... Ino ten wicher po golaźniach hula... Ino te wilki po łozinach wyją... Hu! Hu! Hu!...
Odjęła ręce od kolan, zaczęła je rozcierać i jedną o drugą bić.
Patrzyłam na nią z najżywszem zajęciem. Po chwili znów mówić zaczęła.
— A pluńże w garść, Antek, a chwyćże się żywo siekiery... Jak żyd siągi ustawi, to i o trzy mile zarobku nie uświadczysz, a tu chleba trza dla tego dzieciszczka...
— Magosię frybra trzęsie... Ostawiłbyś jej ociec, nowy kożuch, abo co... toć się i tak przy robocie zagrzejesz... Hu!... zimno!... Hu!...
Ścisnęła ramiona i zaczęła szczękać zębami. Naraz puściła z rąk kolana, jakby się podnieść chciała.
— Wstawaj Antek, — przemówiła zmienionym, ostrym głosem. — Wstawaj! Nie ligaj w boru, bo cię tam mróz na nic przeweźmie... Wstawaj Antek! A dyć ci przez to stare kożuszysko ino ten wiatr furkocze. O czczym duchu chłopisko... Dalej! wstawaj!...
Porwała się na nogi.
— O la Boga! — krzyknęła — O la Boga reta. A kładźcież go wedle komina... Lekuśko... Lekuśko... A dyć go trzymajta!... Jezu Marya!... Ani w nim duchu!
Załamała ręce nad głową.
— Bodajże ciebie, sosno, piorun spalił, zanim mój Antek pod tobą się układł... A bodaj ciebie próchno stoczyło... A bodajś wisielca na wietrze kołysała... A bodaj ciebie, ty śnieżyco, w piekle topili!... A bodaj ciebie święta ziemia nie przyjęła!... A bodaj ciebie ty, mrozie, Jezus miłosierny utłumił. A bodajżeś ty sam się, jak gadzina użądlił!... A cóż ja tera z tem dzieciszczkiem pocznę?... A gdzież ja się z niem obrócę?...
Załamała ręce i zaczęła żałośnie szlochać. Ale to była jedna krótka chwila.
— A dajno głownię, Magoś! — rzekła posępnie — trza tatusia zagrzać... Tu, na izbie ognia zrobić trza, tu na słomie... A dajże drugą... Czego krzyczysz głupia?... To ty nie wiesz, że jak mróz na świecie je, to trza w chałupie palić?... A grzejże się nieboże, kiej ci powiadam... A pójdźże bliżej! A patrz ino jak to tatusiowi ciepło, aż na nim sukmana gore...
Zamilkła i przez chwilę patrzyła przed siebie. Wtem porwała się za głowę, ręce wszczepiła we włosy.
— Gore! Gore!... — wrzasnęła nieludzkim głosem. — Ratujta!... kto w Boga wierzy, ratujta! Magoś! Magoś!
Padła twarzą na ziemię i nagle zamilkła. Można było myśleć, że jej serce pękło. Pies z pod półwozia zawył i rzucił się do niej.
Schyliłam się przerażona, chciałam ją podnieść. W tej chwili przechodził woźny z magistratu, a widząc leżącą, ścisnął ramionami i rzekł:
— At, co tam pani będzie się fatygowała nad taką fiksatką... Tać ona trzy lata temu własną chałupę spaliła i dziecko w niej, że to jej chłop w boru umarznął na śmierć... No, i jak amen w pacierzu poszłaby do chwestunku, tylko że ma rozum głupi.
Puknął się w czoło i ramionami wzruszył.
— Gdzie to na taki upał w kożuszysko się ubrać i na słońcu grzać... A i psisko też zfiksowane być musi, bo insze toby dawno w świat poszło za lepszą strawą...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.