Najazd w literaturze nadobnej

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Łebiński
Tytuł Najazd w literaturze nadobnej
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Wydawca G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Data wyd. 1893
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
NAJAZD W LITERATURZE NADOBNEJ.


Jak ongi tatarskie najazdy na kresy, tak na naszą literaturę nadobną, rozpoczynają się dokonywać najazdy ze stepów realizmu, naturalizmu, pozytywizmu i jak się tam nazywają, wszystkie te nowożytne izmy.
Opłakiwano tamte; można ubolewać i nad tym najazdem moralnym. Pesymiści upatrują w nim objawy rozkładu, zepsucia, moralnej gangreny. Ale są dwa rodzaje pesymizmu. Jeden bezbronny, lamentujący; drugi od stóp do głów zbrojny w krytyczne przybory myśli i woli, dążącej ku lepszemu. Taki pesymizm uznaje i wypowiada co jest czarne i złe, ale zarazem wnikając w istotę rzeczy, przez rozpoznanie złego, dąży do naprawy. Jest to pesymizm ochronny.
W danym razie nie ograniczy się on na stwierdzeniu objawów i złych skutków rozpoczętego najazdu nowożytnej sofistyki na naszą literaturę nadobną, nie ulubuje sobie tragiczności jej stanu bezbronnego, lecz wobec faktu, pocieszy się rozpoznaniem niezbadanych dróg ducha. Słowem, dla myśliciela najazd ów niczem innem nie jest, jeno reakcją duchową przeciwko zakorzenionemu nałogowi, który ducha literatury naszej nadobnej trzyma na uwięzi zaczarowanego koła. Reakcja ta będzie może brutalną, ale bywa to i po drogach ducha, że przez kałuże i błota brnąć trzeba na równą i bitą drogę.
Cała nasza nowożytna literatura nadobna — z wyjątków arcydzieł ducha — a więc zwłaszcza masa tej literatury, ów chleb powszedni, kręci się około oklepanego, a niewyczerpanego sentymentu. On jest osią, wytyczną, celem i środkiem; a wszystko co człowiek wie, umie, nad czem zdolen rozmyślać, badać, stawiać wnioski, problemata, to wszystko z literatury tej poniekąd jest wykluczone, albo w niej zepchnięte na szary koniec powszedniej encyklopedyczności.
Nie tak bywało ongi w epokach poprzedzających bezwzględne rozpanoszenie się sensualizmu i sentymentalizmu. W całej, oczywiście, mało jeszcze rozwiniętej i stąd jednostronnej literaturze naszej zygmuntowskiej, pozygmuntowskiej, nas, dzieci innej epoki, aż razi niedostatek w objawach uczucia, a zwłaszcza zupełny prawie brak sentymentalizmu. Jeżeli się nie mylę, to pierwszy Jan Chryzostom Pasek uznał za stosowne, w pamiętnikach swych, wspomnieć na swój sposób o zalotach do podżyłej wdowy. Znać tu może w nim już wpływ niezdrowego romansu, przebytego w duńskiej Kapui Czarniecczyków. Lecz i ten objaw pierwszy, wyraźniejszego sensualizmu i sentymentalizmu w naszej literaturze nadobnej, jakże jest dziwnie skromnym! Opisując oświadczyny swe, wyjawia przed czytelnikiem wszystko, co powiedział wedle swych pojęć o przykładności pracowitego stadła, a zaledwie okolicznie wspomina, że także była mowa „o afektach“. Albo afekta te w ludziach onego wieku nie były jeszcze rozwinięte, albo też, co słusznie przypuszczać należy, drobiazgowe i ckliwe spowiadanie się z nich, owa „analiza duszy ludzkiej“ w tym kierunku nie zdawała się dla nich ciekawą i właściwą.
Już nieco mniej dyskretnym był pod tym względem drugi bohater z owej, czyli raczej następnej, epoki: król Jan III. Ale i on, gdyby był przewidywał, że listy jego do Marysieńki staną kiedyś przed publicznością następnych pokoleń, łaknących sentymentalnej obrazowości, byłby zapewne wstrzemięźliwszym w wyrażeniach i tęsknotach...
Nie może być zadaniem chwili wykazywanie, jak się u nas sensualizm i sentymentalizm rozwinął w obyczajach i odbiciu ich literackiem. Fakt tylko nagi stwierdziło się z góry, jako to doszliśmy do stanu, w którym prawie cała masa literatury nadobnej, kręci się jakoby około ptasiego śpiewu. O tym zaś sławny podróżnik i zoolog Brahm powiada, że czy to u słowika naszego, czy u któregokolwiek złotopiórego mieszkańca podzwrotnikowej puszczy, nie oznacza i on nic więcej, jeno zawsze ten jeden temat: „kocham cię, kochaj mnie“.
Barbarzyńcem byłby, ktoby z literatury nadobnej, wypędzić chciał temat tak piękny i miły. Bynajmniej! Mówi się tylko o niezdrowej, zachwaszczającej przewadze, jaką zyskał; że aż wywołuje — a to jest fakt drugi — ów rozpoczęty najazd brutalny tatarskiego żywiołu, najazd, który jest przykrym i groźnym, ale w gruncie rzeczy niczem innem nie jest, jeno palcem bożym. Wskazuje on, że step literatury naszej nadobnej jest po trosze pustym i zachwaszczonym, otwartym na najazdy i że go wziąć należy pod oprawę racjonalną, ochronną.
Sprawa zupełnie nie przegrana. Razem z najazdem duchowych ord, zbudzili się ze snu kresowi obrońcy. Świetnie się już rozwinęła powieść historyczna. Niechajby jej koryfeusze wytrwali w ochronnej drodze, a nieciekawą „analizę“ powszedniej duszy tuzinkowego człowieka, za przykładem pana Paska, zawiesili gdzieś w ostatnich trokach literackiego rynsztunku.
Tak się powiedziało: może choć źdźbło w tem prawdy.

Poznań.Dr. Władysław Łebiński.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Łebiński.