Nieśmiertelny (Junosza, 1885)

>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Nieśmiertelny
Podtytuł Fantazya
Pochodzenie „Rola“, 1885, nr 3
Redaktor Jan Jeleński
Data wyd. 1885
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Nieśmiertelny.
(Fantazya.)

Wiek XIX, przy końcu swego istnienia, przynosił światu coraz nowe, coraz bardziej zdumiewające zdobycze. Duch ludzki, ośmielany tryumfy, zwycięztwy nad brutalną siłą natury — zdobywał się na pomysły jedne nad drugie śmielsze i ryzykowniejsze.
Zwyciężono już odległość, posiłkowano się elektrycznością jak służebnicą pokorną, jak wołem dającym się w każde jarzmo zaprządz, do każdej ciężkiej pracy użyć.
Wyżej, wciąż wyżej! wołał niespokojny duch myślicieli i wydzierał siłę piorunom, dostawał się w nieprzejrzane głębie oceanów, zazdrościł lotu orłom i kusił się o wydarcie im panowania w eterycznych przestworzach.
— Dla czego? powtarzali uparcie zamknięci w swych pracowniach myśliciele — i skoro udało im się znaleźć jedno „dla tego“ — znowuż setki „dla czego?“ cisnęły im się do głowy i znowuż łysieli i siwieli nad tysiącami najśmielszych pytań i zagadnień.
Nastało istne królestwo przewrotu, w życiu, w myślach i w pojęciach. To czego lękano się do niedawna, przestało straszyć — to zaś czego przed laty nie znano zupełnie, stanęło niby groźne widmo trwożące ludność.
Nikt nie bał się już lwa, tygrysa, pantery, wilka, a nawet hypopotama lub krokodyla, gdyż jedno dotknięcie laski naładowanej elektrycznością kładło trupem, lub obezwładniało potwora.
Wszelka walka z tego rodzaju wrogiem, w obec bezwzględnej nierówności sił — ustała; — a natomiast człowiek za pomocą potężnych szkieł, któremi swe oko uzbroił, odkrył inny świat wrogów, tem groźniejszy, że drobny, niewidzialny — dla wzroku nawet niepochwytny.
Ten drobny, mikroskopijny świat potworów, zaludniających każdą kroplę wody, gnieżdżących się wszędzie i we wszystkiem, w zatrważający sposób przeraził ludzkość.
Każdy człowiek z drżeniem febrycznem podnosił do ust kęs pożywienia, albo szklankę napoju, z obawą oddychał, bo zewsząd groził mu ten nieprzyjaciel straszny, rozmnażający się z szybkością bajeczną, groziły mu światy całe, których każdy, najdrobniejszy nawet mieszkaniec, jak wiedźma ze starodawnej legendy wzięta, roznosił zarazę w najrozmaitszych jej objawach i formach.
I, jak ongi, za dobrych starych czasów, fantastyczna, w imaginacyi bujnej prostaczków stworzona wiedźma, przerażała świat cały — tak teraz jeden „baccillus“, sto razy od ziarnka maku mniejszy, siał przerażenie i postrach po największych miastach, drwił sobie bezczelnie z najpierwszych powag lekarskich.
Człowiek, który spenetrował już wnętrza gór, dna oceanów, eteryczne przestrzenie powietrza, człowiek, który zwyciężył odległości, rozrzucał swe myśli drwiąc sobie z przestrzeni i czasu, otrzymał potężny policzek i to od kogo!? — od marnej, drobnowidzowej istotki, od żyjątka nieskończenie mniejszego, od... pchły!
I przeraził się tak zwany „król stworzenia“, i zawstydził się niemocy swojej. Ale otóż znowuż myśliciele zaczęli łysieć w pracowniach i rzucać w twarz przyrodzie swoje nieśmiertelne „dla czego?! dla czego?! dla czego?!“...
Przyroda, jak zwykle, milczała dyskretnie, spełniała nieustannie swe prace i zdawała się mówić do pytających: szukajcie!
Zaczęli szukać...
Uczony ujął dzikiego „mikroba“ i postanowił go oswoić. Umieścił go w butelce, karmił doskonałym rosołem, a ucieszony „mikrob“ jadł, pił i mnożył się z obrzydliwą szybkością. Rozpieszczony na frykasach „dziki mikrob“, zaczął niedołężnieć, zniewieściał. Pokolenie jego było już wydelikacone i słabe, a pokolenie tego pokolenia pod względem sił żywotnych mogło zawstydzać najczystszej wody „zdechlaczków“...
Tak to się dzieje zarówno w świecie mikrobów — jak w naszym ludzkim świecie.
Potomkowie walecznych ongi i dzikich mikrobów wpuszczeni w krew królika, albo świnki morskiej, rozłazili się po niej niedołężni, senni, apatyczni i rozpościerali w koło siebie taką atmosferę safandulstwa i niemocy — że „dziki mikrob“ gdy się do tejże krwi dostał, spluwał i uciekał, klnąc jak węgierski ekonom.
Pasteur’owi postawiono pomnik z bronzu, a mikroby stały się tak modnemi w nauce, jak turniury w toaletach damskich.
Znalazło się tysiąc uczonych, którzy odkryli dziesięć tysięcy gatunków mikrobów specyalnych i każdy gatunek ochrzcili nazwą łacińską. — W najobszerniejszych „kalepinach“ zaczęło już braknąć wyrazów. Tak jak dawniej ospę, szczepili sobie ludzie cholerę, tyfus i inne epidemiczne słabości. W dziennikach zaczęły się ukazywać anonsa donoszące naprzykład że „panna, przyjemnej powierzchowności, z posagiem i zaszczepioną wścieklizną, poszukuje dozgonnego towarzysza“.
Było to w roku 1999.
Cień Pasteur’a, pierwszego pogromcy mikrobów, czczony był przez wszystkie ludy kuli ziemskiej. Stara Europa ucywilizowała się zupełnie; kwitnął przemysł i handel — a urzędowym językiem wszystkich państw — był język żydowski.
Wszystkie stare przesądy rozpadły się w proch, jak stara rudera, kodeks handlowy tylko stanowił główne prawo ludzkości.
Nie przeszkadzało to uczonym pracować nad kwestyą nieśmiertelności ciała, gdyż nieśmiertelność duszy była im zupełnie obojętną.
„I słusznie“, jak mówił przed laty stoma pewien łysy ale wesoły zawsze epikurejczyk — co komu po duszy, gdy już dyabli przestali tym towarem handlować, a krwią pisane cyrografy nie mają kursu na giełdach?!
Nieśmiertelność ciała! to interes. „Dajcie mi życie nieśmiertelne, powiedział pewien młody Rotszyld z Nowolipek, a kupię caluteńki świat i po kawałeczku wydzierżawiać go będę.“
Nieśmiertelność ciała! z pozoru rzecz to trudna, ale... dla czegóżby nie?... powiedzieli uczeni — człowiek umiera skutkiem chorób — a my znamy źródło tych chorób „mikroby“. Zaszczepiwszy człowiekowi mikrob choleryczny, uwolnimy go od cholery, zaszczepmy mu mikroby wszelkich chorób, będzie zupełnie wolny od nich — a tem samem życie jego przedłuży się w nieskończoność...
Stało się tedy, że wszystkie kliniki świata zamieniły się na stacye hodowli mikrobów. Patologowie przygotowali spis chorób dziesiątkujących ród ludzki, fizyologowie hodowali bakterye, a cała armia chirurgów zajęła się szczepieniem.
Wówczas to, pewien młody bankier zamierzał wstąpić w związki małżeńskie. Ponieważ miał pewne zasady do życzenia sobie — aby ów związek dwojga małych serc i olbrzymich kapitałów, nie był nagle i niespodzianie przecięty ostrą kosą śmierci, przeto kazał sobie zaszczepić wszelkie choroby...
Miał dość pieniędzy na to ażeby zostać nieśmiertelnym, co mogło być jeszcze tem korzystniejszem, że z powodu zbyt wysokich opłat i kosztów, nieśmiertelność nie mogła być dla wszystkich dostępną — i pospolita istota, zaludniała w dalszym ciągu cmentarze, jak za dawnych czasów.
Wszyscy profesorowie i specyaliści szczepili mu z kolei choroby, nie pomijając nawet kobiecych; wprawdzie któryś z doktorów zwrócił uwagę pacyenta, że ta ostrożność jest cokolwieczek zbyteczna, ale bankier rzekł na to z pełną godności powagą:
— Każę i płacę — ja mogę za wszystko zapłacić!
Powaga profesorska uchyliła czoło przed powagą pieniędzy i młody bankier zabezpieczony został przeciw wszelkim dolegliwościom, mogącym kiedykolwiek trapić szlachetny jego organizm.
Pokłuty cały, utatuowany jak papuas, bankier opuścił kliniki i pospieszył złożyć wizytę swojej przyszłej. Towarzyszył mu jeden z najsławniejszych profesorów. Pacyent czuł w sobie siłę lwa i potęgę olympijskiego Zeusa; brzęknął złotem w kieszeni, bo niem rzucać będzie na świat gromy, jak Jowisz.
— Nieśmiertelność! — nieśmiertelność! — myślał — ale nie ta podła, marna nieśmiertelność, którą zjednali sobie mistrze wiedzy, pieśni lub pędzla; — nie owa nieśmiertelność zatęchła, więziona w zbutwiałej, przez móle stoczonej bibule, lecz prawdziwa, wiekuista, a realna! — Pokolenia mrzeć i gnić będą, na ich miejsce nowe powstaną, a każde przyniesie mi dań, każde złoży u stóp moich haracz — a ja! ja wiecznie żyć będę i zbiorę skarby większe nad wszystko złoto kryjące się we wnętrzu gór Uralskich... Z dumą stanę przed narzeczoną, obejmę jej kibić śmiertelną i wiotką i powiem — kochaj i drżyj!! nieśmiertelny całuje twe usta. Niech ze wszystkich błót i nizin przypłynie tu powietrze, niech wiatry przyniosą mi zatruty oddech Gangesu, malaryę błot Pontyjskich, żółtą febrę z nad Nilu — i cóż mi zrobią?! Drwić z nich będę; w oczy plunę śmierci! Przedsiębierca pogrzebów nie zarobi grosza odemnie, nie włożą mnie nigdy na obrzydliwy wóz czarny — bo mam przed sobą wieki życia... wieki nieskończone!
Kareta zatrzymała się przed wspaniałym pałacem narzeczonej.
Nieśmiertelny wraz z poważnym profesorem wysiedli.
Nagle, gdy profesor dotykał już ręką guziczka mającego wprawić w ruch dzwonek magnetyczny, rozległ się jakiś łoskot, jakby uderzenie głuche.
Bankier jęknął i padł oblewając się krwią. Profesor przyskoczył do leżącego — badał go długo, pilnie, obejrzał i rzekł z cicha:
— Jest to tak zwana „śmierć“, in optima forma; kawał gzemsu oberwał się i rozmiażdżył mu czaszkę.
Na ulicy zrobiło się zbiegowisko, przybyła policya, sąd.
Profesor zaś pobiegł co prędzej do akademii, zwołał przez telefon nadzwyczajne zgromadzenie uczonych, i przedstawił im do dyskusyi następujący wniosek.
„Jak postępować należy z nową, wynalezioną przezemnie, formą bakteryi „Microbus gzymsovorens periculosus“? czy należy szczepić takowy w gzemsy aby je uchronić od obrywania się, czy też wprost w czaszkę ludzką, by ją uczynić nieco twardszą?“
Członkowie akademii, po trzykrotnem zażyciu tabaki, wysadzili z łona swego specyalną komisyę „ad hoc“.

Kl. J.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.