Nowe przygody Janka Sowizdrzała

>>> Dane tekstu >>>
Autor Artur Oppman
Tytuł Nowe przygody Janka Sowizdrzała
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1932
Miejsce wyd. Lwów
Ilustrator Körtvélyesi Sávely Dezsõ
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

OR - OT
NOWE PRZYGODY
JANKA SOWIZDRZAŁA
HISTORJA CIEKAWA
LWÓW - POZNAŃ
NAKŁADEM WYDAWNICTWA POLSKIEGO



Gąski pasą się na łące,
Różne zioła rwą pachnące,
Chodzą sobie i gęgają,
Po gęsiemu rozmawiają,
To znów wodę z rzeczki piją —
I radują się, że żyją.

Jaś je ujrzał i niedługo
Już jest w łące ponad strugą,
Zamiast z gęśmi być w przyjaźni,
Brzydki chłopiec już je draźni,
Za śnieżyste ciągnie pióra
I czemprędzej daje nura.


Gąski myślą po swojemu:
„Odpłaćmy się chłopcu złemu.“
I dalejże na psotnika!
Próżno krzyczy, próżno zmyka,
Chyba niema już sposobu
Uchronić się od ich dziobu.

W wielkim strachu nasz pan Psotek
Na przydrożny pnie się płotek,
Lecz co wejdzie w górę troszkę,
Cap! go gąski za pończoszkę,
W sińcach Jaś ma każdą nogę:
Nie właź, Janku, gąskom w drogę!




Antał wina kupił tata,
Pewnie starczy na trzy lata,
Bo butelek ze czterdzieści
W beczułeczce tej się mieści;
Dobre wino to rzecz zdrowa,
Więc je tatuś pilnie chowa.

Janek myśli: „Popróbuję,
Jak też winko to smakuje.“
Wziął miseczkę i tak cicho,
Jakby myszka — psotne licho,
Przed wszystkimi w tajemnicy,
Idzie chyłkiem do piwnicy.


Kran odkręcił i do miski
Płyną istne winotryski,
Łyknął sobie buzią całą,
Aż mu w główce zaszumiało,
Wstyd, jakiego być nie może!
Janek upił się, nieboże!

Co się dzieje! Co się dzieje!
Wciąż się z beczki wino leje!
Jaś nie zważa na to wcale,
Że złociste płyną fale
I wsiąknąwszy w ziemię, giną —
Aż wyciekło wszystko wino!




Jeszcze mało urwisowi!
Cóż on zrobił? Niech kto powie!
Nikt na świecie nie odgadnie,
Jak postąpił Jaś nieładnie:
Wziął tatusia papierosa
I dym puszcza z ust i z nosa.

Nie dość na tem, że sam pali,
Lecz dym puszcza w nosek Lali,
Mała Lala, grzeczny psiaczek,
Tak się krztusi nieboraczek,
Skamle, gdy jej dymem dmuchać,
Aż doprawdy przykro słuchać!


Azor patrzy na te zbytki,
Myśli sobie: „Jaś jest brzydki,
Komu takie figle w głowie!
Niechno o tem pan się dowie,
Czekaj, Jasiu, po tej psocie
Pewno będzie bat w robocie!“

Nagle blednie Janek mały,
Straszne mdłości go porwały,
W główce się, jak w młynie, kręci —
I już palić niema chęci,
A od Jasia, jak szalona,
Zmyka Lala odurzona.




Tożto potem hece były!
Janek chodzić nie miał siły,
Pot mu z czoła cieknie strugą,
Popamięta o tem długo!
Wszyscy patrzą nań z ukosa:
„Cóż? Chcesz, Jasiu, papierosa?“

Obok domu Sowizdrzała
Stała sobie chatka mała,
A przy chatce sad nieduży,
Gdzie kwitnęły kwiaty róży
I śliwkowe stało drzewo,
Osypane śliw ulewą.


Jakie też to były śliwy!
Każda śliwka dziw prawdziwy,
Takie wielkie, takie świeże,
Że apetyt na nie bierze,
Że aż każdy ślinkę łyka,
Kto je wzrokiem napotyka.

Ten ogródek i dom owy
Był własnością pewnej wdowy.
Bardzo stara była ona,
Siwiuteńka, pomarszczona,
Prócz ogrodu nic nie miała,
Więc też bardzo go kochała.




Jaś omyślił nową psotę:
Na śliweczki ma ochotę,
Wziął kapelusz swój słomkowy
I wędruje w sad śliwkowy,
Pomaleńku, krok za krokiem,
Patrząc wkoło bacznem okiem.

Nic nie widać i nikogo!
Jaś hyc! na płot zręczną nogą,
Na drzewinę potem z płota —
I zaczyna się robota!
Jaś rwie śliwek całe pęki —
Już kapelusz pełniuteńki.


Jasiu! Jasiu! wstyd ogromny!
Czyś rodziców słów niepomny?
Przecież to się ręce brudzą,
Gdy się bierze własność cudzą!
Przecież kradzież — rzecz straszliwa,
Która zbrodnią się nazywa.

Wtem, gdy Jasio już umyka,
Nagle babcia go spotyka,
Janek stoi zawstydzony,
Jak turecki pieprz czerwony,
A staruszka smutnie gada:
„Wstyd, mój Janku! nie wypada...“




Wziął Jaś piłkę footballową
Ciska w górę ponad głową,
W zręczne ręce zgrabnie chwyta,
Ach, to gra jest wyśmienita!
Piłka leci, leci, leci,
„To chwat ze mnie! Patrzcie dzieci!“

Chwat, to prawda, ani słowa...
Fruwa piłka footballowa,
Jakby ptaszek wzlata w górę,
Chyba skoczy poza chmurę,
Lub na słońce zawędruje...
Jaś z radości podskakuje.


Wybiegł w pole Zdziś, kolega,
I śmiech obu się rozlega,
Miło patrzeć, gdy chłopaki
W grze się zaprawiają takiej,
Bo z gry w piłkę w pięknej wiośnie
Zdrowie, zręczność, siła rośnie.

Cóż, gdy Janek, psotnik znany,
Źle jest chłopczyk wychowany,
Wielką piłkę kopnął nogą
I uderzył Zdzisia srogo,
Całą buzię mu zakrwawił, —
Zdziś nie będzie z nim się bawił.




Także na to trzeba trafu!
Jaś na słup wlazł telegrafu,
Co za licho go skusiło
Na pozycję tak niemiłą?
Wciąż się w górę drapał, drapał,
Aż wlazł, chociaż się zasapał.

Teraz siedzi na wierzchołku,
Na poprzecznym słupa kołku,
Mróz się zwiększa z każdą chwilką,
A Jaś przecie w kurtce tylko!
Zmarzły nogi, ręce, lice,
Nie pomogą rękawice!


Zziąbł do kości Jaś nieboże,
Ledwo się utrzymać może,
Brak maminej mu opieki,
A więc dalej w krzyki, w beki,
Oj, nielada ma frasunek!
„Mamo! Mamo! Na ratunek!“

Mama głos ten usłyszała:
„Trza ratować Sowizdrzała!“
Woła Basię, Petronelę,
Obcych ludzi biegnie wiele,
Co to będzie, Panie święty? —
A Jaś ryczy, jak najęty!




Wielką kołdrę z domu wzięli
I pod słupem rozwinęli,
Czterech chłopów kołdrę trzyma,
A Jaś z góry zerk! oczyma,
I znów dalej w beki swoje,
„Ja się boję! Ja się boję!“

Wreszcie skoczył! Bogu chwała!
Łapią w kołdrę Sowizdrzała!
Upadł na nią w jednej chwili,
Aż się chłopi zatoczyli,
A pan Janek zapłakany
Smyrg! do domu, jak ścigany.


Wpadł do swego pokoiku:
Znów zbroiłeś coś, psotniku!
W piękną miskę w barwne kwiaty
Palnął w złości butem taty,
I ze strachu przed Justyną
Wlazł pod łóżko z głupią miną.

Gdy to Justka zobaczyła,
Aż za głowę się schwyciła,
„Taka szkoda! Taka strata!
Co też powie mama, tata?“
A Jaś nic się nie frasuje,
Tylko język pokazuje.




Co ten Janek zrobił Zosi!
Próżno biedna błaga, prosi:
„Masz godzinę tu siedzenia!
Na osełce do ostrzenia!
Jeśli piśniesz chociaż słówko,
To pożegnaj się z swą główką!

Widzisz szablę moją ostrą?
To na ciebie, moja siostro!
Wybiera prędko z dwojga złego
Coś dla zdrowia mniej przykrego“ —
I Zosieńka z trwogi blada
Na osełce z płaczem siada.


Co za nicpoń z Sowizdrzała!
Suknia w strzępki się porwała,
Lecz na szczęście lament Zosi,
Co po domu się roznosi
I aż w kuchni się rozlega —
Słyszy mama — i przybiega,

Z tego strachu Zosia mała
Dni ze cztery chorowała.
Jaś od mamy dostał burę,
A od taty tęgo wskórę,
Wszyscy boczą się na niego,
Co to będzie z chłopca tego?!




Raz się Janek wkradł do sali,
W ręku młotek ma ze stali,
Stanął sobie u pianina,
Po swojemu grać zaczyna,
Po klawiszach wali młotem,
Z dzikim krzykiem i łoskotem.

Zwiększa siłę naumyślnie,
Co uderzy — klawisz pryśnie!
Co się dotknie jego ręka,
To w pianinie struna pęka,
Zepsuł całkiem sprzęt tak drogi
I jak zwykle, — dalej w nogi!


Wynaleźli go na strychu,
Gdzie się schował w kąt pocichu,
Choć się szarpie, choć się złości,
Wyciągnęli jegomości,
Znów od taty dostał baty
Niegodziwy Jaś kudłaty.

Zbrzydły wszystkim jego psoty,
Mama płacze ze zgryzoty,
Bo się musi ciągle wstydzić;
Nikt go w domu niechce widzieć.
Czy skaranie jakie Boże,
Że poprawić się nie może?




Cóż się wreszcie pokazało!
W Janka kudłach zło siedziało!
Gdy odgadli mama, tatko,
Tę historję wielce rzadką,
Wnet im w sercu radość wzbiera —
I posłali po fryzjera.

Z nożycami fryzjer idzie, —
Aż tu nagle, ach! O, wstydzie!
Ryk rozlega się tak srogi,
Że naokół wszyscy w nogi,
Dom calutki pustoszeje, —
A to Janek tak szaleje!


Krzyczy, wrzeszczy, tupie, płacze,
Jak na sznurku pajac, skacze,
Słychać, jakby wilcze wycie:
„Ach, ja umrę, zobaczycie!
Bez syneczka zostaniecie!
Nie chcę strzydz się za nic w świecie!“

Fryzjer dziwi się i śmieje —
„To doprawdy, dziwne dzieje!
Odkąd żyję, golę, strzygę,
Pierwszą taką mam fatygę.
Czy to jaki tygrys z lasu.
Proszę siadać! Niemam czasu!“




Taka oto rzecz się stała,
Że już niema Sowizdrzała,
Tylko świeży, jak poranek,
Jest kochany synek, Janek,
Śliczny, niby malowanie,
Wszystkich pieszczoch i kochanie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Artur Oppman.