O krasnoludkach i żelaznych górach (Korotyńska, 1939)

>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł O krasnoludkach i żelaznych górach
Podtytuł Baśń fantastyczna
Pochodzenie Księgozbiorek Dziecięcy Nr 26
Wydawca „Nowe Wydawnictwo”
Data wyd. 1939
Druk Zakłady graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KSIĘGOZBIOREK DZIECIĘCY
EWA REŃSKA
O KRASNOLUDKACH I ŻELAZNYCH GÓRACH
BAŚŃ FANTASTYCZNA
Z ilustracjami
WARSZAWA
NOWE WYDAWNICTWO
ZAKŁADY GRAFICZNE „FENIKS“, WARSZAWA






W pewnym pięknym i żyznym kraju rządził stary, mądry i sprawiedliwy król. Rządził tak mądrze, że w całym jego państwie panował dobrobyt, nie było głodnych i obdartych. Król ustanowił takie prawa, że bogatszy nie mógł gnębić biedniejszego, jak to się często zdarzało w owych czasach, kiedy to panowie bez litości zapędzali swych poddanych do pracy płacąc im za to marne grosze, a sami hulali i trwonili majątki zdobyte cudzą krwawicą. Sprawiedliwy król skazywał na wygnanie każdego, kto wyzyskiwał innych i rozrzutnym życiem marnował swój dobytek. Toteż bogactwa kraju rosły, spichrze pełne były zboża, a w każdej najmniejszej nawet wiosce ludzie mieli wesołe twarze.
Ale pewnego razu zawędrowała do tego kraju zła czarownica. Przybrała ona na siebie postać ubogiej żebraczki i tak wędrowała po świecie wypatrując, gdzie można dobrym ludziom zaszkodzić. Prowadziła ona ze sobą małego chłopca, Jaśka-sierotę, zabranego gdzieś w dalekim kraju. Posyłała go do pańskich domów, gdzie obdartej żebraczki nie puszczano za bramę. Gdy chłopiec nie otrzymał żadnego datku, jędza biła go bez litości. Toteż Jasiek, wesoły z natury, stał się cichy, smutny i lękliwy. Nie umiał żebrać ani jękliwym głosem prosić o datki. Stawał nieśmiało w progu, a jego blada, wynędzniała twarzyczka budziła litość w sercach ludzkich. Często zamiast pieniędzy dawano mu poczęstunek, którego nie mógł przecież zabrać. Wtedy nie był już wprawdzie głodny, ale wiedział, że go jędza zbije.
Tak wędrowali przez różne kraje, aż doszli do państwa, gdzie rządził ów król sprawiedliwy. We wsiach i miasteczkach ze zdumieniem spoglądano na żebraczkę.
— Cóż to, babciu, gania was po święcie? Czy nie macie na starość kąta spokojnego? Nie macie dzieci lub krewnych, którzy by was przygarnęli?
— Oj, nie mam, nie — jęczała żałośnie starucha — dwoje nas tylko zostało na świecie, ja, stara i niedołężna, i ten mój wnuczek-sierotka...
Wieśniacy z niedowierzaniem kręcili głowami.
— Ale przecież nasz sprawiedliwy król zarządził, żeby w każdej wiosce był przytułek dla starców, pozbawionych opieki. Sieroty też są utrzymywane przez króla, więc czemu nie zwrócicie się do swej rodzinnej wioski lub miasteczka?
— Za dobrze dzieje się w tym kraju — mruczała pod nosem starucha uciekając od zbyt natarczywych pytań. — Muszę się zabrać do niego. Nie słychać tu ani narzekań, ani płaczu. Trzeba to zmienić jak najprędzej.
Ze złości poszturchiwała nieszczęsnego Jaśka.
Tak przeszli wiele miasteczek i wiosek i wszędzie widzieli to samo: uprawne pola, dostatnio odziani ludzie, zadowolenie i wesele.
Doszli wreszcie do stolicy. Tuż za miastem na wzgórzu wznosił się zamek królewski. Otaczał go gruby mur, ale wszystkie bramy stały otworem. Do króla mógł mieć dostęp każdy z jego podwładnych. Weszła też czarownica bez przeszkód na zamkowe podwoje, ale w przedsionku zatrzymał ją marszałek dworu.

— Dokąd to, babulu, tak się spieszycie? — spytał.
— Do samego króla idę, poskarżyć się na los swój ciężki — jęknęła czarownica.

— Król teraz śpi. Zresztą czyż nie wiecie, że gdy się idzie do króla, trzeba się choć umyć porządnie — powiedział groźnie marszałek dworu. — Przed bramą pałacu jest nawet bezpłatna łaźnia, gdzie każdy podróżny może się obmyć z kurzu.
Mrucząc coś pod nosem wyszła starucha z zamku, wlokąc za sobą Jaśka. Nie lubiła wody, więc ani jej się śniło wykąpać.
— Ty pójdziesz do króla i powiesz mu, że źli krewni nas wygnali na nędzę i poniewierkę. Właź teraz do kąpieli — rozkazała Jaśkowi.
Chłopiec z prawdziwą rozkoszą zanurzył się w ciepłej wodzie. Dozorca łaźni dał mu kawałek pachnącego mydła i gruby ręcznik. Czysty i orzeźwiony stanął chłopiec przed swą dręczycielką.
— Idź teraz do króla i opowiedz mu to, co ci kazałam — powiedziała stara. — Ja tu zaczekam na ciebie. Jeśli nie wrócisz i tak cię dosięgnę.
Chłopiec pierwszy raz spojrzał na nią bez strachu.
— Powiem królowi tylko prawdę i ostrzegę go przed tą czarownicą — postanowił w duchu.
A ona od razu wyczytała w jego twarzy, co zamierza królowi powiedzieć. Rzuciła się na niego z pięściami i zaczęła go okładać.
— Ach, ty robaku nędzny — krzyczała — skargę na mnie wnieść chciałeś. Czekaj, zemszczę się jeszcze na tobie, gdy tylko władzę nad tobą uzyskam.
Biła go i drapała w bezsilnej złości, bowiem nad dzieckiem, które nie ukończyło jeszcze piętnastu lat i nie splamiło się nigdy kłamstwem, czarownica władzy nie posiada. Właśnie w tej chwili wstał król ze swej poobiedniej drzemki. Przeciągnął się, ziewnął szeroko i podszedł do okna. Wyjrzał przez nie i twarz mu poczerwieniała z oburzenia. Klasnął w dłonie i w tej chwili wbiegł marszałek dworu.
— Cóż to za obrzydliwe babsko znęca się nad małym chłopcem? — zawołał król wskazując palcem czarownicę. — Poślijcie zaraz kilku tęgich żołnierzy, niech przyprowadzą chłopca do mnie, a babę wygnają z kraju. Niech odstawią ją do samej granicy, w moim państwie nie ma miejsca dla złych ludzi.
Natychmiast wykonano rozkaz królewski. Nieprzytomnego chłopca zaniesiono do małej, czyściutkiej izdebki, gdzie zwykle kładziono chorych podróżnych, czarownicę zaś żołnierze odstawili aż do granicy. Na nic się nie zdały płacze i prośby.
Wygnana z kraju, aż sina ze złości postanowiła czarownica srogo ukarać króla i jego poddanych. Poleciała więc na Łysą Górę, gdzie spotykały się wszystkie czarownice w każdą noc nowiu księżyca, i odbyła naradę ze swymi siostrami. Z narad tych widocznie była bardzo zadowolona, bo zacierała z uciechy kościste palce — wkrótce już zemści się okrutnie.
Tymczasem na zamku zapomniano już niemal o jędzy. Felczer królewski kilka razy dziennie odwiedzał Jaśka, dawał mu lekarstwa i zmieniał kompresy. Chłopiec wciąż był nieprzytomny.
Pewnego dnia król, wyjrzawszy rano przez okno, krzyknął ze zdumienia i przetarł oczy.
— Śpię jeszcze czy co? — spytał kamerdynera.
Kamerdyner wyjrzał przez okno i też się zdumiał. Widok bowiem zmienił się zupełnie. Znikły szumiące lasy i soczyste łąki, bogate łany żyta i pszenicy. Dokoła, jak okiem sięgnąć, sterczały nagie, szare skały.
Król zwołał zaraz swą przyboczną radę. Przybyli na zamek doświadczeni mężowie, starcy o siwych brodach i rycerze w sile wieku. Zasiedli wszyscy w ogromnej, złocistej sali zamkowej.
— Przeraził mnie dziś widok z mego okna — zaczął król — a niebawem też przybyli wysłannicy z okolicznych wiosek z ponurą wieścią, że kraj cały zamieniony został w nagie, jałowe skały. Powiedzcie, co o tym myślicie, zacni mężowie?
Ale doradcy królewscy zwiesili głowy na piersi, nic bowiem nie umieli poradzić. Rozjechali się też wkrótce, nie doradziwszy nic królowi, który w rozpaczy targał długą brodę. Do zamku ściągać zaczęli mieszkańcy wiosek ze wszystkich stron kraju.
— Ratuj, królu — wołali — giniemy z głodu!
Król rozkazał wydawać co tydzień zboże z królewskich spichrzów wszystkim mieszkańcom. Królewski szafarz kręcił głową.
— Zboża jest dużo, ale gdy cały kraj zaczniesz żywić, królu, to wkrótce dla ciebie zabraknie.
— Należy mi się taka sama porcja żywności, co innym mieszkańcom mego kraju. Razem będziemy głodować, gdy zboża zbraknie — odparł król porywczo.
Tymczasem Jaśko powoli odzyskiwał siły. Z początku nie wiedział, gdzie się znajduje, wdał się więc w rozmowę z felczerem. Felczer był to człowiek bardzo gadatliwy, toteż zaraz opowiedział chłopcu o nieszczęściu, jakie spadło na ten, tak dotychczas bogaty i szczęśliwy kraj.
Jasiek od razu domyślił się, że jest to sprawka czarownicy. Gdy tylko nabrał sił po chorobie, zaczął obmyślać sposób zaradzenia złemu. Chodził na dalekie spacery za miasto, opukiwał twarde skały, jakby szukając jakiegoś słabszego miejsca, które by dało się skruszyć. Tak zawędrował pewnego dnia nad strumyk. Płynął on wśród skał i kamieni, brzegi miał urwiste i niedostępne. Na jednym z kamieni siedziała duża, zielona żabka, zaplątana w cienkie, lecz mocne nici.
Zobaczywszy Janka odezwała się ludzkim głosem:
— Pomóż mi, chłopcze, a na pewno potrafię ci się odwdzięczyć.
Chłopiec przeskakując z kamienia na kamień zbliżył się do niej.
— Jakże możesz mi pomóc, mała żabko — powiedział odplątując nici — jesteś mała i słaba, nie rozkruszysz twardych skał, które ten kraj zaległy.

— Sama nie rozkruszę, ale dam ci radę — odparła żabka. — Weź twardy, mocny kilof i zacznij kuć nim skałę w miejscu, skąd wypływa ten strumień. Kuć musisz bez przerwy od świtu do zachodu słońca. Nie wolno ci z nikim w czasie pracy rozmawiać, a jeśli zlękniesz się czegoś, cały wysiłek pójdzie na marne. Nie daj się więc oderwać od pracy ani prośbą, ani groźbą.

Po tych słowach żabka skoczyła do wody, a Jaśko pędem zawrócił do zamku. Zgłosił się do króla i powiedział:
— Daj mi, królu, mocny kilof, a postaram się rozbić te skały. Tylko nie pozwól nikomu, najjaśniejszy panie, zbliżać się do mnie i w pracy mi przeszkadzać.
Król chętnie spełnił prośbę chłopca i Jaśko nazajutrz przed świtem wyruszył w drogę. Gdy doszedł do skały, z której wypływał strumień, usiadł na kamieniu i czekał, aż słońce wzejdzie. Gdy błysnął pierwszy promień, podniósł kilof i zaczął nim kuć skałę. Twarda była i spod stalowego ostrza sypały się gęsto iskry. Chłopiec bił z całej siły i po pewnym czasie skała zaczęła ustępować. Słońce wznosiło się coraz wyżej i chłopcu pot zrosił czoło, ale nie ustawał w pracy. Koło południa usłyszał za sobą żałosny głos:
— Chłopcze, chłopcze, zaczerpnij wody ze strumienia i daj mi się napić. Stara jestem, a tu brzeg taki wysoki, nie dosięgnę wody.
Ale chłopiec nie odwrócił się, pamiętny przestrogi żabki. Kuł zapamiętale aż do wieczora, choć siły go już zaczęły opuszczać. Gdy słońce skryło się za górami, opuścił kilof i otarł czoło. Pochylił się nad strumieniem i zaczerpnął dłonią wody. Ledwie wypił kilka łyków, a zmęczenie zupełnie ustąpiło. Rześki i wypoczęty wrócił do zamku, gdzie zaraz zaprowadzono go przed oblicze królewskie.
— Jakże ci poszło, chłopcze? — spytał król. — Nie wydajesz się zbyt zmęczony, pewnie dobrze wyspałeś się w lesie.
— Czekaj, królu, cierpliwie — odparł chłopiec — nie tracę nadziei, że uda mi się wyzwolić kraj z mocy złej jędzy.
I dopiero teraz opowiedział królowi wszystko, co wiedział o złej czarownicy. Nie wspomniał tylko nic o żabce i jej radach.
Nazajutrz o świcie już był przy skałach. Tym razem zamiast starej babulki, proszącej o pomoc, zjawiło się dwóch karłów. Stanęły one opodal Jaśka i zaczęły się z niego wyśmiewać.
— Patrzcie, patrzcie, jak niedołężnie podnosi on ten kilof — wołały. — Znać, że nigdy nie był górnikiem. Może go nauczyć, jak należy trzymać oskard?
Ale chłopiec nic sobie nie robił z tych uwag. Rozgniewane karły zaczęły rzucać w niego kamieniami. Ale i to nie oderwało go od pracy. Wiedział dobrze, że to czarownica nasyła swe sługi, by mu przeszkodzić w robocie.
Trzeciego dnia zjawiła się czarownica sama w postaci, którą znał tak dobrze. Usiadła naprzeciw chłopca i zaczęła mu wygrażać:
— Udało ci się raz uciec spod mojej opieki — skrzeczała — ale jeszcze cię złapię. Będziesz się wtedy miał z pyszna. Ty mnie znasz, wiesz, że potrafię być bez litości.
Widząc jednak, że nie uda jej się przestraszyć chłopca zmieniła ton.
— Tak długo wędrowaliśmy razem, Jasieńku — zaczęła słodko. — Polubiłam się szczerze. Stara jestem i opuszczona. Zapomnij mi, jeśli ci kiedy zrobiłam jakąś przykrość. Przyrzekam, że się zmienię, tylko wróć do mnie. Rzuć ten kilof, a obsypię cię bogactwami.
Te słodkie, obłudne słowa oburzyły Jaśka. Już usta otwierał, żeby krzyknąć na jędzę i odegnać ją precz. Ale w tej chwili na kamień wskoczyła zielona żabka i spojrzała wymownie na chłopca. Ujrzawszy ją przypomniał sobie przestrogę i nie odezwał się wcale. Kuł zawzięcie, a skała stawała się coraz bardziej krucha i rozpadała się szybko pod ciosami stali. Czarownica widząc, że nic nie wskóra, zerwała się z dzikim krzykiem i rzuciła w chłopca ciężkim kamieniem. Nie trafiła jednak i rozgniewana tym jeszcze więcej uciekła i ukryła się w głębokim jarze. Tymczasem kilof Jaśka przebił skałę i zaczął wyrzucać jakieś dziwne, rdzawe grudy ziemi. Chłopca zaciekawiło to bardzo, ale nie chciał przerywać pracy. Gdy zgasł ostatni promień słońca, rozległ się potężny huk i ziemia zadrżała pod stopami chłopca. To skały zapadały się pod ziemię, a na ich miejsce wyrastały zboża, drzewa i kwiaty. Moc czarownicy została złamana. Strumień stał się jak dawniej szeroką rzeką, płynącą wśród łąk. Jaśko pochylił się i podniósł grudkę owej rdzawej ziemi, która go tak zaciekawiła w czasie kopania.
— Może to jest złoto? — pomyślał i schował grudkę do kieszeni. Potem umył się i orzeźwił wodą z rzeki. Radość ogromna zalała mu serce. Oto praca jego skończona, kraj ocalony od zagłady. W tej chwili ujrzał żabkę siedzącą na kamieniu. Wyciągnął do niej ręce i zawołał:
— Dzięki ci, żabko. To ty mi dopomogłaś do przełamania złej mocy.
Żabka skoczyła na brzeg, a on ucałował jej zielony łebek. W tej chwili zerwał się zdumiony, bo oto znikła gdzieś zielona skóra, a przed nim stanęła piękna dziewczyna. Uśmiechnęła się do chłopca i powiedziała:
— I mnie zła czarownica trzymała w zaklęciu przez wiele lat. Twój pocałunek mnie wyzwolił. Dzięki ci, Jaśku.
Trzymając się za ręce poszli w kierunku zamku. A tu już naprzeciw nim wyszedł orszak królewski. Sam król jechał na białym koniu, by podziękować swemu wybawcy.
Gdy król ujrzał dziewczynę obok Janka, łzy radości stanęły mu w oczach, poznał w niej bowiem córkę swego brata, która wiele lat temu została uprowadzona z rodzinnego domu. Brat królewski z rozpaczy zmarł wkrótce po utracie jedynego dziecięcia. Księżniczka Jola rzuciła się w objęcia stryja i opowiedziała mu pokrótce swe dzieje:
— Pamiętasz może, stryju, moją piastunkę. Była to dziewczyna chytra i podstępna. Udało jej się zaskarbić łaski mych rodziców. Ale pewnego dnia ojciec zobaczył, jak mnie uderzyła, i rozgniewany kazał ją wypędzić ze swego zamku. Piastunka ta wywodziła się z rodu czarownic i zaraz też poszła na skargę do swej ciotki-czarownicy. Gdy niepomna zakazu rodziców wybiegłam sama do lasu, zostałam porwana i zamieniona w żabę. „Odzyskasz postać ludzką, jeśli pocałuje cię jakiś odważny i dzielny młodzieniec“ — powiedziała czarownica wrzucając mnie do rzeki. Smutne wiodłam życie, nie spodziewałam się też nigdy wyzwolenia, bo komuż może przyjść ochota pocałować wstrętną żabę? Dopiero Jaśko mnie wyzwolił.
Król, wzruszony wielce, uściskał Janka i powiedział:
— Wszyscy zawdzięczamy ci wyzwolenie. Jeśli chcesz, dam ci moją bratanicę za żonę.
Jaśko pochylił się do nóg królewskich i szepnął:
— Nie śmiem nawet marzyć o takim szczęściu. Jestem sierotą i pochodzę z niskiego rodu. Czyż córa królewska chciałaby mnie poślubić?
Ale księżniczka Jola wyciągnęła do niego ręce i podniosła go z ziemi.
— Nie znajdę dzielniejszego męża niż ty — powiedziała.
Na rękach zaniósł tłum, zebrany dokoła, młodą parę do zamku. Król wyprawił huczne zaręczyny, mianując jednocześnie Jaśka rycerzem.
— Nim dojdziesz do lat, musisz się jeszcze wielu rzeczy nauczyć. Nie mam dzieci i tobie przekażę tron i rządy.
Po kilku latach Jaśko stał się dzielnym i wytrawnym rycerzem. Był rozważny i sprawiedliwy. Gdy ożenił się ze śliczną i dobrą królewną, stary król oddał rządy w jego ręce, bo sam już był prawie niedołężny.
Owa grudka ziemi okazała się nie złotem wprawdzie, a rudą żelazną, której wielkie złoża znaleziono w tym miejscu, gdzie Jasiek kruszył skały. W ten sposób kraj wzbogacił się jeszcze bardziej.

KONIEC



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.