Opisanie zabajkalskiej krainy w Syberyi/Część I/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Agaton Giller
Tytuł Opisanie zabajkalskiej krainy w Syberyi
Wydawca F.A. Brockhaus
Data wyd. 1867
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Indeks stron
VI.
Stan powietrza i rolnictwo. Robotnik w Dauryi. — Charakter Syberyaków. — Pielgrzymka kozaka do Petersburga. — Sprzedanie byczka. — Służący kapitana. — Wychowanie dzieci. — Partya w drodze do kopalni. — Wolter-szlachcic w łachmanach i jego historya. — Matuszka kozak uralski. — Bunt Pugaczewa i charakterystyka tego rewolucyonsty.

Upał w dniach od 16. do 19. czerwca, przeszedł 30 stopni R., powietrze jednak w nocy było dość chłodne. Dnia 19. czerwca upał był nieznośny: termometr w południe, w cieniu wskazywał 34 stopni ciepła. Tegoż dnia powiał wiatr z pustyń środkowej Azyi i dął z ogromną gwałtownością, pędząc przed sobą tumany kurzu, tłumił oddech i parzył ciało; powietrze ciężkie i parne, wiatr zaś gorący, dał mi prawdziwe wyobrażenie o afrykańskim siroko. Z powodu wielkich upałów, rola wyschła, zasiewy powiędły i mieszkańcy Szyłki odbywali publiczne modły o deszcz. Pan Bóg wysłuchał ich modłów: dnia 20. czerwca deszczyk oświeżył grunta i pocieszył rolników; przez 21. i 23. mgły się tłukły po górach, powietrze wilgotne i deszcz kropił. Zboża ożyły i podniosły się; można spodziewać się urodzajów.
Urodzaje rzadko bywają w Dauryi; przeszłego roku były obfite zbiory i zboże tanie, lecz przez sześć z kolei lat zaprzeszłych urodzaje chybiały, wszystkie produkta podrożały. Wysokie ceny zboża zniżone zostały przez znaczny dowóz z sąsiedniego powiatu wierchnioudińskiego, którego ludność głównie oddaje się pasterstwu i rolnictwu. Susze wiosenne wyniszczają zasiewy; w czasie zaś zbiorów pospolicie padające deszcze nie mało szkód przynoszą. Grunta w ogóle są czarnoziemne. Gdy sposoby uprawy zostaną bardziej wydoskonalone, Daurya może zakwitnąć rolnictwem. Obecnie rolnictwo jest jeszcze w niemowlęctwie, a z przyczyny braku rąk nie wiele gruntów znajduje się pod uprawą.[1]
Robotnik jest drogi i trudno go dostać. W czasie sianokosu i żniw parobek bierze dziennie od 1½ do 3 złp., przytem trzeba go nakarmić mięsem, chlebem i herbatą. Więksi gospodarze, uprawiający wielkie spłazy gruntu, na żniwa zamawiają już robotników w styczniu i w tem miesiącu dają im zadatek. Nierzetelny robotnik bierze zadatek od dwóch lub trzech gospodarzy, a w czasie żniw zaledwo przez policyę można go ściągnąć do roboty. Kupiec zakupujący zboże, konopie i inne rzeczy, nieraz na pół roku przed terminem odbioru musi zapłacić chłopom, i nieraz pieniądze mu przepadają. Pociągnięty Syberyak do odpowiedzialności, wykręca się następnym sposobem: «Czto wy? czto wy? nieużeli ja wam nieoddam? Podożditie, ja zarabotaju: ja że bolsze stoju kak wasze diesiat' ciełkowych?!»[2] i wierzyciel musi czekać do nieskończoności. Do sądów nikt po sprawiedliwość nie udaje się, bo sądów bardziej obawiają się wszyscy, niż oszustów i złodziejów.
Jedną z najwybitniejszych cech charakteru Syberyaka, jest chytrość i przebiegłość. Jeżeli ma interes, wchodząc do izby żegna się według zwyczaju kilka razy, potem kłania się pokornie, wita, pyta o zdrowie i prowadzi rozmowę niemającą żadnego związku z interesem, dla którego przyszedł; rzuca słodkie i pochlebne wyrazy, a dopiero po wyrozumieniu przychylnego usposobienia, odzywa się o interesie. Jeżeli zaś zauważy, że ciebie nieskaptował i że dla tego interes mu niepowiedzie się, wyczekuje kilka miesięcy, a tymczasem uprzejmością, pochlebstwem, różnemi drobnemi usługami i podarunkami zjednywa osobę, a zawsze w stósownej chwili prosi czy to o pożyczenie pieniędzy, których nie myśli oddać, czy też o inną łaskę.
W obec cudzoziemców, a nawet Moskali, Syberyacy odegrywają rolę pokornych i głupowatych ludzi. Nazywają się w obec nich ludźmi ciemnymi, nieoświeconymi, powtarzając zdania takie, jak n. p. następne: «Uż! jeta Sybir' matuszka?! My zdieś liudi tiomnyje, nigdie nie bywali i niczeho nieznajem. U was to i liudi obrazowannyje i umnyje i czestnyje, a nie takije padlecy kak u nas».[3] Będzie ciągle potakiwał, wychwalał twój kraj, obyczaj i rozum; a w duszy rad, że cię oszukał, śmieje się tajemnie i pochwali się między swoimi, że cię wyprowadził w pole; dobroduszność zaś i łatwowierność twoją nazwie głupstwem.
Pewien dymisyonowany kozak miał sprawę z tutejszemi władzami, którą stanowczo przegrywał. Postanowił dla poprawienia sprawy udać się z prośbą do cara i odwołać się do jego łaski. Instynktownie przeczuwał wybierając się w drogę, że skarga wprost zaniesiona, zostanie bez rezultatu, a może spowodować, że go nawet przed oblicze monarchy nie dopuszczą. Odegrywa więc w Petersburgu taką rolę: nie wspominając nic o swojej sprawie i celu swojej podróży, poprosił o wstęp i o posłuchanie u cara, jedynie dla tego, żeby oglądać mógł Boskie i miłosierne oblicze ojca (batiuszki) cara. «Dawno już,» mówił, «ślubowałem odbyć pielgrzymkę do Petersburga, tak, jak inni ludzie odbywają ją do Jerozolimy. Moim celem jest zobaczyć i oddać cześć najłaskawszemu naszemu ojcu. Blizkim jestem celu, a jeżeli car łaskawie przypuści mnie przed swoje oblicze, będę najszczęśliwszym z ludzi, bo wiem, że to pomoże mi do zbawienia mej duszy.» Donieśli o tem Mikołajowi; podobało się bardzo potężnemu carowi, że poddani jego pielgrzymują do jego stolicy jak katolicy do Rzymu. Ten, który się miał za najpotężniejszego wśród ludzi, nie odgadł zamiaru prostego kozaka i wierzył, iż on rzeczywiście ożywiony był tylko pobożną intencyą spojrzenia w jego oblicze. Kazał go więc przyprowadzić przed siebie; przyjął go po ojcowsku, pocałował, wyraził swoje zadowolnienie i pytał się go o rodzinę, o majątek, zdawał sie interesować losem wszystkich jego znajomych. Dalej pytał się, jak też tam na tym odległym wschodzie żyją kochani jego poddani, czy ich nie ugniatają urzędnicy, czy wymierzają im słuszną, prawną sprawiedliwość? Syberyak jak przed Panem Bogiem ze skruchą spowiadał się szczerze przed carem, i w skromnych wyrazach, niby o tem niewiedząc co mówi, opisał nadużycia miejscowej władzy, jej sprzedajność, niesprawiedliwość. Car zaciekawiony, pytał go o szczegóły; dawał mu je zręczny pielgrzym, a między innemi i swoją krzywdę umiejętnie w opowiadanie wsunął. I tu jeszcze knutowładny mocarz niepoznał taktyki prostego człowieka i dziękował mu za odsłonięcie prawdy; obiecał ukarać czynowników, zaprowadzić inny porządek i wynagrodzić mu krzywdę, którą mu niesumienni jego słudzy wyrządzili. Interes był zrobiony; niespodziewał się jednak, że jego wyborna taktyka przyniesie mu i sławę i pieniądze. Niespodziewał się, że jego pielgrzymkę opiszą i wydrukują z jego portretem, że stanie się przedmiotem rozmowy i podziwienia dworu i Moskwy, że go w Petersburgu utrzymywać będą kosztem skarbu, oprowadzać po stolicy i pokazywać wszystkie jej osobliwości.
Obdarzony na drogę, wrócił do Dauryi, uciuławszy sobie z łaski knutowładnego znaczną sumkę pieniędzy i wygrawszy przepadły interes. Gdy już był pomiędzy swoimi, śmiał się z głupstwa petersburskiego a przygody swoje opowiadając zaczynał od słów: «Wot, kak ja caria naduł.»[4] Oto jest próbka tego, co nazywają syberyjską chytrością, ale próbka w wyższym stylu. Wypadek, który następnie opiszę, przedstawia tęż samą chytrość, ale w niższem jej znaczeniu.
N. kupił od Syberyaka młodego byczka, których tu z mongolska nazywają «barakczan,» i zapłacił mu 10 rs., zastrzegłszy sobie w umowie, że dopiero za trzy miesiące zabierze bydlę. Po trzech miesiącach N. przyjechał po byczka. Gospodyni przywitała go bardzo mile i uczęstowała gościnnie, lecz ogromnie zdziwiła się, gdy gość powiedział, że przyjechał po swojego byczka. «Jakiego pan chcesz byczka?» »A ot tego, którego trzy miesiące temu, sprzedaliście mi.» «Jakto sprzedali?» «Czyż niewzięliście odemnie 10 rs. za niego?» «Pieniądze tośmy wzięli, ale pan je dałeś za trzymiesięczne karmienie a byczek jest mój jak i był moim. Karmiłam go własnemi rękami, lubię go jak swoje dziecko, a pan chcesz, żebym mu go oddała; za nic go nie oddam!» «Przecież ja nie jestem obowiązany karmić twoich bydląt, za cóż i na cóż więc dałbym owe 10 rs.?» «Nie, pan nie jesteś obowiązany karmić moich bydląt, i pan dałeś pieniądze na karmienie swojego byczka, ale go pan wprzódy kup odemnie.» Takiemi wybiegami dyplomatycznemi, godnemi zaiste wielkiej dyplomacyi europejskiej, ta prosta kobieta oszukiwała łatwowiernego kupca. Znudziła go ogromnie i wreszcie stanowczo mu dowiodła, że niema prawa ani do byczka, ani do pieniędzy, które dał za niego.
W Dauryi za takie sztuki trudno pociągać do sądowej odpowiedzialności, bo tu jak gdyby w kraju cnoty, niema zwyczaju zawierania piśmiennych umów, a wreszcie w sądzie zwykle obie strony przegrywają, bo obie muszą się opłacać. Ciągania się do sądu i policyi, naraża na większe wydatki, niż rzecz sama jest warta; wiedzą o tem dobrze praktyczni Syberyacy i dla tego unikają sądów, a swoim wierzycielom bez żadnej obawy płatają takie figle.[5] Mają szczególniejszą zdolność poznawania ludzi i zastósowywania się do ich charakteru. Kapitan P. przyjechał pewnego razu do wsi K. i stanąwszy w kwaterze, kierowany natręctwem i grubijańską względem podwładnych śmiałością urzędników, posłał służącego swego Syberyaka do N. N. z takim rozkazem: «Pójdź do Polaka i rozkaż mu, żeby tu przyszedł do mnie; chcę od niego wziąźć konie, bo muszę zaraz jechać.» Służący z rozkazującego i lekceważącego tonu swego pana, wniósł, że N. N. jest osobą, z którą można bez ceremonii i poufale postępować, wszedłszy więc do pokoju, zapytał: «Który tu jest N. N. Polak?» «Cóż ci potrzeba?» «Kapitan rozkazał, żebyś przyszedł do niego» powtórzył wiernie wyrazy pana swego. N. N. obrażony tonem rozkazu, gdzie delikatności i prośby trzeba się było spodziewać, zawołał: «Jak to! mnie twój pan rozkazał przyjść do siebie? zaraz pójdź mi ztąd precz i powiedz panu, że znać go niechcę!» Z jednego frazesu poznał Syberyak, że ma przed sobą osobę lepiej wychowaną i nieprzywykłą do grubego obejścia; niestósowność więc rozkazu wziął na karb swój a nie wychodząc z pokoju, nizko ukłonił się i rzekł: «Nie, niechaj pan przebaczy; ja człowiek jestem ciemny, po ludzku nawet mówić nieumiem. Pan rozkazał mi, najpokorniej prosić pana, żebyś najłaskawiej raczył przyjść do niego, on zaś nie mógł pana odwiedzić, bo jest chory i zmęczony podróżą.»
Syberyak jest leniwy i przedsiębierczy. Wiarę ma w ogóle słabą, chociaż jest zabobonny, lubi wódkę i dużo jej pije; znałem takich, którzy przez wiele miesięcy, jednego dnia nie byli trzeźwymi. Zręczny w każdem położeniu i potrzebie, pod względem obyczaju i rozumu daleko jest wyższym od chłopa moskiewskiego. Rozum jego jedynie i głównie wykazuje się w obłudnem postępowaniu, i tego tylko nazywa rozumnym, który jest przebiegłym i zręcznym szachrajem lub oszustem. Wyrażenie prostyj czełowiek (to jest: prostoduszny, uczciwy) znaczy to samo co głupi, a pochwały, oddawane dobroczyńcom swoim, jak n. p. następna: «dobryj smirnyj, prostyj czełowiek, otiec nasz: my czerez nieho to rozżilisia» (dobry, cichy, uczciwy człowiek, nasz ojciec, my przez niego to zostaliśmy zamożnymi) wymawiają takim tonem, jak gdyby chcieli powiedzieć: głupi człowiek, bo pozwolił nam oszukać siebie. Jeżeli jeden drugiego okpi i oszuka, chlubi się zaraz przed wszystkimi. Niewierzą w bezinteresowną pomoc, ani w przyjaźń, miłość i litość człowieka, który im dobrze robi nie myśląc o swojej korzyści; podejrzywają go zawsze o złe i skryte zamiary. Podejrzywanie i nieufność taka sprawiają, iż zawsze dobrze prowadzą swoje interesa.
Rozum ich jest to rozum niewolnika, który umie lawirować, oszukiwać, macać i jak to mówią przewąchiwać ludzi i sposoby, zniżać się, podnosić i dopinać swego.
Dziwi mnie, że pomiędzy autorami, opisującymi Syberyą, znajdują się tacy, którzy się zachwycają nad prostotą obyczajów Syberyaków i nad ich rozumem; stawią go za wzór swemu krajowi, przenosząc go nad rozum cnotliwego i prostodusznego postępowania. Charakter, którego kilka cech skreśliłem, jest właściwy nie tylko Dauryi, lecz prawie całej Moskwie; spostrzegać się daje nie tylko w gminie, lecz i w wyższych klasach spółeczeństwa i jest zasadniczą cechą polityki rządu.
Chciwość w Syberyakach jest ogromną; każdy środek do zdobycia i zarobienia jest dobrym. Są lubieżni, ale rzetelnej miłości nieznają. Lubią wygody, wytrwale jednak znoszą głód i zimno.
Syberyak jest pokorny, tam gdzie pokora przyniesie mu pożytek, ale z ludźmi, których się nie boi lub do których niema interesu, bywa opryskliwy.
Prędko pojmuje i kombinuje rzeczy rzeczywiste, ale uczuć, myśli, rzeczy oderwanych i będących po za kołem jego interesów, pojąć nie może.
W mechanicznej pracy jest bardzo zręcznym; rzemieślnikiem i żołnierzem bywa dobrym, a do handlu okazuje wiele ochoty i szczególniejszą zdatność. W ludności tutejszej, zasilanej aresztantami z Moskwy, wyrodziła się w skutek właśnie tak rozmaitego zbiorowiska wiar i języków, cnot i zbrodni, pewna tolerancya religijna i obyczajowa, a zarazem moralna obojętność.
Wychowanie dzieci wyższych warstw spółeczeństwa, jako to: urzędników i bogatych kupców, ma pozór europejskiego wychowania. Panny uczą się czytać i pisać po moskiewsku i po francuzku; bogatsze uczą się grać na fortepianie. Wyszedłszy za mąż, wszystko czego się uczyły w młodości, zapominają: wyrazy francuzkie ulatują im z głowy, palce sztywnieją, a cała ich usilność zwraca się do strojów i do kuchni. Panna wykształcona w rządowym instytucie wychowania panien w Irkucku, uważaną jest za wzór obyczajów, a chociaż jest leniwa i niezna gospodarstwa, mąż jednak chlubi się nią i pielęgnuje jako swój zaszczyt.
W niższych klasach dziewczęta nie uczą się ani czytać, ani pisać. Dziewczyna w posługach domowych przy matce wychowana, wyrasta na niezłą gospodynię i wcześnie przyzwyczaja się do wódki, której dużo tu piją.
Synowie urzędników górniczych po skończeniu domowego wychowania, kształcą się w szkole inżynieryi górniczej, w szkole konduktorów lub w gimnazyach w Petersburgu, w Barnaule lub w Irkucku, zkąd wychodzą obeznani teoretycznie ze swoim przedmiotem, lecz teoryi nie starają się na urzędzie zastósować. Zdaje się, że wyjeżdżając ze szkół, całą naukę tam zostawili; nie myślą o niej na urzędzie, a całą usilność zwracają na zabezpieczenie sobie dobrego bytu i powiększenie fortuny.
Kupcy wychowują swoich synów na ludzi praktycznych, niedbając dla nich o wysokie nauki; nauczywszy ich czytać i pisać, wcześnie uczą ich handlu i sztuki robienia kapitałów.
Kozakom głównie o to idzie, ażeby synowie ich umieli czytać i pisać; wyższe nauki uważają za niepotrzebne.
W Dauryi umiejętność czytania więcej jest rozszerzona, niż w innych prowincyach Moskwy, rozszerzyli zaś ją głównie wygnańcy Polacy, którzy przez wiele lat trudniąc się w Syberyi edukacyą dzieci, wielce przyczynili się do zeuropeizowania północnej Azyi.
Wiele dałoby się jeszcze napisać o tutejszej edukacyi, sadzę jednak, że określiłem główne jej rysy, a szczegóły mniej są potrzebne. Wspomieć[6] tylko wypada, że młodzież tutejsza ma wysoko rozwinięty zmysł praktyczny. Pisać uczą się prędko i dobrze, czytają płynnie choć treść z trudnością pojmują; do rachunków mają niepospolite zdolności, ale wyszedłszy ze szkół zapominają o arytmetyce, a machiny rachunkowe (szczoty) zastępują wszelkie rachunkowe działania i myślenie. Historyi i geografii małą ich uczą, i nie wiele też mają wiadomości z tych przedmiotów; języków obcych łatwo się uczą. Do przedmiotów, które wymagają nie tyle machinalnej wprawy, ile myśli i pojętności serca, niemają ani ochoty, ani zdolności. Obojętność w wierze niepochodzi z filozofii i rozumowego spekulowania, ale ze stępionego serca; spostrzegać się ona daje, jakby choroba dziedziczna nawet w dzieciach.
Mały Syberyak, podobnie jak i dorosły, jest posłuszny, zręczny, wprawny; nigdy w szkole nie podnosi swego umysłu, serca nie rozszerza i nie rozjaśnia moralnego pojęcia i kończy nauki, zdatny do zwyczajnego, ograniczonego własnemi potrzebami życia, wcześnie już umiejąc radzić sobie w każdej okoliczności i wypadku. Nie sięga wysoko jego dusza, nie pnie się do żadnych wyżyn, obcą mu jest potrzeba obywatelskiego życia, lecz wie jak zabiegać o swe potrzeby, jak się wywinąć z trudnego położenia, jak wystarczyć samemu sobie i zrobić majątek.
Czas już wrócić do tutejszego klimatu. 24. czerwca spadł deszcz ulewny, cały dzień grzmiało i błyskało się, lecz przez następne dni świeciła piękna pogoda, chmury zrzadka przeciągają przez góry, a gęstą, ranną mgłę wiatr powoli zdmuchuje z dolin. Dnia 27. nadciągnęła burza z Mandżuryi; w blizkości mego mieszkania piorun wpadł do chaty i zabił mężczyznę, a kobietę obok niego stojącą nabawił kontuzyi. 28. czerwca deszcz mrzył przez cały dzień; 29. i 30. była pogoda i umiarkowane gorąco.
Dzień 1. lipca znowuż mokry; dzisiaj przechodziła przez Szyłkę partya aresztantów do karyjskich kopalni złota. Śpiew proszący o jałmużnę rozległ się na ulicy i wyprowadził ku nim miłosiernych ludzi. Już wiele miesięcy upłynęło od czasu, gdym podobnie do nich podróżował; okropne wrażenia tej podróży już się w części zatarły, a jednak na widok tych wynędzniałych, groźnych i ponurych fizyonomij, tych pobrzękujących kajdan, bagnetów i szarych żołnierzy, wstrząsnęła mną odraza i przypomniała wszystkie sceny, na które patrzyłem, będąc z nimi złączonym przez szesnaście miesięcy. Ludzie ci, posłani do kopalni, zamknięci w więzieniu i w kajdany okuci, pędzeni do ciężkich robót i bici za lenistwo lub niewyrobienie naznaczonej im roboty, myślą ustawicznie o tem jakby uciec i choć na kilka miesięcy uwolnić się od robót i niewoli. Uciekłszy, włóczą się po kraju, kryją w puszczach i w górach, a głód ich zmusza do rabunku i morderstw. Liczba włóczęgów w Syberyi jest bardzo znaczną, przygody ich i awantury są okropne; wyrabiają one ekscentryczne charaktery. Oto jeden z takich charakterów.
Jakiś L(ewicki) przysłany został w końcu zeszłego wieku do robót katorżnych w Syberyi, nie wiadomo za jaki występek, ale wiadomo, że nie za polityczny. Posłano go do zakładu warzonki soli między Leną i oceanem Wielkim (zakład ten już nie istnieje). W owym czasie z katorżnymi surowiej się jeszcze niż dzisiaj obchodzili; miał prawo każdy bić go bez obawy odpowiedzialności przed sądem, katorżny bowiem jest po za prawem. Roboty były rzeczywiście ciężkie, a nędza okropna, nie dziwota więc, że uciekali. Mordy i pożogi przez zbiegów popełniane, napełniały kraj cały trwogą i strachem.
L. uciekł z robót z kilkunastu innymi; w puszczy uorganizowali się w groźną bandę rozbójników, która dobrze uzbrojona, długo utrzymywała się nad Leną. Na łódkach z dwoma haubicami posuwali się szerokiem łożem Leny, pełnem wysep, zatok, ochraniających odnóg, i znienacka napadali na nadbrzeżne a nieprzygotowane do obrony wioski. Wioski te maleńkie, położone w głuszy, w znacznej jedna od drugiej odległości, przedstawiały rozbójnikom pewną i bezpieczną zdobycz; palili je więc i bezkarnie rabowali. Zadrżał w strachu kraj nadleński; nikt nie był pewny swego mienia i życia, a rozbójnicy tymczasem śmieli jak rozpacz, okrutni jak niewolnicy, szerzyli wszędzie słuszne powody takiej trwogi. Miasta nadleńskie w owym czasie były to osady, złożone z kilkunastu lub kilkudziesięciu domków; mała w nich ludność, podobna do wieśniaków, zostawała bez wszelkiej obrony i mogła również bezkarnie być napadniętą i złupioną. Jakoż rozbójnicy zaczęli napadać i na miasta; w jednem stoczywszy krótką walkę z mieszczanami, domy spalili a majątki zrabowali. Dopiero ten śmiały napad i powiększająca się coraz bardziej rozbójnicza banda, zmusiła opieszałe miejscowe władze do energicznego ze siłą zbrojną wystąpienia. Obława i pogoń wojskowa prześladowała szajkę; wreszcie została ona rozbitą i rozproszoną a rozbójników połapano.
Oddano ich pod sąd i ukarano 1801. roku knutami; L. znajdował się w liczbie delinkwentów. Posłany na nowo do robót, rwał się znowuż do ucieczki; niepodległy jego charakter, niedługo mógł znieść jarzmo katorgi, uciekł więc powtórnie.
Wyobraźcie sobie przestrzeń od Leny do Kaspijskiego morza, przestrzeń i dzisiaj jeszcze głuchą i pustą, a wówczas nad wyraz straszną i dziką. L. przebył ją szczęśliwie i wybrnął z rozmaitych przygód, sunąc się jak dziki zwierz o głodzie przez puszcze i wody, to znowuż przemykając się jako rozbójnik przez drogi. Dopiero nad Kaspijskiem morzem szczęście go opuściło; tu został schwytanym, ukaranym według prawa knutami i odesłanym do kopalni.
W trzeciej ucieczce powędrował do Chin, gdzie Mongołowie oblegli go na stepie, a ściskając coraz bardziej łańcuchem ludzi, wzięli wygłodniałego do niewoli i oddali Moskalom. Mongołowie, jeżeli spostrzegą uzbrojonego a uciekającego przez ich stepy człowieka, nie napadają na niego obcesowo, z obawy, żeby w własnej obronie nie zabił im jednego lub kilku jeźdźców; zbierają więc obławę i zdala zamykają zbiega ruchomą kolumną, która na chwilę nie spuszczając go z oka, postępuje za nim w stronę, w którą się zwróci, ściskając coraz bardziej swoje groźne koło. Przez kilka dni idąc za nim obława pilnuje, żeby się zbieg nie posilił, aż wreszcie znużonego i zgłodniałego bierze bez boju.
Rząd moskiewski zbiegów wydanych z Chin surowiej karze, niż tych, co się po Syberyi włóczą. Lewickiego wybili okrutnie kijami i posłali znowuż do kopalni.
Z nerczyńskich kopalni L. uciekał jeszcze kilka razy, a zawsze nieszczęśliwie. Od knutów, kijów zgięła się mała jego figurka, ciało zaś poszarpane, pokaleczone, zdawało się być zszyte z rozmaitych gałganków i kawałków skóry.
Po roku 1831, gdy nasi polityczni wygnańcy w znacznej liczbie przybywali do nerczyńskich kopalni, L. był już siwym starcem, zaniechał niepodobne ucieczki, a jako niezdatny już do robót został uwolniony z kopalni i wałęsał się po Dauryi rozmaicie zarabiając na kawałek chleba.
Kilku naszych wygnańców w Gazimurze roku 1840, wyszli pewnego dnia na przechadzkę na góry. Na jednym z wyniosłych szczytów zwabieni pięknym widokiem siedli i odpoczywali; zadumanie ich przerwał głos altowy, rozlegający się u stóp góry. Ostry, cienki głos brzmiał ciągle między drzewami i zbliżał się ku wierzchołkowi. Poznawszy słowa znanej polskiej pieśni, wygnańcy ciekawie upatrywali śpiewaka. Wkrótce i śpiewak wyszedł z gąszcza drzew i wszedł na wierzchołek: był to starzec małej postaci, zgarbiony i okryty łachmanami żebraka; na plecach niósł worek z kawałkami rudy i bęben. Krok jego był rzeźwy i szparki; przywitał siedzących po polsku. Był to L., który wiecznie jak tułacz wałęsał się po górach i puszczy dla wyszukania nowych pokładów metalowych; nigdy nic nie znalazł, przecież worka z kawałkami rudy, noszonemi na pokaz, nigdy nie porzucał jak i bębna, na którym zwykle ogłaszał przyjście swoje do wsi.
Dziwna postać, ruchy, mowa, ubiór, worek i bęben, rozbudziły ciekawość wygnańców; pytali się go więc o przeszłość i przygody.
Lewicki mówił im, że się urodził szlachcicem, że w Polsce zostawił żonę i dzieci, że wnuki jego są już dzisiaj oficerami i urzędnikami; o powodach zesłania go do Syberyi zamilczał, a o przygodach swoich w katordze szczegółowo opowiadał. Zapytany, z czego się utrzymuje? odpowiedział, że z łaski ludzi, o którą nigdy nie prosi, lecz danej nieodrzuca. Gdy go zachęcali do pracy, rzekł: «Nie, serce ojczyzno! (takie było z lepszych czasów jego przysłowie) nie! nigdy nie pracowałem, pracować nie będę. Moskale bili, a nie mogli zmusić mnie do roboty.» Pragnąc uwolnić go od nędzy i wałęsania się zabezpieczyli mu wygnańcy przytułek i kawałek chleba na starość; lecz nie długo korzystał z ich uczynności. Siedzenie na jednem miejscu było dla niego przykre jak więzienie, po kilku więc tygodniach pobytu w ich domu, zerwał się jak oparzony, zabrał łachmany, worek z rudą i bęben, a mówiąc: «Bądźcie mi tu zdrowi serce ojczyzno!» ruszył na włóczęgę. Osiadłszy we wsi, zakładał szkółkę i przez kilka tygodni uczył dzieci włościan; lecz rozgniewany na rodziców, że mu albo kaszy albo mąki skąpo dali, poturbowawszy chłopaków, zabierał worek z rudą, porzucał szkołę i uderzając na pożegnanie w bęben, opuszczał wieś. Włościanie z głosu bębna dowiadywali się dopiero, że nauczyciela już niema w osadzie. Tak chodząc od wsi do wsi, wszędzie uczył, lecz wszędzie nie długo przebywał.
Pewnego razu przyjechał do kopalni Kułtumy naczelnik nerczyńskiego górnictwa Tatarinow. Cała osada była w poruszeniu, w kłopocie, przygotowana na przyjęcie naczelnika, jakby na przyjęcie osoby samego cara. Nazajutrz po jego przyjeździe, gdy naczelnik spał w jak najlepsze, a osada drzemała czekając na skinienie urzędnika we śnie pogrążonego, nie śmiąc przejść pewnym krokiem przez ulicę, żeby nieobudzić kapryśnego pana, L. wszedł do wsi bijąc w bęben jeneralny marsz. Tatarinow obudził się, zerwał się z pościeli równemi nogami, a myśląc, że jakaś znakomita osoba niespodzianie zawitała do Kułtumy, niespokojnie pytał się: «Kto taki przybył? Kto przybył?» «To L.» odpowiadają mu. «Któż to jest, ten L.?» «Stary, dymisyonowany katorżny!» «Ach szelma,» krzyknął w gniewie, «jak on śmiał mnie przebudzić? ale dla czegóż on bębnił?» «Ma taki zwyczaj, proszę jaśnie wielmożnego pana.» «Przywołać go natychmiast do mnie.» Na przybyłego Tatarinow ofuknął się, a krzycząc, kazał mu bęben potłuc. «Hola, mój panie,» zawołał L., «do mojego bębna niemasz żadnego prawa; jesteś naczelnikiem ludzi a nie bębnów. Możesz panie naczelniku mnie kazać ukarać i potłuc, jeżeli masz sumienie starca karać, ale od mojego bębna wara!» Śmiała odpowiedź i wiadomość, że L. jest fiksatem, udobruchała Tatarinowa; dał mu rubla jałmużny i bez kary odprawił. L. gdy miał za co, upijał się. Raz idąc z szynku do chaty pijany, padł na drodze i zasnął; mróz był dwudziestokilkostopniowy, a L. nic nie miał na sobie prócz kilku gałganów. Miał już wtedy przeszło 90 lat; niezmarzł przecież, tylko palce odmroził. Po północy obudził się i wrócił do domu, a palce nie lubiąc leczenia w lazarecie, toporem odciął.
Wkrótce po tym wypadku opuścił Szyłkę i przybył do Akatui. Mieszkał tam wówczas aresztant z moskiewskiej gubernii, człowiek wielkiego wzrostu i nadzwyczajnej siły. Zadufany w swej sile, wzywał kolegów swoich na szermierkę: «Kto kogo przemoże,» wołał, «otrzyma kwartę wódki od zwyciężonego!» Znając jego siłę nikt nie przyjął wyzwania, L. jednak stanął na placu i chciał się z nim popróbować. Śmieli się aresztanci ze zbitego, skostniałego starca, a otoczywszy zapaśników, pewni przegranej starca, krzykami obudzali w nim odwagę. Młody aresztant zrzucił z siebie siermięgę, zakasał rękawy od koszuli i dumnie oczekiwał przeciwnika; L. tymczasem, śmiejąc się i żartując, nagle przewrócił się i stanął na rękach nogami w górę i w takiej pozycyi wywracając koziołki, jak strzała puścił się na przeciwnika, uderzył go obcasem w oczy, potem porwał się na nogi i powalił zdziwionego i przelękłego mocarza!
Taka to była starość człowieka, który w dostatkach zrodzony, pamiętał już tylko jak przez mgłę lepszą swą przeszłość, a życia dokonywał bez troski, w żebractwie i włóczędze, znikczemniały w umyśle i w sercu.
L. nie miał wiary i chociaż nie był wykształconym, był przecież ateuszem, wychowywał się bowiem w XVIII. wieku, kiedy nauka Woltera dawała kierunek edukacyi. Brak wiary i lekceważenie wszelkiej świętości, jeszcze bardziej poniżały i szpeciły tę poniewieraną i włóczoną po drogach publicznych starość. Często napadała go ochota dysputowania z popami w materyach religijnych. Przeczył wszystkiemu, łapał popów na ulicy za sutanny i wołał im: «Niemasz Boga» a szyderczo uśmiechał się i bawił kosztem tych, którzy z nim na seryo myśleli dysputować. Ciekawy był to obraz Woltera tego w łachmanach, dziewięćdziesięcioletniego włóczęgi, a z drugiej strony popów moskiewskich dysputujących z nim na granicach państwa niebieskiego.
L. pomimo poniżenia i spodlenia zachował z dawnej dumy nieugiętość, pewność siebie a na swoje łachmany patrzał jak król na purpurę, zbrodni zaś swoich wcale nie wstydził się.
Żył jeszcze przeszłego roku, teraz nic o nim nie słychać; zapewno umarł gdzie w puszczy lub na drodze. Życie jego dowodzi, jak niewola, nie mogąc złamać i przenaturzyć charakterów niepodległych i dumnych, pozbawia człowieka wewnętrznej godności i robi go ekscentrykiem w cuchnącej atmosferze ostatniego poniżenia i spodlenia.
L. często przesiadywał u uralskiego kozaka Maruszki, który był przysłanym do robót katorżnych za udział w buncie Pugaczewa. Maruszka żył jeszcze przed kilkunastu laty, po roku 1840; miał swój dom w Kułtumie. Starzec przeszło stoletni, bezżenny, odznaczał się podobnie jak L. mocą fizyczną; lecz ten nie miał własnego kąta, ani ciepłego przytuliska, Maruszka przeciwnie miał własny zamożny dom, pożyczał na lichwiarskie procenta i był w całej okolicy znany jako bogaty człowiek.
Wieści o wielkich pieniądzach i odosobnione, pustelnicze mieszkanie, kilka razy naprowadzały rozbójników na dom Maruszki. Pewnego razu spuszczając się z pod strychu po drabinie, Maruszka cięty został kosą w głowę przez zaczajonego w sieni złodzieja; spadł ogłuszony starzec, a złodziej począł go dusić. Lecz starzec ocknąwszy się poczuł swą moc, a wywinąwszy się z rąk napastnika, powalił go na ziemię i w żelaznych swych dłoniach o mało nie zadusił. Później powiązał go i zaprowadził do policyi.
L. z Maruszką dobrze się znali, lecz nie lubili się; Maruszka bowiem był gorliwym starowiercą i dla tego odosobnił się od wszystkich panującej wiary, L. zaś w nic nie wierzył a ta niewiara jego była pomiędzy nimi punktem spornym. L. o nic niedbał, ani o wygody, ani o majątek, a Maruszka jak i wszyscy starowiercy był skąpym i sknerą.
Maruszka lubił opowiadać o buncie Pugaczewa; o celu jaki upatrywał w buncie tak się wyrażał: «Nie pytałem ja, kto był Pugaczew? czy on był rzeczywiście Piotrem III., czy też nim nie był, było to dla nas obojętną rzeczą; zbuntowaliśmy się zaś dla tego, bo w razie zwycięztwa, my zajęlibyśmy miejsca tych, co nas uciskali, my bylibyśmy panami a religia wolną. Przegraliśmy, — cóż robić? ich szczęście, a nasze nieszczęście; bo żebyśmy byli wygrali, mielibyśmy swojego cara i sami zajęlibyśmy wszystkie urzęda. Panowie dzisiejsi byliby w takim ucisku, w jakim my obecnie znajdujemy się.»[7]
Pisarze, którzy szukają charakterów ekscentrycznych i lubią przypatrywać się człowiekowi w ostatecznych i trudnych warunkach życia, w Syberyi znajdą dużo rzeczywistych wzorów i mogą niemi zapełnić szeroką kartę swoich obserwacyj. Każdy zesłany ma swoją przeszłość, a przeszłość ta wystawia albo walkę z niesprawiedliwością w obronie najświętszych praw człowieka i narodu, albo też walkę ze spółeczeństwem i z ideami powszechnie przyjętemi i uznanemi za konieczne i sprawiedliwe.
Gdybyśmy mieli większe i wyższe zdolności, moglibyśmy swoim czytelnikom podać bardzo ciekawe i wymowne wzory charakterów, lecz brak czasu i nieudolność nasza, każe nam ograniczać się, a z licznej galeryi charakterów wybierać tylko takie, które złem lub dobrem bardzo wyróżniają się od powszednich i zwyczajnych; w opisie naszym jeszcze wiele razy zwrócimy się do charakterystyki, a teraz dalej szkicujmy Dauryę.







  1. Według akt rządowych, w nerczyńskim powiecie przed rokiem 1840 znajdowało się rocznie pod rolną uprawą 54,909 dziesięcin ziemi.
  2. Po polsku: «Co wy? Co wy? (chcecie). Czyż wam nieoddam? Poczekajcie, ja zarobię, wszakże więcej wart jestem, niż wasze dziesięć rubli.»
  3. Uch! ta matka Syberya! My tu jesteśmy ludzie ciemni, nigdzieśmy nie byli i nic niewiemy. U was ludzie są wykształceni, rozumni, uczciwi a nie tak podli jak u nas.
  4. «Oto, jakem cara oszukał.»
  5. «Uchitrajutsia» techniczne wyrażenie moskiewskie, oznaczające różne sposoby oszukiwania.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Wspomnieć.
  7. Katarzyna II., carowa moskiewska, zapewniwszy sobia wierność gwardyi, na jej czele aresztowała męża swego Piotra III., zmusiła go do zrzeczenia się tronu; później postarała się o jego śmierć i sama na tron wstąpiła. W kilka lat potem 1773. roku kozak Emelian Pugaczew ogłosił nad Uralem, że jest Piotrem III. carem, który się szczęśliwie wymknął z rąk oprawców. Lud mu uwierzył, cała wschodnia Moskwa powstała, a do Moskali przyłączyli się Kałmucy, Kirgizi, Baszkiry i Tatarzy. Pożogi i morderstwa napełniły cały kraj. Pugaczew zwycięzko posunął się aż za Wołgę, na czele krwawego gminu, który go chciał jako Piotra III. posadzić na carskim tronie. Niewiadomo, jakiby obrót wzięła ta rewolucya, żeby właśni wojownicy Pugaczewa nie byli go zdradzili. Oddany przez swoich w ręce wojsk Katarzyny, był przez Suwarowa w żelaznej klatce odesłany do Symbirska, gdzie była kwatera głównodowodzącego armią moskiewską Piotra hr. Panina. Gdy stawili Pugaczewa przed dumnym jenerałem, zapytał go: «Jakżeś ty śmiał walczyć zemną?» «Cóż miałem robić jaśnie wielmożny panie, kiedym się wprzódy odważył broń i na cesarzową podjąć!» Panin obrażony taką odpowiedzią, rzucił się na Pugaczewa i wyrwał mu kilkanaście włosów z brody. Gdy poeta Dzierżawin przejeżdżał przez Symbirsk, Panin posłał po walecznego buntownika. Ledwo wszedł do pokoju, padł Pugaczew na klęczki przed jenerałem, a ten go zapytał: «Jak się masz Emelko?» «W nocy nie sypiam, ciągle płaczę ojcze mój, jaśnie wielmożny panie.» «Oczekuj łaski Najjaśniejszej Pani!» odrzekł jenerał i odesłał go napowrót do więzienia, z którego wywieziony do Moskwy, w okrutny sposób został stracony. Miał on, mówi Dzierżawin, ciężkie kajdany na rękach i nogach, włosy czarne na głowie i brodzie rozczochrane, twarz okrągłą, oczy wielkie, czarne, ubrany był w obszerny, zabrudzony barani kożuch. Z tej wizyty u Panina widzimy, że Pugaczew, który umiał tak energicznie poruszyć cały lud wschodniej Moskwy i tyle dał dowodów męztwa i przebiegłego rozumu, nie miał charakteru, jaki daje wielkie poczucie godności swojej; bo w nieszczęściu upadł i płaczem przed nieprzyjacielem łaskę chciał sobie wyżebrać.
    Historycy i poeci przedpokojów carskich jak n. p. Dzierżawin w swoich Pamiętnikach (zobacz Ruską Biesiadę z roku 1859. Moskwa) nazywają Pugaczewa rozbójnikiem i odmawiają mu politycznego charakteru. Tak nie jest; był to człowiek z wyższemi celami, krwawy i okrutny jako każdy rewolucyonista moskiewski. Słusznie go w obecnych czasach przedstawiają jako narodowy moskiewski typ rewolucyonisty z gminu powstałego. W ruchu Pugaczewa mieli udział i konfederaci barscy, których Moskale na wygnanie do Rosyi poposyłali. Ze swojemi szlacheckiej wolności pojęciami stanęli po stronie ludowej wolności, jaką niósł Pugaczew. Nie wielu ich było, ale że byli na stronie Pugaczewa, widać to i z Pamiętników Dzierżawina.