Pamiętnik dr Z. Karasiówny/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Karasiówna
Tytuł Pamiętnik
Pochodzenie Pamiętniki lekarzy
Wydawca Wydawnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych
Data wyd. 1939
Druk Drukarnia Gospodarcza Władysław Nowakowski i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Dr. Z. Karasiówna.

Wstęp.

Brak czasu nie pozwolił mi na napisanie obszernego pamiętnika. Materiału znalazłoby się zbyt wiele. Rzucam tylko luźne wspomnienia z faktów, które mi się żywiej utrwaliły w pamięci i refleksje, które mi się nasunęły.
Sądzę, że to, co podałam, wystarczy jako zobrazowanie poziomu lecznictwa prowincjonalnego i zestawienie lecznictwo prywatnego i społecznego.
Chodziło mi o podkreślenie rzeczy dla mnie oczywistych a — jak stale stwierdzałam — zupełnie nie zrozumiałych dla laików, a zbyt mało docenianych przez lekarzy.
Medycyna dzisiejsza opiera się nie tylko na słuchawce, termometrze i dobrej woli poszczególnego lekarza, lecz w dużo większym stopniu na szeregu badań pomocniczych, wymagających kosztownych urządzeń, współpracy specjalistów, obserwacji chorego i leczeniu zakładowym, warunkującym ciągłość obserwacji i możliwość wykonywania zabiegów.
Cała ta aparatura jest zbyt skomplikowana by ją mógł posiadać prywatny lekarz i zbyt kosztowna, by ją mógł opłacić pacjent, zwłaszcza chłop.
Bo chłop jest prywatnym pacjentem lekarza prowincjonalnego.
Wszyscy wiedzą, że medycyna nawet wyposażona we wszystkie nowoczesne środki nie wszystko może. Tym mniej może lekarz tych środków pozbawiony. Prawie nic.
Lekarz prowincjonalny odcięty od szpitali i pracowni pomocniczych przeszkodami komunikacyjnymi i ograniczonymi środkami chorego, zmuszony do pracy we wszystkich specjalnościach, do czego nie posiada ani odpowiedniego wykształcenia ani wszystkich potrzebnych środków, nie może pracować na poziomie współczesnej medycyny.
Jeżeli uwzględnimy jeszcze nędzę chłopa, która zmusza go do zwlekania z leczeniem tak długo, aż nie da się nic zrobić; jeżeli uwzględnimy trudności komunikacyjne znane wszystkim przebywającym na prowincji, a powodujące często, że do chorego przyjeżdża się za późno lub nie przyjeżdża się w ogóle, że kto mógłby być uratowany w szpitalu, umiera w domu; jeżeli uwzględnimy, że ze szczupłego arsenału środków, jakimi rozporządza lekarz praktyk odpada na wsi najważniejsza z nich — obserwacja — konieczna zwykle do postawienia rozpoznania, a prawie zawsze dla prowadzenia leczenia — że jednym słowem w praktyce prowincjonalnej odpada zupełnie leczenie obłożnie chorych, bo ich nie stać na wielokrotny przyjazd lekarza; że z powodu braku środków transportowych lekarz musi wykonywać w chałupie i dwoma rękoma zabiegi wymagające sześciu rąk i stołu operacyjnego — mamy wszystko, co sprowadza do zera pracę lekarza zdanego wyłącznie na własne siły i środki chorego a nieopartego o instytucję Ubezpieczalni.
Tylko w lecznictwie społecznym czy to będzie Ubezpieczalnia, czy inna forma lecznictwa zorganizowanego kosztem zbiorowym, a więc rozporządzającego dużym kapitałem, możliwym jest przez skupienie potrzebnych środków i podział pracy lekarzy specjalistów wynagradzanych ryczałtowo — udzielanie świadczeń na wysokim poziomie przy niskich stosunkowo kosztach.
Możliwym jest udzielanie świadczeń, na jakie prywatny pacjent nie mógłby sobie pozwolić, przez zdjęcie ciężaru kosztów z jednostki i rozłożenie go na większy zespół, zespół ubezpieczonych.
Ubezpieczenie chorego zmniejsza ponadto znaczenie prowincjonalnych warunków terenowych.
Ubezpieczony zgłasza się do lekarza wcześniej, bo go to nie kosztuje. W początkach choroby. Wśród ubezpieczonych nie ma przypadków zaniedbanych, do których się przyjeżdża za późno. Jest mniej obłożnie chorych.
Ubezpieczonego, gdy sprawa przekracza możliwości lekarza prowincjonalnego można odesłać z chałupy do szpitala, ze średniowiecza do 20 wieku. Można odesłać do badań specjalnych na koszt Ubezpieczalni.
W praktyce prywatnej odsyłanie spotka się z oporem chorego powodowanym brakiem zrozumienia i brakiem środków.
W praktyce prywatnej odsyłanie nie leży w interesie lekarza.
W praktyce prywatnej między leczącego i leczonego wkracza potężny czynnik — pieniądz, który wprowadza sprzeczność interesów lekarza i chorego, pieniądz na wsi zbyt skąpy, by mógł wystarczyć na lekarza i leczenie — wystarcza najwyżej na jedno.
Z praktyką prywatną łączy się nieuchronnie walka konkurencyjna lekarzy, której skutki ponosi pacjent.
Że rozpoznanie i leczenie jest wypadkową tych wszystkich czynników nie mającą wiele wspólnego z medycyną — jest jasnym.
Praktyka prywatna na wsi daje lekarzowi zerowe możliwości. Tragicznym jest, że z tego zera lekarz żyć musi. Musi sprzedawać wartości fikcyjne chłopu, który nie ma na chleb.
Istotne zaspakajanie potrzeb chorego równałoby się pracy deficytowej poprzez walkę z warunkami i pacjentem.
Dlatego po krótkim czasie każdy lekarz przestaje walczyć. Schodzi na drogę pracy fikcyjnej i przekształca się w znachora.
W wypadkach krańcowych wyrasta najłatwiej na podłożu warunków praktyki prowincjonalnej typ lekarza-szarlatana.
Poświęcam mu kilka rozdziałów.
W Ubezpieczalni odpada zależność leczenia i lekarza od środków chorego. Odpada walka konkurencyjna lekarzy.
Dlatego pomijam zupełnie usterki Ubezpieczalni. Nie dlatego, żeby ich nie było. Są. Są wszystkim zbyt dobrze znane. Jest przeciążenie lekarza pracą, przekraczającą nie raz ludzkie możliwości, co siłą faktu obniża jej poziom. Jest ograniczenie świadczeń dla członków rodzin. Nie ma prawie możliwości wysyłania do sanatoriów gruźliczych. Jest nadmiar papieru, nadmiar formalistyki. To fakty.
Ale faktem, który należy położyć na drugiej szali jest to, co widzimy, zestawiając możliwości leczenia się chłopa i robotnika, to jest klas ekonomicznie jednakowo postawionych. Robotnik jako ubezpieczony ma, chociaż ograniczoną zakresem świadczeń, możność leczenia się, chłop nie ma jej w ogóle.
Nie da mu jej zwiększenie ilości lekarzy, jak chce ustawa. Lekarz niedoświadczony, rzucony będzie bezpośrednio po skończeniu studiów w najcięższe warunki, będzie zerem, jeżeli mu się innych warunków nie stworzy. Będzie to mnożenie zer.
Sądzę, że właściwym rozwiązaniem problemu dla wsi może być tylko uspołecznienie lecznictwa, połączone ze stworzeniem dużej ilości prymitywnych przynajmniej szpitali z możliwością współpracy z placówkami wyżej postawionymi.
Sądzę, że jest to wykonalne tymi samymi środkami, jakie chłop wydaje na leczenie niecelowe i z uwzględnieniem interesów lekarzy.
Co do strony zewnętrznej — posługiwałam się do pewnego stopnia językiem i stylem, używanym przez tutejszych chłopów, tym samym, którym z nimi rozmawiam. Kto chce, może usiąść z czerwonym ołówkiem i błędy podkreślać. Inni zgorszą się użytymi przeze mnie wyrażeniami. To trudno. Nie chciałam naśladować Zegadłowicza, proszę mi wierzyć. To ZUS winien. Żądał prawdziwych faktów, nie zmyślonych. Więc opisuję zdarzenia, które faktycznie miały miejsce i niektóre rozmowy przytaczam dosłownie.



„Jak to na chorą Kasę człowieka traktują!“

Powszedni dzień. Godzina 10-ta przed południem. Czeka 40-tu ubezpieczonych. W poradni przeciwjaglicznej było 68 osób. To zwykły program przedpołudnia. Dobrze że nie ma żadnego wyjazdu ani wypadku, bo i to czasem się zdarza. Może się zdarzyć, że wyjadę o 6-tej rano, a wrócę w południe. Niech 108 osób poczeka. Do wieczora się to załatwi. Od 3-ciej po południu zaczną się schodzić już inni: fornale z folwarku, urzędnicy państwowi, prywatni pacjenci. Zajadą nowe furmanki.
Może zdarzy się w międzyczasie wypadek: przy rżnięciu desek na tartaku jak zwykle. Podsunie ktoś rękę pod cyrkularkę i trzeba będzie szyć, albo kobieta poroni i trzeba będzie macicę skrobać. Do 12-tej w nocy może wszystko będzie gotowe. Obiad poczeka do jutra, kolacja również. W nocy może do porodu zawołają, gdzieś daleko do trzeciej wsi na wysoką górę, gdzie można, jak mówią, wszystkie wnętrzności wytrząść, jadąc furmanką. A lekarz skoro się raz podjął, musi dojechać żywy na miejsce. Żywy i przytomny. Zabrać wszystko co potrzeba, o niczym nie zapomnieć. Wygotować narzędzia. Wykonać ciężką operację. Bez odpowiedniej asysty. W niewygodnej pozycji. W ciasnej izbie, gdzie nie ma na czym narzędzi położyć. Przy złym świetle. W zaduchu, od którego się słabo robi. Odpowiada za wynik operacji.
Mówią, że matematyka jest nauką ścisłą, bo dwa a dwa jest cztery. Ale w Ubezpieczalni jest inaczej. Jeden równa się pięć. Jeden ubezpieczony, to pięciu zwykłych pacjentów.
Np. pani S.:
„Nie wiem czym się zaziębiła, bo już od trzech miesięcy nie mam swojego czasu. Pewnie dlatego, że przeszłam przez wodę“.
Przez wodę przechodzą zwykle panny. A po 9-ciu miesiącach jest dziecko. Z wody, nie z czego innego.
Więc pani S. rozbiera się do badania. Zdejmuje jedną spódnicę, drugą, trzecią, czwartą. Wszystkie nosi dla ochrony przed zimnem. Zato majtek nie ma. Nie spieszy się wcale. Co ją to obchodzi, że 39 chorych czeka. Że czeka dziecko z wysoką gorączką. Że ci, co dojeżdżają, spóźnią się na pociąg i pójdą pieszo 20 km z gorączką albo z bólami, albo poczekają na stacji do wieczora. Że nie zdążą na dworzec kolejowy ci, których trzeba by może natychmiast do szpitala odesłać.
Pani S. ma brzuch ściśnięty brudną szmatą. To musi być. Żeby się nie „otrzęsła“ albo nie „oberwała“. Mozoli się długo z węzełkami szmaty. Rozwiązała. Spod szmaty wyskoczyła na mnie duża pchła.
Właścicielka pchły siada na stopniu pod krzesłem ginekologicznym.
„Tu do góry mam wyjść — krzyczy — o rety! i tu nogi położyć! żebym była wiedziała, to bym nigdy nie przyszła“.
Wyjaśniam jej, że macicy przez gardło badać nie umiem i układam ją na krześle przemocą, bo broni się jak lew. W tej walce otrzymuję kilka kopniaków. Widzę, że jeszcze naiwna i nieuświadomiona. Matka 6-ga dzieci.
Stwierdziłam 3-miesięczną ciążę. Pacjentka ubiera się w tym samym porządku, szmata na brzuch, spódnica, spódnica, spódnica... Przy szóstej otwieram zwolna drzwi.
„Jeszcze proszę mi zęba wyrwać — przypomina sobie pani S. — A na te, co się psują, proszę o kartkę do dentysty — aha, byłabym zapomniała, mężowi jakieś proszki na ból głowy. A dziecku, co ma 2 lata, lekarstwa na kaszel, młodsze dziecko, co ma pół roku, już mi 2 tygodnie czyści!“
Może pani tu przyjedzie jutro z tymi dziećmi, przecież nie mogę nikogo leczyć bez badania — tłumaczę.
„Gdzie bym ta mogła przyjechać — konie zajęte, bo orzą, a na rękach tyle zdale, dziecka nie przyniesę. Trzeba iść dobre trzy godziny z Krzeszowa i jeszcze bez takie góry“. Więc trudno. Wypytuję o objawy i przepisuję lekarstwo dla starszego dziecka. Dla młodszego uregulowanie karmienia i pouczenie o karmieniu na przyszłość.
Rozmowa trwa kwadrans. Równocześnie mówię i piszę, żeby matka mogła przeczytać jeszcze raz w domu. I tak wszystko przekręci. A po drugie czytać nie bardzo umie.
Pacjentka odchodzi. We drzwiach odwraca się raz jeszcze. „A może by Pani dała coś dla krowy“. „Krowa nie należy do Kasy chorych“ — odpowiadam spokojnie. Jeszcze mnie szlag nie trafił.
Nie raz to na prawdę w jednym człowieku siedzą wszystkie choroby: w oku jaglica, na skórze świerzb, w brzuchu jakieś boleści. I na prawdę jeszcze mąż chory i dziecko. Dobrze, kiedy krowie jeszcze nic nie brakuje.
Ale czasem się tylko coś przywidziało. Zakłuło w piersiach, zabolało w boku, drapało w gardle. Więc niech się doktór pomęczy z pół godziny. Niech zagląda do wszystkich dziurek i szuka choroby po kątach. Przecież się płaci do chorej kasy co miesiąc.
Najwięcej czasu zajmuje pani M., bo szukanie choroby, której nie ma, trwa najdłużej. M. jest wytrwała: przychodzi codziennie. Co jej to szkodzi: mieszka naprzeciwko doktora. Nawet w nocy jej przyjść nie trudno.
Jest pewien subiekt ze sklepu bławatnego. Elegancki, dystyngowany. Czeka 2½ godziny na swoją kolejkę:
„Plecy mnie swędzą“ — skarży się boleśnie.
Niech się pan podrapie — odpowiadam — zużywając ostatnią porcję cierpliwości.
Są tacy, których nic nie boli i nie swędzi. Ale składkę do Ubezpieczalni zapłacili, więc nie mogą odżałować. „Może by pani dała coś na pluskwy“ — mówią. Okazuje się, że pluskwy też nie należą do Ubezpieczalni. Ani krowa, ani pluskwy, ani żadne inne zwierzę domowe. A z dziećmi ubezpieczonych, to różnie bywa. Dziecko czasem jest własne, a czasem sąsiada. Lekarstwa wzięte z Ubezpieczalni sprzedaje się dobremu sąsiadowi po cenach zniżonych.
Po przyjęciu dwudziestu kilku ubezpieczonych przestaję odbierać wrażenia. Wszystko zlewa się w jednostajny szum wchodzących i wychodzących pacjentów. Wierzę w mój instynkt: kiedy wejdzie ubezpieczony na prawdę chory, obudzę się. Automatycznie zadaję pytania i słucham odpowiedzi, i całym wysiłkiem woli uważam tylko na to, żeby nie zapytać mężczyznę, kiedy była ostatnia menstruacja. Ale nie, weszła kobieta. Rozkosznie uśmiechnięta pani W. Zaziębiła się i nie ma swojego czasu. „Na krzesło“ mówię, jak automat. I nagle przytomność wraca, budzi się zmysł wzroku i węchu i coś jak przypływ morza o brzegi uderza o świadomość. To kropla, która przepełniła dzban. Pytam krótko, lecz ścisłe i trafnie: „To pani z taką obes.... d... do badania przychodzi? Umyć się i przyjść jutro“.
Spojrzenie zdetronizowanej bogini i grom oburzenia padają jednocześnie „na tę chorą kasę to tak człowieka traktują“! To samo mówi „Kurjer“ krakowski.
Widocznie prawda.


Jak to doktór prywatny za 3 zł na wszystkim się pozna.

Pan St., to nie byle kto. Kolejarzem jest, swój rozum ma i żaden lekarz Ubezpieczalni mu nie dziwny. Skierowałam go przed trzema tygodniami do szpitala z powodu podrażnienia wyrostka robaczkowego.
Co słychać, pytam, widząc go po powrocie.
„O w tym szpitalu, to wcale człowieka nie leczą. Ino mi leżeć kazali i nic nie jeść, a lików to mi żadnych nie dali“.
Bo się tak leczy na ślepą kiszkę — tłumaczę mu.
Na tę chorą kasę to tak leczą. Ino okład dadzą na brzuch, a herbatką człowieka żywią, żeby z głodu zdechł. A badać to mnie badali codziennie. Tak się nie mogli wyznać, co mi jest. Żebym zapłacił, to by mi od razu powiedzieli, jaka choroba.
Kazali mi jeszcze raz przyjść za dwa miesiące.
„No to proszę się zgłosić po kartkę w oznaczonym czasie“.
„Tyle razy nie będę jeździł i tyle czasy nie będę w szpitalu leżał, jeszcze by mi operację zrobili, bo na tę chorą kasę to wiadomo“. Poszedłem do prywatnego doktora. Zaraz się wyznał na mojej chorobie. Dałem mu 3 zł i od razu powiedział, że jestem „oberwany“. Baba mnie wysmarowała, poprawiła mi wnętrzności i będzie po chorobie“.
Nie potrafię wytłumaczyć St. magicznej potęgi 3 zł. Za 3 zł lekarz musi powiedzieć St. co mu jest, choćby nawet sam nie wiedział. Bo gdyby mu nie powiedział, St. by więcej do niego nie poszedł. Najlepiej kiedy mówi: oberwanie, przeziębienie lub przelęk. Co to szkodzi, że takie choroby nie istnieją? Bo chłop innych rozpoznań nie uznaje. A lekarz, który zwalcza przesądy, traci zaufanie chorych, traci praktykę.
Gdy skierowuje do szpitala, też nic nie wart. Powinien sam ślepą kiszkę wyleczyć. Dostał przecie 3 zł.
Daj Boże zdrowie Panu St. i wszystkim ubezpieczonym. Niech mu się więcej atak nie powtórzy. Bo gdyby mu się powtórzył, pan St. drugi raz do szpitala nie pojedzie. Po co ma jechać? Jeszcze by go zoperowali. Jest oberwany, baba go wysmaruje. A jeżeli go wysmaruje na drugi świat, będzie winna nie baba, nie lekarz za 3 zł, tylko Ubezpieczalnia.


Praxis aurea.

Z samej Ubezpieczalni lekarz nie wyżyje. Więc chętnie widzi pacjentów prywatnych. Każda wizyta prywatnego pacjenta, to teoretycznie 4 zł. Poznaliśmy teorię, poznajmy praktykę.
Przynosi matka kilkuletnie dziecko późno w nocy. Przez podwójne drzwi słychać świszczący oddech. Dziecko się dusi. Służąca rozpoznaje: dyfteria, krup. Wie, że należy mnie obudzić, że nie wolno powiedzieć „pani nie ma w domu“. Bo jeżeli dziecko teraz nie otrzyma surowicy, to za kilka, lub kilkanaście godzin umrze. W tym stanie przynosi się zwykle dzieci. Oczywiście dzieci nieubezpieczone. Bo każdemu żal pieniędzy. Może choroba sama przejdzie, pieniądze zostaną. A choroba trwa zwykle trzy dni. Chodzi dziecko, bawi się i tylko trochę sucho kaszle. Czasem, krew z nosa się leje. A potem głos się zmienia, jest chrypka. Na trzeci dzień zaczyna się dziecko dusić.
W ten trzeci dzień przynosi matka dziecko do lekarza. W węzełku ma 5 zł. Rzadko więcej. Prywatna pacjentka. A dziecku trzeba wstrzyknąć surowicy najmniej za 20 zł. Kobieta kupuje surowicy za 5 zł. Za 15 zł musi dostać z innego źródła. Mam dwa takie źródła do dyspozycji; moją prywatną kieszeń i apteczkę dla ubezpieczonych. Z apteczki Ubezpieczalni pożyczę i wstrzyknę dziecku dożylnie. Z własnej kieszeni oddam. Bo matka surowicy nie odkupi.
Raz tylko nie pożyczałam surowicy. Ludzie zamożni. Mieszkają niedaleko. Choćby pieniędzy nie mieli przy sobie, mogą przynieść. A dziecko półtoraroczne. To jedno mają. 10 lat po ślubie dzieci nie było, wreszcie doczekali się. Nie wiedzą, co by temu dziecku dali, tak je lubią. Ale za 20 zł lekarstwa nie kupią. A jak nie pomoże — i dziecko i tak umrze? Apteka pieniędzy nie zwróci. Do szpitala też nie pojadą, żeby doktorzy dziecku rurkę do krtani założyli. To by jeszcze więcej kosztowało. „Jak Pan Bóg da, to dziecko żyło będzie — a jak nie da, to umrze“.
I tak życie i śmierć od Pana Boga zależą. Po co się doktór w to wtrąca i jeszcze płacić sobie każe.
Na czwarty dzień sprawili dziecku piękny pogrzeb, który ich dużo kosztował. Przecie jedyne dziecko. Drugiego może mieć nie będą.
Pieniędzy na leczenie dziecka chłop nie wyda. Do wysokości 5 zł jeszcze znajdzie, więcej nie. Gdy koszta większe, Pan Bóg leczy. I nawet nic za to nie bierze.


Budujmy szkoły.

Zdarza się, że chłop znajdzie dla dziecka 5 zł, a nawet 10 zł i bardzo chętnie zapłaci. W jednym tylko wypadku. Za zwolnienie dziecka od szkoły. Za świadectwo choroby.
Bo widoczne, że szkoła mu szkodzi. Blade jakieś, mizerne, głowa je ciągle boli. Widać, że mu nauka głowę psuje. Aż mu się wszy zalęgły i strupów dostało na tej głowie.
Nie mają serca rodzice dziecka tak nauką zamęczać. A po drugie tyle w domu roboty. Nie ma kto krowy paść, garnków na blasze przypilnować, młodszych dzieci zabawić, wody przynieść. Dziecko 10-letnie już nie jedno zrobić potrafi. I krowę popaść, i dzieci pilnować, i w polu pomóc i wodę nosić, choć konewki ciężkie. Dużo już udźwignie. Więc poco ma do tej szkoły chodzić, kiedy z tego żadnego pożytku nie ma?


Tak bywa często.

Siedzenie ze słomy okazuje się najpraktyczniejsze, gdy jedzie się chłopskim wózkiem. Najmniej odczuwa się złą drogę. Najgorsze jest drewniane. Po dwóch godzinach jazdy, gdy człowiek wysiada z wózka, nie wie, czy ma wszystkie wnętrzności. Słoma łagodzi wstrząsy. Brzuch się nie rozleci. Jednak słoma przedstawia duże trudności techniczne. Trzeba umieć na snopku siedzieć. Geometrycznie w środku. Powiem ściślej: środkiem w środku. Bo jeżeli tylko trochę zboczy się z linii środkowej, wyrasta zaraz z jednego boku góra, z drugiej przepaść. Góra rośnie, przepaść stopniowo się pogłębia. Po kwadransie pasażer siedzi na dnie wozu. Snopek wysunął się w górę. Poza tym gdy koń rusza, spada się z zadartymi w górę nogami w tył, poza siedzenie słomiane. Gdy jedzie się do góry człowiek zsuwa się w tył powoli. Gdy na dół, spada się na plecy furmana. Jeżdżenie na siedzeniu słomianym jest osobną sztuką. Każdy doświadczony lekarz ją posiada.
Po 3-ch godzinach słomianych trudności przyjechałam do chorego. Jak zwykle nie wiedząc, do czego jadę. W takim wypadku przezorność nie zawadzi. Pewien lekarz przywiózł raz wszystkie narzędzia położnicze przez ostrożność. Przyjechał do starego chłopa. I w tym wypadku chłop choruje. Spuchł z powodu choroby serca. Stan ciężki. Dostał już digitalis z dodatkiem środków moczopędnych. Nie używa soli, mało pije. Wszystko jak potrzeba. Okazuje się, że miał już lekarza. Ale nie bardzo sklęsnął. Trzeba by mu wstrzyknąć moczopędny środek rtęciowy. Są takie novuryty na świecie. Mam nawet jedną ampułkę przy sobie. Sprawa prosta. Może się jeszcze jakoś wygrzebie. Odejdzie kilkanaście litrów moczu. Będzie mógł lżej oddychać. Będzie mógł jeść. Zacznie spać w nocy. Pożyje jeszcze jakiś czas.
Tylko że przedtem trzeba się koniecznie przekonać, czy nerki zdrowe. Na chore nowuryt by zaszkodził. Mogło by się źle skończyć.
Oczywiście, że prostą jest rzeczą zbadać mocz. Najprostszą w świecie. Wystarcza sięgnąć ręką po mikroskop. Położyć szkiełko pod soczewką.
Tylko że mikroskop został w domu. A tu jest Górna Tarnawa. Mogę pojechać z moczem chorego do domu. Ale wtedy odjadę z zastrzykiem od pacjenta. Jednym słowem muszę przyjechać jeszcze raz. Przyjechać po zbadaniu moczu. Zapewniam że na drugi wyjazd nie wezmę pieniędzy. Za pierwszy sam pacjent na razie nie chce płacić. Zaczyna mu się to wydawać podejrzane. Zapłaci jutro, gdy przyjadę z zastrzykiem. Dzisiaj już bardzo późna godzina. Jutro znów przyślą po mnie konie.
Nie przyjechały konie drugi raz. Nie wiem, co się stało z pacjentem.


Łożysko zostało z poważaniem.

Przerwanie ciąży u lekarza kosztuje kilkadziesiąt złotych, nawet po znajomości. Osobno za świadectwa trzeba płacić. A poronienie, skoro już raz krwawić zaczęło, załatwić musi lekarz za darmo.
Oczywiście o ile się jest ubezpieczoną lub żoną ubezpieczonego.
Więc kobiety poszły po rozum do głowy z pomocą miejscowych akuszerek.
Bierze się w tym celu drucik lub jakikolwiek podobny przyrząd. Podobno i szczoteczki do zębów się nadają. A nieboszczyk, profesor Rosner wspominał kiedyś na wykładzie nawet o marchewce. Jednym słowem przyrządów jest wiele i bardzo różnorodnych. Tylko jedną wspólną mają cechę; do zabiegu się ich nie gotuje. Będzie zakażenie, to się powie, że lekarz winien. Bo lekarz potem robi skrobankę. Tak wymyśliły akuszerki. I ruch jest coraz większy. Trzy do czterech razy w tygodniu słyszę to samo: „podniosłam ręce do góry, dźwignęłam dziecko, spadłam ze schodów i rzucił się krwotok“. Oczywiście same żony ubezpieczonych. 5 zł płacą akuszerce za drucik i zakażenie. Pracę lekarza dostają za darmo. Sezon poronień.
Wreszcie pewnej nocy zajeżdża prywatny mąż. Przywozi list od akuszerki. Położne przyzwyczaiły się już do tego, że żądam dokładnej informacji do czego wzywają. Muszę wiedzieć, co że sobą zabrać. Bo w razie zabrania nieodpowiednich instrumentów, ryzykuje się 4 godziny czasu — czekanie na posłańca lub co gorsza — wracanie po rzeczy.
A z porodem różnie bywa. Za 4 godziny będą narzędzia — ale zato nie będzie już rodzącej.
Więc list jest.
„Wielmożna Pani — oczywiście jest napisane, żeby nie wątpić o dobrym wychowaniu położnej — i dalej: „płut się urodził, łożysko zostało z poważaniem“.
Więc jedziemy z prywatnym mężem do wyjęcia łożyska po porodzie. Większość narzędzi została w domu, bo zabieg wykonuje się ręką.
„A dziecko żyje?“ pytam męża po drodze. Jakie dziecko? — odpowiada mąż. Przecie to poronienie w trzecim miesiącu. „No to zawrócić konie, musimy zabrać rzeczy do skrobanki“.
I tak tracimy półtora godziny. A list otrzymałam jak się należy.
Było i Wielmożna Pani i z poważaniem — wszystko co potrzeba.
Brakowało tylko jednej małej informacji: poród czy poronienie. A przydałaby się i druga: zapłaci, czy nie zapłaci.
Bo jak się można domyśleć nie zapłaciła. Jazda tam i z powrotem 4 godziny. Gotowanie narzędzi pół godziny. Mycie rąk 15 minut. Zabieg 10 minut. Wymyślanie na otoczenie celem zorganizowania pomocy przy zabiegu 1 godzina. Cucenie zemdlonego męża 15 minut. Czyszczenie narzędzi po zabiegu pół godziny. Razem 6 godzin 10 minut, w noc.
Według cennika 72 zł za stratę czasu, 45 zł za zabieg.
Razem 117 zł.
Zapłaciłam 15 zł za skargę o należność.


Nagłe wypadki.

Dzisiaj jest dzień nagłych wypadków. O 5-tej rano budzi mnie służąca. Po 14-tu godzinach pracy poprzedniego dnia należałoby dłużej spać. Ale dziewczynę jakąś żmija ukąsiła. Trudno! Wypadek nagły. Jeżeli nie wstrzyknę surowicy, może umrzeć. Wstaję i wchodzę do ordynacji. Dziewczyna młoda, świetnie wygląda. „Gdzież panią żmija ugryzła“. „Tu w nogę“. Na nodze ani śladu ukąszenia. „A kiedy to się stało?“ „Zeszłego roku właśnie o tym czasie“. „Więc poto mnie pani wczas rano z łóżka wyciąga“. „A po bo teraz idę na Kalwarię i wstąpiłam po drodze zapytać, czy mi się co nie stanie“.
Dowiedziawszy się, że jej nic nie będzie, zabiera się do odejścia. Nie pyta nawet, ile się należy. I ja nie poruszam tego tematu. Nie dostaje recepty, więc płacić nie ma za co. Żadna siła jej nie przekona. Może gdy będzie wracała z Kalwarii, obudzi mnie na odmianę o 12-ej w nocy.
O 11-ej przed południem jest jeszcze około 30-tu ubezpieczonych. Otrzymuję zawiadomienie, że muszę wyjechać zaraz do Lachowic do żony ubezpieczonego. Dostała krwotoku. Skąd — niewiadomo. Z nosa czy z macicy? I nie dowiem się. Ktoś przyszedł na pocztę w Lachowicach i telefonował stamtąd na pocztę w Suchej, bo w domu telefonu nikt nie ma. Z poczty przysłano do mnie posłańca z wiadomością. Nie ma kogo zapytać o bliższe informacje.
Więc zabieram narzędzia do wszystkich możliwych krwotoków i jadę pociągiem. Biorę tragarza do rzeczy, bo zabieram pół ordynacji. Biorę drugiego w Lachowicach i szukam mieszkania ubezpieczonej. Znam tylko jej nazwisko. Po długich a ciężkich cierpieniach znajduję. W łóżku leży młoda kobieta różowa i uśmiechnięta.
— A gdzież ten krwotok? — pytam.
— A no był wczoraj — odpowiada — z nosa się lało.
— Więc poto mnie pani odrywa od 30-tu ubezpieczonych dzisiaj, żebym jechała do krwotoku, który był wczoraj. Do wypadków nienagłych wyjeżdżam popołudniu. A tu w ogóle mój przyjazd nie był potrzebny.
— Doktór jest od tego, żeby przyjeżdżał, kiedy się go wzywa, za to pani płacę — słyszę odpowiedź. — A płacą mi niecałe 300 zł. miesięcznie. Nie powtórzę co usłyszałam od „chorej“. Ani tego co ja jej powiedziałam. Nie wszyscy lubią brzydkie wyrazy.
Czekałam dwie godziny na pociąg powrotny. Tragarze nosili rzeczy. Wróciłam do domu o 4-tej popołudniu.
20-tu ubezpieczonych jeszcze czekało. Tylko ci, którzy byli naprawdę chorzy, odeszli. Nie mieliby siły tak długo czekać..
W międzyczasie wzywano mnie do porodu. Furmanka zajeżdżała dwa razy, bo innych lekarzy też nie można było znaleźć.
Ale przed chwilą przysłano posłańca na rowerze, że przyjazd niepotrzebny, rodząca zdążyła umrzeć.


Gdzie się dwóch bije, tam trzeci korzysta.

Jedyny wypadek, kiedy korzysta lekarz. Zdarza się najczęściej w okresie wesel. Bez bitki nie ma wesela.
Zazwyczaj budzą mnie o 2-giej lub 3-iej w nocy, jeden lub dwóch chłopów porznęli nożami. Jest na godzinę szycia. Pokrajany płaci z radością 40 zł. za szycie i za świadectwo lekarskie. Niech strona przeciwna ma koszty. Im cięższe uszkodzenie tym bardziej się cieszy. Posiedzi tamten dłużej w więzieniu.
Zaledwie spać się położyłam, przyjeżdża strona przeciwna. Jest znów godzina szycia. Znów płacą z radością 40 zł. Przecie to tamtych kosztuje.
Znów cieszą się, że ciężkie uszkodzenie. Zwłaszcza ten, który stracił oko.


10% podatek od nieszczęścia.

Popołudniu przychodzą pracownicy rolni. Nie ma ich dużo. Przed paru laty zniesiono ubezpieczenie fornali, gajowych i robotników leśnych. Na folwarku zapanowała radość; nie muszą płacić do Ubezpieczalni. Mogą wybierać lekarza. Mogą wzywać trzech do tej samej choroby. Dostaną droższe lekarstwa. Ponoszą tylko 10% kosztów, resztę pokryje pracodawca.
Fornal ma byt zapewniony. Mieszkanie, zboże, ziemniaki, mleko. Jeszcze zarabia 8 zł miesięcznie: na tłuszcz do ziemniaków, na ubranie. Dla siebie i dla rodziny.
Stać go na chorobę do wysokości 80 zł według 10% przepisów. Nie musi jeść z omastą, nie musi się ubrać.
Dlatego od czterech lat jest dobrze. Po zniesieniu ubezpieczenia podniósł się stan zdrowotny pracowników rolnych... O wiele mniej chorują — ¼ tego co przedtem. Im kto mniej zarabia tym rzadziej i krócej choruje. Jeszcze by się pan zarządca obraził i pracę wypowiedział.


Żołądek a telewizja.

T. z Białki miał silne bóle w żołądku. Od 4 tygodni już cierpi. Dostaje bólów codziennie zawsze w 2 godziny po jedzeniu. Regularnie jak w zegarku. Z tego się można domyślić że w żołądku jest wrzód. A wrzód jest to rana wygryziona w ścianie żołądka.
Po świecie chodzi dużo ludzi z wrzodami żołądka. I z podobnymi do nich wrzodami dwunastnicy. Mam takich w Ubezpieczalni z pół kopy.
Chorują raz na rok lub co pół roku zwykle 4 lub 6 tygodni: Kładą się zaraz do łóżka. Przestrzegają przepisanej diety. Zażywają proszki. Wrzód się goi. Jest dobrze aż do następnego nawrotu.
Czasami jednak z ranki wrzodowej robi się dziura na wylot, niespodzianie jak piorun z jasnego nieba. Wtedy kładzie się gościa na stół operacyjny. Musi się zaraz brzuch otworzyć. Krajać i szyć to potrzeba. Inaczej śmierć.
Na szczęście dziura w żołądku rzadko się zdarza, choć tyle wrzodów jest na świecie. Zazwyczaj wrzód się goi. Goi go łóżko i dieta, dwa najsilniejsze lekarstwa na świecie. Można się leczyć w domu. Poleżeć parę tygodni. Mleko i jajka są na wsi. Szkoda pieniędzy na szpital. A chłopu tak trudno o ten grosz.
Więc kazałam T. leżeć. Wytłumaczyłam mu dietę. Przepisałam mu proszki na dodatek. Chłop odjechał.
Nie wiedziałam tylko, że przyjechał do mnie na rowerze. 10 km po złej drodze. Nie wpadłabym nigdy na ten pomysł. I że również na rowerze wracał. Spowrotem jechał do góry.
T. znów nie wiedział, że skoro tylko przyjechał do domu, zrobiła się dziura w żołądku. Nie wiedział czemu się gorzej rozchorował. Myślał, że mu proszki pomogą.
Żołądek znów nie wiedział, że na Białce nie ma szpitala. Że nie ma lekarza na miejscu. Że najbliższy lekarz jest w Makowie. Że T. nie pośle od razu po niego. Że do przyjazdu lekarza upłynie kilkanaście godzin. Że furmanka i podróż pociągiem do szpitala wymaga znów kilkunastu godzin. Razem 2 doby.
Nie posiadam takiej lunety, żeby patrzeć na moich pacjentów, żeby zajrzeć na Białkę, do Stryszawy i Krzeszowa co z nimi słychać.
Może się coś zmieniło w chorobie. Może trzeba zmienić komuś leczenie? Może zaszły jakieś ciężkie komplikacje? Może komu operacja potrzebna? — Nie wiem nic. Widziałam każdego tylko raz. Zwłaszcza tych ciężko chorych, którzy leżą.
Nie posiadam takiego teleskopu. Nie zaszła tak daleko telewizja.
Pytałam się po tygodniu sąsiadów o zdrowie T.
Już pochowany.


„To o czym się myśleć nie chce“. Na własny koszt.

Wczas rano przyjeżdża małżeństwo z dzieckiem z Krzeszowa.
Dziecko kilkutygodniowe pokryte wysypką. Na twarzy strup. Nos zatkany. Jednym słowem wiadomo. Familijny lues. A ileż to dzieci już mieliście? pytam.
„To jest trzynaste — mówi chłop. Ale tamte wszystkie umarły malutkie. Te pierwsze to nawet rodziły się nieżywe i zawczasu“.
„I nie byliście z żadnym u doktora“.
„Z tymi co się żywe rodziły, tośmy z każdym jeździli. Skoro tylko zachorowało. Ale żadnemu doktór nic nie pomógł. Może tym razem pani coś poradzi“.
„Jesteście oboje zarażeni — tłumaczę im stylem chłopskim. Trzeba krew was obojga i dziecka posłać do badania. A gdy przyjdzie odpowiedź, leczyć was i dziecko zastrzykami.
„Ile to będzie kosztowało“.
„Zaraz policzymy: Badanie trzech krwi z przesyłką i dzisiejsza wizyta 30 zł. Kiedy się okaże, że będzie potrzeba leczyć, każde z was dostanie pierwszą kurację, t. zn. 8 dużych zastrzyków i 16 małych. Za zastrzyki zapłacicie od jednej osoby 80 zł, za dziecko policzymy połowę, to razem 2 X 80 + 40 równa się 200 zł — jedna kuracja całej rodziny. Lekarstwa do zastrzyków będą kosztowały około 70 zł. Liczmy już kurację z lekarstwami 250 zł. W ciągu roku musicie dostać cztery kuracje. Razem 1000 zł. I w drugim roku trzeba będzie wziąść ze dwie kuracje, albo więcej. Według tego jak krew będzie wyglądała. A może ze cztery lata trzeba będzie się leczyć.
„No to chodźmy do domu“ mówi chłop. — Ile się należy za wizytę“.
„4 zł“.
„A nie wystarczy 3 zł., bo nas nie stać na więcej“.
Musiało wystarczyć.
I trzynastemu dziecku doktór nic nie pomógł.



Obcęgi.

Idzie przez Suchę epidemia odry. Przyszła od Żywca wzdłuż głównego gościńca, przyjechała pociągiem do stacji kolejowej. Szerzy się powoli wzdłuż bocznych dróg i ścieżek. Najpóźniej wyjdzie na góry: Magórkę, Nowy Świat, Dział Makowski. Nie opuszcza ani jednej chałupy. Choruje kilkaset dzieci.
Przynosi ją do domu dziecko z pierwszej lub drugiej klasy, po nim zachorowuje rodzeństwo młodsze. Wszystkie małe dzieci ile jest w domu. Starsze są zdrowe: one już chorowały na „chrosty“. Bo przed 6-ciu laty była taka sama epidemia odry. Następna będzie za 6 lub 7 lat. Przyjdzie nieodwołalnie, gdy wyrośnie nowa pierwsza klasa. Ta która urodzi się po epidemii. Wcześniej nie będzie miał kto przynieść ze szkoły zarazka. Bo starsze roczniki odchorują teraz.
Więc wszystkie dzieci chorują. Które słabsze i źle odżywione dostają zapalenia płuc. Z tych dużo umiera. Silniejsze skoro tylko chrosty zbledną, idą do szkoły z plamami jeszcze na twarzy, z kaszlem. Zanoszą odrę tam, skąd ją przyniosły: zapada nowa seria pierwszoklasistów.
Lekarza prawie nikt nie wzywa, chyba tylko na tą chorą kasę. Przecie każdy wie, że to chrosty. A doktór zrobiłby doniesienie do gminy, że choroba zaraźliwa. Po co się na taki wstyd narażać.
Jest czerwiec. Piękna pogoda. Przyjemnie się jedzie furmanką. Szkoda, że już jesteśmy przed chałupą. Przyjechałam do dzieci ubezpieczonego. Nie chorowałam nigdy na płuca, nie chorowałam na serce. Dużo wytrzymać potrafię. Ale do izby wejść nie mogę. Zataczam się na progu, ciemno mi w oczach, słabo. Napróżno chwytam powietrze. Powietrza nie ma.
Z trudem wychodzę przed dom. Wykonuję kilka forsownych oddechów i w końcu jeden głęboki wdech. Jak przed zanurzeniem się do wody. Z tym zapasem powietrza wchodzę do izby. Wystarczy, żeby dojść do okna. Wystarczy żeby wybić szybę. Bo okno otworzyć się nie da. Przybite gwoździami z końcem września według zwyczaju — ani drgnie. Szpary zalepione kitem, obwiedzione wałkiem szmacianym. „Odry nie wolno przeziębiać“ objaśniają mnie matki. W izbie mieszkają dwie rodziny. Rodzina mojego ubezpieczonego i druga nieubezpieczona, rodzina bezrobotnego. Razem 13 osób. W tym 6-ro dzieci chorych na odrę. Troje ma zapalenie płuc. A tak uważano, żeby ich nie przeziębić. Podłoga izby ma może 9 m2. Wysokość odpowiednia.
Starałam się dawniej tłumaczyć. Bawiłam się w wykłady. Patrzono na mnie z uśmiechem politowania. Zrażałam sobie ubezpieczonych, traciłam pacjentów prywatnych. Ustawiano przy drzwiach wartownika. Otwierano okna w pokoju chorego, gdy nadchodziłam, zamykano zaraz po moim odejściu. To samo u chłopa, to samo u inteligenta. Bo jest przyjętą powszechnie zasadą: chorego trzeba dusić. Zwłaszcza tam, gdzie płuca chore lub zagrożone zamykać okna. Niech mu jeszcze trudniej będzie oddychać. Przecie w Chinach podobno zatykają choremu nos i usta watą, żeby przypadkiem dusza nie uciekła (Pearl Buck).
Więc dzisiaj nie powiedziałam nic. Wybrałam się w podróż. Od domu do domu. W jednym domu pożyczyłam obcęgi. Wyrwałam wszystkie gwoździe. Zepsułam ramy okien. Wybiłam dla pewności kilka szyb. Ludzie biedni. Przed zimą nowych okien nie sprawią. Na chleb nie mają. Będzie otwarte przez kilka miesięcy, w dzień i w nocy. Patrzono na mnie z podełba. Przeklęto mnie do dziesiątego pokolenia. Nie przepisałam żadnego lekarstwa. Dzieci wyzdrowiały.


Kalwaria.

Tysiące pobożnych pątników idą na odpust w Kalwarii w dniu 15 sierpnia.
A około 10 września rozpoczyna się co roku epidemia tyfusu. Bo okres wylęgania tyfusu wynosi właśnie trzy tygodnie.
Leżą w Kurowie dwie siostry w wieku 15 i 18 lat. Ubezpieczone. Dopiero były takie zdrowe, poszły nawet na odpust. Mieszkają na wysokiej górze, skąd trudno byłoby je zwieźć do szpitala. Żądają przyjazdu przynajmniej dwa razy w tygodniu. Stan ciężki, odmówić nie można.
Leżą trzy osoby w Stryszawie, jedna w Krzeszowie, dwie w Tarnawie. Każda wieś w innej stronie. Jeden wyjazd zabiera 5 godzin czasu. Drogi złe. Inne środki lokomocji jak furmanka nie istnieją. Nie ma mowy o wywiezieniu ciężko chorego do szpitala. Z samego transportu by umarł. Gdyby lekarz chciał do wszystkich obłożnie chorych jeździć tak często, jak potrzebują, wypadłoby 30-ci godzin wyjazdów na dobę. Więc przeważnie tych, co dalej mieszkają, Pan Bóg leczy. I prywatnych i ubezpieczonych. Dobrze, że byli na Kalwarii.
Przyprowadza mi ojciec 12-letnią dziewczynkę. Od tygodnia gorączkuje. Chodzi jeszcze, ale coraz bardziej ją zbiera. Pobieram jej krew do badania na tyfus i zalecam zgłosić się za 3 dni, kiedy nadejdzie wynik badania. Zalecam zachować w domu środki ostrożności, żeby się reszta rodziny nie zaraziła. Ale ojciec nie zgłosił się ponownie. Obraził się, że jego córkę śmiem posądzić o chorobę zaraźliwą. Zresztą za trzy tygodnie zachorował i umarł. Na tyfus. Był pracownikiem mleczarni.
Chorowali podobno i inni pracownicy tej samej mleczarni. Ale do Ubezpieczalni zgłaszali się niechętnie. Jeszcze by ich posądzono o zaraźliwą chorobę. Jeszcze by mleczarnię zamknięto. Więc mleko i masło rozchodziło się regularnie po Suchej i okolicy.



Człowiek i pies.

Przyjechała do mnie furmanka z Kukowa. Wyjazd prywatny. Jakiś chłop zachorował. Nie wiem kto.
Jedziemy wyjątkowo tylko gościńcem. Wyjątkowo w jasny dzień. Powozi dorosły furman a nie 13 letni chłopiec. Nie wjeżdża pod każde auto. Nie jest pijany. To wyjątkowo dobry dzień.
Szybko zajechaliśmy przed ładny domek z ganeczkiem. Weszłam do pacjenta. Na łóżku leży chłop w wieku lat trzydziestu kilku. Skądś go znam. Rozpoznanie już sam sobie postawił. Napewno ma zapalenie, bo nic nie może pić. Z galanterią całuje mnie w rękę. Zdrętwiałam. Już wiem. Wiem jaką ślinę mam na ręce.
Przed 3 miesiącami było jeszcze lato. Gorący dzień. W domu z ganeczkiem były otwarte drzwi. Przy drzwiach siedział gospodarz domu i szył. Był krawcem. Nie miał czasu chodzić na spacer. W Kukowie jest bardzo dobre powietrze. Do Kukowa przyjeżdża dużo letników. Pieniądze na to górskie powietrze wydają. Tutejszy człowiek ma je zadarmo. Trzeba korzystać z powietrza.
Siedzenie przy otwartych drzwiach może się skończyć śmiercią. Nie, żeby się można było przeziębić. Przesąd. Zresztą było bardzo gorąco. Nie powiał nawet wiatr.
Nie wszedł przez drzwi otwarte bandyta z rewolwerem. Nie wpadł wilk z lasu. Wszedł pies.
Jest w medycynie jedno przykazanie, które do każdej choroby się nadaje: że lekarz najpierw pacjenta bada. Potem tego samego pacjenta leczy. Ale w jednym wypadku jest inaczej. W wypadku pokąsania przez psa. Tu bada się psa, leczy się człowieka. Całkiem naopak.
Krawiec dostał 20 zastrzyków. Pies był wściekły.
Szczepionkę przeciw wściekliźnie wynalazł Pasteur. Olbrzymi sukces medycyny. Daje tylko 1% złych wyników. W 99% zabezpiecza od wścieklizny. Wiele operacyj daje dziś kilka procent śmiertelności. Choroby zakaźne kilkanaście, dwadzieścia, trzydzieści. Ukąszenie wściekłego psa jest bezpieczniejsze niż operacja ślepej kiszki. Bezpieczniejsze niż szkarlatyna i tyfus. Dawniej było prawie zawsze śmiertelne.
Obecnie 1%. Dzięki szczepionce.
Mój krawiec był tym jednym na stu.
„Oczywiście, że pan ma zapalenie — mówię i wyszłam pomówić z żoną. Pomówić w sprawie transportu do szpitala. Za kilka godzin zaczną się ataki. Już teraz jest bardzo podniecony. Na widok wody wpada w szał. Pozabija całą rodzinę. W domu są drobne dzieci. Nie można go tu zostawić. Trzeba go transportować do szpitala. Piękne słowo.
Zdarza się, że ktoś z letników zachoruje w pobliżu Suchej. Chce jechać do szpitala. Pyta się wtedy o auto sanitarne. Niechże posłucha o tym aucie.
Na furmance, którą przyjechałam, układa się posłanie ze słomy. Na szukanie drugiej furmanki nie ma czasu. Jedziemy razem z pacjentem do Suchej. Z nami jedzie kochająca żona chorego. Zdążyła go już pocieszyć, że to nie zapalenie. Objaśniła go, że to wścieklizna. Teraz milczy.
Przyjechaliśmy do mego mieszkania. Zostawiłam w domu krawca z żoną. Poszłam na pocztę. Zatelefonowałam na pogotowie w Krakowie. Otrzymałam tam cenne informacje. Pogotowie nie wozi chorób zakaźnych. Inne przewozi, owszem. Ze Suchej do Krakowa za 100 złotych. Poradzono mi dzwonić do Miejskich Zakładów Sanitarnych. Auta Miejskich Zakładów przewożą zakaźne przypadki, owszem. Ale nie wyjeżdżają poza Kraków. Zatelefonowałam do Starostwa w Makowie — udzieliło ni i grzecznie dobrej rady: Niech go transportuje gmina. Niech go transportuje rodzina. Ale gmina jest w Kukowie o 12 km od Suchej, a rodzina...
U mnie w mieszkaniu popłoch. Pacjenci uciekają i krzyczą. Krawiec już opowiedział wszystkim, co mu jest. Kochająca żona zabrała wóz. „Kiedyś go pani leczyła, to sobie go pani odwoź — powiedziała“. To rzekłszy odjechała do Kukowa.
Za 20 minut odchodzi pociąg. Wychodzę na ulicę. Zatrzymuję najbliższego policjanta. Proszę go o odwiezienie pacjenta. Pojechałabym sama, gdyby mi czas pozwolił. Dałam pieniądze na bilet. Poszli.
Ledwo się trzymał chłop na nogach. Może zajdzie na stację z pomocą policjanta.
Odetchnęłam. Nie wiedziałam tylko, że policjant nie pojechał. I że też się boi wścieklizny, choć nosi bagnet i karabin. Że odprowadził go tylko na stację. Że chory pojechał sam. Że w Krakowie na ulicy dostał ataku. A ataki wścieklizny są jak stan szałowy wariata.
Dziś wszystko wiem. Wiem, że w Suchej nie ma nawet noszy do transportu chorych, chociaż gościńcem mkną setki aut, a w górze warczy czasami aeroplan. Że prędzej można się dostać do stratosfery niż ze wsi w nagłym wypadku do szpitala. Wiem wszystko, co potrzeba.
Zostawię teraz każdą wściekliznę w domu. Niech pozabija rodzinę. Niech zakazi kogo chce śliną. Niech idzie do tych wszystkich urzędów, które umieją dobrze radzić. Nie zabiorę go tylko do mego mieszkania. Jak każdy doświadczony lekarz.


Nie zaglądaj ubezpieczonym w zęby.

Gdy się ktoś trzyma za część ciała zwaną twarzą i wzrokiem błędnym spogląda, wiadomo co jest. Ząb go boli.
Więc żal mi się zrobiło nieboraka, jak powiada ktoś w „Panu Tadeuszu“ i wołam go przed kolejką. Ząb nadaje się do leczenia, więc chłop dostaje kartkę do dentysty.
Ale nie rusza się ze stołka. „Ja chcę, żeby mi pani tego zęba wyrwała. Ja płacę chorą kasę, mnie się należy“. I nie ma na to rady. Nie pomaga tłumaczenie, że ząb da się jeszcze wyleczyć. Ani że w młodym wieku nie można tak lekkomyślnie zębów tracić, bo wnet nie będzie miał czym gryźć. Ani że bez zębów pannie się nie spodoba.
„Pani ma to robić co ja chcę, bo ja płacę do Ubezpieczalni. Gdybym chciał, żeby mi pani ten palec ucięła, to pani musi to zrobić. W tej Ubezpieczalni, to tylko chcą naprawiać i naprawiać zęby. Nie będę tyle razy da dentysty chodził. Pójdę do prywatnego doktora to mi za 3 zł wyrwie“.
I poszedł do prywatnego doktora. Za swoje pieniądze to on doktorowi powie, co z zębem trzeba robić.
Mam wiadomość z wiarygodnego źródła, że doktór dał się przekonać.
Dlaczego nie ma 3 zł zarobić?
Poco odsyłać pacjenta do dentysty?
Z jednym zębowym pacjentem weszli i inni. Chcę się od razu pozbyć tej zębatej kolejki. Kilka młodych kobiet poniżej lat 30. W ustach już prawie same ropiejące korzenie. Nadają się do wyrwania. Ale mało która z pacjentek zgadza się na usunięcie korzeni. „Na razie nie boli to niechta siedzi. O te w zadku to mi nie chodzi. Jak uzbieram trochę pieniędzy za mleko i jajka — mówi — to sobie u prywatnego dentysty dam zrobić koronę na ten ząb z przodu“. Oczywiście na zdrowy ząb. Bo jakżeby mogła bez korony iść na wesele siostry.


Dowód osobisty.

Były niedawno takie czasy, że ubezpieczeni nie mieli legitymacji z fotografią: przynajmniej na prowincji. Święte to były czasy. Z kartką pracodawcy wydaną na nazwisko ubezpieczonego przychodzili do lekarza wszyscy krewni, koledzy i sąsiedzi. Dzisiaj tylko podstawia się dzieci. Bo dorośli mają legitymacje z fotografiami.
Otóż w tych dawnych dobrych czasach przyszła młoda kobieta do zbadania; żona ubezpieczonego Józefa K. Źle się czuje od paru miesięcy, osłabiona, bóle w krzyżach i t. d. —
„A dzieci ile pani ma“. „Nie mam dzieci“.
Otwieram kartotekę, dwa porody zanotowane.
„Ma pani dzieci, czy nie?“
„Nie mam“.
„Więc dlaczego mam zapisane, że pani dwa razy rodziła“.
„Mam dzieci — rumieniąc się mówi — tylko się wstydziłam przyznać“.
Sprawa zaczyna się wikłać.
„Mężatka wstydzi się, że ma dzieci“? Dziwnie się czasy zmieniły.
Kładę pacjentkę na krześle ginekologicznym i stwierdzam autentyczne dziewictwo. A żona Józefa K. dwa razy rodziła.
Okólnik — nie wiem który.
Ubezpieczalnia radzi, żeby w wypadkach wątpliwych posługiwać się stanem uzębienia, jako środkiem do stwierdzenia tożsamości osoby. Ginekologia daje sposoby prostsze.
Trzeba wiedzieć, jak kogo legitymować.


O cudownych własnościach wody ze Skawy.

Niezwykły urodzaj na lues w tym roku. Już za 50 gr. można go dostać, jak mnie poinformowali wtajemniczeni.
Co drugi dzień przychodzi któryś z młodych robotników ze świeżym owrzodzeniem pierwotnym. Aż trzeba było wyznaczyć osobne godziny na zastrzyki. Póki objawy nie nikną, chodzą regularnie. Później trudno ich będzie przekonać. Przyprowadzają i kolegów — rolników nieubezpieczonych. Kto ma szczęście i dostanie gdzieś pracę i świadczenia ubezpieczalni przychodzi się leczyć. Kto nie ma, rezygnuje po kilku zastrzykach. Zbyt wielki koszt. A choroba wcale nie dokucza. Może to nieprawda, że to takie niebezpieczne. Może lekarz tak straszy, żeby wyciągnąć pieniądze? Kto by się na tym wyznał. Zobaczymy jak będzie dalej, mówi każdy.
I czekają miesiące i lata. Do czasu, kiedy się nic nie da zrobić. Za kilka tygodni przyjdzie nowa seria chorych; będą to kobiety ze świeżymi objawami choroby, fala zatacza szersze kręgi.
I znów prywatny lues. Znowu dziecko. Dorosły z jakimiś tam krostami nie pójdzie tak prędko do lekarza. Na chorą kasę jeszcze by poszedł, ale na swój koszt to nie. Ale ożenił się i dzieci mu się nie chowają. Jedno, drugie i trzecie umarło. A czwarte w tym roku urodzone też zaczyna chorować. Znowu całe krostami obsypane.
Więc przychodzi matka. Płacze i prosi, żeby jakoś dziecko ratować. Słucha co to za choroba, jak trzeba leczyć i ile to będzie kosztowało. Zgadza się na badanie krwi, nawet się nie obraziła. Co więcej bierze dwa zastrzyki wraz z dzieckiem. I przestaje przychodzić. Poszła po radę do akuszerki egzaminowanej. Jakieś tańsze sposoby leczenia przecież muszą być. I dowiaduje się, że są: trzeba codziennie rano kąpać dziecko w wodzie ze Skawy. (Rzeka koło Suchej). Jaka to dobra matka mówią wszystkie sąsiadki. Chodzi codzień 2 kilometry po wodę do Skawy, niesie wodę do domu i kąpie dziecko. Żeby mu tylko pomogło.
I pomogło: dziecko nie umarło. Ma 15 miesięcy, nie chodzi i nie siedzi. Leży w kołysce blado żółte i z trudem głowę podnosi.
Jeszcze codzień kąpie się w cudownej wodzie ze Skawy.


Prywatny wyjazd do porodu.

W odległości 12 kilometrów od Suchej rodzi kobieta. Wie, że poród będzie ciężki, bo tamte cztery porody też były nie lekkie. Ledwie z nich z życiem wyszła. Pierwsze dziecko rodziła dwa dni chociaż było bardzo malutkie. To jedno jej żyje. A te późniejsze, jak to zwykle bywa, coraz większe. Dwoje przyszło na świat nieżywych przy akuszerce. Trzeciemu doktór dziurę w głowie zrobić musiał.
Więc jest przygotowana na wszystko co najgorsze. Już babka przy niej siedzi. Egzaminowanej akuszerki nie weźmie, bo do chorej kasy nie należy. Zażądałaby 10 albo i 20 zł. A babce 5 zł. wystarczy. Ona 6-cioro dzieci urodziła, to się na tym zna. O rodzącą troszczy się jak może. Co chwila palcami wchodzi i coś rusza, żeby się otwór w macicy powiększył. A taka egzaminowana nie chciałaby otworu robić, ino by się myła i myła. Raz ma człowieka dotknąć, to się tyle czasy do tego myć musi. I mydła szkoda i izba się zachlapie. A po porodzie egzaminowana akuszerka ręcznik maczany w zimnej wodzie kobiecie na brzuchu kładzie. Jeszcze macicę przeziębi. Z babką to jakoś weselej. Swoja, znajoma, na weselu była. Pierwsze dziecko do chrztu trzymała. Jak tylko dowiedziała się, że sąsiadka rodzi, zaraz przyszła. Prosto od roboty, bo gnój z pod bydła wybierała.
Bóle idą jedne za drugimi od wczesnego rana, kobieta jęczy i stęka. Babka robi otwór w macicy i pociesza. Już wieczór nadchodzi, dziecka nie widać. Jeszcze przed południem woda z kobiety odeszła. „Trzeba posłać po egzaminowana akuszerkę — mówi babka — bo ja tu nic nie poradzę.“ „Widać, się dziecko skręciło we środku“. Więc mąż idzie szukać koni. Za niecałe dwie godziny są konie. Po następnych czterech godzinach przyjeżdża egzaminowana akuszerka. Niedaleko nawet mieszka, ino ją trzeba było po domach szukać. Egzaminowana szuka drzewa, pali w piecu i grzeje wodę na mycie rąk. Piec zły. Woda będzie za 2 godziny.
Już od sześciu godzin zamiast pojedynczych bólów porodowych — co to jak zwykle jeden za drugim idą a w przerwie kobieta choć na chwilę może odetchnąć — jest jeden ciągły ból; macica grozi pęknięciem. Rodząca krzyczy, krzyczy okropnie bez przerwy. Teraz chcą wszyscy z domu uciekać i mąż i babka. Nie mają serca na to patrzeć. Egzaminowana nie czeka na wodę z pieca. Myje ręce w brudnej wodzie z konewki i bada. „Kobieta ciasno zbudowana — mówi — a dziecko ma dużą główkę, ta główka nie przejdzie. Tu potrzebny będzie doktór“. „To pocóż pani szkołę kończyła — mówi mąż — kiedy pani nic nie potrafi poradzić i pani płacić i doktorowi, to za dużo. Poczekajmy jeszcze, może się urodzi“. Ale egzaminowana czekać nie chce. „Chcecie posyłać po doktora to zostanę — a nie — to nie mam tu co robić — powiada — kiedyście wiedzieli, że kobieta źle rodzi, trzeba mi ją było przed porodem do badania przyprowadzić. Byłaby do szpitala zawczasu pojechała. A przynajmniej mogliście mnie wcześniej zawołać. Byłabym posłała po doktora w swoim czasie, a nie teraz, kiedy kobieta ledwie żyje“.
Więc chłop szuka po nocy drugich koni, bo te co jeździły po egzaminowaną akuszerkę są zmęczone. Za godzinę konie są. Za cztery godziny przyjedzie lekarz. Droga w jedną stronę trwa przeszło 1½ godziny, a narzędzia też trzeba pozbierać. Zapomni się o najmniejszym drobiazgu, cały lekarz na nic. Palcem zabiegu nie zrobi. Jeżeli nie weźmie dostatecznej ilości spirytusu do palenia, nie wygotuje narzędzi. Gotowanie na wiejskim piecu może trwać 3 godziny. Za 3 godziny kobieta umrze. Bo już przeszło od 9 godzin grozi pęknięcie macicy.
Zabieg prawie beznadziejny. O odesłaniu do szpitala nie ma mowy. Szukanie nowych koni zajęłoby godzinę. Pakowanie kobiety na wóz półtorej godziny. Droga do stacji kolejowej jedną godzinę razem 3½ godzin. A najbliższy pociąg odchodzi za pół godziny. Następny za 14 godzin. Ani zdążyć na pierwszy — ani dożyć do drugiego. Trzeba zacząć robić wymóżdżenie. Przy grożącym pęknięciu macicy należy pracować w narkozie. To zmniejsza niebezpieczeństwo pęknięcia. Kto będzie dawał narkozę, kiedy akuszerka musi pomagać przy zabiegu? Trzebaby mieć dwie kwalifikowane osoby do pomocy. Jedną do narkozy, drugą do asysty. Więc rezygnujemy z narkozy. Zresztą eter wiadomo łatwo palny materiał — a baby świecą lampką naftową. Podejdzie która bliżej i spłonie położnica wraz z lekarzem i asystą.
Więc akuszerka ma trzymać głowę przez powłoki brzuszne. Lekarz ma wymóżdżać główkę. Każdy ruch główki pod naciskiem narzędzia, które ma przebić kość czaszki naciska na mięsień maciczny grożący od dawna pęknięciem. Od akuszerki która unieruchamia główkę zależy życie rodzącej. Nie łatwo jest akuszerce trzymać główkę poprzez napięty aż do ostatnich granic mięsień. Pęknięcie następuje przed ukończeniem zabiegu: bóle ustają zupełnie. Kobieta blednie coraz bardziej. Ciemno jej w oczach. Przez kilka minut drgawki i śmierć.
Winien jest lekarz, winna egzaminowana akuszerka.
Najlepsza jeszcze babka. Póki ona była przy porodzie, to było dobrze. Kiedy tylko przyszła egzaminowana, już się kobiecie pogorszyło. A przez doktora dopiero na dobre umarła...


Dlaczego się chłopcy źle chowają.

I znów prywatny pacjent, młody chłop. „Dziecko mi chore“ — powiada. „A gdzież to dziecko?“ — pytam. „A no w domu. Na zbadanie dziecka pieniędzy nie mam, ino tak przyszedłem, — na poradę. Co to takiego jest, że mi się chłopcy chować nie chcą, a dziewuchy wszystkie trzy co się urodziły to żyją. Strasznie byśmy chcieli chłopaka mieć. Już mi dwóch chłopców umarło, jeszcze miesiąca nie mieli. A teraz trzeci przed tygodniem na świat przyszedł i znowu choruje. Zdaje się, że nic z niego nie będzie. A człowiek już nie wie, co mu dać, żeby się chował. I jajkośmy mu na mleku roztrzepali i ugotowali i bułką z mlekiem karmili i śmietanką. A żona to co po chwilę pierś mu daje. Kiedy tylko zapłacze i w dzień w nocy. A im więcej daje, tym więcej dziecko płacze. Teraz to już nic nie je i nie pije ino zwraca cięgiem i zwraca. I ktoby to powiedział, że na tyle starania, tak się dziecko potrafi źle chować“.


Moralność przede wszystkim.

I chłopcy się źle chowają i dziewczęta też źle. Gdzie jakie dziecko się urodzi, ciągle choruje. Jedno zwraca, drugie ma czyszczenie, trzecie nie chodzi i nie siedzi w swoim czasie.
Ale będzie w Suchej coś nowego:
Będzie poradnia — stacja opieki nad dzieckiem. „Podobno będzie tam waga i pielęgnarka będzie ważyła każde dziecko“. Mówi jedna kumoszka. „Co to na chorobę ważenie dziecku pomoże?“. „Ważenie szkodzi“ mówi druga sąsiadka — byłam raz z dzieckiem u takiego dochtora, co dzieci ważył, co to wiecie się nazywa specjalista. I dziecko w równe trzy miesiące potem umarło. Ani o jeden dzień wcześniej ani później; widocznie że mu ta waga zaszkodziła. Zapalenia płuc dostało, bo się na wadze przeziębiło i ten ziąb w nim już został“.
„Ja tam mojego dziecka ważyć nie dam — mówi trzecia — choćby nie wiem co. Będzie chore to pójdę z nim za pieniądze do dochtora, żeby mi leków przepisał. Na tę chorą kasę to zawsze coś wymyślą“.
„Ale tam się będzie podobno chodziło tylko ze zdrowymi dziećmi, mówi inna“.
„A pocóżbym ja ze zdrowym dzieckiem do doktora chodziła, dziwi się sąsiadka. Kto zdrowy, temu doktór nie potrzebny“.
„Że to ma być niby opieka nad dzieckiem — wyjaśnia pierwsza. Mówiła pielęgniarka, że nas tam będą uczyli, jak trzeba dzieci chować“.
„Ja sześcioro dzieci miałam, a troje pochowałam, to mnie doktorka uczyć nie potrzebuje. Ona dzieci nie chowała. Co ma Pan Bóg wziąść, to weźmie, wszystko jest w ręku Boskim“.
I radzą kumoszki i radzą. Że doktorka każe dziecku jakieś marchewki dawać. I na zegar patrzeć kiedy karmić. I całą noc dziecku piersi nie dać. Przecie taka malizna tak długo bez piersi nie wytrzyma. A najgorzej to już z tym powietrzem. W zimie każe malutkie dzieci na pole wynosić. Coś się jej w głowie musiało popsuć, albo jej gościec na mózg uderzył.
I ruch się robi coraz większy. Dociera do miejscowej inteligencji. Ocknęli się alkoholicy. Zacietrzewiły się plotkarki.
Poradnia dla dzieci? O, to coś podejrzanego!
I wszyscy zgodnie zadrżeli o zagrożoną moralność.
Wreszcie przychodzi do mnie oficjalnie przedstawicielka moralistów. I zadaje mi uprzejme pytania: Czy w poradni dla dzieci nie będą się działy rzeczy sprzeczne z etyką katolicką. Ma na myśli przerywanie ciąży.
„Łaskawa pani — odpowiadam. W pytaniu pani tkwi mały lecz zasadniczy błąd; do stacji opieki nad dzieckiem zgłaszają się dzieci już urodzone, a częściowo nawet nieco podchowane. Czy pani sądzi, że te dzieci potrafiłabym jeszcze wyskrobać?“
Pytanie zadała mi osoba z inteligencji.


Cudotwórcy.

Wszyscy wiedzą co to jest mocz, jak wygląda i do czego służy. Z punktu widzenia lekarskiego potrzebny jest głównie do badania chorób nerkowych i cukrzycy. I do hormonów przysadkowych. Do świnek morskich i młodych myszek białych. I do niektórych innych celów zależnie od aspiracji naukowych delikwenta. Tak jest w klinice i tak się wykłada studentom medycyny. Ale w życiu jest inaczej.
Leży chory chłop albo baba, na wysokiej górze, powiedzmy w pobliżu Suchej — furmanką dwie godziny jazdy w linii powietrznej nie będzie więcej jak 8 km. Droga zła, wyboista. Połowa wozu jedzie drogą a połowa prawie że wisi nad urwiskiem głębokości około kilkudziesięciu metrów. Można doktora wywalić do potoka a gorsza wóz się popsuje i koniowi się co stanie. A choć dowiezie się doktora w porządku na miejsce, to czy to się opłaci? Ze 20 zł musi chłop zapłacić, a może się doktór nie pozna na chorobie. Są miesiące, że wcale nie można dojechać: droga wyślizgana, lód, stromo. Chyba naokoło. Ale to więcej wykosztuje i furman i doktór. A skąd tych pieniędzy brać? Kiedy baba była zdrowa, nosiła codzień litr mleka do Suchej. Chodziła codzień wczas rano tą drogą, którą w razie nieszczęścia wiezie się doktora lub księdza. I uzbierała 6 zł za miesiąc. Ma te 6 zł w węzełku pod poduszką i myśli, jakby się ratować. Więc sąsiadki doradziły: poślijcie mocz do doktora.
Podkładają pod babę garnuszek: — taki zwyczajny, co się w nim masło do miasta nosi. Przecie to się potem umyje. Wlano mocz do flaszeczki i chłop idzie do Suchej. Przychodzi do mnie i pyta: „Czy pani bada z moczu“. Więc próbuję mu wytłumaczyć: mało jest takich chorób, żeby można je było z samego badania moczu poznać. Zwykle musi się całego chorego zbadać. Zbadam ten mocz, ale panu nie obiecuję, że to wystarczy. Pewnie będziecie musieli chorą tu przywieźć, albo trzeba będzie do niej jechać. „Przywieźć jej po takiej drodze nie dam rady, bo na łóżku już mało co dycha, jeszczeby po drodze umarła. A pani też nie powiezę, bo nas na to nie stać. A do chorej kasy nie należę. Mam płacić za badanie moczu, a jak pani się z moczu na chorobie nie wyzna, to wolę iść do Frydrychowa. Tam jest doktór, co na wszystkie choroby z moczu bada“. Więc chowam mikroskop do szafki i milknę, więcej nie mam nic do powiedzenia! A chłop idzie pieszo do Frydrychowa jeszcze około 20 klm., z flaszeczką moczu. Co to za dobry doktór w tym Frydrychowie. Ino pod światło na mocz popatrzył i już wie co jest: ciężka gruźlica, zakażenie krwi albo cośkolwiek innego.
Nie byłam przy tym badaniu, lecz domyślam się, że tak się odbywa: doktór ma w pudełeczku małe karteczki a na każdej napisaną nazwę choroby. Wszystkie choroby jakie są na świecie. I patrzy na mocz pod światło. Potem zamyka oczy i wyciąga jedną karteczkę z pudełka. Otwiera oczy i odczytuje nazwę choroby. I pisze receptę. Znamy te recepty w całym powiecie: potrochu wszystkie środki jakie są w aptece, niekoniecznie nawet po alfabecie spisane. Lekarstwo kosztuje 30 albo 40 zł. Chłop sprzedaje prosiaka. Bo na „japtekę“ pieniądze muszą się znaleźć. Będzie chwalił doktora, że drogie lekarstwo przepisał. Będą go popierały apteki. Będzie najsławniejszym lekarzem w powiecie.


Dziwna potrawa.
Rp. Amidopyrini 
 1.0
Natrii aethyl phemylbarbiturici 
 0.75
Natri hydrobromati 
 10.0
Sol. arsen. Fowleri 
 2.0
Tr. digitalis 
 1.0
Tr. belladonnae 
 0.5
Tr. strychni 
 1.5
Tr. valerianae 
 5.0
Succi liquiritiae 
 7.5
Syr. kali sulfoquajacolici
H2
 ad 200.
M.

Sposób użycia: 2 — 3 razy dziennie ½ — 1 łyżki stołowej.

Trochę miodu z pieprzem i masłem, śledź z rodzynkami i bitą śmietaną do tego solona konfitura.
Nie ma na świecie kucharki, któraby zmieszała artykuły spożywcze, tylko dlatego, że stoją obok siebie w kredensie. Nie ma człowieka, któryby zjadł tę potrawę.
Ale może istnieć lekarz, który zmiesza różne środki, tylko dlatego, że stoją obok siebie na półce aptecznej. Może istnieć aptekarz, który tę mieszaninę sporządzi i sprzeda. Może istnieć pacjent, który ją wypije. Który za nią chętnie zapłaci.
Może się zdarzyć, że autor takich recept ma dużą praktykę. Jest najsławniejszym lekarzem w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.


Apteki.

Z różnymi częściami ciała ma lekarz prowincjonalny do czynienia. Dlatego jest nazwany omnibusem.
Więc przyszedł pacjent z okiem. Prywatny, gospodarz wiejski. Oko zniszczone, zmienione w niekształtną bliznę. Prawdopodobnie miał wrzód na rogówce. Od trzech tygodni głowa go bardzo bolała. Z dnia na dzień coraz gorzej widział, ale to jeszcze dało się wytrzymać. Dopiero w tym tygodniu mu się pogorszyło, więc przyszedł.
Przyszedł, gdy oka już nie było.
Gdyby zaczął chodzić od pierwszego dnia, zostałby prawdopodobnie za tydzień wyleczony.
„Ady leczyłem się od początku — mówi chłop“ I opowiada, jak było: do różnych aptek chodził i lekarstwa kupował. „Bo przecież aptekarz musi wiedzieć, co jest dobre na oko, gdyby nie wiedział, toby nie sprzedawał. Poco doktorowi płacić za receptę? I ktoby to pomyślał, że tyle leków mu nie pomoże? Kosztowały kilkadziesiąt złotych.


Instrument mądrzejszy od lekarza.

Nie wiedziała p. Szpilecka, że badanie moczu było potrzebne. Skąd miała wiedzieć?
Leczy się od miesiąca na chorobę nerek. Na jaką, to tajemnica. Straciła kilka kilo od przepisanej diety.
Nie dawno kupiłam mikroskop za 680 zł. Za niską stosunkowo cenę nabyłam przedmiot wartości 1000 zł. Bez mikroskopu lekarz jest jak bez prawej ręki. Nie może rozpoznać i rozróżnić chorób nerkowych. Nie może wykryć gonokoków i prątków gruźliczych. Błądzi po ciemku. Bo gruźlica, choroby nerkowe i gonorea, to chleb powszedni lekarza. Większość pacjentów.
W moczu p. Szpileckiej nie było nic. Nerki zdrowe. A plecy jak bolały tak bolą. Nie wiem dlaczego.
W szpitalu długo ją później badano. Interna nie znalazła dla siebie nic. Chirurgia także nic. Bo zapalenie korzonków nerwowych nie należy ani do tych ani do tamtych. Znaleźli je dopiero neurolodzy. Szpilecka jest im wdzięczna za leczenie. Moja pani, a mikroskop to pies?
Kto był tym pierwszym detektywem, który wykrył, że szuka się złodzieja na fałszywym tropie? Przecie mikroskop nie lekarz.
Badania moczu nauczy się każda służąca za miesiąc. Sprytniejsza za dwa tygodnie. Jeżeli tylko będzie miała mikroskop, probówki i odczynniki. Mikroskop kosztuje 1000 zł.
Bez mądrych przyrządów lekarz jest nie wiele wart. Nic na to nie poradzę.


Co to jest oberwanie i jak należy je leczyć.

Nie wiele dzisiaj egzaminowana akuszerka zarabia na wsi.
Rzadko się zdarzy, żeby jej 10 zł zapłacili za poród. Jeszcze z chorej kasy to płacą 8 zł. A od innych dobrze jak 5 zł dostanie. Bo może i nic nie dostać.
Wysiedzi się ze 24 godzin przy kobiecie, a choćby tylko przez noc, potem jeszcze przez kilka dni musi przychodzić ze tę samą piątkę, kobietę zobaczyć, łóżko przesłać, dziecko ukąpać. Nieraz i starszym dzieciom jeść ugotować i izbę zamieść.
Pięć albo i sześć porodów trafi się jej w miesiącu. Dużo kobiet wzywa babki.
Z tych pięciu albo sześciu nie wszystkie kobiety płacą. Jedna zapłaci, gdy mąż pracę dostanie. Druga kiedy sama pozdrowieje i jajka albo serek na jarmarku sprzeda. A trzecia nie zapłaci wcale. Może kiedy w lecie odrobi, kiedy będzie robota w polu.
A akuszerka musi żyć. Musi mieć kuferek z narzędziami i lekarstwami.
Poniektóra ma swoje gospodarstwo. Inna przyjmuje bieliznę do prania. Trzecia chodzi do kopania ziemniaków i innej polnej roboty. Prawie wszystkie robią poronienie — czym mogą — i w każdym miesiącu ciąży.
A niejedna wreszcie leczy. Najlepiej leczy akuszerka Zembrzycka. Ta co kąpiele w wodzie ze Skawy doradza. Umie smarować po brzuchu. Kogo ino brzuch zaboli, ten woła akuszerkę Zembrzycką. I chłop i baba!
Jednemu doktór mówił, że ślepa kiszka i trzeba na operację jechać. Kobiecie znowu powiedzieli doktorzy, że na zapalenie jajników choruje. Innej, że gruźlica kiszek. Wiadomo, że doktór na oberwaniu się nie wyzna.
Kiedy brzuch boli, wszyscy wiedzą, że nie co innego, ino musi być oberwanie. Z podźwignięcia. Znosi się snopki do stodoły, konewki z wodą, strawę dla bydła. I wnętrzności się oberwią.
Nie ma na to innej rady ino akuszerka. Wysmaruje mocno brzuch. Wnętrzności podniesie do góry i na swoim miejscu ułoży. I każdy mówi, że mu się po smarowaniu poprawiło. Tylko, że jakoś parę osób zaraz wzywało lekarza. I wnet poumierali na zapalenie otrzewnej.
Widocznie akuszerka pomogła, ino doktór zaszkodził.


Wcierki rtęciowe.

Stara metoda ale dobra. Mówią wenerolodzy. Stosowana już w starożytności. Trzeba stosować przez 5 dni, potem skontrolować chorego czy nie ma zapalenia dziąseł, albo co gorsze nerek. Potem przerwa jednodniowa. Znów przez 5 dni wcieranie, codzień w inną część ciała. I znów kontrolować i znów wcierać. Do sześciu razy sztuka, trzydzieści wcierek razem. Tak nas ładnie uczyli.
Ale chłop nie taki głupi, żeby chodzić co 6-ty dzień do doktora na jakąś kontrolę, żeby doktór za wizyty pieniądze wyciągał. Na chorą kasę to można tak chodzić po próżnicy. Za swoje pieniądze nie ma głupich. Receptę dostał. Wie, czym się leczyć, wystarczy, że na aptekę pieniądze wyda. I chłop wydawał ile mógł, kupował lek, który mu doktór przepisał. Na aptekę nigdy nie szkoda. Po kilku miesiącach przychodzi do drugiego doktora. Przepisowe zatrucie rtęcią: zapalenie nerek.
Wszystkiemu tamten doktór winien.



I wierz tu mężczyznom.

Pogodna księżycowa noc. Wiosna. Może by raz pójść na spacer? Nie. Już zajechała furmanka. Młody chłop z Makowa przed dwoma laty się ożenił. Przed rokiem żona rodziła. Było poprzeczne położenie. Obrót płodu. Pamiętam.
Znów trzeba jechać do kobiety. Czegoś ją strasznie brzuch boli. „A nie poród przypadkiem?“ — pytam. „Uchowaj Boże“ — mówi mąż — Bolenie brzucha ma od rana“.
Wsiadam na furmankę z niepokojem. Nie zabrałam ze sobą nic. Dokładnie przed rokiem rodziła. A teraz brzuch ją boli? Dziwne.
Kobieta mieszka niedaleko. Rzeczywiście bardzo ją brzuch boli: właśnie wypadła pępowina. Przed chwilą wody odeszły.
Płód w położeniu poprzecznym. Tętno ma złe. Trzeba obrócić i wydostać natychmiast, inaczej się udusi. Nie ma wody, nie ma mydła, nie ma spirytusu. Brudnymi rękoma nie wolno wchodzić do macicy.
Próbuję zewnętrzny obrót. Udaje się jeszcze. W kilka minut później, jużby się nie był udał. Rodzi się żywe dziecko — przypadek.
Przypadek, że rodząca nie mieszka o 2 kilometry dalej. Przypadek, że przy gościńcu, nie na wysokiej górze. O dwa kilometry dalej zastałabym nieżywe dziecko. O 500 metrów wyżej — położenie poprzeczne zaniedbane. Nie dałoby się już obrócić ani od zewnątrz ani od wewnątrz. Trzebaby rozkawałkować płód. Nie miałabym ze sobą narzędzi. Nie zdążyłabym na ich przysłanie się doczekać. Bo drogi złe i długo się idzie do góry. Patrzyłabym na grożące pęknięcie macicy nie mogąc nic zrobić. Patrzyłabym na śmierć.


Ochrona pracy.

W roku 1934 była powódź. „Woda wyżej“ jak mówi Kurek. Zalała wszystkie drogi, zepsuła mosty, zniszczyła tor kolejowy. Jak zwykle powódź. Przez 4 dni nie przychodzili pacjenci do Ubezpieczalni. Nie mieli którędy przyjść. Nie przyjechała po mnie żadna furmanka. Było święto.
Ale dobre rzeczy krótko trwają. Powódź minęła. Zatrudniono nowych robotników przy naprawie gościńca, na torze kolejowym, przy mostach. Po 2 zł 50 gr dziennie.
Zatrudniono wielu nowych w kamieniołomie. Nastał okres dobrej koniunktury dla właścicieli kamieniołomów. Zwiększony popyt na kamień. Bo kamień potrzebny jest przy naprawie gościńca, torów i mostów.
Do pracy w kamieniołomie zgłasza się najwięcej robotników. Tam można zarobić 4 zł dziennie. Najwięcej płacą.
W kamieniołomie pracuje się do późnego wieczoru. Na górze i na dole. Jedni na szczycie skały, drudzy u stóp. Trzeba wykorzystać koniunkturę. Lecą z góry mniejsze i większe kamienie. Spadają ogromne głazy. Praca wre.
Co kilka dni widzę owoce tej pracy w ośrodku Ubezpieczalni: złamanie uda. Złamanie podudzia. Złamanie ramienia. Potłuczenie głowy. Złamanie kilku żeber.
Bo ci na górze strącają kamienie. A na dole też ktoś musi pracować. „Sami sobie winni“ — mówią osoby z inteligencji. „Przecie mogą uważać. Nie widzą, że kamień spada?“
Nie widzą, łamią ręce i nogi. Nie będą mogli wrócić do młota i łopaty. Łopatę trzeba mocno nogą naciskać. Innej roboty nie dostaną. Choć Zakład Ubezpieczeń przyzna kilkanaście złotych renty, rodzina z tego nie wyżyje.
Tak było w 1934 roku w lecie. Potem przeszło. Przez 4 lata był spokój. W tym roku kamień znów zabił chłopa. Widocznie wraca dobra koniunktura.
Podobno jest na świecie stworzenie nazwane inspektorem pracy. Nie widziałam go nigdy w życiu. Nie ma go w naszej menażerii.


Sezon letni.

Nie należała kobieta nigdy do Chorej Kasy. Przez całe życie po doktorach nie chodziła. Ale w tym roku trzeba było trochę pieniędzy do gospodarstwa dołożyć. Poszedł mąż pracować na torze kolejowym w sezonie.
Skoro się płaci do tej Chorej Kasy, trzeba z niej korzystać. Jest w domu dziecko 5-cio letnie. Chore od 4 miesięcy na nogę. Kolano spuchło. Nie klęśnie i nie obiera. Chociaż leczyli jak mogli. Przykładali ślaz i podbiał. Okładali serwatką. Dobrze doktorowi wymyślać, że dziecko zaniedbali. Nie wiedzieli przecież, że to gruźlica stawu, że z dzieckiem źle. Skąd mieli wiedzieć? Nie mieli Chorej Kasy. A choćby nawet poszli do doktora za pieniądze? Nie mieliby i tak pieniędzy na szpital. Jest jeszcze drugie dziecko chore na oczy. Podobno też gruźlica. Gdy tamto do szpitala wyjedzie, trzeba będzie to młodsze co dzień do tej Ubezpieczalni przynosić. Dziecko 2-letnie, 5 km drogi.
Ciężkie będzie dla matki to noszenie. Bo kobieta przy pierwszym porodzie pękła. Będzie temu 12 lat. Wydostająca się na świat główka dziecka, rozdarła krocze. Rzecz częsta.
Miastowym paniom zdarza się też pęknięcie krocza. Wzywają zaraz lekarza, żeby zeszył. Kilka minut czasu i parę ukłuć igłą. Kroczę zacerowane. Kobieta wiejska do szycia krocza lekarza nie wezwie. Szkoda pieniędzy. Z tego, że otwór będzie większy, nie umrze.
Upłynęło od tego czasu lat 12. Kobieta urodziła jeszcze 7-o dzieci. Ma lat 32. Wygląda na 50. Chodzi i pracuje, kopie w polu. Nosi konewki. Dźwiga snopki.
Ale pomiędzy nogami pląta się worek, wielkości głowy dziecka, pokryty ropiejącymi ranami. Straciły wnętrzności oparcie od dołu. Macica zsuwała się coraz niżej. Wreszcie wypadła całkiem. Pochwa wywróciła się na lewą stronę, jak rękaw.
Wisi to wszystko i ociera się o nogi. Zawadza przy pracy. Boli.
Nie słyszała kobieta nigdy o tym, że na to operacja pomoże. Nie była nigdy u lekarza. Gdy dziecko wróci ze szpitala, a drugie trochę się podleczy, ona pojedzie. Póki mąż pracuje.
A mąż niewiadomo czy do końca sezonu dorobi. Też jakiś niebardzo zdrowy. Kaszle i pluje coraz więcej. Męczy się podobno przy robocie. Trzęsie go zimnica i rozpaluje gorączka. Do zbadania jeszcze nie przyszedł. Nie chce opuszczać pracy. Szkoda zarobku. Ale mam przeczucie, że żona musi się wstrzymać z operacją. Bo wcześniej żywiciel rodziny do szpitala na odmę pojedzie.
Jest więcej mężów, którzy dostają robotę w sezonie. Drobne gospodarstwa tutejsze nie są samowystarczalne. Trzeba co roku trochę pieniędzy dołożyć.
Jest o 500 ubezpieczonych więcej, niż w zimie. Z tych większość ma rodzinę. Wpisano ojców, matki, kogo się dało.
Przychodzą teraz całe rodziny z wszystkimi chorobami, jakie się uzbierały przez zimę. Czasem przez kilka lat.
Zjawili się luetycy do nowych kuracji. Przerwali leczenie, skoro tylko stracili prawo do świadczeń Ubezpieczalni. Przyszły kobiety z chorymi jajnikami. Dzieci, które od zimy czyści. Dzieci krzywicze i skrofuliczne. Gruźlicy. Zaniedbane choroby skórne. Rodziny ubezpieczonych własne i pożyczone. Bo robotnicy sezonowi nie mają od razu legitymacji z fotografią. Czekali wszyscy z chorobami na sezon letni, kto tylko mógł czekać. Bo chłop leczy się na własny koszt tylko w nagłym wypadku. W bezpośrednim niebezpieczeństwie życia.
W miesiącach wakacyjnych ruch się wzmaga. Jest coraz więcej robotników ubezpieczonych. Naprawia się drogi, mosty, tor kolejowy. Buduje się nowe domy.
Przyjeżdżają na wakacje kolonie dzieci ubezpieczonych. Przyjeżdżają letnicy z przekazami Ubezpieczalni bratnich. Przywożą w góry dzieci. Dla zdrowia. Rozlokowują się po chałupach w Stryszawie, w Lachowicach, w Tarnawie. Trafiają na odrę, koklusz, tyfus. Nawet wścieklizna się zdarza. Za wszystko lekarz Ubezpieczalni musi cierpieć. Od tego jest. Trudno marzyć teraz o wzięciu urlopu. Zastępca popełniłby samobójstwo.
Normalny człowiek wyjeżdża w lecie nad morze lub w góry, opala plecy et cetera. Prowincjonalnemu lekarzowi Ubezpieczalni trudno do ludzi normalnych należeć.



Na co się teściowa może przydać.

Pan D. miał teściową i dobrym był zięciem: teściową ubezpieczył. Jak wiadomo wolno ubezpieczyć jedną osobę z dalszej rodziny. Ustawa o ubezpieczeniu przewidziała dobrych zięciów.
Teściowej pana D. nie miałam dotąd przyjemności poznać. Widocznie była dotąd zdrowa jak ryba. Bo przecież w razie choroby dobry zięć wezwałby natychmiast lekarza. Mieszkają blisko. Punkt wyjątkowo dostępny. Za 20 minut pomoc lekarska na miejscu. I nicby go nie kosztowało. O lepszych warunkach na prowincji marzyć nie można. Aż raz przychodzi pan D. w sprawie teściowej; żąda przyjęcia przed kolejką. I rzeczywiście sprawa pilna: przyszedł po zasiłek pogrzebowy. Bo teściowa właśnie umarła. Wcale nawet nie nagle, trzy miesiące chorowała.
Do zasiłku pogrzebowego potrzebne jest świadectwo zgonu z wyszczególnieniem przyczyny śmierci.
Pan D. oburza się, że mu świadectwa dać nie chcę. To co, że chorej nie badałam. On płacił do Ubezpieczalni, jemu się zasiłek należy. Choćby nawet otruł teściową.
„Więc ona się wcale nie leczyła?“ — pytam.
„Leczyła się — mówi zięć — sam ją leczyłem“.
„To pan umie leczyć?“
„Dlaczego nie“ — odpowiada.
Obraził się, że go wyrzuciłam za drzwi.
Obraził się, gdy usłyszał, że Ubezpieczalnia nie jest do robienia interesu na nieboszczykach. Ale zażalenia do księgi zażaleń nie wpisał.
W ogóle księga zażaleń nie cieszy się powodzeniem. Od kilku lat nic do niej nie wpisano. Nie dlatego, żeby ubezpieczeni nie mieli do mnie pretensji. Lecz pisać do Ubezpieczalni zażalenie na lekarza?
„Pies psu ogona nie ugryzie“ — powiedział mi raz jeden z niezadowolonych, gdy mu proponowałam wpisanie zażalenia.
Przysłowie piękne i wiele mówiące. Znaczy, że lekarz to jeden pies a Ubezpieczalnia drugi. Pisać do psa o psie nie warto.


Chorego w dołku boli — a doktór się drapie w głowę

Pan W. jest majstrem murarskim. Zarabia nienajgorzej, więc go stać na doktora. Nie na jednego, na pięciu. Poza tym jest ubezpieczony. Więc gdy go w dołku boleć zaczęło, zaraz do doktora się wybrał. Za swoje pieniądze, a jakże, nie na kartkę. Popatrzył doktór, pomacał, pieniądze wziął i powiedział: wrzód żołądka. Pomacał drugi i powiedział: kamienie żółciowe. Pomacał trzeci: i ślepą kiszkę wyszukał. Czwarty o sercu zaczął opowiadać, że to u starszego człowieka co mu już pięćdziesiątka minęła takie bóle za serce chwytać mogą, że aż do żołądka się dostają. A piąty o jakichś kryzysach żołądkowych gadał i o weneryczne choroby wypytywał. Aż się zarumienił pan W., bo go wstyd kobiecie takie rzeczy opowiadać, choćby nawet była doktorką.
W końcu jeszcze do tej Ubezpieczalni przyjść spróbował. Co mu to szkodzi, kiedy to za darmo. A szwagier to mu jeszcze powiedział, że to początek raka. Tego się najwięcej boi. „I cóż mi pani powie na tę moją chorobę“ — pyta. I w dzień boli i w nocy i przy robocie i w łóżku i po jedzeniu i na głodno. Jeden doktór powiedział to, drugi tamto. Każdemu po 5 zł zapłacił. Za 5 zł doktór poczuwa się do obowiązku, żeby cośkolwiek powiedzieć.
„Wszystkie doktory po trochu miały rację — mówię — może być wrzód. Mogą być kamienie. Może być i od serca. I może być i od wenerycznej choroby, niech się pan nie obrazi. Bo widzi pan brzuch, jak brzuch. Wyrośnie w nim guz jak pięść, to się go namaca. Zacznie pan krwią wymiotować, to doktór też mądry: jest wrzód. Spuchnie wątroba, też dobrze. Ale kiedy nic nie urośnie i nie spuchnie, doktór taki sam mądry, jak i pan. Oczyma pana nie prześwietli. Muszę panu powiedzieć tak jak trzeba. Nie wiem, co jest. Za 5 zł możebym panu coś powiedziała. To albo tamto“.
„No to poco do doktorów chodzić, kiedy żaden nie wie, co tam we środku się dzieje. Martwi się pan majster. Czy nie ma na to żadnego sposobu?“
„Sposoby są. Pomału. Trzebaby pojechać do miasta i żołądek i kiszki prześwietlić i sfotografować.“
„A ile by to kosztowało?“ Bo ja chcę za swoje pieniądze, nie na kasę“.
„Ze 30 złotych. Może do 50“.
„A jak się okaże, że w żołądku i w kiszkach nic nie ma“.
„Toby trzeba ten woreczek żółciowy prześwietlić“.
„Ileż to będzie kosztowało“.
„Też ze 30 zł.“
„A serce jak można dokładnie zbadać?“
„Jest taki elektryczny aparat do badania serca. Badanie kosztuje 15 zł.
„A względem wenerycznej choroby?“
„Na weneryczną chorobę badać trzeba krew i płyn mózgowo-rdzeniowy z pacierza igłą wzięty. Kłucie i badanie kosztowałoby razem ze 40 zł. Teraz niech sobie pan policzy jazdę do Krakowa, albo pobyt w Krakowie. Najlepiej poleżeć parę dni w szpitalu, żeby tam te badania zrobili.“
„Już widzę, że na te wszystkie badania pieniędzy miał nie będę“. Powiada pan Wicherek. Radzę mu pójść na kilka dni do szpitala. Tam będzie wszystko taniej kosztowało. Hurtownie policzą. Przecież to dopiero badanie. Nie wiadomo jak drogie będzie leczenie. Być może, że jeszcze droższe.
„To może koszta leczenia mogła pokryć chora kasa“. Wymyślił Pan W. Myślał 3 miesiące.



Kamienne.

Prześlicznie położone jest Kamienne. Niedaleko nad Suchą. Trochę w prawo od stacji kolejowej. Potem wgłąb doliny Zasepnicy. A potem w górę i w górę. Na grzbiecie spływającym od szczytu Nagórki aż ku Stryszawie. Narciarski szlak.
Na Kamiennem króluje babka Kłapycina. Wszystkie porody odbiera. Stara to babka. Nie jedna rodząca przy niej umarła. Więc tyle wie: kiedy rączka wypadła, jest źle. Dziecko samo nie wyjdzie.
Więc przyjeżdża furman i mówi „dziecko rodzi się rączką“. Położenie poprzeczne na Kamiennem jest zaniedbanym poprzecznym. Bo babka próbuje najpierw ciągnąć za rączkę. Potem budzi męża rodzącej. Potem mąż się ubiera. Już dnieje, konie poszły orać. Kto teraz zechce dać koni i wóz po doktora. Może nikt. Może dopiero wieczór ktoś się zlituje.
Po kilku godzinach dostaje mąż konia. Targuje się z furmanem. Furman naprawia coś przy wozie. Jadą do Suchej. Szukają doktora, który w domu. Właśnie zeszywam jakąś ranę, nie mogę przerwać w połowie. Muszę jeszcze kilka osób załatwić, co najważniejsze. Ubezpieczeni tak prędko mnie nie wypuszczą. Muszę spakować narzędzia. Jedziemy.
Przed kilku laty odbyłam praktykę na oddziele Szkoły Położnych w Krakowie, pod kierownictwem Dr. Rutkowskiej. Był taki Oddział przy szpitalu św. Łazarza. Jedyny w Polsce oddział, gdzie lekarz mógł się zapoznać z położnictwem. Gdzieindziej nie ma dostępu. Uczy się dopiero, gdy przyjdzie na wieś. Na trupach własnej roboty.
Mimo to jadę do porodu jak na śmierć. Wiem czym jest poród na wsi.
Jedziemy. Jedziemy dwie godziny. Na Kamiennem kobieta krzyczy. Jest 10 godzin od wypadnięcia rączki. Doktora nie widać. Zeszły się wszystkie sąsiadki, siadają na brzuch i gniotą. Bóle coraz w krótszych odstępach, przechodzą wreszcie w jeden ciągły ból, oznaczający, że grozi pęknięcie macicy.
Zabrałam po drodze akuszerkę. Wyrzucam babkę demonstracyjnie za drzwi. Nie zagrzała nawet wody do narzędzi i do mycia rąk.
Rozpakowanie narzędzi, wkładanie ich do sterylizatora, wlewanie spirytusu zabiera czas. Gotowanie trwa przepisowo 20 minut. Przez ten czas musimy wszystko poukładać jak potrzeba. I babę i stołki pod nogi i przywiezione rzeczy, bo po 15-minutowym myciu rąk nie wolno ani lekarzowi, ani asystującej akuszerce niczego dotknąć oprócz narzędzi rodzącej.
Wyrzucone wszystkie kumoszki. Jedna polewa ręce przy myciu. Potem wychodzi też. Pomogła by ze szczerego serca. Zamiotłaby przy tym spódnicą po instrumentach lub pomacałaby jeszcze palcem czy jeszcze gorące.
Krajanie dziecka trwa długo. Otwór pod pachą, przecinanie grzbietu. Przecięcie kręgosłupa. Z minuty na minutę cienczeje mięsień macicy. Czy pęknie przed skończeniem zabiegu? Nie wiem.
Na Litwie much dostatek — mówi poeta — na Kamiennem również. Gnój jest pod oknami izby, jak zwykle w porządnym gospodarstwie. Więc przylatują prosto z gnoju i siadają na narzędziach, na rodzącej na naszych rękach. Ciągnie je zapach krwi. Przynoszą zakażenie.
Z pod łóżka wyszedł bury kot, niezauważony przedtem przez nikogo. Siada przy nas i łakomie patrzy na spadające mięso. Nie jada nigdy mięsa oprócz myszy. Cud, że nie skoczył jeszcze do narzędzi.
Po przecięciu kręgosłupa dziecko składa się samo na pół. Wyjmuje się łatwo każdą połowę z osobna. Macica nie zdążyła pęknąć. Muchy nie przyniosły zakażenia. Przypadek.
Nie pierwsze to poprzeczne zaniedbane na Kamiennem i innych okolicznych wzgórzach. Nie pierwsze i nie ostatnie.
Tylko prywatne pacjentki, ani jednej ubezpieczonej.
Ubezpieczone przychodzą już w czasie ciąży do lekarza. Pytają, czy wszystko w porządku. Można wtedy łatwo dziecko obrócić. Albo można przed porodem kobietę wysłać do szpitala. Niech ma lekarza na miejscu. Niech nie szuka koni, gdy życie wisi na włosku. Niech jedzie. Niech lekarz domowy ma spokój. Woli przebadać wszystkie ciężarne i co trzeba do szpitali powysyłać, niż tłuc się po górach do porodów.
Nieubezpieczona kobieta wiejska przed porodem do lekarza nie pójdzie. Na poród do szpitala nie pojedzie. Dobrze jeszcze, jeżeli z początkiem porodu wezwie akuszerkę egzaminowaną.
Przynajmniej lekarz na czas przyjedzie i obrót wykona.
Kobieta z rejonu babki Kłapycinej akuszerek nie wzywa. Woli rodzić na łasce babki i kumoszek. Na łasce furmana i koni, na łasce much i burego kota.


Lekarze i czopki.

Wiadomo, że w każdej aptece jest dużo półek. Na półkach dużo flaszek i słoików. We flaszkach różne lekarstwa, setki środków. Stoją szeregiem, jak żołnierze na warcie, mając to samo wzniosłe zadanie co oni: stwarzają poczucie bezpieczeństwa. Sam widok takiego arsenału broni przeciw różnym chorobom sprawia, że człowiek wychodzi z apteki pokrzepiony na duchu i spokojny o swoje zdrowie.
Przeraziłby się nieborak, gdyby słyszał kiedy rozmowę lekarzy prowadzoną bez świadków. Bo zdarza się czasem, że lekarz usiłuje wyliczyć wszystkie środki, które naprawdę działają.
Wylicza je zwykle na palcach.
Działa np. salwarsan i bizmut na kiłę. Surowica przy dyfterii. Chinina w malarii i zapaleniu płuc. Aspiryna i inne salicylaty przy zapalaniu stawów. Wyciągi z wątroby przy anemii złośliwej. Digitalis w niedomodze serca. Morfina na bóle, insulina przy cukrzycy i jeszcze kilka innych środków. Kilka, nie więcej.
Medycyna nie stoi dziś na lekarstwach.
Jest jednak faktem, że lekarze zapisują setki różnych środków. Mieszają je jak bigos. Zapisują, bo pacjent wierzy w lekarstwa. Bo niewiadomo czy jednak nie pomagają. Zapisują, bo jest taki zwyczaj. Zapisuje lekarz prywatny, żeby pacjent się cieszył. Przecie płaci. Zapisuje lekarz Ubezpieczalni, żeby mieć święty spokój. Niech nie mówią, że kasa lekarstw nie daje. Macie lekarstwa. Sam by ich za dopłatą nie zażywał.
Różne drogi prowadzą do Rzymu, mówi przysłowie. Można to sprawdzić na lekarstwach.
Stoją flaszki i słoiki na półkach, stoi też wśród nich digitalis, środek na serce. A o kilometr od apteki leży chory. Spuchnięte nogi, wątroba, woda w brzuchu. Serce źle działa. Nie pompuje krwi jak należy. Zostawia ciągle trochę surowicy w wątrobie, w nogach. Człowiek puchnie. Trzeba mu dać digitalis.
Wzywają rano jednego lekarza — bierze 6 zł. Przepisał digitalis w proszku. A po południu wołają drugiego. Nic innego wymyślić nie potrafi. Ale musi zarobić na 6 zł. Nie może powiedzieć: zostawcie tamto lekarstwo, wystarczy. Bo więcej by go nie wezwali. Powiedzieliby, że niepotrzebnie przyszedł. A tamten, który był pierwszy, innym razem będzie drugim u chorego. Przyjdzie po nim. I napewno wszystkie jego lekarstwa odstawi. Powie, że szkoda. Więc lekarz głęboko się zastanawia. Wszyscy widzą jak myśli. I przepisuje digitalis w płynie. Do picia łyżkami. Dostał 6 zł.
Jeżeli chory jest zamożny, to nie wystarczy. Zawezwie jeszcze kilku lekarzy. Dostanie digitalis w kroplach. Ładna zagraniczna flaszeczka specyfik. Nazywa się digalen. Albo digipuratum.
A czwarty lekarz przepisze digitalis w czopkach, piąty w zastrzykach. Weźmie tylko 4 zł. za wizytę, nie zdziera jak tamci. Będzie biegał codziennie do chorego robić zastrzyki. Przez tydzień lub 10 dni. Zarobi 40 zł. Ma zdrowe nogi. Wygrywa wyścig.
Zastrzyki u nas to rzecz śliska. Ludzie się boją. Zwłaszcza starzy ludzie. Za ich czasów tego nie bywało. Za śp. Franciszka Józefa, a było dobrze. Ludzie też żyli bez zastrzyków. Trzeba wiedzieć komu zastrzyki zaproponować. Jednych może tym lekarz na zawsze pozyskać, innych bezpowrotnie stracić. Lekarz musi być psychologiem. Inaczej umrze z głodu.
Z czopkami sprawa bardziej skomplikowana: człowiek ma przewód pokarmowy. A przewód pokarmowy ma dwa końce. Właściwie początek i koniec. Początkiem przewodu pokarmowego są usta, końcem kiszka stolcowa.
Przysłowie mówi, że do serca trafia się przez żołądek. Przedwojenne przysłowie dla przedwojennych panien. Przedwojenna anatomia, przedwojenna terapia. Dziś można digitalis zażywać zwyczajnie, można zakładać w czopku. Właśnie przez kiszkę stolcową.
Co do czopków panują w naszych stronach różne poglądy. Jedni nie używaliby czopków za nic w świecie. Wstydzą się. Uważają to za grzech. Wolą umrzeć, niż sobie czopek założyć. Inni są bardziej postępowi. Zgadzają się na czopki. Słuchają pilnie, że w nich jest lekarstwo na serce. Albo lekarstwo na gorączkę. Lekarstwo na boleści. Lekarz widzi, że dobrze wytłumaczył. Jest dumny z siebie. Ale po kilku dniach zagląda do chorego. Jeżeli to pora zimowa, czopki są. Nie roztopiły się na słońcu. Ani jednego nie brakuje. Chory miał stolec codziennie. Więc czopków nie zakładał. Po co, kiedy był stolec?
Inni są bardziej posłuszni. Biorą czopki trzy razy dziennie. Lekarz jest zadowolony. Nie wchodzi w szczegóły. Przez delikatność. Ale chory z wdzięczności sam mówi: dobre były te czopki. Pomóc pomogły, tylko bardzo nie smakowały.
Więc teraz do czopków dodaję lekcję poglądową. Ćwiczenie praktyczne.
Trafiła się kobieta z atakiem kamicy nerkowej. Leży u mnie na kanapie i jęczy. Dostanie morfinę w czopkach do domu. „Lekarstwo do picia by pani zwymiotowała, mówię, dlatego przepiszę pani czopki, będzie pani zażywała przez tyłek“. Mam świadków, że mówiłam wyraźnie. 5 liter ani jedna mniej. Jasno a przyzwoicie. Nie, że do kiszki stolcowej. Zemdlałaby z przestrachu. Do tyłka. Miałam w domu kilka czopków. Podarowałam jej jeden na drogę. Założy od razu, za pół godziny bóle przejdą. Odwróciłam się dyskretnie do mikroskopu. Patrzyłam jednym okiem na osad moczu, a tylko jednym na czopek. I pomyliła się w adresie: o piętro za wysoko. Leżała na wznak. Okazało się, że nie wie gdzie ma tyłek. Zapomniała to w tej chorobie.


Sława.

Józefa Kubieniec ma lat 10. Znam ją już od 3 lat. Po raz pierwszy była u mnie w roku 1935. Już wtedy nie mogła chodzić. Nie mogła nogi wyprostować w biodrze. Nie mogła jej skręcić na zewnątrz. Coś się popsuło.
Nie wiem ilu chłopów naprawiało zepsutą nogę. Nie pytałam ile maści wysmarowano. Ile razy kąpano dziecko w ziołach. Znam to na pamięć.
Siedmioletnia Józefa Kubieniec przybyła do ośrodka Ubezpieczalni z matką i ze swoją gruźlicą stawu biodrowego. Dostała kartkę do szpitala. Jak zwykle w Ubezpieczalni. Bez prześwietlenia niczego nie poznają. Niczego od razu nie wyleczą. Szpitalami tylko ludzi męczą. Która matka zgodziłaby się na to, żeby dziecko kilka miesięcy w gipsie leżało? Jeszcze gdyby dali gwarancję, że noga będzie zdrowa. Ale skoro mówią, że po takim gipsie sztywna w biodrze zostanie! Nie dadzą dobrego lekarstwa, ino gipsem cholery leczą, bo taniej. Trzeba iść gdzieś za pieniądze. Do cudownego lekarza.
Zwyczajny doktór nie wiele wie, co w środku człowieka się dzieje. Ani żołądka, ani płuc dobrze zbadać nie umie, ino zaraz do prześwietlenia posyła. Najwięcej to już w tej chorej kasie wydziwiają, bo tam najgorsze doktory. Ale kasowy człowiek może jeździć. Prześwietlą go za darmo i w Białej. Zwrócą mu za bilet. Więc jedzie. Zrobi to już dla doktora, kiedy sobie biedak nie może dać rady. Pozwoli nieraz wziąć krew do badania. Przecie za darmo. O kłucie mniejsza. Nie bardzo boli.
Za swoje pieniądze niktby na takie sposoby nie pozwolił. Za dużoby kosztowało. Doktór powinien bez prześwietlenia wszystko wiedzieć. Od tego jest doktorem. I rzeczywiście za pieniądze każdy cię doktór lepiej zbada. Nawet ten kasowy prędzej od razu powie, co ci jest. I co z cięższymi chorobami odsyła do szpitala. Dlatego go ludzie nie bardzo chwalą.
Na wsi potrzebny jest cudowny doktór. Na zwykłego nie ma pieniędzy. Nie ma na prześwietlania i na jakieś badania krwi. Nie ma czasu ciągle do doktora przychodzić, żeby się poznał na chorobie i pomału ją wyleczył. Robota w polu nie poczeka. Nie ma pieniędzy na sprowadzanie doktorów do ciężko chorego. Lekarz powinien z moczu badać i z moczu leczyć.
Dlatego, jak zwykle, potrzeba stwarza. Stworzyła i cudownych lekarzy. Trafia się taki od czasu do czasu. Wszystko wie. Wystarczy mu spojrzeć na człowieka albo na mocz. Wszystko jedno.
Nie powie nigdy jak zwykły lekarz, że choroba nieuleczalna. Na wszystko ma lekarstwo. Na raka, na suchoty. Byłby wyleczył, gdyby tamten doktór nie był popsuł. Teraz przepadło. Nie posyła do szpitala, gdzie chorych dobijają. Leczy wszystko bez operacji. Robi na zamówienie każdy cud. Za 3 lub 4 złote. Dlatego do cudownego lekarza trudno się docisnąć. W ogonku ludzie stoją. Dlatego Józefa Kubieniec jeszcze leży. Miała cudowne lekarstwo i maści. Ma dzisiaj 10 lat. Matka prosi, żeby ją wysłać do szpitala. Zgadza się nawet na ten gips. Noga będzie sztywna w biodrze i dużo krótsza. Przedtem byłaby tylko sztywna.


Zbłąkane jajko

Kobieta, jak wiadomo, ma dwa jajowody, dwie wąskie rurki połączone z macicą. Wszyscy wiedzą, że macica jest przeznaczona dla jaja płodowego, które w niej ma wyróść na gotowe dziecko. Nie wie o tym jajo płodowe. Dlatego czasem zagnieżdża się w jajowodzie. Tam rośnie. Nie wie, że źle się wybrało.
Przez kilka tygodni jajowód znosi natręta, który go rozpycha od wewnątrz. Powiększa się jak może. Wątła ściana jajowodu cieńczeje coraz bardziej. Wkrótce pęknie.
Właścicielka jajowodu nie wie nic o tym, co u niej w brzuchu się dzieje. Nie straciła nawet „swojego czasu“. Albo nieregularnie krwawi. Ani przypuszcza, że jest w ciąży. Jeżeli to panna, obrazi się na takie przypuszczenie. Trochę ją boli w boku. Trochę jej czasem słabo. Nic więcej. Może się zdarzyć, że zbada ją wtedy lekarz. Znajdzie zgrubienie rurki jajowodowej. Nie może wiedzieć, co tam siedzi. Nie wejdzie do jajowodu zobaczyć dlaczego spuchnięty. Może namacać tylko zgrubienie. Nic więcej.
Dzisiejsze jajowody często puchną, o zapalenie nie trudno. Wystarczy do tego choroba weneryczna zwana tryprem, albo jedno poronienie zrobione własnym przemysłem. Trudno pannę o wszystko pytać. Nie przyzna się.
Ale ścianka jajowodu ma swoje granice. Ciąża rośnie. Dochodzi do 6-ciu tygodni. I nagle właścicielka ciąży mdleje: na dancingu albo w klozecie. Jest coraz bledsza, coraz więcej jej słabo. Zaostrzają się rysy, przyspiesza się puls. W kilka godzin ucieka życie. Rzadko za kilka dni. Czasem w niewielu minutach.
Nie jednej z tych panien otwarto brzuch po śmierci. Był pełny krwi. Krwiożercze łożysko przegryzło ściany jajowodu. Jajowód pękł.
Więc już przed wielu laty wymyślono na to sposób. Otworzyć brzuch za życia. Otworzyć zanim rurka jajowodu pęknie. Wyciąć jajowód wraz z ciążą. Zacerować wszystko z powrotem. Panna wyzdrowieje.
Otworzyć brzuch nie jest wcale trudno. Trzeba tylko wiedzieć komu otwierać. W tym cały wic. Bo wiele kobiet ma powiększony jajowód, przynajmniej jeden. A prawie każdej trafia się nieregularne krwawienie. Macica nie zegarek.
Normalną ciążę rozpoznaje się zwykle w szóstym tygodniu. Zamacicznej nie rozpoznaje lekarz prawie nigdy. Dopiero w chwili pęknięcia. Trochę zapóżno. Jeżeli jajowód chce krwawić pomału, sztuka się uda. Kobieta dojedzie do szpitala nawet ze wsi. Jeżeli prędko, zdechł pies. Może nie zdążyć na stół, choćby nawet mieszkała w szpitalu. I tak bywało. Więc wymyślono na ciążę zamaciczną 3 sposoby. Innych nie ma.
Jeden sposób to trzymać babę w szpitalu na wszelki wypadek. Czekać z nożem w ręce aż sprawa się wyjaśni. W razie pęknięcia kraje się brzuch natychmiast. Gdy nic nie pęka, baba jedzie do domu. Nie ma ciąży.
Drugi sposób, to badanie moczu na ciążę wynalezione niedawno. Wstrzykuje się mocz myszkom białym. Kobieta czeka w szpitalu na wynik. W piąty dzień zabija się myszkę. Wynik jest.
A trzeci sposób wymyślono w Niemczech: otwierać brzuch. Otwierać każdej podejrzanej kobiecie. Oczywiście podejrzanej o ciążę zamaciczną. Bo myszki białe mogą się mylić. A czekać z przygotowanym nożem też ryzyko. Zanim operator umyje ręce, kobieta może umrzeć. Najpewniejszy sposób, to zajrzeć od razu do brzucha. Nie wielka operacja. Mniejsze ryzyko, niż czekać.
Okazuje się potem, że bardzo wiele kobiet podejrzewano niesłusznie. Najmniej 80%. Bo ciąża zamaciczna rzadko się zdarza. Nie potrzebnie leżały w szpitalu. Niektórym niepotrzebnie brzuch otwarto. Mają pretensję. Lekarz nie powinien nic podejrzewać. Powinien wiedzieć. Co to za porządek, że medycyna nie ma na to łatwego sposobu. Powinna wymyślić, zwłaszcza gdy płaci się 4 zł.
W Ubezpieczalni łatwo jest lekarzowi odesłać do szpitala kobietę podejrzaną o ciążę zamaciczną. Uratowało się przez to nie jedno życie.
W praktyce prywatnej lepiej z babami nie zaczynać. Straci się praktykę.


Kleszcze.

Nie każdy widział kleszcze porodowe, lecz każdy o nich słyszał. Szeroka publiczność wierzy we wszechmoc kleszczy. Bo prawie każdy ma jakąś znajomą, która nie mogła urodzić. Przyszedł lekarz i kleszczami dziecko wyciągnął. Gdyby nie kleszcze byłoby nie wyszło.
Dziecko przed urodzeniem pływa w wodach płodowych. Pod koniec ciąży obraca się głową w dół. Gdy się inaczej ułoży jest źle. Ale najczęściej ciężar głowy robi swoje. Głowa przoduje. W ostatnich tygodniach ciąży wisi nad wchodem do miednicy. Tam wejdzie, gdy poród się rozpocznie. Gdy bóle otworzą ujście maciczne. Wie o tym. Czeka w pogotowiu.
Kanał miednicy jest to rura wygięta w kolano, zrobiona z twardej kości. Tam wchodzi głowa podczas porodu. Za każdym bólem zmienia trochę swój kształt. Jest jeszcze miękka i podatna. W końcu wydłuża się jak wieża. Inaczej nie przeszłaby przez kanał. Dostosowuje się powoli kształtem do kształtu miednicy i wsuwa się w nią krok za krokiem. Rozciąga w końcu części miękkie matki powoli i ostrożnie. Gdy idzie za prędko krocze pęka. Rzecz częsta.
Co robi głowa, gdy jest za duża, lub gdy wchód do miednicy za ciasny? Nie wchodzi wcale. Nie pomogą tu żadne kleszcze. Trzeba otworzyć brzuch.
Nie dobrze jest znaleźć się wtedy na wsi, gdzie brzucha otwierać się nie da. Wtedy dziecko przepadło. Robi się dziecku dziurę w głowie. Wypłukuje się mózg. Zmniejszona głowa przejdzie przez ciasną miednicę. Nazywa się to wymóżdżenie.
Im wyżej jest głowa, tym trudniej ją ciągnąć kleszczami na świat boży. Z nad wchodu jej ciągnąć nie wolno. Akrobatyczna sztuka. Można uszkodzić głowę dziecka, rozerwać matkę. Dwie trumny.
Poniżej wchodu głowa już jest na dobrej drodze. Trafi już sama dalej.
Ale zdarza się czasem, że dziecko zaczyna się dusić. Serce dziecka bije coraz wolniej. Za pół godziny dziecko umrze. A urodzi się dopiero za 2. Trzeba dziecko natychmiast wyciągnąć. Wyciąga się je za głowę kleszczami.
Taki wypadek może się zdarzyć tylko w mieście. Na wsi nie trafi się nigdy. Bo na wsi też dziecko się dusi. Akuszerka też zauważa. Też może posłać po lekarza. Za 4 godziny przyjedzie lekarz. Dziecko zdąży się już urodzić. Zdąży się też udusić.
Dlatego żadna akuszerka nie zrobi takiego głupstwa. Nie pośle po lekarza dla ratowania dziecka. Wie, że dziecko dusi się prędko. A konie jadą pomału.
Ale czasem zdarza się co innego. Inny powód do zakładania kleszczy. Inne, jak mówią lekarze, wskazanie do zabiegu. Wygląda tak:
Głowa posuwa się dobrze. Dziecko się nie dusi. Tylko poród idzie powoli. Powoli zniekształca się główka. Powoli rozciąga się krocze. Twarde i niepodatne. Głowa idzie ruchem zwolnionym. Uwzględnia niedołęstwo krocza. Gdyby szła prędko, musiałaby je podrzeć. Wie co robi. I otwieranie macicy trwało długo. Poród wlecze się drugi dzień.
Akuszerce to bardzo nie na rękę. Ma zamówiony drugi poród. Już się zaczął. Nie zdąży. A za ten nie wiadomo, czy jej zapłacą. Już drugi dzień marnuje. Więc prędko wzywa lekarza, zwłaszcza, gdy ten mieszka nie bardzo daleko. Lekarz przyjeżdża. A głowa jakby się nastraszyła doktora. Jest już na dole. Włosy widać. Po paru bólach wyskoczy. Lekarz nie zarobi za zabieg. Akuszerkę zeklnie mąż, że na próżno wzywała doktora. Bo za przyjazd będzie żądał zapłaty. Będzie awantura jakich mało.
Więc lekarz rozumie powagę chwili. Gotuje kleszcze 5 minut zamiast 20. Myje się krócej niż przepis wymaga. W takim niebezpieczeństwie to wolno.
Zdążył jeszcze. Zarobił 120 zł za zabieg. Osobno 20 za szycie. Bo przy kleszczach krocze się musi podrzeć. Bierze się je przemocą.
A wezwano przed tym lekarza kasowego, bo rodząca jest ubezpieczona. Nie chciał zakładać kleszczy. Sklął akuszerkę na czym świat stoi, gdy mu coś mówiła do ucha. Tak to z tą chorą kasą.
Nie powiem, gdzie się to zdarzyło, żeby się nikt nie obraził. Zdarza się zresztą wszędzie. Zdarza się bardzo często. Najczęstsze wskazanie do kleszczy. Są tylko różne powody, dla których spieszy się akuszerka.
W Suchej spieszyła się na chrzciny.


Dzień targowy.

Raz na dwa tygodnie jest w Suchej jarmark.
Każdy ma okazję, żeby przyjechać do lekarza. I prywatny i ubezpieczony. Nie będzie osobno furmanki płacił. I tak musi być na targu.
Tylko, że na ten mądry pomysł wpadli wszyscy — cała wieś — jedna — druga i trzecia. Nie mogę policzyć czekających. Przepychają się wszyscy do drzwi. Każdy chce być pierwszy. Na każdego furmanka czeka. Są ubezpieczeni. Są prywatni. Wszyscy razem. Nie ma dziś godzin, nie ma w ogóle badania. Jest urwanie głowy, koniec świata.
Nie wolno mi odmówić nikomu. A nuż jest ktoś na prawdę poważnie chory.
Zaoszczędził kilka złotych na furmance. Tylko że do badania musi przyjść jeszcze raz.
I wypadki w jarmark łatwo się trafiają. To chłopi pokrają się nożami. To znowu koń kogoś kopnie. Albo ktoś goni złodzieja i nogę złamie. Jeżdżę na rowerze, furmance, w dorożkach. Przesiadam z fury na furę. W przerwach wpadam do domu coś załatwić. Cięgle ruch. Nie mam czasu wyłapać wszy, które mnie oblazły.
Wieczorem przynosi Komendant Policji dziecko. Noworodek znaleziony na jarmarku. Zziębnięte leżało parę godzin na deszczu. Niewiadomo gdzie je umieścić.
„Niechże się przez chwilę zagrzeje u mnie“ mówię.
Upłynęły miesiące i lata — grzeje się dotychczas.
Nie zapomnę tego jarmarku. Ruch był jak w młynie. Ubezpieczeni, prywatni, wypadki.
Prywatni wyjątkowo płacili. W gotówce i w naturze. Zarobiłam 2 kopy jajek, 55 zł, 15 wszy i dziecko.


Na ilu doktorów kogo stać.

Proponują mi wyjazd prywatny na Białkę. Wieś zamożniejsza. Mój gospodarz to nie byle kto. W Ameryce był, dolary przywiózł, murowany dom wybudował i sklep porządny otworzył. Poza tym drzewem handluje. Więc na doktora go stać, i nie na jednego. Już trzech było u żony — jestem na czwartym miejscu w kolejce. Interesuje mnie, dlaczego tylu lekarzy wzywano. Ano bo żaden się na chorobie nie wyznał, mówi chłop. Każdy powiedział co innego, a kobieta ciężko chora.
„Dlatego pewno się nikt nie wyznaje, że coraz to kogo innego wzywacie. Gdybyście trzy razy przywieźli do niej tego samego lekarza, to by prędzej zmiarkował, co jej jest, bo by wiedział, jak się choroba zmienia. A może być, że jest taka choroba, że zwykłe badanie nie wystarczy i nikt się nie wyzna, choć byście dziesięciu doktorów przywieźli. W takim razie najlepiej będzie kobietę do szpitala zawieźć. Szpital ma takie sposoby i urządzenia, że można dokładniejsze badanie zrobić“. „To pani nie przyjedzie“ — pyta chłop.
„Zdaje mi się, że nie ma poco — mówię — kiedy się trzech nie wyznało, to się i czwarty nie wyzna, jedźcie z nią do szpitala“.
„Do widzenia“ odpowiedział mój gospodarz i pojechał. Pojechał do piątego lekarza. On do szpitala żony nie odda. Jego stać na to, żeby doktora do domu sprowadzić. I sprowadzał coraz innego, aż do śmierci kobiety. I pomyśleć tylko, od ośmiu lekarzy lekarstwa zażywała i umarła. Podobno każdy rozpoznał co innego.
Jeszcze gorzej jest, gdy wszyscy powiedzą to samo. I to samo przepiszą.
Wiem o chorym, który jako pracownik rolny chciał skorzystać z wolnego wyboru lekarza po zniesieniu ubezpieczenia.
Zażywał potrójną dawkę digitalis. Bo trzech lekarzy u niego było.
Długo się nie męczył.


Kiedy mu dokładnie tłumaczyli — od razu zrozumiał.

Mam wyjazd do dziecka ubezpieczonego wgłąb Stryszawy.
Jedzie się najpierw gościńcem, potem zwykłą drogą, wreszcie coraz bardziej stromymi i kamienistymi ścieżkami. Odsłania się śliczny widok na góry. Przyjemnie byłoby tu przyjeżdżać na wycieczkę letnią lub zimową. Mniej miło jest tu pracować.
W izbie dusznej i ciemnej zamieszkałej przez ośm osób leży chłopak 13-letni — z gorączką 40°. Zapalenie szpiku kostnego nogi. Bez operacji się nie obejdzie. Słuchają rodzice pilnie, że trzeba dziecko natychmiast do szpitala wywieźć. Słuchają i kiwają głowami. I nie odzywają się nic. Zeszli się wszyscy sąsiedzi, warto mówić i tłumaczyć. Niech się czegoś dowiedzą o chorobach. Szerzmy oświatę na wsi.
Minęły trzy tygodnie. Przed dom zajeżdża furmanka, a na furmance blady szkielet dziecka. Noga czy nie noga? Z kości nie wiele pozostało, balon okostnej rozdęty ropą.
Dobrzy rodzice: nie chcieli zawieźć dziecka do szpitala. Jakże by on tam leżał? Opieki domowej potrzebuje. Przecie ta noga obiera. A doktór jest od tego, żeby obierzkę przeciął. Bez szpitala się obejdzie. Więc tłumaczę jeszcze raz na rozum, że noga obiera od kości, że tu większej operacji potrzeba. Że potrzeba częstych opatrunków przez kilka tygodni. Że choćby operację miał zrobioną, to by do opatrunków dojeżdżać nie miał siły ze Stryszawy. A rodzice nie mieliby na to czasu. I nie dostaliby na to koni. I próbowaliby, czy się bez jeżdżenia nie obejdzie. Sami by próbowali w domu leczyć.
Znowu słuchają w milczeniu. Znowu kiwają głowami. I wreszcie ojciec zdobywa się na odpowiedź: „Do szpitala dziecka nie dam, lepiej niech umrze w domu“. „Świnie jesteście nie ludzie“ powiadam — „po mordzie was prać, a nie mówić z wami. Prędzej by wół zrozumiał i krowa, niż taki ojciec i matka“. „A no to jedziemy do szpitala — mówi chłop — widocznie trzeba“. Kiedy mu dokładnie wytłumaczyłam, od razu zrozumiał. Trzeba było tak wytłumaczyć o trzy tygodnie wcześniej. Człowiek się całe życie uczy.
Wczoraj byłam w Zembrzycach u chorego.
Pytano mnie od razu: może trzeba jechać do szpitala, może się nieda w domu wyleczyć. Pytanie częste w Zembrzycach — a w Stryszawie zawsze to samo; doktorzy zabijają zastrzykami. Do szpitali jedzie się, żeby umrzeć.
Zembrzyce leżą całe przy głównym gościńcu. Mieszkańcy jeżdżą i handlują.
Stryszawa rozrzucona po górach. W lecie chłop ciężko pracuje. W zimie przy babie w łóżku leży. Gdzie pójdzie na taką zadymkę po takim śniegu. Odległość ze Stryszawy do Zembrzyc wynosi kilkanaście kilometrów.
Różnica o kilka wieków.
Kultura potrzebuje wygodnych dróg, dobrego gościńca.
Po kamienistych ścieżkach w zimie zawianych śniegiem do wsi nie dojdzie.


Kto zaręczy?

7-letnie dziecko ubezpieczonego jadło gruszkę.
Wypadek nierzadki. Normalna gruszka idzie potem do przełyku i do żołądka. Ta wpadła do krtani. Widać kawałek gruszki jak na dłoni w lusterku. Tkwi między strunami głosowymi. Dla oddychania została wąska szparka. Dziecko się dusi. Wysyłam dziecko do Krakowa do szpitala, lecz matka protestuje. Przecież są koszta. Wprawdzie szpital zapłaci Ubezpieczalnię, lecz co z biletem. Uspakajam ją, że zwrot kosztów podróży otrzyma. Nie wierzy. Kto jej zaręczy, że Ubezpieczalnia odda jej później pieniądze? Nie może ryzykować 10 zł. „Powinni dawać naprzód — mówił rozgniewana. Co to za porządek w tej Kasie. A może mi pani da na drogę? — powiada. Przecie pani prędzej zwrócą, niż mnie“.
Musiałam jej dać na drogę, inaczej nie mogła ryzykować.


Kogo stać na gruźlicę.

Gdy ktoś kaszle i gorączkuje od kilku miesięcy, wiadomo, że się przeziębił. Dmuchnął na niego wiatr.
Wszyscy wiedzą u nas na wsi, że wiatr jest bardzo niebezpieczny i szkodzi zdrowiu. Najczęściej wywołuje rzeżączkę. Każdy, kto przychodzi do lekarza z tryprem, dostał go z wiatru: oddawał mocz na świeżym powietrzu staropolskim zwyczajem. Wiatr mu zaszkodził. To samo powoduje ostry kamień, na który się mocz oddaje. Trzeba zawsze wybierać gładki. Nie trzeba wierzyć w to, co mówią doktorzy, że rzeżączkę wywołują zarazki. Jakieś tam gonokoki. Jakby to było możliwe, żeby się jeden człowiek od drugiego chorobą mógł zarazić? A skąd ten pierwszy dostał? Obrazi się każdy, kiedy się mu powie, że ma rzeżączkę od kobiety. Albo kobieta od mężczyzny. On przecież z nikim nic nie miał. Ona również. To wiatr wszystkiemu winien.
Nie zawsze dmucha wiatr na tak nieprzyzwoite części ciała. Na Magdalenę F. dmuchnął wiatr widocznie górą. Dlatego gorączkuje, kaszle i pluje krwią. Ma jednym słowem gruźlicę.
Bo oprócz wiatru, który stale od Babiej Góry wieje, żeby było na kogo wszystkie choroby zwalać, stykała się jeszcze z nieboszczką siostrą, co zmarła zeszłego roku na suchoty. Sypiały razem w jednym łóżku. Młodszy brat też jakiś niebardzo zdrowy. A mama dawno nie żyje.
Pod mikroskopem czerwienią się prątki gruźlicze. A uchem też to i owo się słyszy. Ale ucho to nie najlepszy instrument. Na codzienne potrzeby wystarcza, np. co słuchania dobrych wiców. Do gruźlicy nie zawsze. Dlatego mądrzy ludzie wymyślili rentgena. Trafia się, że pod uchem płuco zdrowe, a pod rentgenem sitko. Dziura na dziurze. Albo się słyszy, że płuco chore, tylko niewiadomo jak bardzo. Niewiadomo czy leczyć odmą.
Nie można ruszyć z miejsca.
Nie ma dziś medycyny bez rentgena. Nie ma zwłaszcza badania płuc.
Dlatego przed kilku laty rozeszła się pogłoska, że po prowincji będzie jeździł wędrowny rentgen samochodem. Że przyjedzie dwa razy w miesiącu do Suchej. Będzie można prześwietlać płuca. Będzie można stosować odmę.
Zamiast rentgena przyjechało tymczasem kino. Zmienił się kilka razy właściciel. Widzieliśmy Shirley’kę i Gretę Garbo. Przyjeżdżał też teatr Pilarskiego. Tylko rentgena nie widać.
Więc Magdalena F. musi pojechać do Krakowa. Tam da sobie zrobić zdjęcie płuc. Ze zdjęciem wróci do mnie. Jeżeli się okaże potrzeba leczenia odmą pojedzie spowrotem do Krakowa. Albo do Białej. Bo odmę trzeba zacząć w szpitalu. Leżeć, aż się płuco przyzwyczai około 3 tygodni. Potem może dojeżdżać do odmy. 2 lub trzy razy w miesiącu. I tak przez kilka lat. Może ze cztery. W najlepszym razie dwa lata.
Magdalena chce wiedzieć, ile będzie kosztowało. Obliczamy: klisza 25 zł, szpital około 120. — Razem z kosztami podróży 150 zł w pierwszym miesiącu. Później po kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Kilkadziesiąt złotych miesięcznie przez parę lat. A przydałoby się od czasu do czasu pobyć kilka tygodni w sanatorium. Doliczyć leszcze kilkaset złotych. Razem 2 do 3 tysięcy.
Pacjentka słucha uważnie. Da wszystko co ma, byle ratować zdrowie. Boi się suchot. Chce się leczyć.
Jest tylko ta mała trudność, że Magdalena ma 20 złotych. I więcej nie będzie miała na leczenie. Wiedziała, że wizyta kosztuje 4 złote. 16 złotych powinno wystarczyć na dobre lekarstwo. Takie, żeby od razu pomogło. Słyszała, że gruźlicę można wyleczyć wapnem. I że syrop Famela dobry jest na piersi. Ten Famel, to musi być bardzo dobre lekarstwo, bo go w chorej kasie dać nie chcą.
Niestety gruźlicy nie leczy się lekarstwami. Leczy się odmą. Nie moja wina. Ale do mnie mają o to pretensje. Będzie je miała i Magdalena F. Odeszła i nie daje znaku życia. Pewnie chodzi po doktorach i szuka lekarstwa na gruźlicę. Ma jeszcze 16 złotych.
Minęły 4 miesiące. Spotkałam się z sąsiadką Magdaleny F. Wdałam się z nią w pogawędkę. Zaniemówiłam na chwilę. Zawiodły mnie wszystkie przeczucia. Magdalena ma się dobrze. Bierze odmę.
Nie chodziła po wszystkich lekarzach, nie kupowała Famela. Poszła do jednej znajomej pani w Makowie (nie mój rejon). Przed dwoma laty u niej służyła. Prosiła o wpisanie jej do Ubezpieczalni. O fikcyjne zgłoszenie w charakterze służącej. Zapłaciła sama jedną stawkę miesięczną. Po miesiącu rozpoczęła leczenie w szpitalu.
Nie słyszałam, co mi opowiadała sąsiadka. Nie wolno lekarzowi Ubezpieczalni tego słyszeć.


„Ze zastrzyków się umiera“.

Wyjazdy wieczorem do większej przyjemności nie należą. Zwłaszcza, że dzisiaj były już cztery jazdy, oprócz normalnej liczby pacjentów w domu (około 80-ciu). Jest już 10-ta wieczór. Wcześniej się wybrać nie mogłam. Furman czeka trzy godziny. Dobrze, że nie poszedł popić trochę do karczmy, do rowu pasażera nie wysypie.
Więc jedziemy, najpierw ulicą oświetloną elektrycznymi lampami: kultura — Europa. Potem gościńcem nieoświetlonym. Furman nie zabrał latarni ze sobą, powiada, że tak lepiej widać. Ma świecić koniowi pod ogon a sobie w oczy, to woli jechać bez latarni. Wozy wymijają nas. Kierują się węchem. Tamci też nie mają latarni. Czasem przejeżdża auto. Wreszcie wydostajemy się na polną drogę. Potem przeprawiamy się przez rzekę. Potem wyjeżdżamy na wysoką górę. A na górze leży w chałupie dziecko — pięcioletni syn ubezpieczonego, chory na zapalenie płuc.
„Zrobimy mu od razu zastrzyk — mówię — ale jeden zastrzyk to mało. Trzeba by mu przez kilka dni najmniej dwa razy dziennie robić zastrzyki. Ja tak często do was nie mogę jeździć i 6 godzin dziennie tracić. Niech jeździ higienistka z Ośrodka albo najbliższa akuszerka. Ona też potrafi zrobić zastrzyk“.
„Co, pani chce dziecku zastrzyk robić? — nigdy na to nie pozwolę — mówi ojciec — zastrzykami truje się ludzi. Nie chcę, żeby moje dziecko umarło“. Radzę chłopu przyjść do mnie zobaczyć, ile ludzi dostaje zastrzyki, a jakoś nikt nie umiera.
„Zdrowemu to można dawać zastrzyki — mówi chłop — chory tego nie wytrzyma. Jak on po zastrzyku osłabnie, to co my potem zrobimy. Wolę pójść do doktora za pieniądze, żeby mi leków do picia przepisał. Zastrzyków żadnych robić nie dam. Na tę chorą kasę to zawsze coś wymyślą“.
Półtorej godziny trwała rozmowa. Kamfochiny dziecku nie wstrzyknęłam. Znów powrót z górki po ciemku, po wybojach i kamieniach, przeprawa przez rzekę, jazda polną drogą, jazda gościńcem. Wszystko razem cztery i pół godziny. Osobno łapanie wszy, które mnie oblazły w chałupie.



Statystyka.

W Stryszawie stał się wypadek. Spadła kobieta ze strychu — zabiła się na miejscu. Prawdopodobnie złamanie podstawy czaszki. Dla rodziny płacz i spadek niespodziany, dla mnie zmartwienie i kłopot. Nie wiem, gdzie je umieścić. Jakto? — odpowie każdy — chyba w grobie.
Nie o to chodzi, — to proste. Gorzej ze statystyką. Mamy 78 chorób na kartkach statystycznych: choroby serca i naczyń, choroby żołądka, choroby oka. Nic dla niej. Aż wreszcie znalazłam! Choroby narządów ruchu. Umarła, więc się nie rusza, to jasne. Statystyce stało się zadość, — każdy musi być gdzieś wpisany, żeby mógł ktoś napisać poważną pracę na podstawie tej statystyki.


Koklusz i pryszczyca.

Z suskiego rynku rozchodzi się gościniec w trzy strony świata: wschód, północ i zachód.
Z trzech stron świata postawiono na granicy miasteczka tablicę ostrzegawczą, że bydła przepędzać nie wolno. W okolicy panuje pryszczyca.
Gdzieś daleko jeszcze w odległości kilkudziesięciu kilometrów trafiło się parę wypadków. Zmniejszyły się jarmarki suskie, zmniejszył się ruch chorych w dzień targowy. Znać pryszczycę u mnie w ordynacji. Za to przeciętny ruch ubezpieczonych w inne dnie większy niż zwykle: jest koklusz, zachorowują małe dzieci kilkumiesięczne i roczne. Zapadają od razu na ciężkie obustronne zapalenie płuc. Już czworo w tym miesiącu umarło. Zachorowują i starsze na koklusz. Te czują się dobrze. Chodzą do szkoły, do kościoła, do parku. Bawią się ze zdrowymi. Od paru tygodni w całej Suchej słychać charakterystyczny kaszel. Kaszle cała Błądzonka, Podksięże. Nie kaszle jeszcze Zasepnica. Ale na granicy miasteczka, wsi i przysiółków nie ma żadnej tablicy. Dzieci przepędzać wolno. Więc przepędza się je masowo do szkoły, do kościoła.
Przepędza się je także urzędowo. Jest powszechne szczepienie. Spędzono razem kilkaset dzieci, kaszlącą Błądzonkę i niekaszlącą Zasepnicę. Zachorowało mnóstwo dzieci, kilkoro umarło. Dopust boży. Umarło jedno, będzie wkrótce nowe. Jest ich i tak dużo.
Mam nadzieję, że uda się opanować pryszczycę wśród bydła. A koklusz przejdzie sam, gdy wszystkie dzieci odchorują. Że niektóre z nich umrą, a inne długo do zdrowia nie wrócą, to trudno.
Krowa jest żywicielem rodziny, o dziecko łatwo się postarać.



Tam i nazad za 60 zł.

Miałam wczoraj dwa wyjazdy do Krzeszowa, odległość 15 km. Jeden wyjazd 6 godzin: 5 godzin drogi, pół lub jedna godzina u chorego. Doskonała proporcja.
Jedzie się najpierw gościńcem, potem boczną drogą, potem kamienistą ścieżką na górkę. Jest krótsza droga przez góry i przez rzekę. Kiedy woda w rzece mała, można tamtędy jechać. Nawet sankami. Puste pola, samotna kapliczka, jedno drzewo sterczące nagimi konarami ku niebu. Nastrojowo. Przypominają się bajki o duchach i widmach. Zwłaszcza, gdy pada gęsty śnieg i tworzy na polach fantastyczne zaspy, z zadymki i nocy wyłaniają się widziadła, a wiatr wyje głosem upiorów. Człowiek odziany w ciepłe futro, z nogami przykrytymi baranicą, patrzy i słucha.
Tylko, że pewnej nocy sanki się rozleciały. W najbardziej nastrojowym punkcie, w pobliżu samotnej kapliczki równie samotnego drzewa. Do ludzkich domów daleko, gwoździa i młotka nie ma skąd wziąć. Nawet uczciwego patyka nie znajdzie. Śnieg wyżej kolan, ciemno.
Musiałam zejść z sanek. Trzymać z furmanem boki wozu, żeby do reszty nie odpadły. Nieść futro, żeby nie zginęło po ciemku. Miały upiory na co patrzeć. Wyły teraz ze śmiechu.
Sanie i wozy nie zawsze rozszczepiają się w kierunku podłużnym. Potrafią i w poprzek.
„Wiózł raz tędy mój szwagier księdza — pociesza mnie furman — a tu nagle wóz się napoły rozdzielił: przodek i tyłek osobno. I furman z przodkiem pojechał, a księdza w tyłku zostawił. Głuchy trochę był, nie słyszał, że ksiądz woła“.
Więc ucieszyłam się bardzo, że nie spotkał mnie los nieszczęśliwego księdza. Mogłabym zostać sam na sam z tyłkiem sanek w pustym polu. Siedziałabym na tym tyłku do rana.
Więc wczoraj wybrałam dłuższą drogę. Nie mam czasu na te krótsze.
Już 8 dni Wicek Wajdzik choruje. Dzisiaj dziewiąty dzień. Zdecydowano się wezwać lekarza. Zdecydowano się wydać 30 zł. To znak, że z Wickiem źle. Już przed południem był ksiądz u niego.
Tak nagle zaczęła się ta choroba. W jeden dzień: zimnica, kaszel, gorączka. Odpluł krwią. Kłuło go w piersiach. Po nocach głupio mówił. Wszyscy poznali, że zapalenie. Leczyli go jak mogli. Dawali mu rumianek na gorączkę. Postawili mu bańki. Smarowali go psiem sadłem. Dawali psie sadło do picia, żeby mu gładziej było w piersiach. Kupowali w aptece leki na zapalenie. Było mu coraz gorzej. W dziewiątym dniu przestał mówić. Dychy go chwyciły straszne. Posiniał na twarzy.
Tętno u Wicka 160 na minutę. Wicek umrze. Sprowadzili mu księdza i doktora. Ksiądz zaopatrzył go na śmierć. Doktorka dawała zastrzyki, często trzeba robić. Uczyła szpryckę gotować i igłę do ciała wbijać. Odjechała do Suchej. Powiedziała, że z Wicka nic nie będzie. Że późno po nią przysyłali. Akuszerka znów, starsza kobieta, zastrzyków niezwyczajna. Za jej czasów tego nie było. Ona człowieka zastrzykami dobijać nie będzie. Stłukła tylko strzykawkę, złamała igłę. Trzeba będzie odkupić.
Za 3 godziny Wicek umarł.
A gdyby Wincenty był wezwał lekarza o 8 dni wcześniej! Gdyby był dwa razy dziennie dostał zastrzyk. Dwa razy dziennie przez 8 dni. Niewiadomo...
Dwa razy dziennie po 6 godzin tj. 12 godzin czasu. Dwa razy dziennie po 30 zł przez 8 dni wynosi 460 zł. Liczmy mu zniżkowo 320 zł (po 20 zł). Lekarz nie ma 12 godzin dziennie czasu dla Wicka. Wicek nie ma 320 zł dla lekarza. Dlatego Wicek umarł.
Tańszym kosztem mógłby się był leczyć w szpitalu. Niewiadomo tylko, czy by był żywy dojechał z Krzeszowa. Na szpital trzeba też mieć pieniądze. Na furmankę i pociąg osobno.
Nastraszyli się śmiercią Wicka sąsiedzi. Akurat jeden w dzień jego śmierci zachorował. Posłali po mnie od razu, żeby nie było za późno, jak u Wajdzika. Posłali konie w pierwszy dzień choroby. Dlatego miałam dwa wyjazdy.
Znalazłam wysoką gorączkę. Czyste gardło i płuca. Zdrowy brzuch. Nic go nie boli. Niewiadomo jeszcze co będzie. Na razie nic nie można wiedzieć. Jutro może pokażą się plamki w gardle. Będzie zwyczajna angina. Może za dwa dni zmienią się szmery oddechowe w płucach. Wysłucha się zapalenie. Może za tydzień badanie krwi wykaże, że jest tyfus brzuszny. Plamisty także u nas się trafia. Tylko, że w pierwszy dzień choroby nie ma plamek. Nie ma po czym rozpoznać. Może po trzech tygodniach nieregularnej gorączki wysłucha się w jednym miejscu delikatne rzężenie. Okaże się wtedy, że jest świeży nacisk gruźliczy. Na razie niewiadomo nic. Niewiadomo, kiedy znów przyjechać. Jutro, za dwa dni, czy za tydzień. Za dwa dni będzie może znów za wczas, za tydzień będzie może zapóźno. Zapłacili znów 30 zł. Wróciłam do domu. Nie przyślą po mnie po raz drugi dla postawienia rozpoznania. Nie będą mieli pieniędzy.
Spodziewam się dzisiaj jeszcze jednej furmanki z Krzeszowa. Prawo serii. Mam przeczucie, że przyjedzie. Znów za wczas albo za późno. Za wczas, żeby rozpoznać, lub za późno, żeby wyleczyć. Jak zwykle.
Nie pojadę już po raz trzeci do Krzeszowa. Mam dość. Zaczekam trochę. Zaczekam, aż się zbierze więcej chorych. Najmniej trzydziestu. Zaczekam, aż przyjdą po rozum do głowy. Położą się wszyscy razem w jednym domu. Niech każdy złoży 30 zł, tyle, co na jeden przyjazd lekarza. Razem 900 zł. Zgodzę się wziąć tylko 200 zł za miesiąc. Przyjadę codziennie. Do wszystkich naraz. Nie będzie dla jednego za wczas, dla drugiego za późno. Zarobią na tym. Zostanie im 700 zł na służbę, pielęgniarkę, furmana. Może i lekarstwo za to kupią. Dostanie każdy potrzebne zastrzyki. Będzie miał opatrunki i dietę. Będzie miał lekarza codziennie. Będzie miał pielęgnarkę na miejscu. Będzie odesłany na czas do większego szpitala, gdy zajdzie potrzeba.
Nie będzie leżał chory między chorymi. Nie będzie zakażał własnych dzieci.
Zaczekam, aż w każdej wsi będzie szpital, lub jeden na kilka wsi.
Zaczekam 200 lat, może 500. Nie pojadę dzisiaj do Krzeszowa.


Celowość w naturze.

Kobieta jest na to, żeby rodziła dzieci.
W tym celu ma macicę. W macicy rośnie płód. Przez te dziewięć miesięcy płód musi się dobrze odżywiać. Do tego celu ma łożysko miejsce, w którym jajo płodowe przyrasta do ściany macicy. Pod koniec ciąży łożysko jest jak duży talerz. Przez łożysko płynie do dziecka odżywcza krew matki.
Nie jest przewidziane ustawą, w którym miejscu jajo płodowe ma przyróść do ściany macicy. Ma wolny wybór. Według przyjętych zwyczajów przyczepia się zwykle wysoko w tak zw. „jamie macicy“, a główka dziecka jest na samym dole. Przychodzą pierwsze bóle i wypychają dziecko. Po dziecku wyrzucają łożysko. Ściana macicy tam, gdzie było przyklejone łożysko, jest teraz dużą raną. Rana silnie krwawi. Ale macica jest już pusta i szybko się kurczy. W niewielu minutach zaciska ranę. Jest dobrze.
Kiedyindziej jajo płodowe robi na złość. Przykleja się nisko. W samym ujściu macicy. Zamyka dziecku drogę. Każdy ból porodowy, nawet małe bóle ostatnich miesięcy ciąży otwierają po trochu ujście. Odrywają łożysko od miejsca przyczepu. Nie ma możności zaciśnięcia rany. Zanim ujście otworzy się na tyle, żeby przepuścić całe dziecko, z matki upłynie krew. Kobieta umrze.
Już w siódmym miesiącu ciąży zjawia się pierwszy krwotok nagły obfity. Kobieta mdleje. Potem przychodzi do siebie pomału, zaczyna wstawać. Następuje drugi krwotok jeszcze większy. Im dalej, tym gorzej. Która jest ubezpieczona, idzie po pierwszym krwotoku do lekarza, odjeżdża zaraz do szpitala. Tam dadzą sobie radę z łożyskiem. Zamknęło drogę, jest inna. Otwiera się kobiecie brzuch i wyjmuje się dziecko. A po dziecku łożysko. Niech nie pcha się naprzód, kiedy ma wychodzić na końcu.
Nieubezpieczonej kobiecie żal pieniędzy. Zwykle czeka aż do porodu, a potem wzywa akuszerkę. Akuszerka wzywa lekarza. Lekarz w domu prywatnym nie może otwierać brzucha. Może przebić łożysko i ściągnąć dziecko. Dzieckiem uciskać krwawiące miejsce. Dzieckiem otwierać powoli macicę.
Dziecko prawie zawsze przy tym umiera.
Kobieta najczęściej też.
Więc lekarz nie powinien rozwiązywać łożyska przodującego w domu. Powinien odesłać rodzącą do szpitala.
Dlatego pani K. wyjechała do szpitala. W parę godzin po rozpoczęciu się porodu. Tylko, że spóźniła się na pociąg do Krakowa. Bo chodzono długo po sąsiadach, zanim ktoś pieniędzy na bilet pożyczył. Jeden pociąg dopiero co odszedł, drugi będzie za 8 godzin, bo nie był to sezon narciarski. Dlatego pojechała furmanką do Wadowic. Umarła na furmance.


Złodzieje.

Wróciłam późno w nocy do domu. Śpię. Śni mi się przyjemny sen. Jestem wysoką figurą, dokładnie nie wiem jaką. Nie chciano mnie poinformować. Mam do opracowania projekt. Zorganizować pomoc lekarską przy porodach na wsi. Pieniędzy jak zwykle jest mało, nawet we śnie.
Robi się drewnianą przybudówkę do mieszkania każdej akuszerki, dwie izby, jedna dla rodzących, druga dla położnic. Telefon.
Na okolicznych górkach kobiety dostają bólów porodowych. W każdym siedlisku są nosze: dwa kije i płachta. Dwóch chłopów potrafi zanieść rodzącą do stacji porodowej najdalej za godzinę. Nie jedna zajdzie jeszcze sama. Stacje rozrzucone są po całej wsi. Wzdłuż głównej drogi. Nie ma biegania tam i spowrotem po akuszerkę i z akuszerką. Nie ma szukania położnych po chałupach. Nie trafi się, żeby wyjechała, nie zgubi i nie zapomni narzędzi. Zamiast za 5 godzin, ma się ją za godzinę. Tę samą piątkę, która płaciła w domu, płaci jej rodząca na stacji. Tym samym co w domu się wyżywi. Dla akuszerki wygoda.
W każdym miasteczku jest mały szpitalik położniczy. Jeden z miejscowych lekarzy pełni dyżur. Jest personel pomocniczy, salka do zabiegów, pomieszczenie dla położnic. Telefon. Auto. Stacje wiejskie zgłaszają telefonicznie nieprawidłowe porody. Auto przywozi rodzące. Prawidłowe rodzą się na stacjach.
Nie ma jeżdżenia po lekarza i z lekarzem, lecz tylko w jedną stronę. Nie ma niepewności, że się go nie zastanie w domu. Ma się go za godzinę. Jest światło, jest stół i asysta. Jest zawsze odpowiedni moment. Jest czas odesłać do większego miasta, gdy duży zabieg jest potrzebny.
Budzi mnie hałas. Wpada rozczochrana służąca. Ze strachu oczy wyszły jej na wierzch. Pewnie znowu ktoś rodzi. Pewnie krwotok.
„Bandyci są w domu“ — krzyczy. Obracam się z ulgą na drugi bok.
„To świetnie — mówię — Chwała Bogu, że nie poród“.


Notatki.

Ubezpieczalnia cierpi też na pewną chorobę. Chorobę nieopisaną w medycynie. Cierpi na nadmiar papieru: sprawozdanie z ruchu chorych, statystyka chorób, wykaz ruchu ubezpieczonych z innych Ubezpieczalni, sprawozdanie z leczenia inwalidów. Wreszcie osobna pisanina o wypadkach przy pracy, o wysyłaniu do szpitali. Nadto wykaz leków wydanych z apteczki podręcznej. Zasiłki chorobowe i pokarmowe. Mniej więcej tyle roboty biurowej, co lekarskiej. A lekarskiej jest 6 godzin dziennie.
Więc na papier patrzę, jak na osobistego wroga, chociaż to artykuł potrzebny. Inni lekarze, mężczyźni, mają żony, które ich wyręczają w pisaniu. Niestety jestem kobietą. Żony mieć nie mogę. Muszę pisać w nocy, lub zaangażować siłę pomocniczą. Ubezpieczalnia mi tego nie zabrania.
Zatem, jak powiadam, na papier patrzeć nie mogę. Dlatego rzadko zaglądam do notatek z praktyki prywatnej. Wreszcie raz zdobyłam się na to. Trzeba sprawdzić, ile kto winien i upomnieć się o dług. Okazuje się, że 2/3 prywatnych nie płaci w ogóle. Przeglądam notatki z ostatnich sześciu miesięcy. Każde nazwisko mi coś mówi: wszystkich pamiętam. Nowotwór. Gruźlica w końcowym stadium. Ciężka choroba serca. Przedziurawienie jelita w przebiegu tyfusu. Zapalenie otrzewnej prawdopodobnie po zapaleniu wyrostka robaczkowego. Obustronne zapalenie płuc. Wrzód żołądka z przedziurawieniem. Same ciężkie przypadki. Wszyscy już nie żyją. Prawie wszyscy wzywali w stanie beznadziejnym. Ci, którzy daliby się wyleczyć, ograniczyli się do jednej wizyty. Więcej nie przyszli.
Tak wygląda praktyka wiejska. Bo 90% pacjentów na prowincji to chłopi. Dlatego mam w praktyce prywatnej 50% śmiertelności.
Żyją ci, którzy przyszli po świadectwo lekarskie z powodu pobicia. Neurastenicy z urojoną chorobą. Kobiety, które zgłosiły się do przerwania ciąży. Prawie wszyscy zamożniejsi klienci, których stać na leczenie.
Muszę policzyć, kto umarł w ostatnim roku z ubezpieczonych. Pamiętam wszystkich. Około dwunastu osób. Dwa nowotwory. Trzech gruźlików. Jeden starzec z niedomogą krążenia. Kilkoro niemowląt. Przez ambulatorium przesunęło się około 3.000 ubezpieczonych.
0,4% śmiertelności.


Życie jest piękne.

Zachorowałam. Kamienie żółciowe się odezwały. Boli jak cholera. Leżę w szpitalu. Lekarze chodzą koło mnie zmartwieni. Coś im się nie podoba. Dlaczego ta śledziona taka spuchnięta. Może na dodatek tyfus?
Nie posiadam się z radości. Teraz ja jestem pacjentem, a oni o mnie się martwią. Jak dobrze. W nocy pada ulewny deszcz, o szyby tłucze wiatr i gwiżdże przeciągle. Zrywam się na odległy turkot furmanki i kładę się spowrotem. Tu mnie nikt z łóżka nie wyciągnie. Czytam powieści kryminalne, sentymentalne historyjki dla kucharek, podróże Vernego dla starszych dzieci. Odprężenie. „Maruduję“ na rachunek ubezpieczalni. Zapłaci mi pobyt w szpitalu i pensję.
Jak to dobrze, że istnieją choroby. Nie tylko dlatego, że lekarz z nich żyje. Dlatego, że może też zachorować.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Karaś.