<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan na czterech chłopach
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



Świadczy o tem stary zbieracz szlacheckich podań Bartosz Paprocki, jako rodzina Sobków, herbu Brochwicz, w herbie używająca Jelenia z koroną, swojego czasu bardzo zamożna była, znaczne majętności dziedziczne posiadała, od Zygmunta Starego zastawą Solec trzymała, a na kądziel potem zszedłszy, dwa domy pańskie, Radziwiłłów i Ciołków z Żelechowa zbogaciła. Dostatki jej wsiąknęły tam bez śladu.
Musiała to być jednak gałąź tylko zamożniejsza Sobków; gdyż za panowania ostatniego z Sasów, mieszkał jeszcze pan Felicjan Sobek, cześnikowicz nurski, nieopodal od Włodawy, nad Bugiem, a z papierów jego okazywało się, że do Brochwiczów należał, i że niegdyś protoplaści jego majątki mieli znaczne. Tymczasem cześnikowicz zszedł był na taki kłapeć ziemi, że na nim się już z wielką biedą szlachectwo jego trzymać mogło. Jak Sobkowie do takiego przyszli ubóstwa, wytłumaczyć trudno. Ludit in orbe Deus, mówili starzy; maluczcy rosną, a wielcy upadają, tysiące tego mamy przykładów. Składały się na Sobków ruinę rozmaite okoliczności: krew gorąca, nieopatrzność wielka, ofiarność zbytnia, klęski z dopustu Bożego, podział fortuny, córek wyposażenia, wojny, pożary, procesa i małoletniości.
Gdy pana Felicjana ojciec odumierał, miał chłopiec lat ośmnaście, ledwie się był cokolwiek przetarł w jezuickich szkołach, niedojrzały był cale, potrzebował opieki, a nie miał prawie żadnej, bo od ubogich swoi i obcy stronią jak od trędowatych.
A jest też ubóstwo jako trąd, który łatwo przylega, a wyleczyć się z niego trudno.
Przed śmiercią cześnik napróżno do dalekich krewnych swoich i żony pisał, aby sierotą się zaopiekowali; nikt pary nie puścił, nie odezwała się żywa dusza, i biedny starzec dziecka nie mając komu polecić, zdał je na ręce starego sługi, pewnie szlachcica też, bo się zwał Grzymałą...
Ten Adam Grzymała niby sługą u niego był, a więcej przyjacielem. Żyli z sobą jak bracia, jednym głodem oba marli, a Grzymale i na myśl nie przyszło opuścić Sobka, gdzieindziej szukając szczęścia, coby go pewnie na większym jakim dworze spotkało. Adam ekonomował niby, choć tam nie było na czem; w potrzebie za pługiem poszedł i z bronami; klucze trzymał od pustego spichrza, buty czyścił i do jednego stołu z Sobkiem siadał.
Gdy trzeba było jechać do Włodawy lub Sławatycz, a choćby i do Białej, Grzymała zaprzęgał i powoził. Zrośli się ci dwaj starzy ludzie z sobą tak, że jeden drugiego myśli zgadywał, a gdy który z nich płakał, ciekły łzy drugiemu.
To też gdy Sobkowi umierać przyszło, a nie było komu syna zostawić, resztą sił za szyję objąwszy Grzymałę, zaklął go stary, aby syna nie opuszczał i był mu opiekunem a ojcem. Nie potrzebował o to prosić, samoby było przyszło, bo Adam gdzieindziej żyć ani mógł, ani chciał, i wolał tu głodem mrzeć, niż gdzieindziej w dostatkach opływać.
O kilka pono lat młodszy od Sobka, Grzymała krzepki był, nie chorował jak żyw, znosił wszystko, co nań spadało, a choć człek niepozorny, wielkiego był waloru.
Nie lękał się umierający o to, czy go młody słuchać zechce, bo Feliś nawykł był od dzieciństwa Adama szanować i jak ojcu samemu ulegać.
Spuścizna po nieboszczyku panu cześniku ziemi nurskiej, była tak licha i takiego składu, jak się rzadko trafiało. W wioseczce, która Sobkom pozostała z rozerwanych dóbr, zwanej jakby na pośmiewisko Trzcieniec Wielki, — nie było nad chat pięć; z tych jedna wymarła za cześnika, tak, że stała pustkami, bo nie było kogo osadzić, i trzymały się już tylko cztery. Łąk nadbużnych miał Trzcieniec dosyć, wydm i piasku podostatkiem, lasu wypalonego i wyrąbanego kawałek, pól dobrych mało. Jeżeli którego roku woda nie zajęła, na łęgach nadbużnych jare zboże można było zasiać i plon zebrać znaczny; ale na pięć zasiewów takich najmniej trzy Bug odbierał i marnowała się praca.
Na takiej lichej wioszczynie, od której dawne jej awulsa poodpadały, został był dwór, jak nazwisko Trzcieńca niepotrzebnie ogromny, z przedwiecznych gdzieś czasów trzymający się, z którym niewiedzieć co robić było, chyba siadłszy w nim płakać.
Za cześnika już trzy jego części stały pustkami, okna w nich tarcicami pozabijano, dach słomą narzucono, i używano pokojów na składy różne, a szczury, łasice, myszy, więcej w nich od dziedzica gospodarowały. Ciężar to był wielki z tym dworem, i kilka razy już rozbierać go chciano, ale i na to rąk brakło. Stał więc czekając, aż go kiedyś burza powali.
W jednym rogu kilka izb pomniejszych zajmował dziedzic i Adam Grzymała.
W wielkich izbach, na których ścianach resztki jeszcze dawnych szpalerów pogniłych wisiały, składano, co Bóg dał, nawet drzewo do opału. W sieniach kloc stał, gdzie skałki rąbano. W jednej sali za wozownię służącej sań było kilkoro i łomy bryczek a koczów odwiecznych. Gdzie się światło zakradało, trawy rosły żółte i grzybów moc.
Gdy wszedłeś do tej pustki, powietrze obwiewało grobowe, chłodne, stęchłe, że długo wytrwać tam było trudno. Rozmaite ptastwo, począwszy od sów i puchaczów, gnieździło się na poddaszu, w kominach, u belek, a że mu tam nikt nie przeszkadzał, mnożyło się niezmiernie. W jednym końcu, snać z dawnych czasów, siedziało gniazdo bocianie ogromne, na które „Pan Wojciech“ co rok regularnie z familją przybywał, choć powszechnie mówią, że od nawiedzonych nędzą miejsc ucieka. Czasem nocami gdy cicho było, a zwierz drobny, który się tu rozsiadł dokazywać począł, — stukało i łomotało po pustych izbach, jakby w nich złe duchy harce odprawiały. I było to mniemanie u pospolitego ludu, że nieczyste siły po nocach broiły, niepokojąc ludzi. Po ciemku też nikt tam się iść nie ośmielił.
W izbach narożnych, choć przylegały do tej biedy, można było żyć jako tako. Ganeczek tam dawniej przyczepiono, i były oprócz kuchni, spiżarni i mieszkania Grzymały, dwie izby dosyć obszerne z alkierzem przyciemnionym. Tam się całe mieściło gospodarstwo, stara Motruna, gospodyni, która jeść gotowała, a z sierotką Pryską około dwóch krów i drobiu chodziła i wreszcie Niemowa, człek też stary, który stróżował we dworze.
Był to człek zdrowy, silny, zachartowany tak, że w najtęższe mrozy rzadko co oprócz koszuli kłaść potrzebował, pracowity, ale niezmiernie zły, gdy mu się sprzeciwiano. Urodził się tak bez słuchu i języka, mruczał tylko i piszczał, ale na migi wszystko rozumiał i co mu kazano robił, byle miał co jeść. Wódkę też lubił bardzo, ale mu jej nie dawano, bo czasem gdy się napił, w furję wpadał, a wtedy na nic w świecie nie zważał.
Osobliwością było, iż Niemowę tego nieboszczyk ksiądz proboszcz nauczył klęczeć w kościele, z rękami złożonemi, i tak się na nabożeństwie znajdował pięknie, że nie można lepiej.
Była z niego posługa wielka, bo mu nic nie dawano, tylko kożuch jeden na lat kilka, siermięgę i koszul zgrzebnych parę. Gdy się odarł, przynosił łachmany swoje i wskazywał na plecy.
Niech Bóg broni było go skrzywdzić niesprawiedliwie! Bo choć rozumu miał mało, a poczucie sprawiedliwości bardzo wielkie. I to w nim szczególne było, że dzieci niezmiernie lubił, i gdy nie miał co robić, na rękach je nosił, huśtał i usypiał. Czasu żniw, gdy babom trzeba było iść z sierpami, a z dziećmi małemi nie wiedzieć co było poczynać, wołano Niemowy, — najlepsza z niego niańka była.
Dworu tedy całego więcej nad to, co się powiedziało, nie miał cześnik, a i te dusze czasem wyżywić mu było trudno; bo Grzymała, choć głód pięknie znosił, gdy się do misy dorwał, tylko było patrzeć a dziwować się. — Niemowa żarł strasznie, — sierotka Pryska, małe dziewczę, chude jak szczapa, całyby dzień była gębą ruszała, byle miała co złasować. Za to Motruna więcej pościła za duszyczki swe różne, i za grzechy stare, niż jadła, a cześnik póki żył, lada czem się obchodził.
Po śmierci jego i ubogim pogrzebie, gdy się pan Felicyan znalazł sam w Trzcieńcu z Grzymałą, na prawdę nie wiedział co poczynać. Wyprzedać się, gospodarzyć, puścić komu ziemię, a samemu szczęścia szukać, wojskowo służyć, do kancellarji wstąpić, dworskiego chleba próbować, wszystko miał do wyboru, ale do niczego bardzo go serce nie ciągnęło. Ojciec dopóki żył, o nic tak nie stał jak o wychowanie syna, ostatki oddawał, aby go w szkołach popędzać, a że chłopiec był zdolny, głowę miał otwartą i umysł bystry, więcej z niego zrobili Ojcowie Jezuici niż z drugich. W szkołach też z różnymi się i zamożniejszymi paniczami poznał, lubili go wszyscy.
Statku w nim było nad wiek, bo choć sobie ośmnaście lat liczył, drugi go i we dwudziestu kilku tyle nie ma. Pau Bóg go sowicie ze wszech miar wyposażył, bo pokaźny, zręczny i szlachetnego oblicza był tak, że gdyby nie odzież uboga, często połatana, wziąćby go było łatwo za senatorskie dziecię. A obyczajnym też, skromnym i akkomodującym się być umiał bez wszelakiej podłości, i Ojciec rektor, ks. prefekt, wszyscy, co go znali bliżej, odchwalić się go nie mogli.
We dwa dni po pogrzebie, — było to jakoś w Marcu, wiosna przychodziła leniwo, zimno jeszcze Lutowe prawie na dworze, siedzieli w większej izbie u komina pan Felicjan i Grzymała. Ten był tylko co od gospodarstwa powrócił, bo choć go tam niewiele mieli, zawsze po oborach i chlewach i w stajni trzeba się było co wieczór rozpatrzyć.
Stary Adam od małego dziecka nawykł był cześnikowicza po prostu Felisiem nazywać.
Milczeli długo oba. Grzymała ręce czerwone tarł a rozgrzewał, wreszcie obrócił się do chłopca siedzącego niedaleko, i popatrzawszy nań, bąknął:
— No, a co? Wypłakawszy się, ta pomodliwszy, czas myśleć o sobie, co będziemy robili Felisiu?
Chłopak drgnął.
— Jakże wy myślicie?
— No, co tam ja! Ja do takich spraw rozumu wielkiego nie mam. Kiedy gnój wozić, to ja wiem, ta — i tyle.
— Ja też się jeszcze nie rozmiarkowałem... rzekł Feliś. — Czas na to. Rwać się na świat bardzo nie myślę: co ojciec robił, to i na mnie przypada.
— Ojciec był stary — westchnął Grzymała. Za młodu i on na Trzcieńcu nie siedział. Młodemu trzeba świata ujrzeć i obetrzeć się, a szczęścia poszukać.
— Toć prawda, panie Adamie — odpowiedział chłopiec; — ale żeby w świat iść, trzeba mieć za co ręce zaczepić.
To mówiąc rozłożył je, pokazując, że pusto w garściach było.
— A jak drudzy z talarem w kieszeni poczynają? — odezwał się Grzymała. Młodość za skarby starczy, służba nie krzywdzi, dorabiają się ludzie dworsko, trzymając pańskiej klamki.
Na to pan Felicjan nic nie odpowiedział. Grzymała aż się zwrócił do niego, żeby zobaczyć, dla czego milczy i co mu to jest?
— Cóż? dworska służba? nie w smak? — spytał.
Potrząsł głową Feliś.
— Bo widzisz Feliś — mówił Grzymała, — na wsi w tym gnoju zmarnujesz się. Szkoda ciebie do wideł i brony. Jak mi Bóg miły! skapcaniejesz, jak my tu z nieboszczykiem oba; łapcie wdziejesz, zamęczysz się, zachorujesz i zabijesz. Tobie trzeba ludzi. Nie darmośmy cię do szkół oddawali, aż do poezji, mospanie! Czy w palestrze, czy w kancellarji, czy na dworze, chętnie cię przyjmą.
— To prawda — odezwał się cześnikowicz, — ani słowa; lecz gdziekolwiek pójdę, sługą muszę być, gdy w Trzcieńcum ja sam sobie pan.
Rozśmiał się Grzymała.
— Piękne mi państwo, kiedy sobie sam w piecu palić będziesz musiał! Jeszcze póki ja żyję, nie dam ci tego robić... a no, mnie i Niemowie przyjdzie prędzej później na mogiłki wędrować. Motruna też kaszle i ledwo się włóczy... ze smarkatej Pryski pociechy wiele nie będzie. Ze wsi nie ma kogo wziąć.
— A co pomoże jak ja ztąd ubędę! odezwał się cześnikowicz, — albo się przez to co poprawi?
Grzymała się po głowie poczesał palcami, bo miał to we zwyczaju, gdy go co niecierpliwiło.
— Widzisz Feliś — rzekł, — nim my się położymy na niewstanie, ty do tej pory możesz się dorobić.
— Jakim sposobem?
— A głowa i ręce od czego?
Feliś grzał się u ognia milcząc, zadumał się. Stary czekał długo na odpowiedź, i nie mógł się jej doczekać.
— No cóż? co? — odezwał się, — co ty na to?
— Nie wypędzajcie mnie ztąd — rzekł powoli cześnikowicz. Ambicji wielkiej nie mam, trochę wiem, jakie po dworach życie; a jakbym rok popróbował tu posiedzieć i pogospodarzyć?
Grzymała ramionami ruszył.
— Któż ci broni, albo kto cię wypędza? rzekł cicho. Ojcu nieboszczykowi a memu dobrodziejowi najosobliwszemu przyrzekłem święcie, że ci służyć będę — służę czem mam. Tak mi się zdało, że kiedy on o te szkoły dbał, nie do brony i sochy cię sposobił!
Feliś milczał ciągle zadumany.
— Więc cóż? spytał Grzymała.
— Ja też się nie zarzekam niczego... odezwał się cześnikowicz. Gdyby się okazja jaka trafiła, możebym w świat poszedł; tymczasem spocząć tu trochę chciałoby się.
— Cóżeś ty się tak uznoił? uśmiechnął się Adam.
Przyłożyli drewek na komin, który i grzał i świecić musiał, bo innego światła w izbie nie zapalono; rozmowa się nie wiodła, zamilkli.
Nazajutrz Grzymała poszedł po oborach, do gumna, gdzie dwóch młocków owies na nasienie wybijało, obszedł gospodarstwo, popatrzał po niebie, że się coś na lepsze nie zanosiło, i do izby wrócił.
Zastał Felisia też gospodarującego, bo chciał porządek uczynić w tem, co po ojcu zostało.
— Panie Adamie — odezwał się cześnikowicz, — a jakbyście mnie pomogli się rozpatrzyć po kątach?
— Czemu nie!
Wzięli się tedy oba do wyciągania sepetów, otwierania szaf i inwentarza swojej biedy. Na prawdę nie było co robić bardzo, bo po cześniku, krom fascykułów, papierów, dokumentów, których kufer był cały, odzieży i ruchomości mało co pozostało. Najlepszy kontusz, żupan i pasik wziął z sobą do grobu; co po tem było pożądniejszego, syn odłożył i uścisnąwszy Grzymałę, jemu oddał. Zostały dwie karabele, z których jedna od parady, i sygnet z krwawnikiem, z herbem Sobków, bo szlacheckie godła na innym kamieniu rznąć się były nie zwykły, tylko na krwawym, tak jak herbowe pole, krwawo wysłużone, najczęściej purpurowe było. Strzelba jedna długa, z zamkiem popsutym; druga jeszcze dobra. Kulbaka i siodło paradne, aksamitem spłowiałym obciągnięte, dawno nieużywane a od molów mocno poprzegryzane. Zbroja żelazna z krzyżem na piersi mocno zardzewiała; kolczuga stara z misiurką srebrem okutą; ryngraf z Matką Boską i Św. Józefem.
Wszystko to z kątów powyciągali, cześnikowicz obejrzał, i nie wiele już pozostawało...
Poszli tedy do czeczotkowej szkatułki, która u łóżka stała, i wynieśli ją na światło do pierwszej izby. Tu w papier uwinięte były obrączki ślubne, dukat z Matką Boską, różaniec nieboszczki matki, kilka jej listów, laku kawałek, sprężyna od zegarka, guzików kilka pozłocistych, flaszeczka z wyschłym olejkiem różanym i parę modlitewek skutecznych, przepisanych na różnych papierkach.
Pieniędzy, po pogrzebie i jałmużnach, nad talar i kilka groszy nie było.
— Z czemżeś ty mnie, panie Adamie, w świat chciał wyprawić? — spytał Feliś.
Stary po głowie się potarł.
— W stodole nie ma nic, chyba co na nasienie, i przeżycie na przednówku, a Bóg raczy wiedzieć, czy tego roku urodzi?
— A czemu urodzić nie ma? — odparł Grzymała. Żyto posiane na najlepszym kawałku, na Wieruchowszczyźnie, da Bóg proso i len sypniem na łęgu, a że woda nam już trzy z rzędu, to świętojanka, to jakóbówka szkodę robiła i zabierała posiewy, chyba Bóg nie łaskaw, w tym roku się ostoim... I w stodole też... począł Grzymała z namysłem, ale się wstrzymał...
No... na stodołę, prawda, nie ma co rachować. Omłotu żytniego jest kupa, ale z tego pociechy nie będzie; nieomłóconego kilka kop, owies, tyle co na nasienie i dla szkap z sieczką... Jęczmienia drugi rok nie mamy...
Zadumał się Grzymała.
— Czyśmy komu co winni jeszcze? spytał cześnikowicz.
Tak zagadnięty pan Adam, pasa na sobie pociągnął, i rzekł:
— Nie bez tego... Zelmanowi talarów bitych pięć tynfów dwa.
Przypominał dalej, ale cedząc z wolna, aby nie nastraszyć sieroty.
— Breslauerowi we Włodawie, siedm z czemś.
— A więcej?
— Jużci i proboszczowi trzy.
— Jeszcze się co znajdzie? badał nieśmiało Feliś.
— Dwa talary pożyczył nam Chwedor Borzobohaty, ale z temi nie pilno. Chłop siedzi na pieniądzach, garnczków ma pozakopywanych nie wiem ile, tylko się tai. Ojciec jego już sławny był z tego, że u niego nigdy stogi się nie omłacały, aż drugiego roku. Temu nie pilno.
Westchnęli. Kilkanaście talarów z prowizyą dla biednego dziedzica stanowiło kapitał niemały.
Chudoba dworska ledwie starczyła gospodarskim potrzebom, a Borzobohaty miał i liczniejszą i tłuściejszą niż pańska. Wołów roboczych dwa, z których jeden łysy, stary, już na Żyda patrzał, byle go czem odkarmić, krów liczono trzy, jałówek dwie, cieląt dwoje, koni troje. Z tych klacz stara bułana, na jedno oko była ślepa i podpalona. Kilkoro gęsi, kilkanaście kur, dziesięć owiec czarnych — oto wszystko.
Sprzedać z tego inwentarza cokolwiek bądź niepodobna było, a gdyby na łysego się nawet kupiec znalazł, trzeba go było zaraz młodym zastąpić, bo na cielęta czekać nie miał czasu gospodarz. Orka wprawdzie na piaszczystych polach lekka była i sochę tam lada biedactwo pociągnęło, ale na łęgach, gdy się muł zsiadł i zapiekł, chudoba się męczyła strasznie i musiał dwór mieć swoją. Jeden Borzobohaty wychodził z uprzężą dobrą na pole; ze trzech innych gospodarzy, Andruk miał wolęta chude, a Chmura z Wronkiem sprzęgali się do roboty.
Pola dużo, jałowiało przez to... lecz gdyby się zmógł nawet dziedzic na lepszą oborę, rąkby mu do niej zabrakło. We czterek chatach nie zbyt „siemienistych,“ więcej było dzieci i wyrostków niż parobków. Gdy się przyszło rozpatrzyć we wszystkiem, ręce opadały. Grzymała wzdychał. Dźwignąć się nie było prawie sposobu. Wiedział to może i Feliś, lecz nie mówił nic; chodziło mu po głowie, że jakiśby przecież środek na to znaleźć się powinien.
Tak cały dzień prawie przegawędzili chodząc po kątach, i stękając. Z południa plucha na pół śnieżna trochę się przejęła; Grzymała oknem wyjrzał i chciał wychodzić, gdy do izby wpadł Niemowa.
Wyglądał strasznie biedny człek z głową ostrzyżoną krótko a brodą na pół siwą na cal odrosłą, z oczyma czarnemi wypukłemi, z piersią obnażoną, bosy, w koszuli tylko i spodniach u dołu słomą do nóg poprzywiązywanych, — czemś czy przestraszony czy nadzwyczaj zdziwiony. Ręce się mu trzęsły i usta krzywiły. Palcami wskazywał po za dwór, i wydawał krzyk dziwny: Hu! hu!... jakby się tam coś niezwyczajnego stało.
Nie mogąc go dobrze zrozumieć, wypadł na ganek Grzymała, i w stronę wskazaną patrząc, zobaczył — istne w Trzcieńcu dziwo.
Małą drożyną wiodącą ku dworowi, jechał powóz ciężki i ogromny. Była sama roztopów pora, błoto straszne. Gdzie niegdzie zamróz trzymał, ale w wielu miejscach do gruntu puściło i koła się rznęły głęboko. Droga też prowadząca do Trzcieńca nigdy większych powozów nie widywała i nie była dla nich przeznaczona; koleje wązkie wybijały wozy. Tu i owdzie rowek wymyły wody, stał jakby brodek, leżały kamienie, chróst i kołki, któremi się grzęznący ratowali. Słowem, droga była w świecie najokropniejsza zawsze, a onego wiosennego czasu, piekielna dla wozu, straszna dla kałamaszki, dla landary niemożliwa.
Prawda, że owo zjawisko ciągnęło sześć ogromnych koni, w chomątach ciężkich; ale machina była jak dom wielka, wisząca na drągach i pasach, na których kołysząc się istotnie na imię kolebki zasługiwała.
Na jednym z koni siedział wyrostek, na wysokich kozłach woźnica w delii i kołpaku, na stopniach z obu stron stała służba. Powóz był widocznie pański, ale jak się tu zabłąkał, zkąd wziął, tego Grzymała pojąć nie mógł, a Niemowa, który raz pierwszy w życiu widział coś podobnego, śmiał się, ręce podnosił i krzyczał:
— Hu! hu!
Z postawy jego widać było, że nie dotrzyma, i gdy się zbliży ów potwór — pierzchnie.
Grzymała stał jak wkuty.
Powóz posuwał się nadzwyczaj wolno, zapadał niekiedy to jedną stroną, to jednem kołem, a naówczas służba się rzucała i podtrzymywała, ażeby nie runął. Z po za skórzanych firanek widać było wysuwające się ręce, to z jednej, to z drugiej strony.
Patrząc zdala na tę podróż po wertepach, litość brała nad końmi najprzód, potem nad ludźmi. Oprócz tego Grzymała i później za nim wybiegający Feliś przejęci byli uczuciem innem, ogarniał ich wstyd i strach.
Oczywiście zdala ów dostojny podróżny, zobaczywszy ogromny dwór, został pozorem jego uwiedziony. Zdawało mu się pewnie, że tu znajdzie godną siebie gospodę. Tymczasem wrota wiodące na podwórze były dla skromnych wozów i bryczek stworzone, nie dla takiej bajecznej landary; sześciu koni owych olbrzymich nie było gdzie pomieścić, a w nizkie wrota ani ich można było wprowadzić. W dziedzińcu uszczuplonym ogrodzeniem zawrócić z tą machiną było niepodobna...
Cóż dopiero ludzi i konie i pana nakarmić?
Wszystko to przez myśl przechodziło przestraszonym i strapionym. Stali milczący, nie śmiejąc nawet odezwać się do siebie: Co to z tego będzie?
Staropolska gościnność nie dozwalała ani pomyśleć, żeby zabłąkanego podróżnego od wrót odprawić. Grzymała spojrzał na cześnikowicza; ten na niego.
Tymczasem choć landara się toczyła niezmiernie powoli, czasami nawet przystając, bo konie były zhasane, i para z nich buchała jak z kotła, a woźnica dobrze batem musiał szkapy smagać, gdy powóz zapadł tylnemi kołami, — zawsze jednak zbliżało się to widocznie, i już przewidzieć było można moment ów straszliwy, gdy konie u wrót staną, a ludzie do dworu przybiegną.
Choć płot z chróstu, opasujący dziedziniec, nie był stary i miał swą wartość, bo rąk do zbytku nie było (nie licząc łozy i kołków) — Feliś widział, że go przyjdzie na ołtarzu gościnności poświęcić i złamać.
Toby jeszcze najmniejsze było, lecz — co dalej? Jak tu takiego magnata przyjmować? Czem? Piwnicy całkiem nie było w Trzcieńcu, a w loszku ani butelczyny. Baryłka wódki siwuchy, którą się Grzymała pokrzepiał, do której Niemowa się uśmiechał, stanowiła jedyny trunek w domu... Zapasów żywności, oprócz kilku serów, wędzonych kiełbas, pary półgęsków i czerstwego chleba nie było tak dalece.
Owies młócono — na zasiew!
Sześć pańskich koni głodnych mogło skompromitować nadzieje przyszłego roku...
Stary sługa i młody dziedzic patrzali na siebie z niewymowną trwogą, ale zarazem z ową rezygnacyą heroiczną, która spełnieniu obowiązku gościnności szlacheckiej towarzyszyła. Szlachcic rozłamywał się chlebem w drodze, w domu płot musiał bodaj wyłamać dla gościa.
Nie szło o wypróżnienie śpiżarni, choćby jutro głodem mrzeć miano, lecz o to, jak się przyznać, że w niej godnych gęby pańskiej zapasów nie ma?
Zarumienił się Feliś i pobladł, Grzymała głowę poskrobał i pasa pociągnął.
Landara żółwiemi krokami posuwała się coraz bliżej, i już słychać było: „Wio!“ woźnicy i pokrzykiwania służby, prychanie koni, i pisk powozu nienawykłego do podobnych przejść, od których wnętrzności jego skrzypiały.
Feliś i Grzymała stali jak skamieniali. Niemowa widząc, że ta straszna rzecz już już się pod wrota podsuwa, prychnął jak kot, który się psu broni.
— Pch! pch! — huknął, i sadząc ogromnemi kroki przez kałuże, puścił się ku szopom, dopadł drabiny, schował się na wyżki. Żadna siła ludzka nie byłaby go powstrzymała, tak okrutna ogarnęła nim trwoga. Motruna z gębą otwartą, Pryska z ustami zamkniętemi fartuchem, stały tuż nieledwie gotowe dobry przykład dany im przez Niemowę naśladować.
W tej chwili przednia para koni, pod samiuteńki płot przybywszy — stanęła. Skoczyła służba ze stopni i dostrzegła, że powóz na żaden sposób przez ciasne wrota nie wejdzie.
Grzymała heroicznie, chłodno posunął się ku wjazdowi, i własnoręcznie wrota naprzód odrzuciwszy na bok, jedno przęsło płotu pochwycił w silne dłonie, machnął niem parę razy, aby kołki obluzować i na ziemię obalił.
Skinął potem poważnie na woźnicę, że droga stoi otworem, landara poruszyła się, zatrzęsła, zakołysała, zapiszczała i majestatycznie wtoczyła się szukając ganku.
Dawny zajazd do domu stał zabity deskami. Grzymała pokazał róg dworu, do którego przystęp był wązki i nieco balijkami zastawiony, ale musiano się tu skierować, bo innego nie było.
Z powozu dwie wielkie ręce się ukazały, przystąpił do stopni gospodarz z głową odkrytą i ukłonem gościa powitał...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.