Pani de Monsoreau (Dumas, 1893)/Tom V/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Pani de Monsoreau
Wydawca Józef Śliwowski
Data wyd. 1892-1893
Druk Piotr Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Dame de Monsoreau
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział VIII.
Jak książę Andegaweński pojechał do Meridor winszować pani de Monsoreau śmierci męża i jak spotkał tegoż męża.

Po rozmowie, jaką książę Andegaweński miał z matką, zapragnął jak najśpieszniej dowiedzieć się, co było powodem nagłej zmiany Bussego.
Bussy, powróciwszy do siebie, piąty już raz odczytywał list Saint-Luca, którego każdy wiersz, coraz przyjemniejszym był dla niego.
Katarzyna znowu, pozostawszy samą, przywołała ludzi, zalecając im gotowość do drogi, albowiem na jutro, lub na pojutrze spodziewała się zakończyć sprawę według swej myśli.
Bussy przyjął księcia z uśmiechem.
— Jakto, Mości książę — rzekł — raczyłeś się do mnie trudzić?
— Tak, chcę, abyś mi wytłumaczył...
— Ja?
— Tak, ty.
— Słucham, Mości książę.
— Jakto!... — zawołał książę — kazałeś mi być nieugiętym dla matki i opierać jej się całą siłą; czyniłem to, a gdy jej razy stępiały, rzekłeś mi: książę zdejm zbroję twoją.
— Czyniłem to, bo nie wiedziałem w jakim celu przybyła królowa matka. Teraz zaś, gdy przekonałem się że przybyła dla sławy. Naszej książęcej mości...
— Dla mojej sławy?... jak to rozumiesz, powiedz, proszę cię?
— Tak — odparł Bussy. — Tryumfować nad nieprzyjaciółmi czyż nie jest sławą?... Myślę, jak wielu, że spodziewasz się zostać królem francuzkim.
Książę spojrzał na Bussego.
— Niektórzy może ci to będą radzili — mówił dalej, ale nie wierz im, są to najwięksi twoi nieprzyjaciele. Jeżeli nie wiesz, jak się ich pozbyć, porucz to mnie, a ja ich przekonam, że są w błędzie.
Książę się skrzywił.
— Prócz tego — mówił Bussy — oblicz się dobrze, Mości książę, pomacaj twoje lędźwie.
jak mówi pismo: czy masz „sto tysięcy” wojska, dziesięć milionów liwrów i związki zagraniczne? W końcu czy chcesz przeciwko prawemu panu broń podnieść?
Jeżeli tak, masz słuszność. Mości książę; ukoronuj się, przybierz tytuł króla francuzkiego, dla mnie to lepiej bo i ja przy tobie urosnę.
— Kto ci powiedział, że ja chcę zostać królem francuzkim?... — odparł książę cierpko, wprowadziłeś kwestyę, o której nie mówiłem z nikim na świecie.
— Zatem, Mości książę, nie mamy się o co sprzeczać, skoro się zgadzamy na przedmiot główny.
— Zgadzamy się?
— Tak mi się zdaje przynajmniej. Stwórz Mości książę kompanie straży i pięćkroć sto tysięcy liwrów, a przed podpisaniem pokoju, znajdź środki prowadzenia wojny. Zgromadzając środki, do niczego się nie zobowiązujesz; a tym sposobem, będziemy mieli ludzi, pieniądze i możemy zajść... Bóg sam wie jak daleko...
— Ależ skoro do Paryża przybędę, skoro mnie pochwycą, będą się ze mnie tylko najgrawać.
— Z ciebie najgrawać!... Alboż nie słyszałeś, co przyrzeka królowa matka?
— Ona mi wiele rzeczy przyrzeka.
— Rozumiem; to cię niepokoi właśnie.
— Tak.
— Pomiędzy innemi, przyrzeka ci kompanię straży, dowodzoną przez Bussego.
— Mówiła o tem.
— Przyjmij książę... Radzę Ci, Mości książę, mianuj Bussego kapitanem, Entragueta. i Livarota porucznikami, Ribeiraca chorążym. Nam czterem pozwól wymustrować tę kompanię, jak to rozumiemy; potem, zobaczysz, Mości książę, czy ktokolwiek, nawet sam król urągać ci się poważy.
— Na honor, masz słuszność Bussy, nie pomyślałem o tem.
— A więc pomyśl, Mości książę.
— Dobrze; lecz co czytałeś, gdym wchodził?
— A! zapomniałem, list!
— List?
— Który więcej księcia, jak mnie obchodzi, gdzież go u licha podziałem, że go zaraz nie mogę pokazać.
— Czy jaka ważna wiadomość?
— Ważna i smutna, pan de Monsoreau nie żyje.
— Co?... — zawołał książę z takim wyrazem zadziwienia, że Bussy mając w niego oczy wlepione, wyczyta! pewien rodzaj radości.
— Nie żyje, Mości książę.
— Nie żyje! Monsoreau nie żyje!
— Alboż wszyscy nie jesteśmy śmiertelni?
— Tak; ale nie wszyscy nagle umieramy.
— A jeżeli kogo zabiją?
— Więc go zabito?
— Zdaje się.
— Kto taki!
— Saint-Luc, z którym się poróżnił.
— A! kochany Saint-Luc!.. — zawołał książę.
— Nie wiedziałem, Mości książę, że go tak lubisz! zrobił uwagę Bussy.
— Jest przychylnym mojemu bratu, a skoro-się z nim mam jednać, przyjaciele jego są mojemu także.
— Bardzo mię cieszy podobne Waszej książęcej mości usposobienie.
— A czy jesteś pewnym?
— Bardzo. Oto list od Saint-Luca, który mi o śmierci donosi; że zaś równie jak książę jestem niedowierzający, posiałem Remyego, aby się o prawdzie dowiedział i zarazem, pocieszył starego barona.
— Monsoreau nie żyje!... — powtarzał książę — sam zginął.
Wyrazy „sam zginął“, równie mu się wyśliznęły jak „drogi Saint-Luc“. Obadwa wyrażenia były szczere.
— Nie sam umarł — rzekł Bussy — bo Saint-Luc go zabił.
— Słyszałem — odpowiedział książę.
— Czy Wasza książęca mość komu innemu poleciłeś go zabić?... — zapytał Bussy.
— Na honor, nie, a ty?
— Ja?... Mości książę, ja nie jestem tak możnym, abym do podobnych czynności kogo innego używał; w razie potrzeby, sam działać muszę.
— A! Monsoreau! Monsoreau — rzekł książę z cierpkim uśmiechem.
— Mości książę — rzekł Bussy — mógłby kto powiedzieć, że nie lubiłeś hrabiego.
— Bynajmniej: to ty go nie lubiłeś.
— Ja, bardzo naturalna, że go nie lubiłem — mówił Bussy. Alboż nie był pewnego dnia przyczyną upokorzenia, Jakiego od Waszej książęcej mości doznałem.
— Pamiętasz o tem jeszcze?
— Pamiętam, Mości książę; ale ty, którego był sługą i pełnym poświęcenia przyjacielem...
— Nie przeczę — odrzekł książę pragnąc zmienić treść rozmowy. — Bussy każ osiodłać konie.
— Osiodłać konie? na co?
— Pojedziemy do Meridor. Chcę Dyanę pocieszyć. Prócz tego, oddawna projektowałem te odwiedziny i nie wiem dla czego dotąd się zwlekły. Na honor, dzisiaj mam serce usposobione do komplementów.
— Teraz kiedy Monsoreau nie żyje — mówił do siebie Bussy — i kiedy jestem pewny, że jej nie zaprzeda księciu, mało mię obchodzi, czy będzie ją widział; gdyby chciał sam co działać, potrafię go odeprzeć. Ponieważ sposobność zobaczenia jej sama się przedstawia, korzystajmy.
Wyszedł, aby rozkazać konie osiodłać.
W kwadrans, kiedy Katarzyna spała, albo udawała sen, aby wypocząć po podróży, książę, Bussy i z dziesięciu dworzan, wszyscy konno, skierowali się ku Meridor, jadąc z przyjemnością, jaką rodzi czas piękny, zieloność i krew młoda.
Na widok licznego orszaku, straż zamku przybyła zapytać o nazwiska wizytujących.
— Książę Andegaweński! — zawołał Franciszek.
Straż zatrąbiła, a na to wezwanie przybyła służba na most zwodzony.
Po zamku biegali dworzanie, otwierano drzwi i okna a stary baron ukazał się na progu z kluczami w ręku.
— To dziwna, jak mało żałują pana de Monsoreau — rzekł książę.
— Bussy, uważaj jak ci wszyscy ludzie są weseli?
Młoda kobieta ukazała się także.
— Otóż piękna Dyana — zawołał książę — patrzaj, patrzaj Bussy.
— Widzę ją, Mości książę — odparł młodzieniec — ale — dodał cicho — nie widzę Remyego.
W rzeczy samej, Dyana wychodziła z domu, ale zaraz za nią niesiono pana de Monsoreau podobniejszego raczej do sułtana indyjskiego na palakinie, niż do umarłego na noszach śmiertelnych.
— Co to takiego? — zapytał książę swojego towarzysza, który zbladł jak chusta, a przecież chciał ukryć wzruszenie swoje.
— Niech żyje książę Andegaweński! — zawołał de Monsoreau z trudnością wznosząc rękę do góry.
— Ostrożnie — odezwał się głos za nim — szarpie odpadną.
Był to Remy, który wierny swojemu powołaniu, czynił to zalecenie rannemu.
Zadziwienie nie długo trwało.
Książę Andegaweński chciał się uśmiechać.
— O! kochany hrabio — rzekł — jakie szczęście! U nas mówiono, że nie żyjesz.
— Pójdź, pójdź Mości książę — mówił raniony — pójdź, niech ucałuję rękę twoję. Nietylko że żyję, ale jeszcze mam nadzieję przyjść do zdrowia, abym wiernie i gorliwie służył...
Bussy, który nie będąc ani księciem, ani mężem, dwa położenia towarzyskie, w których udawanie koniecznością, czuł zimny pot spływający po czole i nie śmiał oczów wznieść na Dyanę. Skarb ten, po dwakroć tracony sprawiał mu przykrość osobliwie w bliskości właściciela.
— I ty panie Bussy — mówił Monsoreau — przyjmj moje podziękowania, bo prawie tobie życie winieniem.
— Jakto mnie!... — bąknął młodzieniec — sądząc że hrabia z niego żartuje.
— Tak, nie inaczej: prawda, nie wprost, ale wdzięczność moja nie mniejsza, bo oto mój zbawca, dodał pokazując Remyego, któryby chętnie w ziemię się schował; jemu moi przyjaciele, winni są życie moje.
Mimo dawanych przez lekarza znaków, ażeby milczał, Monsoreau opowiadał starania, jakie miał Haudoin dla niego.
Książę brwi zmarszczył; Bussy spojrzał na Remy ego ze strasznym wyrazem.
Biedny chłopiec, ukryty za panem de Monsoreau zdał się mówić:
— Niestety! to nie moja wina.
— Zresztą — mówił hrabia — dowiedziałem się, że i ciebie Remy znalazł ranionym podobnie jak mnie. Jest to węzeł przyjaźni pomiędzy nami. Licz na nią panie Bussy, bo kiedy Monsoreau życzliwy, to życzliwy z całego serca, lecz kiedy nienawidzi, to wróg zacięty.
Bussy zauważył, że tym wyrazom straszne towarzyszyło spojrzenie, a spojrzenie to było zwrócone na księcia.
Książę nie widział tego.
— Racz piękna JDyano — mówił książę zsiadłszy z konia i podając rękę pani de Monsoreau — racz nam czynić honory jako gospodyni domu, w którym spodziewaliśmy się znaleźć żałobę, a zastajemy szczęście i błogosławieństwo. Ty zaś panie de Monsoreau pamiętaj, że spoczynek konieczny ranionym.
— Mości Książę — odparł hrabia — dopóki Monsoreau żyje, a ty go raczysz nawiedzać, nikt inny nie będzie czynił honorów domu. Moi słudzy wszędzie mię zaniosą, gdziekolwiek pójdziesz.
Widać książę odgadł prawdziwą myśl hrabiego, bo puścił rękę Dyany.
Monsoreau odetchnął.
— Zbliż się pan, do niej. — mówił Remy cicho do Bussego.
Bussy zbliżył się do Dyany, a Monsoreau uśmiechnął się.
Bussy wziął ją pod rękę.
— Jaka zmiana, panie hrabio — mówiła pól głosem Dyana.
— Niestety! czemu nie większa! — odpowiedział Bussy.
Zbyteczna mówić, że stary baron dla przybywających, całą swoją okazał gościnność.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.