Pani de Monsoreau (Dumas, 1893)/Tom VI/XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Pani de Monsoreau
Wydawca Józef Śliwowski
Data wyd. 1892-1893
Druk Piotr Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Dame de Monsoreau
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział XII.
Jak brat Gorenflot był bardzo blisko między szubienicą a opactwem.

Wypadek w klasztorze świętej Genowefy, aż do końca był komedyą.
Szwajcarowie postawieni u wyjścia, gwardye rozstawione dokoła, mimo że zaciągnęły sieci, nikogo złowić nie mogły.
Wszyscy uciekli przejściem podziemnem.
Nie widzieli, aby kto wychodził z opactwa, a skoro bramę wyważono, Crillon na czele trzydziestu ludzi, wraz z królem wszedł do świętej Genowefy.
Milczenie śmierci panowało w ciemnym i ponurym gmachu.
Crillon, jako człowiek w wojnie doświadczony, wołałby krzyk, bo byłby pewnym, że żadnej nie ma zasadzki.
Napróżno otworzono drzwi i okna, napróżno zwiedzono kościół podziemny.
Wszystko było puste.
Król szedł pierwszy, wołając na cały głos:
— Chicot!.. Chicot!.
Nikt nie odpowiadał.
— Czy go zabili!... — rzekł król. — Zapłacą mi za mojego błazna, więcej niż za szlachcica.
— Masz słuszność, Najjaśniejszy panie — odpowiedział Crillon — on też więcej wart niż szlachcic.
Chicot nie odpowiadał, bo zajęty był ćwiczeniem pana de Mayenne i z taką przyjemnością tego dopełniał, że nic nie wiedział co się dzieje około niego.
Jednak gdy książę zniknął, gdy Gorenflot zemdlał, gdy go nie już nie zajmowało, posłyszał i poznał głos króla.
— Tędy, tędy, mój synku! — zawołał z całej siły, chcąc przynajmniej na nogach postawić Gorenflota.
Oparł go przecież o drzewo.
Praca, jaką musiał podjąć na dokonanie tego, odjęła mu dźwięk głosu, tak, że Henryk sądził, że to jest głos bolejący.
Chicot przeciwnie myślał tylko, czy przebić na wylot ten tłuszcz chodzący, czy zostawić przy życiu tę ogromną beczkę.
Spojrzał na Gorenflota, jak August na Cynnę.
Gorenflot pomału przychodził do siebie i chociaż głupi, umiał rzeczywistość od złudzenia odróżnić.
Nie podobnym on był do owych zwierząt, które za dotknięciem ręki ludzkiej czują, że mają być bite, albo zjedzone.
W tem wewnętrznem usposobieniu umysłu, otworzył oczy.
— Panie Chicot — zawołał.
— A! to nie umarłeś — rzekł gaskończyk.
— A! panie Chicot — mówił mnich, zaledwie zdołając złożyć ręce dla otyłości, to być nie może, abyś mię wydał na prześladowanie!
— A! hultaju — mówił Chicot z wyrażam źle udanego współubolewania.
Gorenflot zaczął jęczeć.
Złożywszy ręce chciał je załamać.
— Czyż mnie masz zgubić — mówił zatykając się; mnie, który z tobą takie wyborne jadałem obiady, mnie, który jak sam mówiłeś, piłem jak gąbka; mnie, który kruszyłem pulardy pod Rogiem Obfitości, że z nich tylko kości zostawały.
Ostatni powód, uczynił Chicota łaskawszym.
— Boże sprawiedliwy! — zawołał Gorenflot usiłując się podnieść. Otóż nadchodzą! Zginąłem. Nie opuszczaj mnie, panie Chicot.
Mnich nie mogąc się podnieść, twarzą padł na ziemię.
— Podnieś się! — zawołał Chicot.
— Czy mi przebaczysz?
— Zobaczymy.
— Wszak mię się tyle nabiłeś.
Chicot parsknął śmiechem. Biedny mnich tak był pomieszany, że sądził jakoby otrzymał razy, które wydzielono panu Mayenne.
— Śmiejesz się, dobry panie Chicot?
— Wszak widzisz.
— Czy będę żył?
— Może.
— Tybyś nie śmiał, gdyby Gorenflot miał ginąć.
— To nie odemnie zawisło — odpowiedział Chicot; król sam ma władzę życia i śmierci.
Gorenflot z wielkiem wysileniem podniósł się na kolana.
W tej chwili światło rozjaśniło ciemności, i mnóstwo sukni haftowanych oraz błyszczących mieczy na raz się ukazało.
— A! Chicot! Chicot — mówił król, cieszy mnie, że cię zdrowym oglądam.
— Słyszysz panie Chicot — król mówi że go cieszy, iż cię zdrowym ogląda.
— Cóż z tego?
— Mógłbyś prosić dla mnie o łaskę.
— Wszakże on Herod?
— Ciszej, ciszej Chicot.
— A co, Najjaśniejszy panie — mówił Chicot wielu ich masz?
— Ani jednego — odpowiedział Crillon. Zdrajcy widać znaleźli jakieś wyjście, o którem, nie wiedzieliśmy.
— Być może — mówił Chicot.
— A ty ich widziałeś — zapytał król.
— A jakże, widziałem.
— Wszystkich?
— Od pierwszego do ostatniego.
— „Confiteor“ — mówił Gorenflot bijąc się w piersi.
— I poznałeś ich?
— Nie, Najjaśniejszy panie!
— Jakto, nie poznałeś ich?
— To jest... ja poznałem, ale jednego tylko.
— Jednego?
— I to nie z twarzy, Najjaśniejszy panie.
— Kogóż takiego?
— Pana de Mayenne.
— Pana de Mayenne, któremu byłeś dłużnym...
— Jużeśmy nic sobie nie winni, Najjaśniejszy panie.
— Opowiedz mi to Chicocie.
— Później, mój synku, później — o czem innem mamy teraz myśleć.
— „Confiteor“, — powtórzył Gorenflot.
— A! masz pan jeńca — rzekł Crillon spuszczając szeroką rękę na Gorenflota.
Mnich zaniemiał.
Chicot spóźnił się z odpowiedzią pragnąc, aby wszystkie cierpienia strachu dały mu się uczuć.
Gorenflot o mało powtórnie nie zemdlał, widząc około siebie tyle gołych mieczy i tyle strasznego gniewu.
Nakoniec po niejakiej chwili, odezwał się głos Chicota, który zdawał się mnichowi zwiastunem sądu ostatecznego.
— Najjaśniejszy panie, spojrzyj na tego mnicha.
Jeden z obecnych zbliżył pochodnię do twarzy Gorenflota — mnich zamknął oczy, aby łatwiej przejść z tego świata na drugi.
— Mówca Gorenflot? — zawołał Henryk.
— „Confiteor, confiteor, confiteor” — powtarzał mnich.
— On sam — odpowiedział Chicot.
— Ten, który...
— Ten sam — przerwał gaskończyk.
— A! — odezwał się król z wyrazem zadowolenia.
Pot łyżką można było zbierać z policzków Gorenfiota.
I było lękać się czego, bo szczęk mieczy rozlegał się w około.
Gorenflot drżał jak listek.
— Zaczekaj — rzekł, król powinien wiedzieć o wszystkiem.
I wziąwszy króla na bok — mówił:
— Mój synku, podziękuj Bogu, że się ten człowiek urodził, bo on nas wszystkich ocalił.
— Jakto? —.Bo on mnie wszystko od a do z opowiedział.
— Kiedy?
— Ośm dni temu. Gdyby go nieprzyjaciele Waszej królewskiej mości dostali, byłby najnieszczęśliwszym.
Gorenflot tylko ostatnie słowa dosłyszał.
— Godny człowiek — rzekł król, spoglądając na masę cielska, która dla każdego głębiej myślącego, najmniej obiecywała pojęcia; godny człowiek, potrzeba go osłonić protekcyą naszą.
Gorenflot słysząc tę mowę, był podobnym do owej starożytnej maski, wyszczerzającej zęby z jednej strony, a płaczącej z drugiej.
— I uczynisz to mój królu — rzekł Chicot, bo to wierny sługa.
— I cóż z nim robić? zapyta król.
— Myślę, że nie może pozostać w Paryżu, bez narażenia się na wielkie niebezpieczeństwo.
— A gdybym dodał mu wartę? — rzekł król.
Gorenflot posłyszał wyrazy króla.
— Dobrze — rzekł, w więzieniu przynajmniej będą mnie karmili.
— Nie — rzekł Chicot — królu, pozwól mnie wziąć go z sobą.
— Gdzie?
— Do siebie.
— Dobrze — weź a powracaj do Luwru, gdzie moich przyjaciół jutro przyjąć muszę.
— Wstań, czcigodny ojcze — mówił Chicot do mnicha.
— Żarty sobie ze mnie stroi — pomruknął Gorenflot.
— Wstawaj — powtórzył gaskończyk, uderzając go kolanem.
— A! zasłużyłem!.. — mówił Gorenflot.
— Co on tam mówi? — zapytał król.
— Najjaśniejszy panie — odparł Chicot — przypomina wszystkie swoje trudy, wylicza męczarnie i kiedy mu przyrzekam protekcyę króla, mówi: zasłużyłem na to.
— Biedak!... pamiętaj o nim przynajmniej.
— Bądź spokojnym, Najjaśniejszy Panie, przy mnie na niczem mu nie będzie zbywało.
— A! panie Chicot! Najdroższy panie Chicot — wołał Gorenflot — gdzie mnie zaprowadzą?
— Zaraz się dowiesz. Tymczasem, potworo nieprawości, podziękuj królowi.
— Za co?..
— Mówię ci, podziękuj.
— Najjaśniejszy panie — jąkał Gorenflot — ponieważ Wasza królewska mość...
— Tak, wiem wszystko — rzekł król — co uczyniłeś w twojej podróży do Lyonu, w czasie wieczoru Ligi, i dzisiaj nakoniec. Bądź spokojnym, stosowną do twoich zasług otrzymasz nagrodę.
Gorenflot westchnął.
— Gdzie jest Panurgus?.. — zapytał Chicot.
— W stajni biedaczek.
— Idź po niego, wsiadaj i przyjeżdżaj tu natychmiast.
— Tu, panie Chicot? Mnich oddalił się jak mógł najśpieszniej, dziwiąc się, że straż za nim nie idzie.
— Teraz, mój synu — rzekł Chicot — weź z twojego orszaku dwudziestu ludzi, resztę oddaj pod dowództwo Crillona.
— Gdzież ich mam posłać?..
— Do pałacu Andegaweńskiego, po twojego brata.
— Na co?..
— Aby drugi raz nie uciekł.
— Alboż mój brat?...
— Czy ci źle dzisiaj poradziłem?...
— O! najlepiej.
— A zatem czyń, co mówię.
Henryk wydał rozkaz, aby mu przyprowadzono księcia Andegaweńskiego do Luwru.
Crillon nie bardzo przywiązany do księcia, ruszył natychmiast.
— A ty? — rzekł Henryk.
— Ja poczekam na mnicha.
— Ale przyjdziesz do Luwru.
— Za godzinę.
— Zatem bywaj zdrów.
— Żegnam cię, mój synu.
Henryk odjechał z orszakiem.
Chicot niecierpliwy i nie umiejący czekać, udał się ku stajniom i ujrzał Gorenflota na Panurgu.
Biedak nie miał nadziei ocalenia.
— Dalej!... — rzekł Chicot, biorąc za uzdę Panurga — czekają na nas.
Gorenflot najmniejszego nie stawił oporu, lecz wylewał obfite łzy, które go wychudzały w mgnieniu oka.
— Ktoby to był powiedział! — mówił mnich lamentując.
Chicot ciągnął za sobą Panurga, poruszając ramionami.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.