Pani de Monsoreau (Dumas, 1893)/Tom VI/XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Pani de Monsoreau
Wydawca Józef Śliwowski
Data wyd. 1892-1893
Druk Piotr Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Dame de Monsoreau
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział XIV.
RANEK WALKI.

Piękny dzień zaświtał; żaden mieszczanin nie wiedział o niczem, ale za to rojaliści i stronnicy Gwizyusza, czekali niecierpliwie wypadku i przedsiębrali stosowne środki, aby w czasie właściwym powinszować zwycięzcy.
Jak widzieliśmy w poprzedzającym rozdziale, król nie spał przez noc całą, modlił się, płakał, a ponieważ był doświadczonym w pojedynkach, wyszedł o trzeciej rano z Chicotem, aby przyjaciołom, ile było w jego mocy, usłużyć.
Poszedł zwiedzić pole walki.
Scena godną była uwagi; powtarzamy, bardzo godną.
Król ubrany w ciemną suknię, okryty szeroklin płaszczem, ze szpadą u boku, w kapeluszu naciśniętym na oczy, przeszedł ulicą Ś-go Antoniego, aż pod Bastyllę.
Przybywszy tam, ujrzał tłum ludu i nie chcąc się narażać, udał się ulicą Ś-tej Katarzyny i tyłami wszedł w obwód Tournelles.
Tłum, jak można się domyślać, liczył trupów po bitwie nocnej.
Król uniknął go dlatego nie wiedział, co się stało.
Chicot był obecny sprzeczce, albo raczej umowie, która się odbyła przed ośmiu dniami i dlatego mógł powiedzieć królowi tak o miejscu potyczki, jak równie o warunkach spotkania.
Henryk zaczął rozmierzać przestrzeń, patrzeć po drzewach i obliczać odbicie światła.
— Quelus będzie narażony — rzekł; będzie miał słońce wprost w prawe oko, jedyne, jakie mu pozostało[1]. Maugiron będzie w cieniu, Maugiron powinien stanąć na miejscu Quelusa, bo ma wzrok doskonały. Otóż co źle było postanowione. Schomberg, który ma słabe nogi, niech ma drzewo na wszelki wypadek. Otóż tak być powinno. Biedny, biedny Quelus.
I smutnie kiwnął głową.
— O co się troszczysz królu — rzekł Chicot.
Król wzniósł oczy ku niebu i westchnął.
— Boże widzisz — rzekł, jak on bluźni ale wiesz także, że to błazen tylko.
Chicot wzniósł ramiona.
— A Epernon — rzekł król, na honor, zapomniałem o nim. Epernon ma się bić z Bussym O! Boże, jakże on będzie narażony! Patrz na rozkład stanowisk: na lewo baryera, na prawo drzewo, z tyłu rów. Epernon potrzebuje być bacznym, bo Bussy to wąż, to tygrys, który skacze, uderza, cofa się i zwija.
— Ba! — rzekł Chicot, spokojny jestem o Epernona.
— Ja wcale nie; on zginie.
— O! nie tak on głupi — będzie umiał wykręcić się...
— Jakto rozumiesz?
— Rozumiem, że się nie będzie bił.
— Alboż nie słyszałeś?
— Prawda.
— A więc?
— Dlatego też bić się nie będzie.
— A! niedowiarku!
— Znam gaskończyków, Henryku; ale otóż dzień, powracajmy do Luwru.
— Czy myślisz, że w czasie walki w Luwrze pozostanę?
— Zapewne — bo gdyby cię tutaj widziano każdy powiedziałby jeśli twoi zwyciężą, żeś czarami przechylił na ich stronę zwycięztwo; w przeciwnym razie, jeśli będą, pokonani, żeś ty im przyniósł nieszczęście.
— Co mnie to obchodzi? ja zawsze będę ich kochał.
— Pragnąłbym, abyś był cokolwiek silniejszym, Henryku; bardzo życzę ci, abyś zawsze kochał twoich przyjaciół, ale także pragnę abyś samego księcia Andegaweńskiego w Luwrze nie zostawiał.
— Alboż tam nie ma Crillona?
— Crillon jest lew, dzik, nosorożec, co chcesz, twój zaś brat jest wężem, jaszczurką, grzechotnikiem, którego potęga nie w sile, ale w truciźnie.
— Masz słuszność; każę go zamknąć w Bastylli.
— Mówiłem, że nie potrzebnie się z nim widziałeś.
— Tak, pokonał ranie swoją pewnością, swojem twierdzeniem, że wyświadczył mi przysługę.
— Dlatego jeszcze więcej nie powinieneś mu wierzyć. Wracajmy, mój synku.
Henryk idąc za radą Chicota, udał się do Luwru, raz jeszcze spoglądając za siebie na pole walki.
W Luwrze wszystko już było na nogach, kiedy król z Chicotem powrócił.
Ulubieńcy powstawali i kazali się lokajom ubierać.
Król zapytał czem się bawią.
Schomberg robił plie, Quelus wódką oczy przemywał, a Maugiron pił wino hiszpańskie, Epernon zaś na kamieniu szpadę ostrzył.
Widzieć go było można, jak na brusie obtaczał broń.
— I mówisz, że ten człowiek nie jest Bayardem? — rzekł Henryk, spoglądając na niego miłosiernie.
— Ja tylko mówię, że szlifierz — odparł Chicot.
Epernon zobaczył Henryka i zawołał:
— Król!
Henryk mimo postanowienia jakie uczynił, nie mógł się powstrzymać i wszedł.
Mówiliśmy, że to był król, pełen powagi i wielką nad sobą mający siłę.
Twarz jego spokojna prawie uśmiechnięta, żadnego nie zdradzała uczucia.
— Dzień dobry, panowie — rzekł — jak widzę w dobrem znajduję was usposobieniu.
— Tak, Bogu dzięki, Najjaśniejszy panie — odpowiedział Quelus.
— Maugiron, czegoś tak smutny?
— Złe sny miałem, Najjaśniejszy panie, a że jestem nieco zabobonny, chcę winem hiszpańskiem wzmocnić odwagę.
— Mój przyjacielu — rzekł król, trzeba pamiętać co mówi Miron, a to wielki jest lekarz, że sny zależą od wczorajszych wrażeń i na jutrzejsze nie wpływają wypadki, chyba gdy nam wolę Boga przepowiadają.
— Mnie, Najjaśniejszy panie — mówił Epernon, zupełnie widzisz uleczonym; prawda, źle spałem tej nocy, ale rękę mam silną a oko pewne.
I szpadą w mur uderzył.
— Tak, — rzekł Chicot, śniła ci się, że krwią powalałeś obuwie; to sen wcale dobry i znaczy, że w potyczce Aleksandra z Cezarem, zwyciężysz.
— Moi przyjaciele — rzekł Henryk, wiecie, że idzie o honor waszego monarchy, albowiem jego sprawy bronicie. Nie myślcie jednak o mnie, co dzisiejszej nocy silnie na tronie zasiadłem i nic mnie wstrząsnąć nie zdoła.
— Najjaśniejszy panie, bądź spokojnym — odrzekł Quelus; być może, że zginiemy, ale honor ocalemy.
— Panowie! — znowu się król odezwał, kocham was czule i szanuję także — pozwólcie więc dać sobie jednę radę: Bez brawury, bo nie ginąc, ale niszcząc nieprzyjaciół, zrobicie mi prawdziwą przysługę.
— Co do mnie — odezwał się Epernon, ja się nie ruszę ani na krok jeden.
— A ja za nic nie ręczę — rzekł Quelus, uczynię, co będę mógł; oto wszystko.
— A ja — mówił Maurignon, mogę za to zaręczyć, że chociaż zginę, przeciwnika zabiję.
— Tylko na same potykacie się szpady?
— Na szpady i na sztylety — odpowiedział Schomberg.
Król trzymał rękę na piersiach.
Może ręka i serce króla udzielały sobie obawy przez wspólne drżenie, lecz Henryk z pozoru był dumny, niewzruszony, zdawało się, że wysyła żołnierzy na wojnę, a nie swoich ulubieńców do walki.
— Naprawdę, mój królu — mówił Chicot, ślicznym jesteś w tej chwili.
Ulubieńcy byli już gotowi i nic im nie pozostało jak nizki ukłon oddać swojemu panu.
— Czy konno jedziecie — zapytał Henryk.
— Nie, Najjaśniejszy panie — odpowiedział Quelus, pójdziemy pieszo, albowiem ruch dodaje życia a głowa, jak sam Najjaśniejszy panie utrzymujesz, najwięcej w walce stanowi.
— Masz słuszność moje dziecię — podaj mi rękę.
Quelus skłonił się i pocałował rękę królewską, — inni poszli za jego przykładem.
Epernon ukląkłszy, mówił:
— Najjaśniejszy panie, pobłogosław moję szpadę.
— Nie Epernonie — odpowiedział król. Oddaj twoję szpadę paziowi, ja dla ciebie mam lepszą. Chicot przynieś szpady.
— Wydaj ten rozkaz kapitanowi gwardyi mój synu; ja jestem tylko błaznem, nawet poganinem i błogosławieństwo mogłoby się w moich rękach w czary przemienić.
— Jakież to szpady, Najjaśniejszy panie? — zapytał Schomberg, rzucając okiem na pudło, które wnosił oficer.
— Szpady z Włoch, mój synu, szpady ukute w Medyolanie; gardy wyborne, a wy, co oprócz Schomberga, macie ręce delikatne, moglibyście łatwo być rozbrojeni.
— Dzięki ci, Najjaśniejszy parne — mówili razem ulubieńcy.
— Idźcie, już czas — rzekł król, nie mogąc dłużej powstrzymać wzruszenia.
— Najjaśniejszy panie — mówił Quelus — czy dla zachęcenia nas, Wasza królewska mość nie będziesz obecnym?
— To niestosowne, moi drodzy; bijecie się bez mojej wiedzy i bez mojego pozwolenia, niechaj to wygląda, jako skutek prywatnej kłótni.
I skinieniem, prawdziwie monarszem, pożegnał ich.
Gdy ulubieńcy, a za nimi służący ich Luwr opuścili, gdy ucichł brzęk szpad i ostróg, król opierając się o poręcz okna, mówił:
— Umieram!
— A ja!.. — mówił Chicoc — chciałbym widzieć pojedynek, bo jestem pewny, że d’Epernon zrobi coś ciekawego.
— Opuszczasz mnie, Chicot?... — rzekł król tonem żałosnym.
— Tak — odpowiedział Chicot — bo jeżeli który z nich zapomni o swojej powinności, ja muszę utrzymać honor króla.
— Idź więc — rzekł Henryk.
Gaskończyk, pożegnawszy króla, zniknął jak błyskawica.
Król wszedł do pokoju, kazał zamknąć okienice, zakazał w Luwrze najmniejszego hałasu i tylko Crillonowi polecił, aby doniósł co się stanie.
— Jeżeli nasi zwyciężą, Crillonie — rzekł — powiesz mi; jeżeli zaś ich pokonają, trzy razy do drzwi zapukasz.
— Dobrze, Najjaśniejszy panie — odpowiedział Crillon.





  1. Quelus w poprzedzającym pojedynku utracił lewo oko.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.