Panna do towarzystwa/Część druga/XIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Panna do towarzystwa
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Demoiselle de compagnie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIX.

Raul pamiętał dobrze, że Filip nazajutrz po widzeniu się z nim miał rozpocząć redagowanie memoryału, w którym pomieszczane być miały wszystkie fakta i wszystkie szczegóły stanowiące podstawę obrony.
Młody człowiek przepędził noc bez porównania lepiej aniżeli wszystkie poprzednie, wstał wesoły i pełen nadziei, myśląc o swojej rehabilitacyi, całkowitej i prędkiej, a przedewszystkiem o swej ukochanej Genowefie.
Odtąd pewnym był przynajmniej jednej rzeczy, w oczekiwaniu lepszej przyszłości, to jest, że będzie ją widywał co dzień, będzie mógł rozmawiać z nią, słuchać jej.
Wszystko to stanowiło już dla niego rzeczywiste szczęście.
Ubrał się bardzo starannie i udał się na ulicę Madame, na kwandrans przed godziną śniadania.
Zaprowadzono go natychmiast do buduaru baronowej do Filipa, który już pracę swoją rozpoczął.
Dwaj młodzi ludzi uścisnęli się za ręce.
— Widzisz kochany kuzynie, — rzekł pan de Garennes, wskazując na papiery rozłożone na biurku, — zajmuję się już twoją sprawą... Zacząłem redagować memoryał co do samego faktu, tak jak go znam. Miałem właśnie przerwać oczekując na ciebie, nie mogąc z pożytkiem pracować dalej bez twojej pomocy... Potrzeba abyśmy razem przeszli, dzień po dniu, godzinę po godzinie, wszystko coś robił, od początku ostatniej choroby naszego wuja, aż do chwili ceremonii pogrzebowej w Compiègne. Ty jeden możesz mi dać co do tego wyjaśnienia.
— Jestem gotów uczynić to, kochany kuzynie, i bądź pewny, że o niczem nie zapomnę. Możemy zacząć natychmiast, jeżeli chcesz.
Filip spojrzał na zegar i odpowiedział:
— W tej chwili to byłoby zbytecznem, oto się zbliża godzina śniadania, nie mielibyśmy czasu nic zrobić porządnie...
— A więc, po śniadaniu, jeżeli będziesz łaskaw przeprowadzie ze mnie śledztwo, co do wszystkich faktów, jak mówią zdaje się w pałacu Sprawiedliwości, odpowiem, jak będę umiał najlepiej.
— Oto, moja matka.
Pani de Garenues ukazała się rzeczywiście w drzwiach buduaru, w którym znajdowali się młodzi ludzie.
Uśmiechnięta, szybko zbliżyła się i serdecznie wyciągnęła rękę do swego siostrzeńca Raula, mówiąc mu:
— Witam cię, drogie moje dziecko.
Nigdy ta przewrotna kobieta nie okazywała się dotąd tak kochającą, tak macierzyńską względem swego siostrzeńca.
Temi oświadczeniami przywiązania zdawała chcieć dać mu zapomnieć, o cierpieniach jakie straszna owa potwarz mu sprawiała.
Raul głęboko był wzruszony.
Oznajmiono, że śniadanie jest gotowe.
Panu de Challins serce gwałtownie zabiło. Miał ujrzeć Genowefę...
Młoda dziewczyna oczekiwała w sali jadalnej.
Oboje zamienili ukłon z chłodną grzecznością, lecz kłaniając się rzucili na siebie spojrzenie pełne miłości, wymowniejsze aniżeli najpiękniejsze słowa.
Po śniadaniu Filip wraz z kuzynem zamknęli się w buduarze, ażeby zająć się pracą, której cel znamy.
Pani de Garennes i Genowefa przeszły do salonu.
Baronowej pilno było pomówić o swym synie z panną do towarzystwa, i wysądować ją w przed miocie przyszłego małżeńskiego z nim związku.
Pragnęła przed końcem jeszcze dnia wypowiedzieć wojnę, i jak się spodziewała, osiągnąć zwycięztwo stanowcze.
Genowefa usiadła przy baronowej, wzięła do ręki książkę rozpoczętą poprzedniego dnia, i zabierała się do czytania głośno, jak to czyniła zwykle po południu.
— Zostaw tę książkę moja droga, rzekła pani de Garennes — później czytać będziemy... Nie ma nic pilnego... Na teraz musimy się zająć czem innem, nieskończenie więcej interesującem jak wszystkie romanse.
— O cóż więc chodzi pani?... zapytała ciekawie Genowefa.
— O ciebie..
— O mnie! powtórzyła młoda dziewczyna spoglądając ze zdumieniem na baronową.
— Tak jest moja śliczna... Czy to cię dziwi?
— Dziwi mnie bardzo, pani.
— Natychmiast zrozumiesz, — chodź tu, siadaj bliżej mnie...
Genewefa przysunęła swoje krzesło do krzesła pani de Garennes.
Baronowa uśmiechając się, wzięła ją za rękę, i nadając głosowi swemu pieszczotliwą intonacyą, zaczęła w ten sposób:
— Nie wiem, moja najdroższa, czy zauważyłaś do jakiego stopnia jesteś dla mnie sympatyczną i jak ja ciebie kocham.
— Wiem, pani, że jesteś dla mnie bardzo dobrą, wyjąknęła młoda dziewczyna, i wierz mi pani, że umiem to ocenić. Nieograniczoną uczuwam wdzięczność, widząc że postępuje pani ze mną nie jak z obcą, niższą, lecz jak z osobą należącą do świata pani, do pani familii... Czuję się tak tu dobrze, jak gdybym była przy mojej matce w Nanteuil-le-Haudoin.
Pani de Garennes, skorzystała z ostatnich słów Genowefy:
— Przy twojej matce... rzekła z żywością. Pragnęłabym wzbudzić w tobie przywiązanie równe temu jakie uczuwasz dla twej matki.
— Uczuwam dla pani wielkie bardzo przywiązanie... Jestem szczęśliwą w jej domu.
— Czy naprawdę?
— Mam nadzieję, że pani o tem nie wątpi...
— A więc moje drogie dziecko, trzeba zostać tu na zawsze, nie trzeba nas nigdy opuszczać, i pozwolić mi kierować twojem serduszkiem.
Genowefa zadrżała.
— Kierować mojem sercem... wyjąknęła niespokojna.
— Mój Boże! ależ tak jest, moje dziecię, jesteś tak młoda, nie znasz świata, nie znasz życia... Ja zaś żyłam długo, widziałam wiele rzeczy, wzrosłam wraz z wiekiem, i chociaż należąca do arystokracyi, nie mogę powstrzymać się od poklaskiwania stopniowemu znikaniu przesądów kastowych... Kiedyś sama myśl tego co nazywają mezaliansem, wywoływała wpośród należących do szlachty, okrzyki zgrozy... Teraz zupełnie co innego i bardzo to sprawiedliwie. Cóż może być naturalniejszego jak zlanie się rozmaitych warstw społecznych? Po cóż żądać od młodej dziewczyny, czarującej pod każdym względem tarczy herbowej, której ona nie posiada? Czyż perspektywa, a nawet powiem pewność szczęścia jakie przynosi człowiekowi zaślubiającemu ją, nie znaczy sto razy więcej, jak zatęchłe pargaminy i długi szereg przodków! Jesteś inteligentną moje drogie dziecię, musisz więc mieć pod tym względem zdanie podobne do mego... Powiedz szczerzę... Wszak zgadzasz się w tem ze mną?
Genowefa zaczerwieniła się odpowiadając:
— Myślę tak jak ty pani, — rzekła drżącym głosem, — że dwa serca czujące do siebie pociąg nie powinny myśleć o nierówności towarzyskiej, urodzenia i rasy...
Mówiąc te słowa Genowefa myślała o Raulu.
— Wybornie! — zawołała baronowa. Cieszy mnie to nieskończenie, nie zadziwisz się słuchając pewnego zwierzenia, które ci mam uczynić.
Genowefa drżeć poczęła.
Niewyraźnie, jakby przez intuicyą zdawała się odgadywać, że jakieś niebezpieczeństwo zagraża jej miłości dla pana de Challins.
Pani de Garennes mówiła dalej.
— Bądź ze mną szczerą, Genowefo.
— Szczerą pani... Szczerą zawsze jestem...
— Wszak syn mój powiedział, że cię kocha, nieprawdaż?
Rumieniec młodej dziewczyny, zastąpiła nagła bladość.
Przeczucia nie omyliły ją... Domyślała się słusznie.
— Tak jest, pani... wyjąknęła... Ale nie uczyniłam nic, przysięgam pani, aby ściągnąć na siebie spojrzenia pana Filipa...
— Ależ nie usprawiedliwiaj się moje drogie dziecię! — zawołała baronowa. — Nie myślę wcale czynić ci wyrzutów! Miłość mojego syna jest prawym hołdem złożonym twej piękności, wdziękom, dystynkcyi! Widząc cię, nie mógł oprzeć się aby ciebie niepokochać. Sympatya jaka się we mnie zrodziła, u niego przyjęła formę miłości. Nie tylko nie widzę w tem nic złego, lecz dumną jestem z dobrego gustu i wyboru Filipa.
— Pani... zaczęła Genowefa.
— Pozwól mi mówić, moja droga. Filip wziął mnie za powiernicę, co dowodzi jakie ma do mnie zaufanie... Przyjęłaś zimno jego wyznanie, wiem o tem... Przypuszczając zapewne, że to tylko kaprys z jego strony, lub co najwyżej chwilowa namiętność, wątpiąc jeszcze być może o prawości jego zamiarów, zakazałaś mu wspominać sobie o miłości... Czy to prawda?
— To prawda pani.
— Zamiast uczuć się obrażonym twemi słowami, Filip pokochał cię jeszcze więcej, znalazłszy w tobie taką stałość zasad, godność, tak rzadko spotykające się w naszych czasach, przyznał, że nietylko jesteś najpiękniejszą z młodych dziewcząt ale zarazem i najczystszą, najcnotliwszą.
— Oh! pani...
— Tylko bez fałszywej skromności! Opinię mojego syna podzielam w zupełności. — Zwierzył się ze wszystkiego przedemną, — ze swej miłości i ze swych nadziei.
— Swych nadziei! przerwała Genowefa poruszywszy się nagle...
— Bezwątpienia.
— Lecz przyznałaś pani sama przed chwilą, że zakazałam mówić mu o miłości...
— I dodałam zarazem, że twój zakaz zwiększył tylko jego miłość. — Koniec końcem, drogie moje dziecię, ma on nadzieję i ja mam ją także, że przyjmiesz łaskawie prośbę, której jestem pośredniczką... Filip jestto człowiek poważny, zastanawiający się, niepodobny wcale do dzisiejszych młodzieńców w jego wieku, niezdolnych prawie bez wyjątku do przywiązania szczerego i trwałego. Kocha cię bez pamięci, w tobie on złożył nadzieje całego życia, nadzieję przyszłości. Nie skażesz na rozpacz, tego którego jedyną zbrodnią, że ciebie uwielbia! Musisz nazywać mnie swoją matką i upoważnić do powiedzenia memu synowi, że zezwalasz przyczynić się do je go szczęścia i nazwisko Vendame zamienić na tytuł baronowej de Garennes.
Genowefa przycisnęła ręką serce, aby powstrzymać bicie, które ją dusiło.
Co miała powiedzieć?
Co mogła odpowiedzieć?
Wszak ona sama błagała Raula, aby nie wyjawiał swej miłości nikomu na świecie.
Wyznać miłość dla pana de Challins, byłoby to ściągnąć na siebie nienawiść pani de Garennes; wypędziłaby ją może, tak jak margrabina de Brennes.
Ale czyż podobna zamilczeć? Milczenie ściągnęłoby podejrzenie, i otworzyło wolne pole do przypuszczeń.
A jednak za jakąbądź cenę trzeba było wyjść z tak fałszywego i przykrego położenia.
— Czekam, rzekła baronowa.
— Oh! pani, wyjąknęła Genowefa, jak mi trudno odpowiedzieć jej.
— Dla czegóż?
— Żądanie pani, jest dla mnie zaszczytem, wielkim zaszczytem, nieoczekiwanym, lecz ono mnie smuci, męczy...
— Jakto moja mała, czyż Filip miałby być tobie wstrętnym?
— Wstrętnym!.. Oh! nie pani... wcale nie... Ale pan Filip należy do wielkiej familii, a ja jestem córką prostych chłopów.
— Ależ to nie może być przeszkodą... Wszak tylko co porozumiałyśmy się wybornie w sprawie mezaliansów... Wszak sama powiedziałaś, że dwa kochające się serca nie powinny zwracać uwagi na nierówności towarzyskie, rodu i stanowiska.
— Tak jest, to prawda, powiedziałam to...
— Powiedziałaś ale nie myślisz tak?
— Myślę tak zawsze... W teoryi nie ma nic sprawiedliwszego... Ale rzeczywistość przeraża mnie... Czyż dziecię nizkiego pochodzenia, może znaleść miejsce w szlacheckiej rodzinie?
— Niewątpliwie, jeżeli ta rodzina sama pierwsza występuje i niczego nie pragnie więcej jak adoptować to dziecię.
— Błagam panią nie nalegaj. — Sprawiasz mi pani cierpienie...
— A więc powtarzam, Filip jest tobie wstrętnym!..
— Mam dla niego szczerą przyjaźń... Ale nie mogę zostać jego żoną.
— Dla czego?
Genowefa zarumieniła się znowu, spuściła oczy i milczała.
— Milczysz! zawołała pani de Garennes. — Jest więc coś do czego nie ośmielasz się przyznać. Pomiędzy moim synem a tobą, jedna tylko może być przeszkoda... inna miłość! Czyż nie jesteś wolną; Oddałaś już komu swoje serce?
Genowefa słabym głosem odpowiedziała:
— Tak, pani...
— Kochasz kogoś?..
— Z całych moich sił, i jakkolwiek przykremi stać się mogą dla mnie skutki mej odmowy, nie mogę jednakże przyjąć tak wielkiego zaszczytu, jakim jest wejście do familii pani baronowej... Przebacz mi pani, wszak widzisz, że w tem są tylko pozory niewdzięczności... Bądź pani wyrozumiałą dla mnie taką jakąś była dotychczas, i racz zatrzymać mnie przy sobie, jako najpokorniejszą, najbardziej oddaną, kochającą i najwdzięczniejszą z twoich podwładnych.
Genowefa ostatnie słowa wymówiła z egzaltacyą.
Pani de Garennes, komedyantka pierwszej wody, udawała zasmuconą, lecz nie zirytowaną, i wziąwszy młodą dziewczynę w swoje objęcia, rzekła:
— Uspokój się moja śliczna!.. Naturalnie nie myślę bynajmniej rozstawać się z tobą i chcę ażebyś zawsze mnie kochała... Zresztą nie ma nic straconego... Liczę że czas wyleczy cię z tej miłości, która nie może być tak bardzo poważną...
— Ah! pani, miłość ta to moje życie! przerwała Genowefa... jeżeliby trzeba jej się wyrzec... umarłabym...
— Tak się to mówi! rzekła baronowa uśmiechając się. — Dni upływają, miłość przechodzi, a jednak nic to nie szkodzi na zdrowie. Miłość twoja przejdzie.
— Nigdy!
— Złudzenie osiemnastoletniej dziewczyny.
— U mnie pani, pewność...
— Kogoż więc tak kochasz, lub zdaje ci się, że kochasz tak silnie? Młodego człowieka z twej wioski zapewne? Biednego tak jak ty?
— A choćby tak było, pani, odwaga i praca wyrównywają bogactwu...
— No dalej, zwierz mi swą tajemnicę.
— Błagam panią, aby zechciała nie pytać mnie 0 nic więcej... Pomimo uszanowania dla rozkazów pani, pomimo zwykłego mego posłuszeństwa, odpowiedzieć nie mogę.
Baronowa, jako kobieta doświadczona, — zrozumiała, że na teraz nie można było nastawać dłużej i przemawiać za Filipem, ani też upierać się przy otrzymaniu zwierzenia Genowefy.
— Niech się stanie twoja wola, moje dziecko! — rzekła wydając głębokie westchnienie. — Sercu trudno rozkazywać. — Niech Filip cierpi, ponieważ nie jest w mej mocy dać mu szczęście. — Nie będę mówić ci już ani słowa więcej o jego miłości.
— Ah! pani, przebacz mi, przebacz błagam cię! rzekła Genowefa wyciągając ręce do baronowej. Gdybyś pani wiedziała, co ja cierpię zasmucając panią, którą kocham z całej duszy, gdybyś wiedziała jak mi się serce kraje, miałabyś pani dla mnie współczucie.
Baronowa poraz drugi ścisnęła młodą dziewczynę w swoich objęciach, i złożyła na jej czole judaszowski pocałunek.
Poczem rzekła:
— Nie gniewam się a ciebie moje dziecię... Mój szacunek i przywiązanie w niczem nie ulegają zmianie. Szanuję ciebie stokroć więcej jeszcze, gdyż pomimo woli muszę hołd oddać twej bezinteresowności... No skończmy już moja najdroższa, weź książkę i przeczytaj mi cokolwiek.
Genowefa wzięła książkę do ręki, otworzyła ją na przerwanej wczoraj kartce i rozpoczęła czytać.
Pani de Garennes słyszała tylko głos swej lektorki. Wyraźnie nie zdawała sobie sprawy z żadnego frazesu, z żadnego słowa.
Myśl jej zaprzątnięta była bezustanku poprzednią rozmową z Genowefą.
Genowefa miała jakąś miłość w sercu. — Genowefa odmawiała zaślubić Filipa...
Skutki tej miłości i tej odmowy muszą być straszliwe.
Baronowa wiedziała dobrze, że jej syn nie cofnie się przed niczem w świecie, aby przeszkodzić legalnej spadkobierczyni hrabiego de Vadans, wejść w posiadanie fortuny, którą pragnął zagarnąć. Od dawna liczył na ten majątek; potrzebował go za jakąkolwiek cenę.
I pani de Garennes, pomimo złej natury, do gruntu skażonej duszy, nie mogła oprzeć się dreszczowi, zastanawiając się nad znaczeniem tych trzech słów: za jakąbądź cenę!
Dzień się skończył bez żadnych innych wydarzeń.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.