Panna do towarzystwa/Część pierwsza/XXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Panna do towarzystwa
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Demoiselle de compagnie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXI.

Była godzina wpół do dziewiątej wieczorem.
Dzień się miał ku schyłkowi.
W Kwadratowym domu w Mortontaine robiono przygotowania do nocnej podróży zamierzonej przez doktora Gilberta.
Wilhelm sprowadził wóz zamówiony od rana, wkładał przedmioty wskazane przez doktora: słomę, narzędzia i sznury.
Gilbert chodził nerwowym krokiem tam i z powrotem około wozu. Dwa charty, Agra i Nello, niespokojnie patrzały na swego pana, zadziwione przygotowaniami do wyjazdu, rzeczy tak niezwykłej.
Wilhelm zapalił latarnię u wozu.
— Gotowe już panie — rzekł nakoniec.
Doktór wsiadł do wozu. Psy podskoczyły radośnie szczekając, spodziewając się, że będą zabrane.
— Leżeć! — krzyknął Gilbert.
Posłuszne cofnęły się natychmiast i powróciły do domu ze spuszczonemi łbami, krótko i żałośnie poszczekując.
Gilbert wyjechał z parku bramą wychodzącą do lasu. Wilhelm zamknął tę bramę, i zabrał miejsce w wozie obok swego pana, silną ręką trzymającego lejce.
Noc zapadła. Wielkie czarne chmury płynęły po niebie zwiększając ciemności.
Szybko jadąc, trzeba było godziny czasu aby dojechać do pola sąsiadującego z gruntami Pontarmé wśród których zakopaną była trumna hr. Maksymiliana de Vadans. Gilbert jadąc wolno, zaledwie w półtorej godziny przebył tę odległość.
Zatrzymał wóz na rogu małego lasku, w tem samem miejscu gdzie poprzedniej nocy Filip de Garennes i Julian Vendame również swój wóz zatrzymali.
— Przybyliśmy na miejsce... — rzekł do Wilhelma.
Obydwaj zsiedli z wozu.
Stary sługa uczuwał coś bardzo podobnego do strachu.
Podczas całej podróży, doktór zatopiony w myślach nie wyrzekł ani słowa: — milczenie to przerażało Wilhelma. Przewidywał coś nienaturalnego, dziwnego, tajemniczego...
Gilbert wziął konia za cugle i zaprowadził go na pole aż do miejsca w którem zrana zatknął w ziemię gałąź i zatrzymał go o dwa kroki od tego miejsca.
— Wyjmij z wozu tymczasem motykę, wkrótce potrzebować będziemy i sznurów.
Wilhelm zrobił co mu kazano.
Doktór, mówiąc bardzo cichym głosem, rzekł dalej:
— Teraz, zbliż się i słuchaj...
Stary sługa zbliżył się pośpiesznie.
— Pokładam w tobie zupełne zaufanie — mówił Gilbert — wiem, że mogę pod każdym względom rachować na twoją dyskrecyą... To co się tu stanie niezawodnie zadziwi cię bardzo... Nie żądaj odemnie żadnego wyjaśnienia, nie dam ci go, i przysięgnij mi, że przed nikim nie powiesz o tem co tu zobaczysz, a czego nie zrozumiesz.
Głos Gilberta jakkolwiek stłumiony umyślnie, był ostry i przenikający. Wilhelm słuchając go cały drżał. Wyciągnął rękę, drżącą trochę i wyszeptał:
— Oh! co do tego, panie, przysięgam!
— To dobrze... Teraz weź motykę i rób to samo co ja... Obydwaj będziemy kopać ziemię ażeby wydobyć trumnę zakopaną w tem miejscu.
Chociaż powietrze było bardzo ciepłe, Wilhelm uczuł dreszcz przebiegający go po skórze.
Wziął motykę również jak i doktór i zaczął kopać ziemię tak jak i on.
Wśród milczenia nocy dwa te czarno cienie schylone nad ziemią, którą gorączkowo kopały, miały pozór fantastyczny.
Nagle dał się słyszeć głuchy odgłos żelaza uderzającego o drzewo.
Motyki obu grabarzy uderzyły o trumnę.
— Kopmy ażeby uwolnić boki trumny — rzekł doktór. — Teraz — rzekł po upływie kilku minut — weź jeden ze sznurów, przeciągniemy go przez antaby, to nam ułatwi robotę.
Wilhelm wziął sznur z wozu i uczynił tak jak mu doktór rozkazał.
Dwaj ci ludzie wyszli z dołu i ciągnąc za sznur z całej siły przyprowadzili trumnę do położenia pionowego, poczem już bez wielkiego trudu za pomocą żelaznego drąga wydobyli ją na powierzchnię ziemi.
Po chwili odpoczynku pan i sługa podnieśli rękami ciężką trumnę i złożyli ją na wozie, okrywszy słomą. Kwadrans czasu wystarczył na zasypanie dołu.
Doktór i Wilhelm pozbierali narzędzia, wsiedli na wóz i udali się z powrotem do Morfontaino.
Było już wpół do drugiej po północy, kiedy wóz stanął na podwórzu Kwadratowego domu.
— Co zrobiemy z tą trumną panie doktorze? — zapytał Wilhelm.
— Zaniesiemy ją do naszego laboratoryum.
Uczynili to natychmiast.
— O wschodzie słońca odprowadzisz wóz i konia — rzekł Gilbert.
— Dobrze panie doktorze.
Wilhelm skłonił się i wyszedł.
— No, teraz do dzieła! — rzekł brat Maksymiliana, zamykając na dwa spusty drzwi od laboratoryum. — Dowiem się nareszcie!
U sufitu zawieszony był żyrandol flamandzki z żółtej miedzi, o kilkunastu świecach. Doktór zapalił wszystkie świece i żywe światło zalało laboratoryum.
Potem wyjął z szuflady jednego ze stołów cienki stalowy instrument i począł odkręcać szruby, któremi wierzchnia część trumny była przytwierdzoną.
Ruchy doktora były jakieś nerwowe; dziwne światło zabłysło w jego zapadłych oczach, grube krople potu spływały po skroniach.
Ostatnia szruba została wyjętą.
Gilbert sięgnął ręką do wieka aby go otworzyć.
Nagle zatrzymał się.
Na zsiniałych jego rysach malowało się wzruszenie bardzo podobne do przerażenia. Ręce mu drżały.
— Odwagi! — rzekł prawie głośno. Czegóż mam się obawiać?
Zbierając całą energię, całą siłę woli, otworzył trumnę.
Zesztywniałe ciało ukazało się owinięte całkowicie w całun.
Gilbert odkrył część całunu okrywającą głowę i ukazała mu się twarz strasznie wychudła.
— Mój brat! Więc to mój brat! — wyjęknął doktór. — Nie widziałem go od owej fatalnej nocy, kiedy sądziłem się być jego mordercą, a pomimo to poznaję go od pierwszego rzutu oka!...
Upadłszy na kolana Gilbert długi czas przypatrywał się z rozczuleniem, twarzy hrabiego Maksymiliana de Vadans.
Powstawszy, mówił do siebie:
— Dla czego trumna mojego brata, zamiast spoczywać w Compiègne w naszym grobie familijnym, była zakopaną na czystem polu, jak gdyby jakiegoś kryminalisty? Czy trup ten okaże mi dowód zbrodni? Dla czego chciano go ukryć, musi być jakiś ważny do tego powód. Czy brat mój umarł otruty, a zabójcy w obawie autopsyi, usunęli zwłoki? Ależ wszak pogrzeb odbył się, kogóż więc pochowano na jego miejscu? Jest w tem tajemnica, którą muszę wyjaśnić... Jeżeli Maksymilian umarł otruty, będę wkrótce miał dowód i podejmuję się zemścić!...
Wtedy doktór wyjął skalpele o błyszczących ostrzach, szczypce zębate i wszystkie narzędzia któremi się w tych razach posługuje nauka, zdjął surdut, zawiązał fartuch z kieszeniami, jaki noszą chirurdzy w szpitalach, założył rękawy od koszuli, i rozpoczął ponure swe dzieło.
Niepozwolimy naturalnie czytelnikom być świadkami przerażającego widowiska dysekcyi. Wystarczy powiedzieć, że o godzinie ósmej rano, Gilbert znajdował się jeszcze około trumny. Ciało Maksymiliana zostało przez niego zabalsamowane, a hermetycznie zamknięte słoje zawierały w sobie trzewia, mające być poddane analizie chemicznej.
Gilbert od czasu powrotu do domu, nie spoczął ani na chwilę.
Wyczerpany ze zmęczenia, zeszedł ażeby odświeżyć się chłodnem, rannem powietrzem, wypił szklankę mleka, przeszedł parę razy przez park, w towarzystwie Agry i Nella, poczem powrócił do laboratoryum.
O jedenastej śniadanie zabrało mu kilka zaledwie minut czasu. Nakouiec o szóstej wieczór analiza chemiczna była ukończoną.
Absolutną miał pewność, materyalną, że żadna trucizna, jakiejbądź natury, nie była przyczyną śmierci brata.
Odkrycie to, którego wcale nie oczekiwał, rzuciło go w morze przypuszczeń, stawiając go wobec enigmatu nie do rozwiązania.
— A więc zbrodnia nie została spełnioną, w jakim że zatem celu usunięto, a raczej usiłowano usunąć ciało Maksymiliana de Vadans?
Ciemności w umyśle doktora zwiększały się, tajemnica stawała się coraz bardziej niedocieczoną.
Gilbert którego od lat tylu pożerała straszna nuda, nagle ożył.
Od tej chwili nudzić się nie będzie. Życie jego będzie miało podwójny cel.
Wszelkie jego zdolności, wszelkie usiłowania, skierowane odtąd będą do rozświecenia tych ciemności i odszukania dziecka Joanny.
Maksymilian pochowany był z pierścieniem na palcu lewej ręki, pierścieniem który mu służył do zapieczętowania testamentu.
Gilbert obejrzał ten pierścień starannie.
Szczegółowe zbadanie doprowadziło go do odkrycia cząstek laku w zagłębieniach herbu. Lak ten był jasno czerwony.
Pierścień użyty był zatem niedawno, gdyż inaczej lak sczerniałby.
Doktór schował pierścień w małe pudełko, pudełko to zamknął na klucz, i pogrążył się w rozmyślaniach. Myślał o dziecku.
— Teraz nic już mnie nie zatrzymuje — mówił do siebie — muszę się dowiedzieć co Maksymilian uczynił z moją córką.
Wieczorem po lekkiej wieczerzy, rzucił się na łóżko, i tak wielkiem było jego znużenie, że pomimo zaprzątnięcia myślami umysłu, spał kamiennym snem aż do rana.
Promień słońca padający na łóżko, obudził go.
W stał, ubrał się szybko, wypił filiżankę bulionu i kieliszek xeresu, uprzedził Wilhelma że wyjeżdża i według wszelkiego prawdopodobieństwa nie powróci na noc do Kwadratowego domu. Wyszedł z Morfontaine i udał się do stacyi Survilliers, a ztąd koleją do Compiègne.
Przybywszy do tego miasta, udał się na cmentarz, i zgłosił się do urzędnika mającego tam nadzór.
— Chciałbym zadać panu kilka pytań.
— I owszem panie... Odpowiem panu na wszystkie o ile będę mógł najlepiej.
— Wszak pochowano na tym cmentarzu niedawno, zwłoki hrabiego Maksymiliana de Vadans?
— Rzeczywiście panie, bardzo niedawno... po grzeb odbył się wczoraj... Gilbert wyjął portfel ażeby notować.
— Wczoraj... — powtórzył zapisując datę, poczem dodał: — hrabia umarł w Compiègne?
— Nie panie, w Paryżu... Familia otrzymała pozwolenie przewiezienia ciała tutaj, gdzie zmarły posiadał grób familijny. Ceremonia pogrzebowa odbyła się właśnie w Compiègne.
— Czy dużo osób było na pogrzebie?
— Tak dosyć. Z Paryża, piękny świat tamtejszy. Około czterdziestu osób...
— Czy możesz mnie pan powiedzieć w jaki sposób odbyło się przewiezienie zwłok z Paryża do Compidègne?
— W furgonie przedsiębierstwa pogrzebowego. Takie jest rozporządzenie policyi.
— Wiem o tem, ale czy furgon, przewieziony był koleją żelazną, czy też końmi.
— Tego niewiem panie.
— Jakże się o tem można dowiedzieć?
— Zapytując w biurze przedsiębierstwa pogrzebowego w Paryżu. Wszelkie tam panu dadzą wyjaśnienia.
— To prawda... dziękuję panu.
Gilbert wyszedł z cmentarza i udał się do miasta, mówiąc do siebie:
— Nie ulega wątpliwości, że zamiana dokonaną była podczas drogi... Inaczej być nie mogło...
Brat Maksymiliana szedł prędko, kierując się ku przedmieściu, gdzie osiemnaście lat temu widzieliśmy go stukającego do drzwi mieszkania Honoryny Lefebvre.
Szukał domu który dobrze pamiętał.
Domu nie było. Na miejscu na wpół walącej się chałupy, zajmowanej niegdyś przez Honorynę, stał nie wielki budynek prawie ładny.
— Kazała pewno przebudować, za pieniądze które jej dałem... — myślał doktór.
Zbliżył się do drzwi i zadzwonił.
Drzwi otworzył jakiś staruszek i zapytał:
— Czego pan sobie życzy?
— Szukam — odpowiedział Gilbert — niejakiej Honoryny Lefebvre, i jak się zdaje omyliłem się...
— Nie omyliłeś się pan bynajmniej, dom pani Honoryny Lefebvre, tu był właśnie, kupiłem od niej grunt i kazałem przebudować...
— Dawno temu?
— Siedemnaście, czy osiemnaście lat.
— I pani Honoryna nie mieszka już w tej okolicy?
— Nie mieszka już wcale w Compiègne.
— A czy nie wiesz pan gdzie mógłbym ją znaleźć?
— Kiedy pani Honoryna sprzedała mi swoją własność wybierała się, jak mi mówiła, do kraju zkąd pochodzi i tam stale osiąść zamierzała... jak się zdaje spadła na nią jakaś mała sukcesya.
— A czy wiesz pan gdzie ten kraj leży?
— Wiem bardzo dobrze, ponieważ tam posłałem pieniądze, które jej się odemnie należały za sprzedaną własność. Miejscowość ta nazywa się Vic-sur-Salon, jestto wioska pomiędzy Joigny i Auxerre.
Doktór Gilbert notował to wszystko w swoim portfelu.
— Bardzo panu jestem obowiązany, kochany panie — rzekł do staruszka Gilbert kłaniając mu się — udam się do Vic-sur-Salon.
Opuściwszy przedmieście powrócił do miasta.
Idąc rozmyślał:
— Nagły jej wyjazd osiemnaście lat temu łatwy jest do wytłomaczenia. Obawiając się mego brata, opuściła tę okolicę z pieniędzmi które odemnie dostała... Zapewne nie wie co się stało z Joanną... Maksymilian w pierwszej chwili szalonego gniewu, zdusił może nieszczęśliwe dziecko, lub też kazał je wychowywać zdala od siebie? Jakim sposobem przekonać się o tem? Zanim się udam do Paryża, muszę starać się wszelkiemi siłami dowiedzieć się... Być może dziecko jeżeli żyło, zostało zapisane w księgach stanu cywilnego.
Gilbert udał się do merowstwa Compiègne, i wszedł do biura urodzeń. Tam znalazł młodego urzędnika bardzo uprzejmego.
— Czem mogę panu służyć, kochany panie? — zapytał urzędnik ż uśmiechem, gdyż przy swem monotonnem codziennem zajęciu, a raczej quasi-próżnowaniu, każda wizyta, szczególniej obcego, stanowiła pożądaną dystrakcyę.
— Przychodzę nadużyć pańskiej grzeczności kochany panie... — odrzekł doktór.
— Proszę pana bardzo i owszem. Jestem całkiem na pańskie rozkazy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.