Panna do towarzystwa/Część pierwsza/XXXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Panna do towarzystwa
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Demoiselle de compagnie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXVI.

Podczas gdy fakta poprzednio opisane miały miejsce w gabinecie notaryusza Hervieux i na cmentarzu w Compiegne, oto co się działo w pałacu na ulicy Garancière.
O wpół do pierwszej sędzia pokoju miejscowego okręgu, jego pisarz, komisarz policyi z swym sekretarzem, zadzwonili do drzwi pałacu.
Berthaud otworzył.
— Czego panowie żądacie? — zapytał.
— Chcemy widzieć się z kamerdynerem Honoryuszem... — odpowiedział sędzia pokoju.
Honoryusz przybiegł natychmiast, i dowiedział się z zadziwieniem i przerażeniem, że przybyli w imieniu prawa, opieczętować wszystkie drzwi i zamknięcia.
— Ależ panowie, ja sam tu jestem — odrzekł. — Pana Raula de Challins, siostrzeńca zmarłego hrabiego nie ma w domu.
— Wiemy o tem — odrzekł sędzia pokoju — obecność pana de Challins nie jest potrzebną do tego co tu robić mamy... Z wyjątkiem jedynie drzwi pokojów zajętych przez służących domowych, pieczęcie muszą być wszędzie położone.
— Panie — rzekł kamerdyner z pewną stałością — reprezentuję tu spadkobierców ś. p. hrabiego de Vadans... sądzę, że mam prawo prosić panów, abyście mi powiedzieli na czyje żądanie przychodzicie tu panowie?
— Na żądanie prokuratora Rzeczypospolitej... Oto rozkaz... przeczytaj pan...
Honoryusz skłonił się, mówiąc:
— Proszę więc panów...
— Prowadź nas pan.
— Jestem na rozkazy panów. Od czego zaczniemy?
— Zaczniemy od pokoju, w którym hrabia de Vadans oddał ostatnie tchnienie. Czy masz pan klucze od sprzętów?
— Klucze były w zamkach, kiedy hrabia umarł... Dotychczas nie zostały wyjęte... Chodźcie panowie...
Dwaj urzędnicy, pisarz i sekretarz komisarza, poszli za starym służącym do pokoju zmarłego hrabiego.
Sędzia pokoju rozpoczął swą czynność; podczas gdy pisarz redagował protokół, zapisując każden sprzęt; komisarz policyi dał znak swemu sekretarzowi, aby notował, i zwracając się do Honoryusza zapytał:
— Od jak dawna jesteś pan na. służbie u hrabiego de Vadans?
— Od dwudziestu pięciu lat.
— Pan hrabia miał do niego zupełne zaufanie?
— Pan hrabia wiedział czego się trzymać co do mej uczciwości i poświęcenia, ale nigdy nie mówił mi o swoich interesach...
— Czy nic nie każe panu przypuszczać, że pan de Vadans napisał ostatnią swoją wolę?
— Nie sądzę żeby to miał uczynić.
— Dla czego?
— Pan de Challins, po śmierci swego wuja, szukał wszędzie i nic nie znalazł.
— Czy znasz pan sukcesorów ś. p. hrabiego.
— Naturalnie że znam: pani baronowa de Garennes, siostra zmarłego hrabiego i pan Raul de Challins, jego siostrzeniec...
— Ale oprócz tych?
W tej chwili Honoryusz przypomniał sobie słowa doktora Gilberta:
Przysięgnij mi, że nawet zapytywany przez sąd, nie powiesz niczego, o czem pomiędzy sobą mówimy.
I przysięgę wykonał.
Chwila dotrzymania tej przysięgi nadeszła. Odpowiedział więc bez wahania:
— Żadnych innych nie znam.
Komisarz pytał dalej:
— Kto pielęgnował hrabiego de Vadans podczas jego ostatniej choroby?
— Siostrzeniec, pan de Challins.
— Wiemy już o tem, ale pytam się jaki doktór go odwiedzał?
— Żaden.
— Tak? Wydaje się to co najmniej dziwnem...
— Nie panie... Biedny mój pan nie chciał wcale widzieć doktora.
— Czy mówił o tem panu?
— Nie mnie, ale panu Raulowi, i ten mi to powtórzył.
Komisarz nie uczynił żadnych uwag co do tej odpowiedzi, lecz zmarszczył brwi i o nic więcej już się nie pytał.
Sędzia pokoju ukończywszy opieczętowanie sprzętów w pokoju zmarłego hrabiego, przeszedł do innego.
Spieszył się bardzo i wkrótce pozostało tylko do obejrzenia mieszkanie Raula.
— Zaprowadź nas pan do pokojów zajmowanych przez pana de Challins... — rzekł.
Honoryusz zdumiony zawołał:
— Jakto panie, czy chcesz pan opieczętować mieszkanie pana Raula?
— Tak jest.
— Meble, ale nie drzwi przecież?
— I drzwi także.
— A jak pan Raul powróci?
— Pan de Challins zapewne nie powróci tak prędko do pałacu — odrzekł komisarz.
Honoryusz wcale Się nie domyślał strasznego znaczenia tych słów, i przypuszczał jedynie, że młody człowiek mieszkać będzie gdzieindziej aż do chwili zdjęcia opieczętowania.
Zaprowadził więc urzędników do pokojów Raula.
— Czy mieszkanie to łączy się z jakiem innem? — zapytał sędzia pokoju.
— Tak jest panie.
— Gdzie się znajdują drzwi łączące?
— Oto są.
Pieczęcie na tych drzwiach zostały umieszczone, potem komisarz zaczął:
— Teraz przystąpięmy do obejrzenia pańskiego pokoju, kucharki i odźwiernego... Nie ma w tem nic dla was ubliżającego... Jestto tylko prosta formalność.
Poszukiwania te nie doprowadziły do żadnego odkrycia.
— Jesteś pan mianowany nadzorcą pieczęci — rzekł sędzia pokoju do Honoryusza. Znasz prawo i wiesz jakie ciążyć będą na nim obowiązki?
— Tak panie!
— Podpisz więc protokół.
— Honoryusz podpisał.
Urzędnicy odeszli pozostawiając trzech służących zaniepokojonych, i nie pojmujących tego wszystkiego co się dzieje.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.