<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Bourget
Tytuł Po szczeblach
Data wyd. 1903
Druk A.T. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. L’Étape
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.
RODZINA MONNERON

Z ulicy Tournon na ulicę Klaudyusza Bernarda, przy której mieszkali Monneronowie, nie jest daleko. Jakże szybko przebywał tę przestrzeń Jan, gdy biegł w odwiedziny do swego nauczyciela, z nadzieją, ujrzenia wysmukłej postaci, jasnych włosów, błękitnych oczu i uśmiechu Brygidy! Wtedy wydawała mu się ta droga daleką. A dziś, gdy wyszedł po rozmowie, której następstwem miało być ostateczne zerwanie, jakże ta sama przestrzeń wydawała mu się krótką! Wolałby, żeby milowa odległość rozdzielała te dwa domy, żeby z sercem wzburzonem po tem, co powiedział i usłyszał, nie potrzebował zetknąć się tak zaraz ze smutkami ojcowskiego domu.
Duszą jego miotał ból nieszczęśliwej miłości.
Poświęcenie, na które się zdecydował, wymagało wysiłku przeciwnego naturze ludzkiej. Niepodobna poskromić miłości bronią abstrakcyjnych pojęć, jak Jan usiłował uczynić, i nie buntować się przeciwko temu z całą energią dwudziestopięcioletniego serca. Powracał też tą samą drogą, którą niedawno szedł z panem Ferrand i Brygidą.
Widział ją w myśli idącą obok ojca, milczącą i piękną, rozumną i pełną delikatności, tak podobną do wymarzonej kochanki, do towarzyszki, z którąby chciał przebyć drogę życia, w której duszy mógłby znaleźć oparcie i pociechę, wspierając ją i pocieszając nawzajem, rozumiejący ją i rozumiany przez nią! Jej drobne nóżki stąpały przed chwilą po stwardniałym piasku tej samej alei. Była tak blizko... A teraz niema już jej... i nie będzie nigdy...
Kochała go jednak... Ojciec sam to powiedział. Kochała go!...
Ta wzajemność, której się domyślał, ale której nie był pewny, doprowadzała go do rozpaczy. Co ona pomyśli, gdy się dowie, że oświadczywszy się o jej rękę, cofnął się potem, i to dla jakiego powodu? Pobożna, jak ona istota, czy zdoła wyrozumieć ten skrupuł, dla którego poświęcił szczęście ich obojga?
Będzie w nim widziała wroga wszystkiego tego, co sama szanuje, w co sama wierzy, i może przestanie go kochać? Może przestanie go kochać i dlatego, że go nie będzie widywała?
Jan zdecydowany był dotrzymać słowa i usunąć się zupełnie.
Brygida zapomni o nim. Pozna kogoś innego, bliższego jej pojęciami, przywiąże się do niego — zostanie jego żoną...
I przed oczyma zakochanego zarysował się obraz wyrazisty, jak halucynacja, obraz panny Ferrand, idącej do ołtarza, zarumienionej ze wzruszenia pod białą zasłoną, a obok niej obraz kogoś, kto nie będzie nim...
I Jan powrócił do rozumowania, które od tygodnia powtarzał uporczywie:
— Jestem szalony — mówił sobie — żeby niweczyć szczęście dla jakiegoś urojenia! Akt religijny, w który się nie wierzy, jest niczem. Czemuż się nie poddać tej formie, albo uprawnionej — jeżeli katolicyzm jest prawdą, albo zupełnie czczej, jeżeli jest fałszem — gdy to poddanie może zapewnić szczęście?....
Coby mi odpowiedział ojciec, gdybym mu dał to przecież on także brał słowa wychodził właśnie przed nim świadomość pytanie do rozstrzygnięcia? ślub w kościele?
Monneron mówiąc te z ogrodu. I nagle stanęła bolesna istnienia jego rodziny i osobników, które ją składają. Ślub, brany w kościele, we wspomnieniach Józefa Monneron przedstawiał się jako dowód tyranii, wywieranej na urzędnikach przez rządy cesarskie. Odbył się on w 1869 roku w Nizzy, w tym samym roku, gdy profesor ukończył Szkołę Normalną. Nie posiadał on majątku. Ożenił się z panną bez posagu. Nalegania teściowej, poszanowanie form, jakie miała narzeczona, rady przyjaznego zwierzchnika, który się interesował przyszłością obiecującego młodzieńca, obawa niechęci przełożonych, wszystko to złożyło się na skłonienie go do ustępstwa, którego nie powtórzył już po urodzeniu żadnego dziecka. Nie mógł jednak darować tego rządom Cesarstwa; i teraz w myśli Jana odezwały się niezliczone rozprawy, jakie ojciec wygłaszał z powodu tego nieprzyjemnego zdarzenia. Zdawało mu się, że słyszy odpowiedzi matki, starszego brata, siostry i najmłodszego z rodzeństwa. Zamiast ukochanej postaci Brygidy, zaczęły pojawiać się inne postacie, i w ciągu paru minut, idąc tym samym chodnikiem, którym ojciec w jego wieku chodził tak często — Jan przeżył w myśli całe lata udręczeń, zrazu niejasnych i niezrozumiałych, a później wyraźnych już i wyrozumowanych — udręczeń, których źródłem była, słodka i droga dla innych ludzi — rodzina. W rozmowie z panem Ferrand nie powiedział on wszystkiego. Nie zataił wątpliwości sumienia i nie przeczył, gdy nauczyciel jako ich źródło wymienił jogo rodzinę i starcie pomiędzy atawizmem katolicyzmu a niewiarą ojca, którego zbyt pośpieszne wyniesienie oderwało od właściwego środowiska i popchnęło do rozumowań przeciwnych tradycyi. Wyznał też z równą szczerością swe niepokoje co do przekonań politycznych, mające też źródło w rodzinie. Pochodziły one ze sprzeczności doświadczeń życiowych, tak niedawnych, z utopiami społecznemi, które mu ojciec był wszczepił. Wyznał nawet swoje troski z powodu niebezpiecznych podstaw, na jakich ojciec jego zbudował swą rodzinę. Wyznał nieważność szczerego porozumienia się, odsłonięcia głębi duszy, pomimo wspólnego pożycia, przed spaczonym doktrynerstwem profesorem, zaślepiającym się dobrowolnie wobec zbyt przykrej rzeczywistości. Co więcej, wyznał swoje obawy co do najstarszego brata, który z brutalną chciwością plebejusza, tak niebezpieczną u ludzi bez tradycyi i środowiska, któreby dla nich mogły być hamulcem, rwał się do zabaw i zbytku. Posunął się nawet do wzmianki o siostrze. Z tej właśnie strony widział on groźbę dla szczęścia rodziców. Nie wspomniał tylko nic o matce.
A jednak wśród tych twarzy znajomych, które obawiał się ujrzeć za parę chwil, zebrane przy stole rodzinnym, żadna nie była dla niego takiem źródłem smutku, jak twarz matki. Południowa wylewność charakteru pani Monneron zrobiła jej opinię osoby dobrej. Jan wiedział, że matka go nie kocha. Zdawał sobie dokładnie sprawę i z tego, że wśród żywiołów, rozkładających życie ojca, ta matka była jednym z najgłówniejszych: kobieta poziomych instynktów, bez rozsądku, próżna i niegospodarna. Tego tylko nie rozumiał, że i to małżeństwo, tak jak i to wszystko, nie było dziełem przypadku. Przyjrzawszy się bacznie człowiekowi, można się przekonać, że jego małżeństwo jest zawsze następstwem’ jego usposobienia. Małżeństwo Józefa Monneron było logicznym wynikiem jego pochodzenia. Syn chłopa, który wyszedł na „pana,” jeden tylko z całej rodziny, dzięki czysto wykształceniu książkowemu, nie miał nikogo z krewnych, ktoby nim pokierował. Jedyny jego dochód stanowiła pensya, więc pole wyboru było ograniczone. Idealista, niedoświadczony, nieprzezorny, szukał tylko sentymentu. Prowadził w Paryżu życie najzupełniej wstrzemięźliwe, na co składały się rozliczne przyczyny: wielka praca, nieśmiałość i skrupuły moralne. Nieuniknionem więc było, że się da podbić urokowi pierwszej młodej kobiety, z którą zbliżą go okoliczności. Otrzymawszy pierwszą posadę w Nizzy, odnajął dwa pokoje u jakichś niby kapitalistów i ożenił się z ich córką. Nazywała się ona Anna Grainer. Mając lat dwadzieścia, była rzeczywiście ładna, więcej jeszcze efektowna, z czarnemi oczyma i bladą cerą mieszkanki Południa, które tem łatwiej udają miłość, że im pomaga do tego żywość usposobienia, udająca szczerość. W rzeczywistości Anna miała charakter uczciwy, ale bardzo pospolity, umysł ograniczony, serce oschłe, wychowana była licho przez niedołężną matkę i zagadkowego ojca, który uprawiał dwadzieścia różnych fachów, a na handlu skończył gruntami i odnajmowaniu umeblowanych pokojów. Nie trzeba dodawać, że nie miała posagu i że mąż jej mógł uważać za jedno z nielicznych powodzeń swego życia prędką śmierć obojga teściów, których aktywa zaledwie mogły zaspokoić pasywa. Gdyby żyli dłużej, byłby zmuszony łożyć na ich utrzymanie, a z czego? Te szczegóły małżeństwa ojca wiadome były Janowi tylko w połowie. Ale co znał dobrze, to obecne postępowanie matki. Jej nieudolność w zarządzaniu domem, marnowanie pieniędzy zarobionych przez ojca, jej zadłużanie się po sklepach, niepłacenie w porę służącym, gospodarka, którą lud określa rubasznie i dosadnie jako „zatykanie jednej dziury drugą“. Ale gdy szło o przyjęcie gości, znalazła ona zawsze środki na strojny ubiór i przybranie salonu, któremu umiała nadać przyzwoity wygląd za pomocą genialnych sztuczek, które Południowcy mają zawsze w zapasie, nawet w największem opuszczeniu i nieładzie. A gdy pani bawiła się z gośćmi, przygodna kucharka gotowała przypaloną potrawkę na skromny obiad, którym spracowany profesor miał pokrzepić siły. Jan znał doskonale podkład czysto zwierzęcego egoizmu pod wszystkiemi wadami matki, egoizmu, który się zdradzał wściekłemi wybuchami gniewu przy lada przeciwności, lenistwem, posuniętem do ostatecznych granic niedbalstwa i opuszczenia, stronnością i niesprawiedliwością, graniczącą z cynizmem. O ile była ostrą względem Jana i córki, Julii naprzykład, którzy oboje mieli typ odziedziczony po ojcu, o tyle psuła najstarszego syna, Antoniego, ładnego chłopca, podobnego do niej, i najmłodszego, Kacpra, prawdziwe dziecię Południa, który umiał ją zawsze zjednać różnemi błazeństwami i którego, nie zdając sobie z tego sprawy, kierowała na skończonego nicponia. Jan, wrażliwy i uczuciowy, przejrzał nawskroś wady matki, a przejrzawszy wstydził się za nią. Bo przecież była to jego matka — i pomimo wszystkiego — kochał ją. Ilekroć stwierdzał, że nie może widzieć matki bez przykrego uczucia, zdawało mu się, że to uczucie mimowolne, które taił starannie, jest grzechem przeciwko rodzicom. I teraz dochodząc do domu, wyrzucał sobie, że z całej rodziny, której widoku tak się obawiał, najboleśniejszem będzie dla niego spotkanie się z matką, której zawdzięczał życie i którą ojciec kochał za czasów młodości.
— Jak ja kocham Brygidę... — pomyślał. — Czy to być może? Ależ tak — dość spojrzeć na jej portret z czasów, gdy była narzeczoną. Była wtedy śliczna. Zawiele miała kłopotów w tem ciężkiem życiu oto powód zmiany. Ojciec nie miał czasu zajmować się nią i kształcić — nie miał ani czasu, ani sił, ani pieniędzy. Za dużo pracował za domem. Całe życie przeżyli w ubóstwie. I my wszyscy jesteśmy biedacy. Powinniśmy byli zostać w rodzinnych stronach: ojciec powinien był pozostać chłopem, jak jego ojciec, i ja tak samo, powinniśmy byli pracować na roli i zbierać z oszczędności kapitalik. A wtedy dopiero mogliśmy się dźwignąć w górę. Ach! nie mieszkać w Paryżu! nie mieszkać w tym domu!...
To westchnienie, w którem streszczało się potępienie całej rodziny pod wpływem gorzkich przejść tego dnia, nasunęło mu mimowolne porównanie. Zestawiał w myśli starą siedzibę mieszczańską — prostą i skromną w dodatniem znaczeniu tego wyrazu — którą zamieszkiwał Ferrand, z olbrzymiemi nowemi koszarami „modern style“, z tuzinkowemi ornamentami, z oknami o kolorowych szybach, z fałszywym pozorem taniej elegancyi, gdzie próżność pani Monneron usadowiła męża i dzieci. Mieszkań w cenie dwóch tysięcy czterechset franków pełno w Paryżu, lecz pomiędzy pochodzeniem Monneronów a ich mieszkaniem nie było żadnej harmonii. Jan, idąc po drewnianych schodach, pokrytych dywanem, ale wązkich i ciemnych, czuł, że z mieszkaniem dzieje się to samo, co z innemi warunkami ich życia. Było to tylko tło niezbędne dla ich stanowiska społecznego. Olbrzymie domy tego gatunku z taniemi ozdobami, z pseudo-komfortem szablonowych mieszkań, ciasnych, bez najmniejszego schowanka, bez przestrzeni koniecznej, nie mnożyłyby się tak licznie, gdyby nie były wiernem odbiciem losu tej warstwy społecznej, żyjącej z niewielkich dochodów, tego sztucznego dobrobytu i parodyi wykwintu. Są to drobiazgi, ale w takiej chwili życia, jaką przebywał Jan, najdrobniejsze nawet szczegóły mają dla nas znaczenie. Te drobiazgi są wynikiem głębszych powodów i przygniatają nas brzemieniem smutku. Skutkiem praw niezbadanych i tajemniczych nasz los jest wynikiem naszego charakteru, a charakter wynikiem rozlicznych danych, jakie składały się na rozwój naszej osobistości, wpływu ojczyzny, historyi, obyczajów, idei, unoszących się w powietrzu, którem oddychamy. Nawet ulokowanie się rodziny Jana tu, a nie gdzieindziej, nie było dziełem trafu, ale następstwem manii, która ogarnęła Francyę: manii równości i biurokratyzmu. Że Ferrand miał słuszność, potępiając jedno i drugie, Jan nic mógł zaprzeczyć teraz, gdy czuł, że jest ich ofiarą. Taki smutek ogarnął go w chwili, kiedy stanął przed drzwiami mieszkania rodziców, w mętnem świetle dnia listopadowego, jeszcze smutniejszem przy martwem oświetleniu tych dusznych schodów, że miał zamiar nie zadzwonić i odejść — uciec na ulicę, gościnniejszą, od rodzinnego domu, gdzieby mógł uniknąć cierpienia, gdy tu musi zranione serce wystawić na pastwę ukłóć.
Ale potrząsnął głową i zbierając całą odwagę wysiłkiem energii, nacisnął dzwonek i powtórzył w myśli wiersz nieznanego poety, cytowany przez Marka Aureliusza, którym zwykł krzepić słabnącą w złych chwilach studencką odwagę.
„Jesteś tylko niewolnikiem — i powinieneś milczeć...“
Jakby na szyderstwo, w chwili, gdy wygłaszał ten wiersz, głos jakiś z głębi mieszkania zawołał ulicznikowskim akcentem i żargonem:
— Masz go!
Drzwi otworzyły się i ukazała się w nich szczupła, z bezczelnemi oczyma twarz najmłodszego brata, Kacpra. Uczeń-stypendysta z liceum Ludwika Wielkiego, dziś na urlopie, przybiegł od stołu z zatkniętą za kołnierzem serwetą, fruwającą na uczniowskim mundurku. Trzymał w ręce widelec i jadł, mając policzek wypełniony ogromnym kęsem mięsa, a wołał na całe gardło:
— Widzisz mamo, że miałem słuszność? Papa Jan przyszedł do żłobu... Lepiejbyś zrobił, gdybyś był coś wsunął na mieście — dodał, zwracając się do brata — bo tu kotlety twarde, jak rzemień, a kartofle niedogotowane. Śniadanie dziś pod psem... Możnaby myśleć, że to u nas w budzie...
Uczeń Ferranda, zakochany w wykwintnej i przeczystej Brygidzie, wielbiciel Marka Aureliusza, nie odpowiedział nic na ten wybryk powitalny smyka, zwiędłego i wyszarzanego w piętnastym roku życia, który mówił zawsze ulicznym żargonem, a którego nie upominała nigdy matka, pobłażliwa dla smarkacza, nie zgromił nigdy ojciec, prezydujący przy śniadaniu, dobroduszny, jak zwykle.
Jadalny pokój, ogrzewany piecem z bronzowych kafli wpuszczonym w mur, oświetlony był półokrągłem oknem, o szybach kolorowych, na których jakiś potwór niby heraldyczny błyszczał szkarłatnem cielskiem na tle żółtem. Duże rośliny w doniczkach obumierały z braku wody. Na ścianach, oklejonych papierem, naśladującym skórę, wisiały ryciny, wykazujące niejednolitość upodobań tego jakobina sielankowego zarazem i poety. Jedna z nich przedstawiała Rouget de Lisle’a, śpiewającego poraź pierwszy; „Marsyliankę;” druga — pasterzy Mikołaja Poussin; trzecia posiedzenie Zgromadzenia Narodowego, na którem Thiersa ogłoszono oswobodzicielem Francyi; dwie zaś ostatnie — rzymskie widoki, podarunek dawnego ucznia. Cztery portrety: Wiktora Hugo, Micheleta, Juliusza Ferry i Gambetty, uzupełniały przybranie pokoju, w którym zebrana była cała rodzina.
Józef Monneron był nizkiego wzrostu. Wązkie ramiona i zgarbione plecy były dowodem, że od lat dawnych nie używał ruchu. Grube kości u rąk i grubo ociosane rysy twarzy świadczyły o tęgości rasy, z której pochodził. Był to typowy organizm plebejusza, dla którego wydelikacenie sprowadza upadek. Jednakowoż ten człowiek pozornie wątły, z ołowianą cerą, miał na sobie cechę wyższości: oczy o spojrzeniu głębokiem i słodkiem, niebieskie oczy marzyciela rozjaśniały swym wdziękiem twarz zwiędłą i wynędzniałą, okoloną włosami zupełnie białemi w pięćdziesiątym roku życia i brodą niegdyś jasną, a dziś szpakowatą. Uśmiech naiwny, niemal dziecięcy, był dowodem młodości duszy, zdolnej zawsze do złudzeń. Ten uśmiech opromieniał usta gadatliwe, skutkiem przywyknienia do wykładów, a gdy milczał, zacięte z wyrazem fanatyzmu.
Naprzeciwko tego ojca rodziny, ofiary krańcowych pojęć i twardego życia, zmęczonego nadmiarem zarobkowej pracy, ale pełnego jeszcze wrażliwości i zapału, siedziała pani Monneron. Na tej twarzy rozleniwionej Prowansalki, roztyłej wiekiem, jakby nalanej bladym tłuszczem, od której jeszcze silniej odcinały się włosy czarne, dzięki obrzydliwej farbie, widniały ślady dawnej piękności. Zęby miała prześliczne i rysy delikatne, pomimo pucołowatości, która-by ją czyniła podobną do lalki, gdyby nie spojrzenie niecierpliwe, biegające, gniewliwe i nieufne. Oczy czerniące się, jak węgle wśród matowej bladości cery, miały wyraz popędliwy, nie panujący nad pierwszem wrażeniem. Czoło wązkie i nizkie zdradzało brak inteligencji, a usta o miękkich zarysach niedołęztwo. Niedbała i uparta, samolubna i gwałtowna, była taką, jak jej twarz, przy bliźszem zbadaniu nieprzyjemna, skutkiem tych cech napozór sprzecznych. Ale godzą się one dzięki logice, która łączy zmysłowość ze srogością i próżność z podłością.
Pani Monneron była zupełnie tego samego wzrostu, co mąż, ale siedząc, górowała nad nim i robiła wrażenie rzeczywistej pani tego domu. Było to drzewo wytrwalszego gatunku, które wyrosło kosztem wynędzniałego sąsiada. Różnica w ubraniu obojga małżonków uwydatniała jeszcze to przeciwieństwo. Latem i zimą profesor uważał za obowiązek nosić surdut czarny, z gładkiego sukna, którego tylko grubość zmieniała się stosownie do pory roku, a który zapięty starannie, poszczuplał jeszcze jego wątłą postać.
Pani Monneron, wierna tradycyom Nizzy, obstalowywała zawsze u podrzędnych szwaczek, u których się zadłużała, suknie przeładowane ozdobami i świecidłami. I dziś, wybierając się na wizyty w dzień świąteczny, przyoblekła się od samego rana w nową suknię z sukienka koloru miedzianego, wyszywaną suto sutaszem i obłożoną fałszywym barankiem. Był to jeden z objawów jej marnotrawstwa noszenie bezustannie nowych sukien. Wszczepiła to samo zamiłowanie w strojach Antoniemu, ulubionemu synowi, bardzo ją przypominającemu piękną twarzą o regularnych rysach i bladością cery, od której odbijały czarne, duże oczy. Prezentował on także przy tem familijnem śniadaniu nowiuteńki tużurek z kosmatego sukna, niepodobny w niczem do wytartego pokrowca, wiszącego na ojcu, kosztowna materya na wyłogach, świeży jedwabny krawat, przepięty złotą szpilką, złote guziki u mankietów koszuli były dowodem, że budżet jego wydatków na ubranie nie odpowiadał dochodom młodzieńca. Dzięki protekcji dawnego kolegi ojca, Barantina, byłego profesora i byłego ministra finansów w gabinecie Bouteillera, także ich kolegi, Antoni dostał miejsce w banku Firmina Nortier z płacą tysiąca osiemset franków rocznie. Pomimo, że mieszkał nadal u ojca, płacąc za swoje utrzymanie drobną kwotę, od której płacenia uwalniała go często protekcya matki, skromna pensya nie mogła wystarczyć na wykwintne ubranie, a jeszcze mniej na cały tryb życia ładnego, niebezpiecznego chłopca, który się nie taił, że bywa na wyścigach, w eleganckich teatrach i drogich restauracjach.
Pomiędzy nim a ojcem siedziała Julia, milcząca siostra, której całe zachowanie niepokoiło Jana. Powierzchownością przypominała więcej ojca, niż matkę. Szczupła i obciśnięta gładkim stanikiem, co uwydatniało jeszcze jej szczupłość, miała twarzyczkę o regularnych rysach, niezmiernie delikatną, której cały wdzięk ginął, zgaszony wyrazem skrytości i ponurości.
Bujne czarne włosy, których barwa, jako też czarne oczy były jedynem dziedzictwem po matce, okalały jej twarz gęstemi pasmami, przysłaniającemi uszy. Charakter tego uczesania i styl trochę męzki w ubraniu akcentowały niezależność panny, której rodzice pozwalają wychodzić samej — według mody angielskiej i amerykańskiej — panny, która uczęszcza na różne wykłady i czyta wszystko, według mody rosyjskiej i skandynawskiej, a która, będąc ubogiem dziecięciem niezamożnego urzędnika francuskiego, walczy z trudnemi warunkami bytu i swojemi wymaganiami.
Jakże dobrze Jan znał ten posępny profil siostry, i ten wygląd studentki, i te oczy niezbadane i pełne niechęci spojrzenie... Tak, znał dobrze ten zły wyraz jej oczu i niepokoił się tem tak, jak się niepokoił kosztownemi elegancyami Antoniego i nieubłaganą srogością matki, i zmarszczkami na skroniach i zapadniętych policzkach ojca, i przedwczesnem łobuzerstwem najmłodszego brata — wszystkiem, nawet stołem, dokoła którego siedziała rodzina, i niedbalstwem rządów matczynych, widocznem w nieoczyszczonej ceracie stołu, w niedobranych szklankach, powyszczerbianych talerzach, wytartych nożach i widelcach, chwiejących się w oprawie trzonka. Ta cyganerya bez malowniczości przejmowała smutkiem młodzieńca, który z rozkoszą mieszkałby w izdebce o bielonych ścianach i jadał cynową łyżką z drewnianej miseczki.
Usiadł na krześle, stojącem między nakryciem ojca i Kacpra, siedzącego przy pani Monneron i usprawiedliwiał się z opóźnienia, usiłując zapanować nad wzruszeniem, ażeby się nie zdradzić z tem, co cierpiał...
— Mój zegarek się spóźnia — zaczął — a że byłem aż za ogrodem Luksemburskim...
— Twoja strata — przerwała mu cierpko matka — będziesz jadł to, co zostało. Nie mamy na to, żeby robić świeże śniadanie dla każdego, kto się spóźni...
— Nie chce mi się jeść — odrzekł młodzieniec — i to co jest, wystarczy mi zupełnie.
Służąca weszła właśnie w tej chwili, gdy Jan to mówił, i wniosła wielki półmisek makaronu, który miał stanowić drugie danie. Pierwsze składało się z kotletów i kartofli, zganionych przez rozkosznego Kacpra, który teraz, ujrzawszy makaron, powitał go okrzykiem:
— Makaron! Jeśli ci się nie chce jeść, Janie, odstąp mi swoją porcyę...
Ale spojrzawszy na półmisek, wydął wzgardliwie usta.
— Bagatela! Możesz sam wylizać! Przypiekany! Dzidzi lubi makaron tylko z pomidorami...
— Nie wiedziałem, że wychodzisz — przemówił ojciec, zwracając się do Jana i dając łagodnie znak najmłodszemu, żeby był cicho.
Poczciwiec zauważył dobrze cierpkie powitanie przez matkę spóźnionego Jana. Nieprzyjemny mu też był obrzydliwy ton małego nicponia w mundurku. I tak, jak zwykle, zamiast zgromić smarkacza, a żonie dać uczuć jej niesprawiedliwość, marzyciel zatopił się w abstrakcyach i usiłował zwrócić ku nim rozmowę.
— Gdybym był wiedział — mówił dalej — byłbym ci zaproponował, żebyś poszedł ze mną. Chodziłem do Panteonu, sam, na pielgrzymkę. Coraz silniej utwierdzam się w przekonaniu, że nie zwalczymy Kościoła, chyba zastępując go czem innem. Musimy pozabierać katolikom ich święta i obchodzić je pod temi samemi datami, ale na podstawie racyonalizmu. Teraz już dzień Zaduszny w Paryżu nie ma prawie wcale charakteru religijnego. Doskonale! Ale w dzisiejszem święcie myśl jest piękna. Chciałbym, żeby Rzeczpospolita obchodziła także dzień swoich świętych, i także pierwszego listopada; tych świętych, którzy spoczywają w Panteonie: Carnotów, Baudinów, Wiktora Hugo, Micheleta... Ach, jaki piękny ustęp napisał on o konieczności nadania ludziom nowych świąt, któreby zastąpiły dawne, i nauczyły kochać jeszcze więcej Rewolucyę!
— Czy uważasz, że robotnicy zamało jeszcze mają sposobności do upijania się i próżniactwa? Ja nie jestem togo zdania! — odezwał się Antoni.
Było to jego stałym zwyczajem przeciwstawiać zachwytom ojca szyderczą mizantropię, będącą jego zdaniem, „czysto paryzką cechą,“ a wygłaszał to z ponad swoich wspaniałych krawatów, zakładając w prawe oko monokl, którego używania nie usprawiedliwiała najmniejsza słabość wzroku, monokl, zawieszony na szerokiej, czarnej, morowej wstążce, za przykładem jednego z królów mody, wystawionego u fotografa.
Nic równie boleśnie nie raniło uczuciowości profesora, jak ten rodzaj pesymizmu, zdradzającego brak wiary we wrodzoną dobroć ludzkiej natury... „Bądźcie, czem chcecie, ale nie bądźcie sceptykami,” miał zwyczaj powtarzać, a ta dziwaczna formułka najdokładniej charakteryzowała rodzaj umysłu tego ideologa, zawsze zaciekle obstającego przy swojej wierze. Nie był on wstanie znieść nawet myśli zawodu. Względem dzieci zdobywał się na energię tylko wobec takich odezwań, jakie wygłosił teraz najstarszy syn.
Odpowiedział też z podrażnieniem:
— Jeżeli wśród ludu spotyka się pijaków i próżniaków, to tylko dlatego, że lud jest ciemny i nieszczęśliwy. Daj mu oświatę i dobrobyt, a te występki znikną. I dlatego pochwaliłem Jana, gdy z Rumesnilem i Crémieux-Daxem założył Tołstojowski Związek.
Taką nazwę nadał Jan i jego koledzy związkowi uniwersytetu ludowego, nietyle przez bałwochwalcze uwielbienie dla rosyjskiego utopisty, ile dla uniknienia zarzutów ze strony pierwszych członków, anty-klerykałów, których raził przymiotnik „święty” w Związku Świętego Jakóba.
— Tak — mówił dalej Monneron — nie jestem kolektywistą. Co do tego, nie zmieniłem nigdy zdania. Mój katechizm to są „Prawa człowieka” i trzymam się artykułu 17: „Własność jest prawem nienaruszalnem i świętem.” Ale jest pewien odłam socyalizmu, który będę zawsze pochwalał, ten, który zwraca się do ludu, żeby go oświecać...
Patrzył na swojego ulubieńca, wymawiając te słowa, wzrokiem, który Jan znał aż nadto dobrze i który mówił wyraźnie, że młodzieniec wypełnił, ale jakim kosztem! — program starej piosneczki: „Mój syn będzie mi przyjacielem...”
I ta właśnie ujmująca czułość, przebijająca tak często we wzroku starzejącego się profesora, zatrzymywała na ustach młodzieńca wyznanie, które tak pragnął — i tak powinien być uczynić — wyznanie swej rozterki.
I tym razem spojrzenie ojca zwyciężyło. Jan rozumiał już dziś całą czczość tej formułki tak wspaniale brzmiącej, a tak nędznej w praktyce: „zwracać się do ludu...” Znał z gorzkiego doświadczenia, z którego zwierzył się był Ferrandowi, zupełną bezpożyteczność sztucznych stosunków pomiędzy pracownikami myśli a pracownikami fabryk i warsztatów, w których pierwsi muszą się zniżać, nie podnosząc drugich. Był w przededniu zerwania z Tołstojowskim Związkiem, który, jak zaczynał podejrzewać, jest tylko szkołą nizkiej zawiści, niedorzecznej pychy i zgubnego bezrządu dla robotników, co się do niego zapisywali. Z tych dwóch przyjaciół, których ojciec wymienił, z jednym, Salomonem Crémieux-Daxem, stosunek stawał się chwilami przykry, nietylko z powodu jego despotyzmu, ale i dlatego, że chrześcijańskie poczucie, rozwijające się w duszy Jana, przeczuwało w tym towarzyszu młodości zaciekłość żydowską.
Drugi zaś, Adhemar de Rumesnil, należał do tego gatunku szlachty, która chce się okazać postępową i która sądzi, że się wyzwala od przesądów, przyjmując z zasady krańcowe pojęcia, zupełnie przeciwne swoim tradycyom i sferze. Jan miał dawniej dla niego prawdziwe ubóstwienie. Na ławkach liceum w czasach, gdy był jeszcze zagorzałym czcicielem Rewolucyi, Rumesnil wydawał mu się godnym potomkiem szlachty, biorącej udział w nocy 4-go sierpnia. Dziś Jan nie wierzył już w korzyści tej złowrogiej nocy. Widział w niej tylko hańbiącą dezercyę, zrzeczenie się przywilejów przez uprzywilejowanych dziedziców tradycyj narodowych, którzy się ich zrzekają, aby się uwolnić od uciążliwych obowiązków. Szczególniej zaś przestał wierzyć w swojego przyjaciela. Rumesnil w jego myślach złączony był w okrutny sposób z tem nieszczęściem, które miał na myśli, czyniąc niejasną wzmiankę w rozmowie z Ferrandem. Wystarczało to, żeby nie brać udziału w pochwałach, szafowanych przez ojca dla przedsięwzięcia, o które go zupełnem niepowodzeniu Jan dobrze wiedział. Zamiast zaprzeczyć, zadowolił się on milczeniem i po chylił głowę nad talerzem.
Podniósł ją nagle, usłyszawszy uwagę matki, wywołaną nazwiskiem tego, którego posądzał o naj haniebniejszą zdradę:
— A nie zapomnij, Julio, o tem, o co prosił Rumesnil — powiedziała pani Monneron.
— Adhemar był tutaj? — zapytał Jan.
Pytając, spojrzał mimowoli na siostrę, która pod jego wyraźnie badawczem spojrzeniem nie rozchmurzyła wcale twarzy, pięknej bez zaprzeczenia, ale zaćmionej tą obojętną posępnością.
I tym razem odpowiedziała matka, w której głosie, jak się zdawało synowi, przebijał pewien pośpiech, jakby ktoś, mający niezupełnie czyste sumienie, zapobiegał możliwemu zarzutowi.
Był. Dziwię się, żeś go nie spotkał, idąc do domu. Niedawno odszedł. Czekał na ciebie przeszło pół godziny. Byłam zajęta. Powiedziałam mu, ażeby wytłómaczył Julii, czego od ciebie żąda.
— Interes T — Z — odpowiedziała Julia, posługując się skróceniem, zapożyczonem od anglo-sasów. Chciał cię prosić, żebyś się stawił punktualnie na dzisiejsze wieczorne zebranie... Zdaje się, że zanosi się na ważne rozprawy.
Przerwała, zmieszana szyderczym śmiechem miłego Kacperka, do którego pani Monneron zwróciła się tym razem mocno niezadowolona:
— Mówiłam ci już dziś rano, że to dowód złego wychowania, gdy się kto śmieje głośno, nie wiadomo z czego!... Cóż jest śmiesznego w tem, co mówiła Julia?
— Nic — odpowiedział smarkacz, którego spryt zrozumiał, żeby nie przeciągać struny z matką. — To ta nazwa T — Z tak mnie rozśmieszyła... Nic więcej...
— Idzie tu o sprawę bardzo drażliwą — zwrócił się Jan do ojca, mówiąc z pośpiechem, jak gdyby to wszystko, co się zdarzyło — polecenie Rumesnila, powierzone Julii, widoczne zmieszanie matki i wybuch śmiechu najmłodszego brata, podrażniło mu nerwy. — Jeden z księży, który najwięcej zajmuje się sprawami społecznemi i którego znasz pewnie z nazwiska, ksiądz Chanut, prosił Crémeux-Daxa o pozwolenie na wykład w T — Z o chrześcijaństwie i nauce...
— Spodziewam się, żeście nie pozwolili? — przerwał Monneron.
— Jakżebyśmy mieli odmówić? — odpowiedział Jan. — Jakiż jest pierwszy punkt ustawy Związku? „Miejsce zebrania ludzi wszelkich stanów w celu wzajemnego uzupełnienia swego wykształcenia pod względem moralnym i społecznym.” A drugi? „Związek jest zupełnie niezależny od wpływów politycznych i religijnych.” Kto mówi o uzupełnianiu wykształcenia, musi uznać wolność rozpraw. Kto mówi o niezależności politycznej i religijnej, musi uznać wolność dysputowania o wszelkich doktrynach politycznych i religijnych. Mieliśmy pierwsze posiedzenie komitetu bardzo burzliwe. Niektórzy członkowie, szczególnie nasz krewny, Riouffol, są temu bardzo przeciwni. Crémieux-Dax odłożył głosowanie do dzisiejszego wieczora. Jest on za udzieleniem pozwolenia księdzu Chanut i w swojej przemowie powołał się na Robespierra, który zapytał Couthona, żądającego, aby przemówił do wojska: „W imię czego?“
— W imię rozumu! — odrzekł Monneron z jeszcze większą żywością — i w imię wolności! Tak — dodał, widząc zadziwienie na twarzy syna. — Ten pan Chanut, jeżeli jest księdzem, musi wierzyć w Objawienie i rzeczy nadprzyrodzone. Wyrzeka się zatem rozumu. A więc nie mamy z nim nic do czynienia. To on sam zrzekł się prawa do dysputy. Nie może więc upominać się o nie. Albo też niech zrzuci sutannę i niech powie: „Nie mam wiary i szukam świata.” A wtedy odzyska to, co ja nazywam wspólnem prawem ludzkości. Jeżeli nie — to nie. Tożsamo z wolnością. Nie mamy wolności do rozdawania w imię naszych zasad ludziom, którzyby nam jej odmówili w imię swoich zasad. Liberalni dopuścili się tego błędu. I dokądże ich to zaprowadziło? Do powrota Jezuitów. Powiedziałbym to wszystko Crémieux-Daxowi. Jego słabość mnie dziwi. Myślałem, że ma więcej energii. Ale to żyd. Obawia się, żeby go nie oskarżono o przesądy wyznaniowe. I te drażliwości nas gubią. Obawiamy się sądu naszych wrogów. Co nas to obchodzi? To są nasi nieprzyjaciele i walczymy z nimi. Trzeba się zwrócić na prawo, albo na lewo. Ja jestem na lewicy... Zdobądźmy najpierw wolność, a potem będziemy ją innym dawać...
— Nie mogę cię zgodzić na twoje zdanie, mój ojcze — odpowiedział Jan.
Ten fanatyzm, który przemawiał przez usta człowieka uczonego, z umysłem rozwiniętym, wyrozumiałego pod innemi względami i bez cienia samolubstwa, dotknął do żywego Jana, zakochanego w pobożnej Brygidzie.
Pomimo, że przez wzgląd na ojca nie zdradzał on swoich wątpliwości, były one już zanadto wyraźne, ażeby się nie miał zdobyć na odwagę zaprotestowania przeciwko zasadom tyranii i fanatyzmu, wygłaszanym pod hasłami swobody i wyzwolenia.
— A ty sam, mój ojcze? — mówił Jan dalej. — Odwołuję się do twego poszanowania praw sumienia. Nie kazałeś nas chrzcić. Dlaczego? Dlatego, jak mówiłeś mi nieraz, że szanujesz cudze przekonania i nie przyznajesz sobie prawa narzucania swoich komukolwiek.
— To też nie przeszkadzam takim księżom Chanut mieć przekonań, jakie im się mieć podoba — odpowiedział profesor, podrażniony protestem Jana. — Ale niech je trzymają dla siebie i nie posługują się niemi dla rozniecania wojny domowej w duszach. Bo to wszystko ich dzieło. Jeżeli dziś są dwie Francye wrogie sobie — Francya Przyszłości, Sprawiedliwości, Prawdy, stojąca przeciwko Francyi Przeszłości, Przesądów, Zabobonów — czyjaż to wina, jeżeli nie ich? Gdyby wszyscy robili tak, jak ja, byłaby jedna tylko Francya, jednolita, jeden tylko ideał światła i szczęścia, a Rzeczpospolita byłaby tak potężna i wielka, że sama swym blaskiem pobiła-by świat bez walki, bez wojen... Rzym rozumie to dobrze i pragnie przedewszystkiem rozerwać tę jedność. Czy chcesz, żebym ci powiedział, dlaczego ten pan Chanut przychodzi do was? Wie on dobrze, że nie nawróci Crémieux-Daxa, ani Ramesnila, ani ciebie, jesteście dobrze zabezpieczeni od jego bzdurstw. Ale chce rozbić waszą jedność i dopiął już swego, bo spieracie się z jego powodu. O! duchowieństwo jest zręczne i dobrze poinformowane! Idzie mu o zwichnięcie uniwersytetów ludowych, których się obawia. Nie wpuszczajcie sutanny, jeżeli chcecie istnieć! Prosty instynkt naszego krewnego, Riouffola, ma słuszność tym razem, nie my.
Ten Riouffol był krewnym Monneronów dość dalekim, rodem także z Quintenas, ale który, porzuciwszy wieś dla miasta, nie zamienił bluzy na surdut. Był on introligatorem, zdolnym robotnikiem. Czytywał gorliwie dzienniki ten samouk, zajmujący się zapalczywie zagadnieniami społecznemi, człowiek niebezpiecznego gatunku, a od takich, jak on, roi się teraz we Francyi. Z krewnymi zapoznał się niedawno, dopiero po spotkaniu Jana w Związku Tołstoja. Jan przyprowadził go do ojca. Krewny ten nie przypadł wcale do gustu pani Monneron i był to jeden więcej powód do urazy względem syna. Skorzystała też ze sposobności, żeby mu dopiec choć kilku nieprzyjemnemi słowy.
— Poróżniłeś się z nim, Janie? Przyznaj się. Ostrzegałam cię. Ty sam nie masz łatwego charakteru, a on, pewna tego jestem, jest anarchistą. Ja sama jestem córką garybaldczyka, więc nikt, mnie nie może podejrzewać, i żoną republikanina, czem się chlubię. Ale anarchistów nie cierpię i powtarzam ci, że to jest anarchista...
— Można zostać anarchistą mniejszym nawet kosztem — odezwał się szyderczo, jak zwykle, Antoni. — Ramesnil i Crémieux-Dax pomagają do tego, jak mogą, swojemi wykładami o braterstwie i sprawiedliwości, ubrani w pyszne futra, przyjeżdżający powozami wartości kilku tysięcy franków! Gdybym był na miejscu Riouffola, powiedziałbym im: „Oddajcie na początek pieniądze! Żadnych futer, żadnych tytułów, żadnych powozów! A potem pogadamy...” Riouffol tego nie mówi, ale to samo myśli i doprawdy, że ma słuszność...
— Adhemar i Salomon nie przyjeżdżają nigdy do Związku powozami — przerwał Jan podrażniony. — Nigdy! — powtórzył. — Obaj mają na to zawiele taktu i serca...
— Pozostawiają konie i służbę na rogu ulicy — dowodził Antoni — a to jeszcze gorzej. Zresztą, czy do Związku jeżdżą powozem, czy chodzą pieszo, nie zmienia to rzeczy. Jeden ma pałac na ulicy Varennes i antenatów, a drugi pałac na ulicy Hoche i pięćkroć sto tysięcy franków dochodu, uciułanego przez papę Cremieux-Daxa w kopalniach. Wszyscy w Związku wiedzą o tem, a Riouffol lepiej jeszcze, niż inni. I o czemże miałby myśleć, jak nie o tem, klejąc oprawy do książek, co jest zajęciem bardzo demokratycznem, ale bardzo niezabawnem, przyczem zarabia osiem franków dziennie, to jest mniej, niż kosztuje owies, zjadany przez konie tych panów? Zamieńmy się na miejsca, panowie!...
— Przepraszam bardzo! — przerwał mu ojciec z niecierpliwością, graniczącą z uniesieniem — ale gdyby Riouffol myślał to, co ty mówisz, byłby bardzo nieuczciwy. W dzień głosowania panowie Rumesnill i Crémieux-Dax mogą przyjechać powozami, jeśli im się podoba, ale ich głos ma taką samą wartość, jak głos Augusta Rioutfola, pracownika introligatorskiego, i Józefa Monnerona, profesora retoryki w liceum Ludwika Wielkiego. Szlachta czy plebejusze, milionerzy czy biedacy, robotnicy czy ludzie wykształceni, jesteśmy wszyscy równi. Doszedłszy do wieku popisowego, obywatele Rumesnill i Crémieux-Dax niusieli się poddać służbie wojskowej tak samo, jak obywatel August Riouffol. Na cóżby się miał on uskarżać? Że obecnie ma mniej pieniędzy, niż oni? Ale czy pieniądz daje szczęście? Czy ja, który do was mówię, miałem kiedykolwiek własny powóz, a czy mnie z tem gorzej, niż innym? Chodziłem zawsze pieszo i nie mam podagry, a może miałbym ją i wszystkie inne choroby ludzi bogatych, gdybym był zawsze jeździł powozem? A zresztą, jeżeli Riouffol zazdrości innym pieniędzy, niech je zapracuje! Wszystkie drogi stoją przed nim otwarte tak tu, jak w Ameryce, gdzie królowie nafty i kopalni zaczynali swoją karyerę od sprzedaży dzienników po ulicach. Tak, czynie? Czy może on dorobić się majątku? Tak, czy nie? Czy wszystkie drogi stoją przed nim otworem? Czy jego dzieci mogą dojść, dokąd zechcą? Czemże był Gambetta? Synem kupca korzennego w Bordeaux? Czy jednak nie zajmowali oni najwyższych stanowisk w państwie? Czy nie mieszkali w pałacach, czy nie byli przyjmowani na stopie równości, Jako przedstawiciele Francyi przez książąt i cesarzów? Czy nie naród sprawiał im pogrzeby? Nie jestem wielką figurą, moje dzieci — zakończył, zwijając serwetę i wsuwając ją w odrapane kółko, bo śniadanie się skończyło i profesor wypił już swoją kawę, dla oszczędności nieosłodzoną — tak, moje dzieci, pracowałem całe życie, ale jedno mnie podtrzymywało i pocieszało w kłopotach, to uczucie, iż jestem wolnym obywatelem wolnego kraju, że nikt nademną nie panuje, a ci, których sobie wybrałem dobrowolnie za władców...
— A gdybyś należał do mniejszości? — zagadnął szyderczo Antoni, powstając od stołu.
— Musiałbym starać się przeciągnąć na swoją stronę moich współobywateli i mniejszość mego stronnictwa zamienić na większość...
— A gdyby ci się nie udało? — badał dalej syn.
— Poddałbym się woli większości.
— Więc musiałbyś ulegać władcom, których nie wybrałeś sobie dobrowolnie? nalegał Antoni. — Czy więc masz słuchać jednego, jak w rządach monarchicznych, czy kilku milionów, jak w rzeczypospolitej, to na jedno wychodzi...
Wygłaszając swoje wyznanie wiary ze zwykłym cynizmem, skierował się ku drzwiom, jak zwykle po skończonym posiłku i dodał na zakończenie:
— Zresztą znasz moje przekonania polityczne. Mówię tak, jak jeden z naszych znakomitych mężów stanu; niema w naszej mowie wyrazu, którym zdołałbym wyrazić, do jakiego stopnia ich...
Nie dokończył grubiańskiej cytaty i wyszedł z pokoju, zanim ojciec, którego twarz zdradzała prawdziwą boleść, zdążył mu odpowiedzieć. Zmartwienie ojca taką przykrość sprawiło Janowi, że poszedł za bratem do jego pokoju.
— Dlaczego w taki sposób przemawiałeś do ojca? — zapytał. — Przed wyjściem z domu idź porozmawiać z nim trochę... innym tonem...
— Nie mam czasu — odpowiedział Antoni.
Zdjął wykwintny tużurek z jedwabnemi wyłogami tak starannie, jak dawni rycerze zdejmowali swe zbroje. Nalał na miednicę wody, do której wpuścił kilka kropli mocnych perfum z werbeny. Zaczął obmywać twarz i ręce, mówiąc do brata:
— Wyjmij z prawej kieszeni tużurka pugilares. Znajdziesz w nim fotografię. Masz ją? Zobacz. To jest portret osoby, z którą mam się dziś widzieć o pół do drugiej, a już jest późno. Rozumiesz dobrze, że wolę iść do niej, niż rozprawiać z ojcem o takich blagach, jak Prawa człowieka i głosowanie powszechne, które mnie nic nie obchodzą. Co mnie tylko gniewa, to kiedy słyszę, jak ten poczciwiec, który pracował całe życie, jak wół, a nam nie zostawi złamanego grosza, winszuje sobie, że był przez czterdzieści lat igraszką tych wszystkich dobrodziejstw wyborczych! Co innego taki Barantin! To mi człowiek! Niech sobie ten wychwala Rzeczpospolitę, postęp, klasy robotnicze i całą tę szopkę! Przynajmniej wyszło mu to na korzyść. Był takim samym profesorem, jak ojciec, z widokiem hojnej emerytury dwóch tysięcy franków po zmarnowaniu życia na dwudziestu pięciu godzinach wykładów tygodniowo i repetycyach, nie licząc poprawiania zadań. A teraz ma pałacyk w Passy i powóz najmowany miesięcznie. Ma nawet kochanki. Jest tam wprawdzie historya jakiegoś czeku, niebardzo świetna... Ale wykręcił się z tego i wiem dobrze, jak ojciec oburza się, gdy wspomnieć o tem „oszczerstwie bezczynnego dziennikarstwa!” Ja tam zresztą nie mam nic przeciwko niemu. Gdyby Barantin nie był tak dobrze z finansowemi sferami, nie miałby posady u Nortiera. Ale trzeba wszystko wiedzieć! Bądź spokojny. Nie będę już o tem mówił z ojcem. Dziś nie będę w domu na obiedzie. Ale jutro mogę mu służyć rzezią Jezuitów. Będę pożerał księży, jak trufle... Zresztą ojciec teraz pali fajkę i nie myśli już o tem, jeżeli znalazł jaki zajmujący artykuł w swoim duchu, albo jeżeli zatonął w swoich greckich szpargałach.. Daj mi tużurek i fotografię. I cóż? Jakże ci się podobała moja... znajoma?
Jan oddał bratu fotografię, której się przypatrywał podczas rozmowy. Był to portret bardzo pięknej osoby, zupełnie młodej, siedzącej na poręczy kanapy w pozie, uwydatniającej bujne zarysy bioder i kości. Suknia z jedwabnego muślinu, naszytego pailetkami, wycięta była tyle, że odsłaniała plecy i biust, na który spadał perłowy naszyjnik. Głowa była śliczna, ale nosząca już piętno zepsucia. Oczy patrzyły w bok z wyrazem przebiegłej zalotności, nad czołem unosił się obłok ślicznych loczków, których jasno blond popielatą barwę można było odgadnąć z fotografii. Ze to była kobieta złego życia, poznać było można ze spojrzenia, z uśmiechu, z przepychu ubrania. Jakim sposobem mógł być jej kochankiem chłopiec o tak skromnych funduszach, jak syn profesora? Jan nie śmiał zastanawiać się nad tem, ani pytać brata. Doświadczał tylko raz jeszcze uczucia obawy o przyszłość tego pięknego chłopca, który patrzył na niego bezczelnie z wielkiem z siebie zadowoleniem.
— Bardzo ładna — powiedział Jan. — Kto to jest?
— To już moja tajemnica — odrzekł Antoni, wkładając fotografię do pugilaresu.
Roześmiał się, ukazując białe zęby pod czarnemi wąsikami i zaczął oczyszczać cylinder delikatną szczotką, dmuchając na niego delikatnie.
Jego twarz promieniała w tej chwili takiem zadowoleniem, to półwyznanie u człowieka tak skrytego, zamkniętego w sobie zawsze, było dowodem takiego szalonego upojenia, że Jan skorzystał instynktownie z tej rzadkiej sposobności, żeby go wybadać co do podejrzenia, zatruwającego mu już nie jutro, ale dzień dzisiejszy.
W chwili, gdy Antoni kładł paltot, Jan powiedział:
— Żałuję, że wychodzisz. Tak bardzo chciałem pomówić z tobą o jednej rzeczy, która mnie niepokoi...
— O czem? — zapytał Antoni, którego oczy, przed chwilą szczere, przysłonił nagle cień.
— O Juli... — wyrzekł Jan i dodał, patrząc badawczo na brata. — Czy nie uważałeś, że Ramesnil kręci się koło niej?
— To już jej rzecz, mój drogi chłopcze — odpowiedział Antoni.
Niepostrzeżony uśmiech przemknął przez jego usta i cień w oczach rozpłynął się. Lękał się widocznie innego zapytania, może o swoje wydatki i źródła, zkąd czerpał na ich zaspokojenie.
— Tak — dodał z naciskiem — nie lubię, kiedy się kto miesza do moich interesów, więc naturalnie, i ja nie mieszam się do cudzych. Każdy dla siebie, to moja zasada. Cóżbyś w tem widział złego, gdyby Julia doprowadziła twego przyjaciela do ożenienia się z nią? Lepiejby to było dla niej, niż uczyć gramatyki i komentować „Pieśń Rolanda” młodym dzieciom w Carpentras lub w innej jakiej szkole. Da ona sobie radę, ta nasza siostrzyczka, lepiej od ciebie, rozumie się na tem, jak ja. Wiemy oboje, że na tym świecie od końca do końca jedno tylko prawo rządzi: walka o byt. Więc i ona walczy na swój sposób, ta mała. Czy chcesz posłuchać mojej rady? Nie mieszaj się do tej sprawy. Popsułbyś wszystko...
— Więc zgadłem — pomyślał Jan i nie nalegał więcej.
Coś się dzieje — i Antoni do tego przykłada rękę. Uśmiechnął się, gdym wspomniał o Rumesnilu. Ale gdyby Ademar naprawdę myślał o ożenieniu się z Julią, nie kryłby się przedemną... A te zbytki Antoniego, te kosztowności, zkądże to wszystko pochodzi? Gdzież on się poznał z tą swoją kochanką? Ach! muszę ostrzedz ojca. W chwili, gdy czynię dla niego takie poświęcenie, mam prawo wymagać, żeby inni nie zadawali mi ciosów... On tylko jeden ma prawo zapytać ich, by się dowiedzieć...
I postanowiwszy wywołać tłómaczenie co do tych dwóch punktów przynajmniej, Jan skierował się do gabinetu ojca, do którego był więcej podobny, niż sam przypuszczał, tym brakiem odwagi do wyrzeczenia słów, które sprawiają boleść.
Musiał przejść przez salon, gdzie Julia siedziała przy fortepianie i grała. Jan poznał, że gra poloneza Chopina.
Julia miała duży talent do muzyki, ale nie chciała nigdy pracować wytrwale. Prócz tego była bardzo nieśmiała, gdy trzeba było grać w obecności kogokolwiek, choćby to był który z braci.
Jan dawno nie słyszał jej grającej, i zadziwił się postępami, jakie uczyniła, a szczególnie siłą namiętności, jaką wkładała w tę melodyę, najbardziej gorączkową z melodyi tego najbardziej gorączkowego z kompozytorów.
Na odgłos otwieranych drzwi Julia przerwała grę, przebiegła z widocznem rozdrażnieniem po klawiaturze i zagrała jakąś kawiarnianą melodyę, rozuzdaną i bezczelną.
— Czemu nie kończysz tego, coś grała? — zapytał Jan. — Czy to ja ci przeszkadzam?
— Ty? — odpowiedziała, podnosząc się i zamykając fortepian. — Wcale nie. Tylko mam wyjść za chwilę z mamą dodała, spoglądając na zegar. — Idę już... Mam zaledwie pięć minut na włożenie kapelusza...
— Julio... — zaczął młodzieniec.
Stosunek jego z siostrą, bardzo dawniej serdeczny, zrobił się stopniowo zimny i wymuszony. Jan pozwolił był sobie — z niezgrabną surowością dwudziestoletniego moralisty — zwrócić uwagę na to, co czytała, i wywołał dąsy, które już nigdy nie ustąpiły w zupełności.
W. ciągu ostatnich miesięcy nieporozumienie wzrosło.
Widocznem było, że Julia unika pozostania z nim sam na sam.
I teraz, gdy ją zagadnął, zwróciła na niego wejrzenie tak dumne i tak nieprzeniknione, że nie dokończył zapytania.
— Czego chcesz? — spytała.
— Nic... — odrzekł, patrząc za nią, gdy wychodziła z pokoju.
I ona nie odpowiedziałaby także — pomyślał. — Zraziłbym ją tylko jeszcze więcej. Trzeba ostrzedz ojca...
I jak gdyby przypadek chciał mu posłużyć, mnożąc dowody tego, o czem wspominał panu Ferrand, zobaczył leżącą na fotelu, przy drzwiach gabinetu ojca, książkę w lila okładce, pozostawioną przez Kacperka, którego zapewne matka zawołała przed chwilą. Była to powieść bardzo skandaliczna, mająca powodzenie, które byłoby hańbą dzisiejszych czasów, gdyby nie to, że każda epoka wydawała podobne dzieła, tonące następnie w zapomnieniu. Ale dawniej te bezeceństwa sprzedawały się potajemnie, i piętnastoletni uczniowie nie nosili ich w kieszeniach munduru i nie rozrzucali po fotelach w salonach rodziców.
— Oto pretekst do rozpoczęcia rozmowy — pomyślał Jan.
Wziął książkę i wszedł do ojca.
Profesor palił fajeczkę w niedużym pokoju, służącym mu za bibliotekę.
Ściany pokryte były książkami, jak u Ferranda. Tylko ta była różnica, że oprócz szeregu tomów ze złoconemi brzegami, oprawnych w skórę — nagród z liceum i z konkursów — półki z prostego drzewa zapełnione były nieoprawnemi książkami. Monneron, upadający pod ciężarem wydatków, nie mógł się nigdy zdobyć na zapłacenie oprawy książek.
Jego dochód roczny od czasu zamieszkania w Paryżu wynosił dwanaście do trzynastu tysięcy franków, wliczając już w to lekcye i wykłady dodatkowe.
Na opłatę ubezpieczenia odpadało osiemset franków, stypendyum Jana w Sorbonie i pensya Antoniego były pewną pomocą, a raczej ta ostatnia byłaby pomocą, gdyby matka wymagała od starszego syna równie punktualnej zapłaty, jak od młodszego. Pod tym tylko pozorem Antoni mieszkał u rodziców, wiadomo o ile wypełniał swoje zobowiązania. Prócz tego Kacper miał stypendyum w liceum. Pomimo to z trudnością można było związać koniec z końcem, według trywialnego, ale dosadnego wyrażenia pani Monneron.
Była ona złą gospodynią i lubiła się stroić. Prawda, że życie w Paryżu jest drogie, szczególnie dla urzędników mających pewne stanowisko, obowiązujące ich do życia na wyższą skalę. Były prócz tego niedobory z przeszłości i trochę długów zaciągniętych w tym czasie, gdy wszystkie dzieci były na koszcie rodziców.
Jan wiedział o tem, i o tem także, że jedynym zbytkiem, jakiego sobie pozwalał ojciec, było kupowanie wielkiej ilości dzienników i od czasu do czasu paczki tytoniu.
W chwili, gdy syn wszedł do niego, profesor siedział na jedynym w pokoju fotelu, zwrócony tyłem do światła, z nogami wyciągniętemi na krześle, z glinianą fajeczką w ustach, i puszczał powoli a łakomie dym — pozwalał sobie na jednę tylko fajkę po każdym posiłku — i czytał maleńki tomik Eschylesa. Pod ręką, ułożone porządnie — bo porządek był jedną z właściwości tej ascetycznej natury — leżało kilka ulubionych książek. Tytuły ich objaśnią najlepiej charakter źle zrównoważonego umysłu tego niedorzecznego marzyciela i zarazem zapalonego wielbiciela arcydzieł, Był tam „Eschyles i Sofokles”, „Wirgiliusz”, a przy nim „Umowa społeczna” J. J. Rousseau, „Sprawiedliwość Rewolucyi i Kościoła” Proudhona, „Kary” W. Hugo — i jako kontrast z temi dziełami rewolucyjnemi „Charaktery” La Bruniera.
— To ty, Janie? — przemówił profesor, podnosząc głowę i ukazując twarz jakby przemienioną, na której nie było śladu fanatyzmu, ani smutku wywołanego szorstką odpowiedzią Antoniego.
Teraz był to już tylko artysta, znawca poezyi — artysta zgnębiony życiem, który nie mógł się zdobyć na stworzenie dzieła, na objawienie swego talentu, ale zdolny do odczuwania piękna i marzenia, które uśmiechało się w jego oczach pozbawionych troski w pogodnie uśmiechniętych ustach.
— Widzisz. Skorzystałem z wolnego dnia i wziąłem się do czytania. Będę czytał całe popołudnie. Skończyłem rano poprawianie zadań. Jakaż to poezya tych Greków, jaka subtelność wyrażeń, przy których wszystko inne wydaje się pospolite. Posłuchaj tylko strofy drugiego chóru:
„Pożerany tęsknotą za tą, która pozostała za morzami, błąka się on jak widmo po swym pałacu. Piękne posągi otaczają go i powiększają jego boleść. Bo posąg nie ma oczu — a bez spojrzenia oczu niema zachwytów miłosnych.”
Jak to jest dobrze oddane — jak po ludzku — ta potrzeba kochania czegoś, co ci może odpowiedzieć, odczuć twoje uczucia? A o Helenie, tam dalej, pamiętasz? Porównywa ją poeta do lwiątka chowanego w domu, które z początku „łasi się — bo głodne.” Jaki trafny rys! Potem budzi się dzikość, i okrutne zwierzę zabija i pożera. A chór śpiewa:
„Taką Helena weszła do miasta Ilionu, z duszą pogodną jak spokojne morze, z pięknością, która zdobiła najbogatsze klejnoty, ze słodkiemi oczyma, których wejrzenie przeszywało nakształt strzały, kwiat miłości, zabójczy dla serc ludzkich...”
Co za poeta! Co za poeta!
I powtarzał!
— „A duszą pogodną jak spokojne morze!” Otóż to cały wdzięk i niebezpieczeństwo kobiety. Cały wdzięk i niebezpieczeństwo morza Śródziemnego... Trzeba je znać, to świetlane morze, ażeby zrozumieć poetów greckich. Ich poezya przesiąknięta jest niem, tak jak oblane niem były najmniejsze zatoczki ich wybrzeży.
I to samo morze jest wstępem do wspaniałej przemowy Klitemnestry: „Morze istnieje — a któżby zdołał wyczerpać jego wody?”
Gdy czytam takie ustępy, widzę się już zawczasu tam, koło Nizzy, w rodzinnych stronach matki, kiedy wysłużę emeryturę. Wy wszyscy będziecie już mieli stanowiska. Ty będziesz profesorem uniwersytetu, może w Ais. Mówiłem ci, że byłbyś pewniejszy swego, gdybyś był przeszedł przez Szkołę Normalną. Wolałeś Sorbonę. To cię trochę opóźni. Julia skończy studya w Sèvres. Będzie nauczycielką w żeńskiem liceum, i będzie miała niezależne stanowisko. To najważniejsze dla kobiety. Kacper będzie profesorem matematyki. Ma wielkie zdolności w tym kierunku. Dziś jeszcze mówiła mi to matka. Rachuje na pamięć, jak dziadzio Granier, który nigdy nie prowadził rachunków. Miał je tu — w głowie. Antoni będzie naczelnikiem wydziału w banku. Będziecie wszyscy urzędnikami, nawet on, choć w prywatnym banku — a pamiętaj, że niema człowieka szczęśliwszego od urzędnika. Idzie sobie spokojnie do biura w końcu każdego miesiąca. Ma ściśle oznaczony zakres pracy: tyle i tyle godzin dziennie. Żadnych niespodzianek. Nie potrzebuje się troszczyć o swoje potrzeby materyalne. Będziecie więc wszyscy szczęśliwi, a ja, nie mając lekcyi, będę odczytywał co rok dzieła jednego poety greckiego, od początku do końca. Zacznę od Homera, potem przejdę tragików — Eschylesa, Sofoklesa, Eurypidesa i Arystofana... Trochę on zamało demokratyczny, jak na mój gust... Ale mniejsza o to... Jak dla mnie, żaden z nich nie dorównywa Eschylesowi i cieszy mnie to, że on tak samo, jak Wiktor Hugo, był równie dobrym obywatelem, jak znakomitym poetą. „Dusza pogodna, jak spokojne morze!...” Przeczytaj mi ten ustęp głośno, w oryginale...
Podał Janowi tomik, który nie opuszczał go od chwili nabycia na straganie w pierwszym roku pobytu w ukochanej Szkole Normalnej.
Młodzieniec zaczął deklamować grecki wiersz, którego wyrazy powtarzał ojciec umiejący go na pamięć...
Czy podobna zdobyć się na odwagę i zbudzić marzyciela ze snu, jeżeli ten sen jest bezwiedny? A jeśli Monneron pogrążał się w nim z całą świadomością, uciekając w idealne krainy od trosk rzeczywistości — czy można mieć odwagę sprowadzenia go na ziemię?
Wymawiając greckie słowa, Jan słuchał głosu duszy, który mu szeptał inne wiersze, marne, niegodne stanąć obok Agamemnona i starożytności greckich:

„Mój syn będzie mi pocieszycielem...”

I dlatego wyszedł z gabinetu ojca w pół godziny potem, nie wspomniawszy mu ani o podejrzeniach względem Julii, ani o niebezpiecznej tajemniczości życia, jakie prowadził Antoni, ani o bezecnej książce, pozostawionej przez Kacpra w salonie, ani o sobie i o tragicznej rozterce pomiędzy sercem a sumieniem, której był ofiarą.
— I poco? — zapytywał siebie, jak to czynił już tyle razy.
Wyszedł z domu i szedł, szedł przed siebie machinalnie, usiłując ruchem przytłumić rozpacz, która nim miotała jeszcze gwałtowniej, aniżeli rano...
Szedł, wydzierając bezmyślnie kartki trucicielskiej powieści, zabranej bratu, i rzucał je do rynsztoka.
A obraz Brygidy nie odstępował go ani na chwilę — tak obecny i tak odległy — tak żywy i martwy zarazemn!...
Jan doszedł do końca ulicy Klaudyusza Bernarda i zatrzymał się przed starożytnym kościołkiem świętego Medarda, stojącym wśród niewielkiego ogródka.
W ten dzień świąteczny pobożni wchodzili i wychodzili.
Młodzieniec stał przez chwilę, wpatrując się w drzwi wchodowe, a potem odwrócił się i odszedł śpiesznie, myśląc:
— Nie, nie mam prawa zgodzić się na propozycyę pana Ferrand i wyrządzić taką boleść ojcu, kiedy nie mam wiary; a że jej nie mam, najlepszym dowodem jest to, że nie idę teraz błagać Boga Brygidy o pomoc i o pociechę... A jednak... jakże ja cierpię!...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Bourget i tłumacza: anonimowy.