>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Poemat chłopski
Pochodzenie Kalendarz Humorystyczny Illustrowany „Muchy“ dla Porządnych Ludzi na Rok 1880
Data wyd. 1880
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


POEMAT CHŁOPSKI.
PRZEZ
KLEMENSA JUNOSZĘ.




Arystokrato! nie kręć bardzo nosem,
Ale w cierpliwość serce swoje okuj,
Czytaj te zwrotki patetycznym głosem,
I wszelkich uwag przestań i daj pokój.
I ty bankierze, który na Libanie,
Pod cieniem cedrów pochowałeś przodki,
Co dziś ci służba mówi jaśnie panie,
A każdy hrabia składa ukłon słodki,
Nie krzyw się także na chłopski poemat,
I zechciej wstrzymać twoje oburzenie,
Bo życie chłopa godny pióra temat.
Któż wam mieszczuchom napełnia kieszenie,
Kto wam pszenicę sieje i kto orze,
Żyjąc jak uczy przykazanie Boże.
Kto len hoduje miękki i konopie,
Kto tłuste prosię przynosi lub kurę,
Wełnistą owcę i cielątko bure,
Jeśli nie zacne zdrowe ręce chłopie!

Hej! kapelusze z głowy zdjąć wypada,
Narodzie, głupią jakąś dumą zdjęty,
Patrz, oto idzie ojciec Kruk Jacenty.
Figura tęga, nie cienka, nie blada,
Zdrowiem mu kwitną ogorzałe lica.
Czapę z fantazyą nasunął na ucho,
A kiedy idzie, to bruk dudni głucho.
W prawicy trzyma brzozową kozicę,
A lewą rękę oparł na kalecie,
W której podobno sporo jest grosiwa.
Strzeże je chłopek — bo też to na świecie,
A zwłaszcza w mieście, rozmaicie bywa,
Czasem się złodziej przysunie znienacka,
I pracę ludzką w jednej chwili zwędzi.
Ale Jacenty to jest sztuka gracka,
Niech no z nim zacznie, kogo skóra swędzi,
Jak machnie ręką, to wnet w błocie starza,
Nawet miejskiego samsona-dryndziarza.
...............

Gdy się urodził, wnet go zawieziono,
Aż do kościoła, choć był mróz na dworze,
I tam go zaraz porządnie ochrzczono,
Jak każe święte przykazanie Boże.
A potem kuma, co szła zawsze przodem,
Wlała mu w gębę trochę wódki z miodem.
W kołysce leżał i wrzeszczał potężnie,
A matka piosnkę nuciła mu smętną.
Potem gdy łaził, to mróz znosił mężnie,
Nóżkę na błoto, śnieg, miał obojętną.
A w czwartym roku kazano dziecinie,
Z okropnym biczem pędzić w pole świnie.
Pędził więc oną krząkającą trzodę,
Przynosząc ojcu z pracy swojej myto.
Strzegł, by wieprz który nie wlazł czasem w szkodę,
W zielony owies, lub w groch, albo żyto.
Potem nabywszy wiedzy odrobiny,
Umiał wiatraczek wyrobić kozikiem,
Wykręcić głośną fujarkę z wierzbiny,
Na której grywał wespół z rówieśnikiem.
Już i przepiórki zręcznie w sidła łapał,
Już się na drzewo jak kot szybko wdrapał.
Potem już bydło pasał — albo owce,
Gnał na pastwisko, gdzie rosną jałowce.
Umiał motyką robić i grabiami
Władał nie gorzej niż literat piórem.
Nieraz śpiew jego zabrzmiał nad łąkami,
I ptaki leśne wtorzyły mu chórem.
Improwizował nieraz w nocnej ciszy,
Gdy na pastwisko ciężkie wygnał woły.
I zdało mu się wówczas, że coś słyszy,
Że jakieś cienie idą z za stodoły,
Że jakieś walki na niebie się toczą,
Że jakieś myśli młodą pierś mu tłoczą.
I dumał, o czem, sam nie wiedział, długo,
A dumy biegły z wiatrem, po nad strugą,

Nad pastewnikiem, nad łąką zieloną,
Aż powitały zorzę rozbudzoną...

Pan organista, mąż uczony srodze,
Chociaż nie chodzi w berecie, ni w todze,
Za gęś tuczoną, lub za garść pszenicy,
Otwarł mu wrota wiedzy tajemnicy.
Codzień potrosze i karta za kartą,
Nalewał w niego uczoności skarby,
I w elementarz naukę zawartą.
Mąż ów, co nos miał jak z czerwonej farby,
Uczył go także jak śpiewać w kościele,
I od łamania jakie zbierać ziele.

Kiedy dorodnym został już młodzieńcem,
Żadna robota nie była mu obca.
Nie jedna dziewa z kalinowym wieńcem,
Rada by była mieć takiego chłopca.
Bo to dorodny — serce miał gołębie,
I łapę silną i piękne wejrzenie,
I był jak jabłko czerwony na gębie...
Nie wyszukane dziewicze marzenie.
A kiedy młócił, to warczały cepy,
A kiedy tańczył dudniła podłoga,
A kiedy śpiewał — pieśń biegła gdzieś w stepy,
Bo to do ludzi był chłop i do Boga.
A i nie biedny — bo miał pół chałupy,
Parę wolików i kobyłkę siwą,
A wszystko zboże, gdy je zwiózł do kupy,
To już czyniło fortunę prawdziwą.
Bo miał co wywieźć na targ i jarmarki,
Aby za pracę wziąć należne myto.
Miał beczkę owsa, pół korca tatarki,
Trochę pszenicy — i jęczmień, żyto,
No i gotówki zaszytej w pęcherzu
Za jaki tysiąc dusił gdzieś w alkierzu.

Raz się Jacenty na łące przy bagnie,
Z swym sentymentem wyspowiadał Jagnie,
A potem poszedł do niej na zaloty,
I był przyjęty wśród szczerej ochoty.
Więc weselisko wyprawili huczne,
Na które padło dwa barany tuczne,
I marchwi mnogość i wszelkiej słodyczy,
Której me pióro słabe nie obliczy.
Dobrze się wszystko odbyło i składnie,
I suto bardzo i bardzo paradnie,

I wnet od chwili, gdy ksiądz wyrzekł słowo
Jagnę zaczęto zwać już Jacentową.
Dobrze im było w pracy i miłości,
W onej chałupie, wśród wiejskiej cichości,
Rośli w dostatek i ludzki szacunek,
Stale ich każdy omijał frasunek.
Mir wielki mieli we wsi — ba i w gminie.
Czas jako woda płynie wciąż a płynie,
Albo jak ptaszek na skrzydełkach leci,
Siwizną ludziom popruszając głowy;
I gwarno było w chacie Jacentowej,
Bo im dał pan Bóg dziesięcioro dzieci,
A pracowały wszystkie na zagonie,
Już od dzieciństwa jak woły lub konie.
.............
Ale tam nigdy pod tą nizką strzechą,
Skarg lub narzekań nie zabrzmiało echo,
Ale tam nigdy nie mówiono o tem,
Że ciężka praca zlewa czoło potem,
Że w żniwa słońce pali i dopieka,
Że socha wygnie silny grzbiet człowieka,
Że poświęceniem jest młócić w stodole,
Lub gnój widłami rozrzucać na pole.
.............
U nas inaczej — ej bo my panowie,
Mamy i nerwy i mózg inszy w głowie.
Z cywilizacyi pysznimy się wszyscy,
Mniemamy, żeśmy już i prawdy blizcy,
Żeśmy zbadali niezbadane rzeczy,
I głębie serca i duszy człowieczej.
Więc w tej mądrości, co nas pcha wysoko,
Jakoweś bielmo zaszło nam na oko,
Zabawkę, pracą nazywamy chętnie,
I odpoczynków poszukujem skrzętnie.
Mąż, który chodzi codziennie do biura,
I przez sześć godzin pali papierosy,
Mówi, że z pracy złazi z niego skóra,
O odpoczynek woła w niebogłosy.
I chce, bogaczów podążając śladem,
Odetchnąć trochę wsią, albo Karlsbadem.
Bo w ciężkiej pracy będąc ustawicznie,
Już się biedaczek zamęczył fizycznie.
W kantorze kupiec jęczy i upada,
Bo brzemię pracy strasznie go przyciska.
I spracowana także panna blada,
Która zna pracę zaledwie z nazwiska.
I spracowany literat, bo pisze
Kartkę poezyi, co do snu kołysze.

O poświęceniach słychać wciąż i pracy,
Bowiem wiek nastał powszechnych przechwałek,
I ci co piwa wypróżnią antałek,
Też spracowani idą spać biedacy.
I ten się zmęczył, co koncertu słucha,
I ten się zmęczył, co spożył kolacyę.
Więc chce wytchnienia dla brzucha, dla ucha,
I świat powiada, że ma świętą racyę.
I kamienicznik, (powiedzcież to komu),
Po zagranicę jedzie dla spoczynku,
Wytchnąć po pracy posiadania domu,
Na Nowym Świecie, lub na Starym Rynku.
Kapitalista jęki rozpoczynał,
Bo z ciężkiej pracy omal nie jest w grobie,
Zforsował biedak swoje rączki obie,
Kiedy od listów kupony odrzynał.
I wszędzie płacze, lamenta i jęki,
Wszystkich przygniata ciężkiej pracy brzemię,

Jakby świat cały wziął rydel do ręki.
I jak wyrobnik kopał twardą ziemię.

Tam tylko nigdy, pod tą chłopską strzechą,
Skarg lub narzekań nie brzmi nigdy echo.
Tam tylko nigdy nie mówiono o tem,
Że ciężka praca zlewa czoło potem,
Że w żniwa słońce pali i dopieka,
Że socha w obręcz wygnie grzbiet człowieka,
Że poświęceniem jest młocić w stodole,
Lub gnój widłami rozrzucać na pole.
Arystokrato! więc nie kręćże nosem,
Ale w cierpliwość serce swoje okuj,
Czytaj te zwrotki patetycznym głosem,
I wszelkich uwag przestań i daj pokój.
I ty bankierze, który na Libanie,
Pod cedrów cieniem pochowałeś przodki,
Co ci dziś służba mówi jaśnie panie,
A każdy hrabia składa ukłon słodki,
Nie krzyw się także na chłopski poemat,
Bo życie chłopów godny pióra temat.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.