<<< Dane tekstu >>>
Autor Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł Prothesmia
Podtytuł Bajka
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Wydawca G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Data wyd. 1893
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
PROTHESMIA.
(BAJKA).


"Dobremi bądźcie dla mnie, wy,
co po mnie przyjdziecie".
(Z egipskiego nagrobka).

Dawno! przedawno!...
Minął wiek złoty Hellady i sto lat mijało, odkąd jej słońce zaszło za starej Ery skłonami. Astrea, Zeusa i Temidy córka, z wysoka przyglądała się złościom i niedolom ludzkim, a na Helesponcie było tak, jak zwykle bywa o zmroku, gdy Proktus z Leukadji, sławnych ojców syn niesławny, przedwczesnym zgonem zamknął ród jaśniejący niegdyś śród eupatrydów. W żywocie jego, próżnym chwały i zasług, goryczy bywało wiele, a jeszcze więcej grzechów i upadków, gdyż taka już bywa kolej gasnących rodów — bodaj Heraklidów!
Za pogrzebowym rydwanem same najemne zawodziły płaczki. Prochy zabrała chłodna dłoń dalekiego spadkobiercy. Nie grzebano Proktusa na Ceramice, lecz za cmentarną Pisensu bramą; na białym epitamie nie wypisano nic oprócz nazwiska rodu głośnego i cichego imienia tego, co głośne to nosił nazwisko. Przyznać też trzeba, że Proktus na ziemi żadnej po sobie nie zostawił próżni: był, nie był... jednym Grekiem mniej, a było już ich niewielu.
Cień Proktusa w Erebu wkroczył progi. Hermes wiódł go przed Hadesu kratki. Lekką stopą i z lekkiem szedł Proktus sercem: o nieśmiertelności nie myślał wcale, doczesności nie żałował, dni i lata życia przemknęły mu puste, chociaż ciemne i ciężkie... I jakieżby tam pozagrobowe ściągać zeń miano rachunki?
Gdy stanął nad siedmiopierściennej rzeki brzegami, zakłóciło ciszę wołanie Wielebnej, na której imię same przysięgają bogi. Wyłaniając się zza srebrnej, mieszkalną jej grotę podtrzymującej kolumnady, głośno przyzywało swe córki, chcąc im zapewne mężnego pokazać przechodnia. Spłonęło młodzieńcze Proktusa czoło! Wiedział, że ojcowie jego znali się zblizka z temi pięknemi lecz on nie spotykał się z niemi nigdy, nigdzie, ani nawet na wązkich, a każdemu dostępnych ścieżkach, gdzie się zwycięstwo nad samym sobą odnosi, siła ducha brutalną siłę przemocy łamie, a zapał wszelkie rozwidnia mroki.
Teraz, gdy wkroczył na Erebu ciemne chodniki, oddechy ohydnych, niewidzialnych lecz wszędzie obecnych damji paliły mu czoło wspomnieniem chwil ubiegłych. Wycie psów sześcioramiennej Hekaty wskazywało drogi, kędy nie chadzał i tropiło czyny, których nie spełnił, a błyskawiczny błysk pochodni tych, których imienia żywe nie wymawiają usta, rozjaśniał mroki jego sumienia.
— Ha! niechże i tak będzie — myślał — niech mię Hadesu sądzą sędziowie! Wszak winy można zmazać skoro sami Alkmenidzi...
— Alkmenidzi! — zaszeleściały nad nim przelatujących Harpji skrzydła! — wielcy grzesznicy, lecz i wielkie położyli zasługi...
— Gdzie przez cię wzniesione świątynie i ołtarze? — syczały węże, opasujące strasznych czoła.
Proktus spuścił w ziemię wzrok zasępiony, a stanąwszy przed sądem, przekonał się, że świadczyć przeciw niemu będą wszystkie, piekielne, ziemskie i niebieskie moce, — wszystkie! przeciw jednem u wygasających eupatrydów potomkowi.
Otuchy mu dodało wnijście trzech najnadobniejszych Erebu mieszkanek. O! te spokojne! słodkie, jasne wstawią się za nim chyba? Wszak mogły zostać jego życia towarzyszkami? Czemuż mu teraz nie zwracają uśmiechu? Czyżby i one przyszły tu ściągać rachunek z ubiegłych godzin i pór jego wieku?
— Gdzie dni twych i nocy spokój — szeptały słodkie Ireny usta, a niewzruszona jej siostra pytała go: czy wrogom i przyjaciołom jak przystało sprawiedliwość mierzył?
— A mnie czy ją mierzono? — bronił się, a zwracając do Ireny, pytał nawzajem:
— Czemuż, słodka, nie liczysz trosk, co mi dni zatruwały, w nocy spocząć nie dając?
— Czemuś próby pracą nie skracał, i byłże ład w wieczorach i porankach twoich? — zarzuciła mu Eunomija, gdy Plutus napadł nań z wysokości piekielnego swego rydwanu:
— Nędzarzu! z próżnemi przychodzisz rękoma tam, gdzie i w Charonową łódź wkupić się trzeba!
— Amalthea! — ofuknął oskarżony — do warg mi nie chyliła obfitości rogu... wyzuto mię z dziedzictwa...
— Skarbem nad skarby młodość — zaśpiewała z pełną czarą śpiesząca gdzieś Hebe.
— I miłość! — zaszczebiotała Afrodite.
Niewdzięczna! Że się od niego odwracała Heste, twarz surową zasłaniając, to Proktus rozumiał. Ale ta, z piany morskiej, przez Zeusa wydmuchnięta boginka, Erosów płocha rodzicielka, Hefajtosa wiarołomna małżonka...
A właśnie Hefajtos młot podnosił, a Prometej krwią własnych rozdartych piersi rozżarzał bogom wykradzioną i na ziemię przeniesioną iskrę.
Nie! Młota takiego nie udźwigną zniewieściałe Proktusa dłonie. Nie! Iskry takiej nie rozdmuchiwało tchnienie jego piersi. Kurczyły się one i zamykały w samolubnym bólu.
— Hojnie-śmy go jednak obdarzyły, — uniewinniały się przed wielkim budowniczym Olimpu na świadectwo wezwane mary.
— Ażaliż nie byłem Grekiem? — z dumą pytał oskarżony.
— To jest najmędrszym, najlepszym, najpiękniejszym! — śmiał się sprośny Satyr, a Ares dorzucił wzgardliwie:
— Ba! Grek moim winien być sługą. Rozbrojonego Greka nie znam.
Zdziwił się bardzo Proktus.
— Azaliż na Olimp nie doszła — spytał — azaliż do Erebu nie przeniknęła wieść, że od bitwy pod Cheroneą, Grecja Grecją zwać się przestała. Zaledwie nam Achaj ów zachowano miano.
Bogowie obojętnie wzruszyli ramionami. Cóż to ich obchodzić mogło? Zbyt dawno opuścili ziemię, minęły czasy homerowskie, kiedy w jednych z bohaterami walczyli szrankach, i chociaż Olimpu chwiały się posady, nie miałoż u stóp jego wszystko w niewzruszonym, hieratycznym pozostać porządku?
Cekrops i Deukaljon zdawali się lepiej poinformowanymi — pierwszy zagaił rzecz o lemieszu, o kielni drugi — i już Ikar nowe sobie, do nowych słońc lepił wzloty.
Widok lemiesza pobudził pamięć Proktusa o ojczystych, chwastami porastających zagonach. Ze smętnym, bo skeptycznym uśmiechem spoglądał na rosnące w pierze, nowe skrzydła Ikara, a do Deukaljona mówił:
— Czy znasz murarzy, co na gruzach domu mego stanęli? Miałżebym dłoń szlachetną przykładać do barbarzyńców dzieła?
Na wzmiankę o barbarzyńcach Herakles wstrząsł mściwą maczugą.
— Ha! mój zuchu! — boleśnie uśmiechnął się podsądny! — Wiejże mi w ramiona siłę, co węże dusi i lwom paszczęki rozdziera, Chimerę strzałą przeszywa i Augiaszowe czyści stajnie.
Cierpliwość jego u kresu była. W szyscy przeciw niemu powstali. Penaty oskarżały go, że domowych nie pilnował progów, Dionyzos nazywał go „wielkich ojców niedołężnym synem“, Hermes twierdził, że skalał złotoustych mowę, Helios, sam Helios! zarzucał wzrok łzawy i chmurny, co się do jego ożywczych przestał uśmiechać promieni. Czarna Nyx gotową była pochłonąć go i opasać zapomnienia siecią, a przez niewiasty rok rocznie opłakiwany Adonis, skarżył się — i to najcięższym snadź było grzechem — że w zmartwychstanie wierzyć przestał.
Oburzył się Proktus i wybuchnął:
— Azaliż w Arkadji żyłem! — i raz już popuściwszy wodze, mówił rozżalony:
— Trudno uśmiechać się do słońca, co nad naszemi nie wschodzi drogami i o śmiertelnej nocnej dobie w zmartwychwstań wpatrywać się brzaski. O! bogowie! Mały byłem i słaby, lecz na Prokrustowem wyrastałem łożu, do karła wykoszlawionej miary. Próżny i pusty wiodłem żywot, i naw et hojne dary pań z Parnasu na marne mi poszły, lecz o! bogowie! zważcie, co mi wzloty ducha podcięło i w niemoc spętało ramiona. Wszak Grekiem zwać mię przestano, zpod Cheronei mogilnym cieniem w bezkształtnych Achajczyków wtłoczono tłokę. Palące mi piersi pragnienia gasić musiałem ciężką Lety wodą, a gdy mi głód we wnętrznościach krzyczał, Harpje podobne tym, co ślepego karmią, Fineasza zepsute lub zatrute podsuwały mi jadło. Córy Przewielebnej, co wrót Erebu strzeże, nie wołały na mnie brata imieniem. Heste kwiatami domowych nie słała progów, Atropos złych losów oplątywała siecią, Pito kładła w uszy poziomych chuci namowy, Kloto próżnych dni szarą snuła przędzę, a okrutna jej siostra przerzynała ją bezowocnych ofiar nożycami...
— Cóż wam o! bogowie! więcej powiedzieć zdołam? — kończył. — O! Apollinie! natchnij wieszcza, co wypłakać zdołał losy tych, dla których cnota sama w pół cnotę się zmienia!
Milczeli bogowie, boginie milczały! I tylko Pallas-Atene, wieszczów mistrzyni, Aten orędowniczka, ciche dotąd rozwarła wargi.
— Gdy wolną wolę obuzda niewola, poziomym namiętnościom nic nie ściąga wędzideł i dłoń skrępowana steru udzierżyć nie zdoła.
Ale sędziowie nieubłagani byli. Z pokolenia na pokolenie rosły ubytki i szkody wykolejonym i zmarniałym żywotem każdego pojedyńczego męża przynoszone, nietylko już okrainie nad którą Olimp niegdyś panował, lecz het, precz, po za Heraklesowe Słupy, precz, ku hyperborejskim granicom. Coraz cięższe w Hadesie przychodziło sprawować roki. Trzeba raz było koniec temu położyć, bo ludzie gotowi znów się zmienić w kamienie, a wówczas rozzuchwalone Tytany nowe na Olimp przypuszczą szturmy.
Drżyj Proktusie! kar i odpowiedzialności spada na cię więcej, niż cień twój blady udźwignąć ich zdoła!
Proktus wzniósł oczy i ramiona w górę! Ha! Twarde Erebu sklepienie, błagalnym go nie przebić wzrokiem! Ciężkie Erebu wrzeciądze: rozkrzyżowanemi nie odwalić ich ramiony! Zpod niezbłaganych zębów czasu nie wykupić się męką pokoleń całych!
Oparta o ramię męża, dobra Persefona ze współczuciem przypatrywała się nieszczęśliwemu. Blask bił od jej czoła, gdyż ona sama tylko znała śmierci i zmartwychwstań tajemnicę. Proktus, nazywając ją „śmierci pogromicielką cichą“, wezwał na świadectwo jedynej cnoty, którą się szczycił, sądząc, że nią okupić zdoła wszelkie swe grzechy. Matkę Persefony Limię swą ojczystą całem kochał sercem, kochaniu temu nie przeniewierzył się nigdy.
— Cóż po miłości bezowocnej! — smutnie zauważyła Demeter.
— O miedzę graniczy ze zdradą! — zawołał zapalczywy Ares.
„Wtem Klijo, uważnie rozwijając zwoje giętkiego pod jej dotknięciem spiżu, przyzwała Temidę. Temis rozwiesiła szale. Tu kładła, tam zdejmowała, a wagą jej były słowa Mwemozyny córy; Klijo mówiła rozważnie:
— W grzechach synów tkwią ojców winy.
— Ha! prawda! — zawołali, w czoło uderzając się sędziowie! — o małośmy nie zapomnieli! Proktusie! przysługuje ci stare prawo zawezwania przed sąd potomnych cieni ojców i praojców twoich. Z prawa tego bracia twoi korzystali, a nieraz zwalając na ojców odpowiedzialność wszelką, usiłowali wyjść z Hadesu biali jako kwiat mirtowy. Chcesz, powołamy ojców twoich, a chociażby stokrotnie przebiegli katusz koło i w zapomnienia legli otchłani, nową za grzechy twe naznaczym im pokutę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Zaszeleściało w Erebu ciemnościach. Śmiali się Satyrowie, złe tytany zgrzytały zębami: „Dajcie tu nam ich, dajcie, wielkich, sławnych! Ze sławy obierzem, wielkości ujmiem, na pal wbijem, na krzyżu rozciągniem, obnażymy i wzgardą oplwamy“.
Harpje porwały się, bijąc skrzydłami jako ptactwo nocne. Jak na obławę, zagrały psy Hekaty. Wyciem im odpowiedział trzygłowy pomiot Tyfaomesa. Po czasów ciemnej kniei łowcze rozbiegły się furje, budząc, śpiące mogiły roztrącając, i wkrótce do sądowej sali Hadesu napłynął tłum nikłych cieni, gnany i smagany Eumenid wężami.
Byli tam obry stare, pół bogi, bogowie omal, bo ci sami, co bogów i olbrzymów wymyślili. Byliby odpowiedzialnymi za opuszczenia i omyłki przy zakładaniu podwalin gmachu, co stał tak szczytny, runął z tak wysoka?
Widok ich wzruszył Modro-oką.
— Nie masz litości — szepnęła z wyrzutem do córy Mnemozyny, lecz ta odparła surowo:
— Pamiętam, spisuję, czytam.
Tymczasem nowe napływały cienie a biło od nich światło, jak od obłoków otaczających Heliosa rydwan. Bogowie z miejsc powstali, sam Ares zdjął szyszak z głowy a boginki oczy, olśnione blaskiem tych śmiertelników, płowemi zasłoniły warkoczami. To Argaunotów towarzysze, z pod Troi bojownicy, Solona doradcy, Anakreonta uczniowie. Ci pod Maratonem, u Salaminy, pod Platejami wawrzyny zbierali, tamci z Platonem, Pythagorasem, Eschylosem — ducha a z Fidjaszem — kształty Hellady wzbili na niedościgłe losów i przemian szczyty. A ci? Widzicie ich, nagich i krwawych, śród świetlanych najjaśniejszych: Leonidasa to towarzysze!
Tych, chociażby tysiąckrotnie zgrzeszyli i potomności brzemię grzechów swych przekazali, jakiż śmiałek oskarżać potrafi?
Proktusowi gięły się ze czcią kolana a jednocześnie podnosiło czoło. Czuł się dumnym z odblasku spływającego nań w czasie i przestrzeni ze świetlanych ojców zastępu.
Lecz już po za temi słonecznemi zakłębiły się chmury jak na burzę ciężkie, a tu i owdzie podszyte niepewnemi lub i całkiem złowrogiemi blaski. Z mgławic tych wyłaniające się cienie zapalały się i gasły, jak zapalają się i gasną ogniki błędne. Inne połyskiwały, jak połyskają próchniejących pni fosfory. Na skroniach tych, co się za Antalkidasa kryli plecami, płonęły hańby pożary. Wszystko kłębiło się ciżbą butną, ruchliwą, niesforną, a każdy pchał się naprzód, w ustawicznem wrzeniu rozterek i niezgod. Dopiero gdzieś, na końcu szarej chmury padały dalekie przedświty, w których brzasku przepływały cienie z pod Lamii i Cheronei.
Ze złowrogiej chmury wyciągały się do Proktusa pokutnicze, błagalne ramiona. Cienie te dźwigały na sobie już tyle łez, krwi i błota! Tyle już na nie padło zaskarżeń i przekleństw! Tylokrotnie opłakany korowód przeciągał przed kratkami sądu potomnych! Klijo raz wraz rozwijała dziejów zwoje, Nemezys stare wywoływała grzechy i zapomniane imiona, a w szalę Temidy rzucane praojców winy, nie zmiejszały, co prawda, ciężącej na potomnych katuszy... Skargi uschły na spalonych od skarg wargach. Łzy skrzepły na wybladłych źrenicach wpatrzonych w beznadziejnej wiekustości kręgi. Ze znużenia omdlałe opadły ramiona.
W Erebie zaległa cisza. Proktus praojców oskarżać będzie, a cisza była tak wielka że słychać było uderzenie jego serca. Wrzała w nim krew Eupatrydów, krew wielkich i dzielnych, grzesznych a rozgrzeszonych. Niedola całego jego marnego żywota była dziełem ojców jego! Winni ci butni i ci lekkomyślni! W inni! lecz... czemuż to własne sądzić rodzice?... że własne, czuł po serca biciu i aż po grzechach i niedolach własnego żywota...
Podniósł czoło. Jakiebądź będą srogich sędziów wyroki, on, Proktus, sam podźwignie ich brzemię, odpowiedzialności nie zrzuci na przeciężone praojców barki. Niech im ziemia lekką będzie, bo chociaż grzeszyli bardzo, cierpieli i kochali.
W Erebie wielka zapanowała cisza. Cienie stały zdumione, bogowie spoglądali po sobie, do stóp sześcioramiennej tuliły się psy jej gończe. Umilkł Cerberus. Harpje nad długo włosemi głowy ptasie stuliły skrzydła. W ęże skostniały w Eumenid rękach, na ich powiekach zaskrzepły łzy rubinowe i tylko het! precz! po za czarną, siedmiopierścienną rzeką rozlegał się głos Wielebnej, na której imię same przysięgają bogi, a imiona cór jej biły niby hasła w nową rzucane Erę.
Z otchłani wynurzyły się mgławe cienie jasnych i ciemnych, złych i dobrych. Ci nawet, co pod Maratonem, Platejami, u Salaminy wawrzyny zbierali i ci, co gienjusz Hellady wzbili na niedostępne zmianom i pogromom losu wyżyny, w Proktusie rodzonego, chociaż marnotrawnego, uznawali syna. Przez chwilę szala przestała się wahać w Temidy ręku. Klijo śpiesznie po spiżowych tablicach przesuwała rylec. Uśmiechała się Modrooka! Uśmiechały się po przez łzy rzewne boginie i boginki, uśmiechał się sam Prometej; tuląc do zbolałej piersi iskrę niewygasłą... Bogowie z uznaniem pochylili czoło, a sędziowie, z miejsc powstawszy, rzekli:
— Odtąd każdy za własne, tylko odpowiadać będzie grzechy — rzekli i wyroczne zamknęli księgi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Na jaką i jak długą karę Proktusa skazali, milczy podanie. Ciężko zawinił, więc i ciężko pokutował, zresztą... było to tak dawno! Było... nie było... To tylko pewne, że jeśliby słońce Hellady nie gasło właśnie na starej Ery skłonach, gienjusz grecki uczciłby w skazańcu synowskiej miłości gwiazdę, tę, co rozświeca mroki i zapładnia popioły. Twierdzą też niektórzy, jakoby dzielny Botsarys z Missolungi był Proktusa spadkobiercą.

Grodno.Wila Zyndram Kościałkowska.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.