Przegląd piśmiennictwa polskiego, „Pieśni i piosenki", zbiór poezyi Maryi Szeligi

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Przegląd piśmiennictwa polskiego. „Pieśni i piosenki“, zbiór poezyi Maryi Szeligi
Pochodzenie Pisma ulotne
(1873-1874)
Wydawca Redakcya Tygodnika Illustrowanego
Data wyd. 1906
Druk Piotr Laskauer i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom LXXVIII
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
P ISMA

Henryka Sienkiewicza

TOM LXXVIII





Przegląd piśmiennictwa polskiego.

„Pieśni i piosenki“, zbiór poezyi Maryi Szeligi.

Rozpoczyna szereg pieśni i piosenek utwór dość szerokich rozmiarów, obejmujący prawie połowę tomu, a zatytułowany: „Urszula Zmorska“. Jest to historya nieszczęśliwej dziewczyny, żydówki, podobna jak dwie krople wody do znanej historyi Barbary Ubryk. Młodą ową żydówkę porywa dzieckiem jeszcze z rodzinnej wioski pewna hrabina i oddaje na naukę do klasztoru. Po skończeniu edukacyi wychowanka wraca do pałacu swej opiekunki i tam spotyka niejakiego księcia Stanisława, młodego światowca, nieoznaczonej barwy moralnej, ku któremu zaczyna płonąć namiętnem uczuciem miłości. Książę odwzajemnia się oczywiście młodej Emilce z całej duszy, ale stosunek ten trwa krótko, gdyż zrywa go w gwałtowny sposób hrabina, która w swoim czasie także była kochanką księcia. Dowiedziawszy się o jego zdradzie, rozkazuje porwać biedną Urszulę i wywieźć ją do klasztoru, z którego po długim dopiero czasie uwalnia ją policya, ale uwalnia zapóźno, gdyż nieszczęśliwa, złamana więzieniem i srogiem prześladowaniem ofiara w kilka chwil umiera.
Oto treść, a teraz stawiamy autorce przedewszystkiem pytanie, czy taka treść nadaje się jako przedmiot do poetycznego utworu? Gdyby chodziło o samą postać głównej, a raczej dodatniej bohaterki, odpowiedzielibyśmy bez wahania, tak! Postać to wprawdzie bierna, ale czysta, jak woda źródlana, niewinna, głęboko kochająca, nieszczęśliwa, a zatem i prawdziwie poetyczna. Sama w sobie, tak, jak ją wypieściła w opisach autorka, godną jest pieśni. Najlepszy tego dowód mamy w tem, że i opowiadanie samo, wogóle nie poetyczne, ilekroć mowa o Urszuli, staje się jaśniejszem, barwistszem, obfitującem w poetyczne zwroty i w subtelne malowidła, nie pozbawione wdzięku. Wcale np. piękny jest wstęp, w którym autorka, wprowadzając na scenę bohaterkę, tak opisuje jej postać:

„Wysmukła, giętka, niby topól lub cyprysy,
Cera przyćmiona, matowa i gładka,
Przebijała się pod nią żyłek błękitnawych,
W których znaczne krwi tętno, delikatna siatka,
Głowa zdała się chylić od splotów ciężaru;
Ach! a oczy zachwytne, jak siedlisko czaru,

A przytem miała ona jakiś wyraz smętny,
Lśniące, wilgotne oczy, tęskne i marzące,
Usta, jak płynny koral, ruchome, płonące;
Jakiś nieokreślony, czysty a namiętny
Wdzięk, powab, czar…“

Sama więc postać główna, oderwana od tła, otoczenia i wreszcie swoich losów, jest piękną kreacyą poetyczną, i piękną przynajmniej o tyle, o ile jest nią każda postać dziewicza. Niestety jednak, nie możemy tego żadną miarą powiedzieć o otoczeniu i peripecyach, których głównem, charakterystycznem znamieniem jest skandal. Rozumiemy, że wielkie namiętności i płynące z nich wielkie zbrodnie mogą być przedmiotem poezyi. Mamy tego przykłady u swoich i obcych wielkich mistrzów. Ale takie stosunki, jak naprzykład stosunek ks. Stanisława do hrabiny, owe buduarowe miłostki, w których ta ostatnia przyciska kształtną głowę pięknego Stasia do swojej nagiej piersi, owe uniesienia, po których trzeba poprawiać ubiór, trochę zmięty, należą do tego rodzaju sprawek, które mogą dziać się na świecie i służyć rozmaitym książętom, ale nie mogą i nie powinny wchodzić, nawet jako żywioł uboczny, do poetycznych utworów. Wielkie namiętności i płynące z nich zbrodnie mają jednę stronę, dającą im prawo obywatelstwa w poezyi: wzniosłość. Potężna dusza ludzka, miotana wściekłością, chwiana wichrem namiętności, niszcząca wszystko wokół siebie, ma ten urok dzikiej piękności, jaki ma wulkan, buchający ogniem, burza, huk gromów, zaćmienie słońca, lub trzęsienie ziemi. Inna sprawa z uczuciami, o jakich mówi autorka. W buduarowych, czysto zmysłowej natury, porywach, niemasz tej dzikiej wzniosłości, a przeciwnie, tkwi w nich pozioma i płaska szpetność, zarówno niemoralna, jak nieestetyczna, żadną miarą z pojęciami o pięknie, jako o koniecznym warunku w poezyi, pogodzić się nie dająca. Autorka powie może, że, prócz piękna i dobra, wymagalną jest także prawda. Odpowiemy: zapewne, prawda jest wymagalną, ale prawda, harmonizująca z dobrem i pięknem, wszelką inną winna poezya pozostawić miotłom i szczotkom.
Losy Urszuli Zmorskiej, klasztor, więzienie, i jej śmierć nadawały się raczej jako przedmiot do artykułu z procedury kryminalnej; w poezyi budzą tylko niesmak.
Z tego, cośmy dotąd powiedzieli, widzimy, że całemu temu utworowi brak kardynalnego warunku wszelkiej poezyi, t. j. piękności w pomyśle. Mimowoli przychodzi jednak na myśl, że autorka, która niezbędność tego warunku rozumie przecie tak dobrze, jak i jej krytycy, nagromadziła tu owe pierwiastki brzydoty umyślnie i umyślnie poświęciła piękność dla tendencyi, o której przyjdzie nam teraz z kolei pomówić. Stawiamy przedewszystkiem pytanie, jaką jest tendencya, dokąd dąży, i gdzie jej cel? Czy walka przeciw niemoralności arystokracyi? Wątpimy! Bo, że jedna hrabina lub jeden książe pozwoli sobie zakulisowych miłostek, to nie wada, któraby charakteryzowała wyłącznie tę sferę towarzyską. Podobne rzeczy mogą się dziać we wszystkich klasach społecznych, kto zaś chce wytykać zboczenia jednej, ten powinien wytknąć takie, które wzrastają wyłącznie, albo przynajmniej najczęściej w atmosferze tej jednej.
Przypuszczamy atoli, że tendencyą tego utworu ma być jeszcze co innego, mianowicie, walka przeciw propagandzie zakonników, kaptujących niedoświadczone dziewczęta do klasztoru, a nakoniec walka przeciw samym instytucyom klasztornym. Naprowadza na tę myśl arcy-długa, pseudo-postępowa swada dwu młodych ludzi, z których jeden odkrywa przypadkowo więzienie Urszuli. Dwaj ci młodzieńcy odgrywają w utworze tym niby rolę chóru greckiego, wypowiadają bowiem w okrągłych frazesach ogólny i ostateczny sens moralny, z którego dowiaduje się czytelnik, że światło postępu daleko jest jaśniejsze, niż ciemnota zabobonów, a przytem, że klasztory są instytucyami średniowiecznemi, które postęp zniesie niezawodnie. O autorko! całe to pseudo-postępowe doktrynerstwo, rzecz arcy-znana, a filipika przeciw klasztorom nieco, jak u nas, za późna. Na naszym gruncie jest to poprostu walka z wiatrakami, puste frazesy, którym rzeczywistość odebrała tak dalece wszelkie znaczenie, że niewięcej w nich treści, niż w hałasie, jaki sprawiają blaszane grzechotki dziecinne. Autorka może wprawdzie odpowiedzieć, że w Galicyi i Poznańskiem istnieją jeszcze klasztory, że zatem przeciw nim kieruje pociski. Odpowiadamy na to: jeżeli autorka dowiedzie, że choćby tylko dziesięć egzemplarzy jej poematu przebyło kordon graniczny, odwołujemy całą krytykę.
Co do nas, nie łudząc się pod tym względem, powiemy jeszcze, że pseudo-postęp, który z zawiązanemi oczyma macha mieczem, nie widząc, że przecina puste powietrze, jest śmieszny. Kto zaś z prawdziwego postępu chce robić dziecko, ścinające drewnianym pałaszykiem główki badylów, w przekonaniu, że rąbie nieprzyjaciół, ten kompromituje go tylko w oczach ludzi dojrzałych i rozsądnych. Dziś potrzeba nam dojrzałości i płynącego z dojrzałości spokoju; inaczej bowiem, każdy rozsądny człowiek będzie miał prawo spytać nas tak, jak Jago pyta w „Otellu“ swej żony: „Czego wrzeszczysz?!“
Nakoniec kilka słów o formie zewnętrznej utworu.
Autorce niepodobna zaprzeczyć łatwości wierszowania i pewnej lekkiej potoczystości w opowiadaniu. Miejscami trafiają się nawet ustępy, wypowiedziane dość artystycznie, ogół jednak odznacza się dykcyą szarą i pospolitą, tem tylko różną od prozy, że rozmierzoną na rytm i wiązaną na końcu wierszy rymami. Autorce brak fantazyi, brak daru poetycznego widzenia rzeczy, a stąd i owych kwiatów mowy, wyrastających naturalnie na gruncie natchnienia. Wyobraźnia autorki nie okazuje tu tej siły twórczej, która myślom nadaje prawie zmysłowe kształty zewnętrzne, a idee w obrazy zamienia.
Tam, gdzie autorka przypomina sobie nawet, że pisze utwór poetyczny, a zatem wymagający obrazowości, tam nawet porównania jej, jako nie płynące z fantazyi, lecz wytworzone sztucznie rozumem, stają się albo dziwaczne, albo poprostu śmieszne. Oto np., opisując nocne niebo, pokryte czarnemi chmurami, autorka na str. 38 powiada, że wyglądało:

„…jak arkusz szarawej i grubej bibuły,
Plamami atramentu gęsto zawalane.“

Zaiste, plastyka to bardzo dziwaczna; wyznać jednak należy, że podobnych porównań nie jest wiele. Wogóle największą wadą autorki nie są śmieszności i dziwactwa, jakie tak obficie znajdują się w chybionych tworach poetyckich. Autorka ma nadto wiele trzeźwości, by z wiedzą przepuścić na pociechę krytyków jakieś zbyt ekscentryczne curiosum. Owszem, język tego utworu, zarówno jak i następnych, poprawny; rym nieświetny, ale też i niezbyt pospolity. Głównym grzechem autorki jest do tej pory pospolitość i szara, lubo poprawna jednostajność.
Wady takie posiadają szczególną zdolność wprowadzenia w zły humor krytyków, którzy czują i sumiennie są przekonani, że rzecz nie napisana jak należy, że utwór chybiony, a jednak nie mogą żadnej większej ryby w siatkę krytyczną ułowić.
Co się tyczy jednak Urszuli Zmorskiej, połów tu, jeżeli nie co do języka, to co do wartości estetycznej, etycznej i społecznej poematu łatwiejszy. Twór to stanowczo chybiony i mniej wart od wszystkich następujących.
„Po skonie“, „Fantazya marzyciela“ jest to poemat, ze względu na pomysł i układ, niezmiernie przypominający „Guidona“ Jabłońskiego. Fantazya autorki wznosi się tu w zaziemskie sfery i przedstawia Bajrona na sądzie Bożym. Chóry anielskie śpiewają hymny, błyskawice jak strzały drżą w cięciwie chmur, noc miesza się ze dniem, a w górze, wśród chmur, błyskawic, blasków, tęcz, kadzideł i śpiewów anielskich, unosi się tron Boży, przed którym pyszny i buntowniczy duch poety gnie się, pęka i kruszy, przygnieciony majestatem wielkości. Jak widzimy, fantazya to najczystszej wody, ale potężna obrazowość, leżąca tu z natury rzeczy w pomyśle, zmarniała w wykonaniu z powodu słabej i bladej formy. Burzy nie można wygrać na fujarce, a słabe ramiona kobiece upadają pod ciężarem, pod którym gną się nawet barki olbrzymów. Oświadczamy się przytem najsilniej przeciw głównej myśli poematu, t. j. przeciw wyrokowi na Bajrona. Głos z góry mówi tu bowiem do poety, co następuje:

„Milcz, pyszny! Duch twój, w tysiąc iskier rozerwany,
Żyć będzie w ciał tysiącu — cierpieć tysiąc razy!
Aż przejdzie tysiąc śmierci — i w jedno złączony,
Stanie przed tronem moim, wolny wszelkiej zmazy!
Przez całe lat tysiące masz twój cel wytknięty —
Będziesz błądził po świecie z mianem bajronisty,
Lecz strzeż się namiętności! bądź wielki (?) i czysty,
Bo byłbyś tysiąc razy na wieki przeklęty“.

Wyrok ten tembardziej razi, że wygłasza go ów głos z góry. Autorka poprostu nie chciała tu zrozumieć różnicy między Bajronem i bajronistą. Duch Bajrona spełnił swe zadanie na świecie, krusząc pęta, krępujące ludzkość; za grzechy zaś, za pychę, godną upadłego anioła, może, rozbity na tysiące iskier, pokutować w ciałach bajronistów, ale jako bajronista, nie może wynagrodzić zła, którego, jako Bajron, stał się przyczyną. Owszem, największym grzechem Bajrona jest bajronizm. Ogólne pojęcie, do nazwy tej przymieszane, oznacza istotę chorobliwą, rozmiłowaną we własnym smutku, poświęcającą rzeczywistość dla marzeń, niezdolną do pracy, nie twórczą i marniejącą. Jest to poprostu długowłose a ironiczne popychadło, słomiany malkontent, którym dola i niedola rzuca, jak chce, a którego twardy mąż czynu potrąca lub depce, jak robaka, jeżeli znajdzie go na swej drodze. W takiej więc postaci nie można być wielkim, ani służyć ludzkości; a jednak poetka przez nazwę bajronista rozumie ostatecznie ideał młodzieńca, poety, śpiewaka, który, odrodzony przez jakąś nadziemską istotę, staje się wielkim, umacnia ludzi, podnosi, broni od podłości, aż wreszcie umiera gdzieś na zielonej łące z lutnią pod głową. Czytelnik domyśla się, iż chwilą jego śmierci kończy się pokuta Bajrona, ale nie rozumie całego toku myśli autorki. Zdaje się, że owego młodzieńca, śpiewaka, zdradza sztuka; ale ponieważ z chwilą odrodzenia przestaje on być bajronistą, nikt więc nie zgadnie, dlaczego bajronista zbawia Bajrona. Jest to, jak widzimy, swojego rodzaju circulus vitiosus, w obrębie którego fantazya goni logikę, ale na nieszczęście autorki i czytelnika, dogonić jej nie może.
W każdym jednak razie poemat ten stawiamy nieskończenie wyżej, niż następujący po nim obrazek sceniczny, zatytułowany: „Ideał kobiety“. Poetka wprowadza w nim dwa typy kobiet. Jedna z nich jest to poprostu gąska, druga — sawantka, emancypantka, i tak dalej; obie zaś kochają się w panu Henryku, malarzu, który początkowo przechyla się ku pierwszej, potem jednak stanowczo przechodzi na stronę drugiej. Rozwiązanie sprowadza tu podejrzany o wściekliznę piesek, który sawantce daje sposobność okazania swej wyższości nad gąską. Naturalnie o prawdzie życiowej charakterów nie może być nawet i mowy, skoro główna bohaterka owego hydrofobicznego dramatu jest tylko postulatem, ideą autorki, uosobieniem doktryny bez ciała i kości, kaznodziejką, która nie może się wstrzymać od deklamacyi o ludzkości, uciemiężonej kobiecie i postępie, nawet w takich chwilach, w których każda inna, zamiast rozprawiać, rzuciłaby się na szyję ukochanego. Poemat kończy się życzeniem autorki, wypowiedzianym przez usta doktora, aby właśnie ten typ rozmnażał się jak najobficiej. Co do nas, w imieniu swojem i czytelników obiecujemy nie przykładać się do tego w niczem. Kobieta-człowiek o tyle przynajmniej lepszą jest od kobiety-doktryny, o ile czyn lepszy od deklamacyi. Autorka powinna zgodzić się na powyższe zdanie, tembardziej, że doktrynerstwo i jej samej aż nazbyt widoczną przyniosło szkodę, zagłuszyło bowiem w „Ideale kobiety“ wszelkie poetyczne pierwiastki, wypędziło zeń prawdę, życie i zmieniło cały ten utwór raczej w plątaninę dramatyczną, niewolną ze względu na pieska od śmieszności, pełną frazesów, częstokroć napuszonych, rzadziej wymownych, nigdy poetycznych.
Pominąwszy jeszcze krótką wzmianką następny obraz dramatyczny, p. t. „Regina“, do którego z trzeźwym pojęciem rzeczywistości życia wcale przystępować nie można, przechodzimy obecnie do liryki, która stosunkowo stanowi najlepszą część całego zbioru. Rozpoczyna ją wcale udatny utwór, zatytułowany: „Róże“. Jakkolwiek forma, miejscami zbyt sucha i mało artystyczna, często i tu nie dopisuje autorce, to jednakże prawdziwie wdzięczny i pełen poetycznego uroku pomysł nadaje poemacikowi temu niezaprzeczoną wartość.
Stara artystka opowiada tu młodszej towarzyszce koleje swego życia i, zapuszczając się myślą w przeszłość, szuka w niej wspomnień szczęścia. Nie dał go jej ani zawód artystyczny, ani wspomnienia tryumfów, ani kilka listków lauru: jedno tylko i jedyne wspomnienie, które tęsknotą ożywia jeszcze dziś pierś nawpół wystygłą, stanowią róże, które kiedyś nie artystka, ale kobieta otrzymała jako dar serca. Jest to jedyny promień słoneczny z posępnej przeszłości staruszki, która, zwracając się do młodszej towarzyszki, tak wreszcie kończy:

Spójrz! ten martwy, choć świetny wieniec laurowy
Mniej mnie wzrusza, niż drobne tych zwiędłych róż listki,

Wieńcem ozdobią marmur grobowy artystki,
Ale w życiu najmilszy jest tryumf sercowy!
Nad zaszczyty, honory, sławę i wielkości
Droższy sercu kobiety dar szczerej miłości“.

Tu prostota daleka od wszelkiego doktrynerstwa i napuszoności, a tem poetyczniejsza, że daleka. Pomimo formy, której niedostatki, nawet i powyższych, przytoczonych przez nas kilku wierszy, czytelnik łatwo może uchwycić, utwór ten zbawia pełnia spokojnego, ale prawdziwego uczucia, w którem ostatecznie leży źródło wszelkiej poezyi. W innych utworach p. Szeligi więcej jest szumu, fajerwerków, ale brak serdecznego ciepła, którego frazes, choćby najpostępowszy nie zastąpi. Kto tylko chce rozumować, a nie czuje i nie czuje głęboko, ten niechaj nie sili się na poetyczną działalność, ten bowiem będzie wytwarzał na wzór innych mniej lub więcej udatne wiersze, będzie wygłaszał mniej lub więcej trafne zdania; ale nie zdoła wydobyć z niczyjej piersi ani jednej iskry. Uczucie w poecie jest jego dobrą wiarą. Uwagi te, jako płynące z głębokiego przekonania o ich słuszności, najmocniej polecamy autorce.
Szczupły zakres niniejszego przeglądu nie pozwala nam szczegółowo zastanawiać się nad mniejszymi ulotnymi utworami poetki. Są to po największej części piosenki, w których odbija się często chwilowe nawet usposobienie autorki. Znajdziesz więc tu łzy i chwile uniesienia, zwątpienia, pogardy i miłości dla świata, słowem, istna marcowa pogoda, zbyt egotyczna, aby mogła mieć jakiekolwiek szersze znaczenie. Głównym zarzutem, jaki piosenkom tym zrobić można, jest często zbyt sztuczny nastrój poetki, która niejednokrotnie zdaje się umyślnie dopasowywać uczucia do zamierzonej treści wierszy. Najlepszym z tych utworów, a nawet wcale dobrym, jest fragment, poczynający się od słów:

„Marzeń, chęci, uczuć roje
Kłębią się w piersiach falami bez końca“.

Siła i precyzya wyrażenia, jakiej nie spotykamy nigdzie więcej, stanowi wysoką zaletę tego wiersza.

Niwa.  1874-ty rok. № 52 i 53.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.