Pustelnia w górach

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Pustelnia w górach
Pochodzenie Risztau; Pustelnia w górach; Czukcze
Wydawca Spółka Nakładowa „Książka“
Data wyd. 1911
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


PUSTELNIA W GÓRACH


W lichej górskiej wioszczynie, przed karczmą, stał wóz zaprzężony w rosłego karego konia. Na wozie siedział bokiem ze zwieszonemi nogami młody, barczysty mężczyzna, ubrany w szarą bluzę i czarny pilśniowy kapelusz. Przez ramię miał jedną dubeltówkę, na kolanach drugą — u pasa nóż myśliwski. Na koźle, z niezmierną powagą, mieścił się tłusty, gruby wyrostek w niebieskiej koszuli i białym, góralskim kołpaku. Obaj niecierpliwie spoglądali na drzwi szynkowni, przed którą snuł się różnobarwny tłum świąteczny. Czuć było pewne rozhukane rozleniwienie wśród tego zbiegowiska. Część próżniaczego dnia już ubiegła, już zużyto pierwsze zapasy wesołości. Nazajutrz znów miało być święto, więc błądzili wzrokiem, czekając nowych wrażeń, nadstawiali ucha, by coś nowego posłyszeć, kłócili się lub rozmawiali z niechcenia. Po zalanych słońcem ulicach wałęsały się psy, zwierzęta domowe, dzieci i kury, a wszędzie kładły się jaskrawe plamy słoneczne i granatowe cienie gorące. Pod rozłożystym orzechem gromadka starszych gospodarzy próbowała zawiązać gawędkę. Pod ciemnym płotem z plecionej wikliny, na stosach świeżych bali, usiadły rzędem kobiety w strojach barwnych. Czerwone, żółte, niebieskie, zielone płaty ich spódnic, czarne oraz malinowe staniki, śnieżyste rękawy i kryzy koszul, wzorzyste chusty, oczy błyszczące, koralowe usta, rumiane, ogorzałe twarze, złagodzone sinawym cieniem brunatnej plecionki płotu, tworzyły nad ziemią kwiecistą smugę, od której ślicznie odbijały zwieszone nad ich głowami z ogrodów pęki kwiatów jesiennych, już bladych i przywiędłych od chłodów. Rozmawiano tu mało, gdyż wszyscy zajęci byli gryzieniem nasion słonecznikowych, których zapasy kobiety chowały na piersiach za koszulami. Postrojeni chłopcy stali obok i korzystali, ile się dało, z prawa wydobywania ziarnek z ich ukrycia. — A wszędzie unosił się w powietrzu rozpylony blask słońca, wszędzie kładła się jaskrawa, gorąca jego pozłota i biegły od domów, od drzew, od ogrodzeń cienie sine, długie i gorące. Podobne cienie, tylko bledsze i przejrzystsze, kładły w dali góry na zielonej dolinie. Do szynku zbliżał się niepewnym krokiem jakiś oberwaniec, ujrzał wóz i zatrzymał się.
— Z Pustelni?... Hę!... — zapytał, poprawiając czapkę, zsuniętą na tył głowy. — Praktykant?... Hę!...
— Ej, idź sobie, mówię ci! — upominał go surowo wyrostek.
— Może pójdę, a może i nie... Droga dla wszystkich otwarta!
Rozstawił bose nogi, ręce włożył w kieszenie. Kobiety patrzyły, zaciekawione widowiskiem, w szynku zrobiło się cicho, a dzieci, nawołując się, biegły ze wszech stron, co sił starczyło:
— Hej!... hej!... Chodźta prędko!... Błażek urzędnik... widzicie, z praktykantem rozmawia!... Czapkę zdjął!...
Istotnie pijak zdjął czapkę.
— Święci lu-dzie!... Oj!... wy! Przyszliście nas uczyć... Przyszliście orać, siać... Przyszliście ziemię własnemi rękami uprawiać... Chwalę... Chwalę... Porzuciliście wasze bogactwa, urzędy, salony... parle franse... Chcecie wszystko własną pracą zdobywać, jak chłopi, i żyć, jak nędzarze. Chwalę i nawet... w imieniu prawa rozkazuję... Ale wczoraj chodziłem do waszego starszego, prosiłem o butelkę wina... Czy mi dał? Nie! „Pijak jesteś!“ powiada... A przecie do was wyciągam rękę... praktykan-ty... Ko-me-djan-tyy...
Wyciągnął rękę i postąpił krok naprzód. Mężczyzna z wozu z przykrym uśmiechem patrzał na niego i ręki nie brał.
— Błażek, odczep się!... Idź precz!... — gniewnie krzyknął wyrostek i potrząsnął lejcami. — Hej! z drogi!... — wołał na kupiących się ludzi.
W tejże chwili wybiegł z szynku chłopak młody, przystojny, jak topola wysmukły, w kurtce austrjackiej z zielonym obszyciem i w tyrolskim kapeluszu. W ręku miał dużą paczkę sprawunków, zawiniętych w papier.
— Panie Kolusiu!... panie Kolusiu!... Praktykanty ubliżają... nie rozmawiają... — skarżył się Błażek, próbując biegnącego zatrzymać za rękaw. Koluś rzucił na wóz swoją paczkę, chwycił za broń i, nie wstrzymując wozu, w biegu na miejsce wskoczył.
— Jaki on zawsze dziwny! — rzekł mężczyzna, nazwany praktykantem, wskazując Błażka, w którego dzieci zaczęły rzucać kamykami i skorupami od jaj.
— A teraz szanownego pana spytamy też w imieniu prawa, dla czegoś nakupił takiej nędzy?
To mówiąc, podniósł do góry wiązkę kiełbasy, pokrytej białą pleśnią.
— Szynkarz upewniał, że... jeść można. Przysmażymy ją na patyczkach. A jeśli chcesz zaraz jeść, to mamy tu ser.
— Powiedziałeś: przysmażymy, ale pytanie, czy jest co smażyć?
Wyjął nóż z pochwy i rozciął kiełbasę.
— Pachnie niezgorzej! Można jeść, choćby zaraz. Gdzie chleb?
Zajadali z apetytem; a wóz tymczasem toczył się po gładko ubitej drodze w dolinie, wśród wysokich gór, do szczytów porosłych lasami.
— Dla czego, Olesiu, nie jesz? — zwrócił się do wyrostka Koluś.
— Nie jestem głodny. Mało macie, nie starczy wam, jeśli zanocujecie w górach. A na szczyt z pewnością nie dostaniecie się przed nocą.
— Niewiadomo: może i dostaniemy się... Poco źle wróżyć. Źle także zastanawiać się, co w przyszłości będzie komu potrzebne. Na, masz kiełbasę i jedz bez żartów. Wronego nie oszczędzaj, a resztę Bogu pozostaw. Na szczycie musimy być dzisiaj, inaczej... przepadły nasze kozy... A Koluś będzie płakał... abo nie? — spytał nagle, kładąc rękę na kolanie towarzysza.
— A jakże!... łatwo bo go popędzić... wałkonia! — sarkał woźnica, wymachując biczem. — Noo!... Niepotrzebnie kazał nam czekać Grzegórz; sam nie pojechał, a polowanie popsuł. Dawno bylibyśmy na miejscu.
— Istotnie, z winy Grzegorza straciliśmy dzisiejszą noc — przywtórzył mu Koluś.
— Gniewać się niema o co. Grzegórz chciał szczerze pójść z nami i został niechętnie, z poczucia obowiązku. On lepszy od nas... — dodał smutnie praktykant. — A jeśli nie zdążymy na wieczór, to będziemy tam rano — wielka rzecz! Patrzcie, widać szczyt!
Na zakręcie drogi w końcu wąwozu ukazała się grupa błękitnych gór. Ostre szczyty mieniły się w słońcu, jak korona, wysadzona turkusami. Sieć żyłek, szczelin, zagłębień, krawędzi tworzyła na ich stokach tak dziwnie przejrzystą plecionkę, że mogło się zdawać, iż to nie cień pada od skał, lecz lazurowe niebo prześwieca przez głazy. Z obu stron, niby słupy olbrzymich wrót, wznosiły się ciemne zbocza rozstrzelonego w tym miejscu bocznego łańcucha. Dołem biegło gęste, splątane pasmo lasów, łączące oba urwiska w podkowę. Żółta nić drogi spokojnie płynęła wdal i nikła wśród lasów.
Na zawrocie góry zemknęły się znowu, a z boku i z przodu spiętrzyły się jednostajnie zielone zbocza, u których stóp legły opustoszałe już plantacje tytuniu, drobniuchne pólka zoranej roli i znów niezmierzone przestrzenie lasów.
Przebyli wbród kilka potoków górskich i wydostali się na nowo budującą się szosę. Wóz potoczył się wartko po ubitej drodze, mijając szałasy i lepianki robotników, nieobecnych z powodu święta.
— Popędzaj, Olesiu, popędzaj! Hej, Wrony... a prędzej, leniuchu!...
Oleś bił batem leniucha, ale ten machał tylko ogonem, a kroku nie przyśpieszał. Już dobrze ciemno było, gdy stanęli u mostu nad spienionym potokiem. Nad głowicami gór wisiał jeszcze przejrzysty lazur nieba, słońce złociło niektóre szczyty, ale doliny i wąwozy wypełniały już cienie; zmrok brał lasy w swe posiadanie. U mostu rozstali się. Chłopiec z wozem pojechał szosą, a myśliwi, przekroczywszy potok, wązką drożyną skierowali się w boczną dolinę.
Noc zapadała szybko; w lesie, przez który wiodła drożyna, ciemno było, jak w piwnicy. Ljany i ciernie chwytały ich za odzież i biły po twarzy. W gęstwinie, za ich zbliżeniem, podnosił się ruch i gwar: budziły się zapewne do snu układające się płazy, ptaki i zwierzęta. Gdzieś w dali szumiał potok.
W przesmykach myśliwi szli szybko, przekonani, że zbłądzić nie pozwoli im gąszcz, ale na polankach, porosłych zwarto trawą wysoką, lub w łożysku strumienia, gdzie ślad nawet w dzień był ledwie widzialny, zwalniali kroku, szli i wracali nie raz po kilka razy, nim znaleźli właściwy tor.
— Dotychczas nie zbłądziliśmy — rzekł Koluś, który, jako najbardziej doświadczony góral, był przewodnikiem w tej wyprawie. — Oto kubik kamieni, o którym nam mówiono, a tu czerkieska mogiła.
Istotnie na boku czerniała gromada drzew ze strzelistą topolą pośrodku. Ścieżka szła dnem wąwozu, brzegiem ruczaju, przerzucając się wciąż przez jego kręte koryto. Brnęli przez wodę, skacząc po głazach, wystających nad nią. Śpieszyli się, ale noc wyprzedzała ich. Gdy wreszcie wstąpili na pochyłość górską i znaleźli się na małej łączce, już było tam tak ciemno, jak w lesie. Ścieżkę zgubili w plątaninie traw. Zmieszani, zatrzymali się przed gajem olbrzymiego łopucha.
— Księżyc! — rzekł spokojnie Koluś, wskazując na ledwie dostrzegalny cień ich postaci na ziemi.
— Prawda, tylko go jeszcze za mało — rzekł Paweł — więc poczekamy, a ty, Kolusiu, zapal papierosa.
Usiedli na głazie. Księżyc nie śpieszył się wejść ponad szczyty, ale zwolna robiło się coraz widniej. Blask jego, odbijając się od skał, przenikał powietrze. Na ogromnych liściach łopucha wkrótce zaiskrzyły się drobne kropelki rosy, a krawędź urwiska błysnęła i zapaliła się, jak nić srebra. Uciszone zachodem słońca lasy zadźwięczały łagodnie; ozwała się skalna sowa, zabeczały kozice.
— Słyszysz? kozy... — szepnął Koluś, chwytając za broń. — Wiesz co, Pawle, poszukamy ich. Zrzekniemy się na dziś szczytu!
— Nie... w żadnym razie! Co za polowanie po nocy w nieznanej miejscowości? Zresztą chciałbym koniecznie przed odjazdem pożegnać się... ze wszystkiemi.
Koluś wstał i ruszyli dalej. Wyminęli łysinę na stoku i znowu weszli do ciemnego lasu. Blask miesiąca tu nie przenikał, tylko niekiedy pstrzył dróżkę jasnemi cętkami, srebrzył liście i chropawą korę potężnych pni. A dokoła było ciemno, choć oko wykol. Postać Kolusia wciąż nikła i ukazywała się oczom Pawła.
— Poczekaj, gdzie jesteś?
— Tutaj!
I potrącali się nawzajem, nie widząc. Nareszcie ścieżka z głębi lasu wywiodła ich na krawędź przepaści, pełnej księżycowego światła. Strugami płynęło ono poprzez jakieś tajemnicze wyłomy w górach, biło gwałtownie w wapienną ścianę wąwozu, że błyszczała, jak gruda srebra. Zielona jej łuna wylewała się daleko na lasy poza brzegi przepaści. Ścieżka szła brzegiem tejże przepaści, więc mrok tu był mniej gęsty; mogli się widzieć. Z każdą chwilą niemal było jaśniej; w miarę, jak dróżka zbliżała się ku szczelinie, rzedła poręcz lasu, aż wkońcu zostały tylko pojedyńcze drzewa, zwieszone nad promienną głębią.
— Mój Boże, jakże to blizko! — nie mógł wstrzymać okrzyku Paweł.
— Nie patrz!... nie zaglądaj!... śpiesz się!... Takie miejsca szybko przechodzić trzeba.
Szli więc szybko, stąpali naoślep, gdyż zmrok zawsze jeszcze zasłaniał tor drogi. A przecież dość było pośliznąć się, jeden fałszywy krok uczynić!... Paweł czuł, że miał nerwy, jak struny, napięte. Nie patrzył w przepaść, lecz ciągle ją widział jasną, spokojną, tajemniczą, przemawiającą głosem potoku, ryczącego na jej dnie. Nogi mimowoli uciekały mu w przeciwną stronę, gdzie cierniem porosłe złomy nie mniejszym groziły niebezpieczeństwem. Więc zawracał, ale z takim uczuciem, jakby stąpał po kołyszącej się wstędze. Kilkakrotnie tam, gdzie chciał nogę postawić, błysnęło z pod krzaków zdradzieckie światełko. Omal nie krzyknął, lecz wstyd mu było Kolusia, który szedł naprzód zawsze wesoły i rzeźki.
— Zaraz koniec. Przeszliśmy zręcznie... Mówili, że takich przesmyków będzie kilka — rzekł tenże zachęcająco.
Okrążyli przepaść, za ścieżką wkroczyli znowu w głąb lasu i wydostali się na krawędź tej skały, która im przyświecała wśród drogi.
— A teraz — spytał Paweł — gdzież ścieżka?
— Nie widzisz?... Oto ona! — zaśmiał się Koluś i wskazał bladą smugę, wijącą się wzdłuż błyszczącej ściany wąwozu.
— Jasno! Mamy szczęście!...
— „O północy cichej nocy“ — zanucił półgłosem Paweł. Nagle znikło wszelkie uczucie strachu. Nucąc wesoło, spuszczał się w dół, naśladując ruchy Kolusia, który, obuty w miękkie kaukaskie obuwie, zręcznie stąpał i skakał po nierównościach drogi. Paweł, świeży gość w górach, robił to niezgrabnie: kamienie i ziemia często osypywały się z pod jego stóp i leciały w przepaść. On jednak nie czuł trwogi. Niezwykłość przechadzki, czar cudownej nocy upajały go coraz bardziej.
Nareszcie stanęli w wąwozie nad potokiem. Przeszli go, skacząc po kamieniach, i zatrzymali się, nie wiedząc, gdzie droga. Przed niemi sterczała ogromna garbata góra, pokryta cieniem, a u jej stóp bielało wapienne rozsypisko. Z boku za skałami huczał wodospad. Paweł przestał śpiewać.
— Zdaje się, że to tędy — rzekł Koluś niepewnym głosem i ruszył na górę.
— Jest! — dodał po chwili radośnie.
Istotnie trafili na dróżkę. Nogi ich nabrały takiej wrażliwości, że przez obuwie poznawali charakter miejsc, po których stąpali. Szli drogą, czuli to dobrze, lecz czy to była droga ludzka, czy kozia, Bóg jeden tylko wiedział. Niteczką przerywaną, ledwie zauważyć się dającą, wiła się wśród skalnych rumowisk, porosłych cierniem i nędzną trawą, a przywiodła ich do jakichś płyt poszczerbionych, ułożonych w naturalne stopnie.
— Czekaj!
Koluś przykucnął i zapalił zapałkę. Z ciemności wypłynęły omszone głazy i kępy pożółkłych traw. Zapalił więc jeszcze jedną zapałkę.
— Ot, dróżka!... Zanadto zboczyliśmy na prawo.
Więc zawrócili i, czepiając się rękami za wystające krawędzie głazów — pełzli ku górze.
— Nigdy nie uwierzę, żeby tędy szła droga i w dodatku konna — mruknął Paweł.
— Ach, nie wiesz, jakie boskie oni mają wierzchowce!... Tu jest pewnie to trudne, ale niedługie przejście, o którym nam mówili, a zaraz dalej las... a w lesie już, jak w domu.
Ale lasu nie było widać, a przeciwnie skalne złomy nad niemi zdawały się występować bez końca.
— Obchodzimy zapewne garb góry... skalistą łysinę... Stój... Ani kroku!... — krzyknął nagle Koluś i w bok skoczył. U stóp jego poruszył się ogromny głaz i stoczył się w dół, pozostawiając głębokie wyrwisko. Ogłuszający łoskot jego upadku, plusk wody i szmer kamieni, lecących za nim, tysiącznym echem rozległ się wśród gór.
— Cóżeś mówił, że tędy droga?
— Upewniam cię, że była... Czułem ją pod ręką... Może tutaj trzeba się spuścić.
— Chyba masz bzika.
Paweł położył się na ziemi i ostrożnie przysunął się nad sam brzeg urwiska. Wisieli nad przepaścią na strasznej wysokości. Skała, podmyta przez wodę, chyliła się i osypywała w potok, szalejący wśród jej rumowisk. Światło miesięczne, przekradając się przez niewidome otwory, kładło na wodę i na głazy dziwaczne plamy.
— Nie... Trzeba być szaleńcem, żeby się włóczyć w nocy po takich wertepach!
— Będziemy szukali na prawo.
— Tam ściana prostopadła. Ki djabeł wiódłby drogę wbrew zdrowemu rozsądkowi! Śmiem przypuszczać, że i górale są ludzie! Zejdźmy na dół, a drogę znajdziemy w łożysku strumienia.
Koluś milczał nieprzekonany, lecz nie chciał gniewać rozdrażnionego Pawła.
Zeszli więc i puścili się brzegiem wody wśród wysokich skał. Wąwóz stał się wkrótce tak wązki, iż potok wypełniał go prawie zupełnie. Łoskot wodospadu stawał się coraz wyraźniejszy. Kiedy zniknęły pod wodą ostatnie krawędzie brzegów, Koluś i Paweł musieli iść dalej, skacząc po fosforycznych blaskach zbałwanionych fal, po głazach omszałych, ślizkich i drżących. Droga była nie do przebycia, szczególnie na wiosnę. I tym razem musieli się wrócić.
— Nie trzeba daleko odchodzić od miejsca, gdzie zgubiliśmy drogę... Przenocujemy, a o świcie albo pójdziemy dalej, albo wrócimy. — radził Koluś.
— Pst!... Słyszałeś?... — rzekł Paweł, chwytając mówiącego za rękę.
Utkwił oczy w stromy stok, porosły krzewami, po którym ktoś ostrożnie ku nim się skradał. Gałązki trzeszczały pod jego nogami, kamyki, strącone z pochyłości, leciały na dno wąwozu.
— Niedźwiedź!... — szepnął Paweł. — Ja strzelę pierwszy.
Postąpił krok naprzód i odwiódł kurek. Chociaż robił to, jak mógł, najostrożniej, suchy trzask stali przeniknął szum potoku. Zwierz, który już był na brzegu zarośli, zatrzymał się, a w chwilę potym słychać było, jak cichutko umykał z powrotem na górę.
— Uciekł!... Dla czegoś na szmer nie strzelił? — wymawiał z goryczą Koluś.
— Za krótko jestem tutaj, aby stać się szaleńcem! A przytym... nie chciałbym zabić człowieka lub krowy...
— Człowieka tutaj!...
Mieli wielką ochotę pokłócić się.
— Pluń! pluń! pluń! a będzie ci lepiej... — zaśpiewał wreszcie Paweł i położył rękę na ramieniu towarzysza.
— Jutro się poprawimy. Kozice przegapiliśmy, to prawda, ale uprosimy Piotra, żeby nas poprowadził na niedźwiedzia. Pamiętam, mówił mi, że gdzieś tam blizko jest ich cała rodzina w jaskini.
Niedaleko miejsca spotkania z niedźwiedziem znajdowała się góra, na której zgubili drogę, więc tu postanowili zanocować. Pod urwiskiem znajdowało się zagłębienie, wysłane warstwą miękkiego piasku i drobnych kamyków, gdzie można było położyć się, nie narażając swych boków. Krzaki łoziny otaczały naturalnym płotem to miejsce, z urwiska żywym dachem spuszczały się nad niemi krzewiny. Nazbierawszy gałęzi i chróstu, rozniecili ogień, a dla rozweselenia chcieli ułożyć duży stos, więc, zostawiwszy dubeltówki, wybrali się na poszukiwanie drew. Koluś wdarł się na górę i wkrótce stamtąd rozległo się jego wesołe wołanie.
— Pawle, chodź tutaj! Znalazłem nieprzebrane kopalnie.
I rzucił z trzaskiem na dół ogromną kłodę drzewa.
— A widzisz, mówiłem ci, że las stąd niedaleko... — rzekł Koluś.
— A jakże... jest, tylko gdzie?... — bronił się Paweł.
Wspólnemi siłami zaczęli zrzucać na dół pnie i wykroty, które, tocząc się, łamały po drodze krzewy i porywały z sobą kamienie, i takim łoskotem napełniały powietrze, że głuszyły ryk wodospadu. Kiedy buchnął płomień wielkiego stosu, cały wąwóz w czarodziejskiej wystąpił postaci. Wśród szczerbatych zrębów zatańczyły purpurowe blaski, wznosząc się aż do samych wierzchołków, gdzie nad krawędzią zwieszały się drzewa i krzewy, zdrobniałe do rozmiarów trawy wskutek odległości, i na tle ciemnego nieba, usianego gwiazdami, to pojawiały się, to znikały, jak mary. Myśliwi zadumani siedzieli u ognia, a sylwetki ich niepewne, blade na tle czerwonego ogniska, odbijały się w ciemnej wodzie szybko mknącego potoku.
— Jak w operze — odezwał się Paweł.
— Lepiej, niż w operze.
— „Kwiaty, powiedzcie jej, że kocham ją...“ — próbował zanucić Koluś, lecz urwał i spojrzał nieśmiało na towarzysza.
— Nasz niedźwiedź zażywa strachu — roześmiał się Paweł po chwili, gdy kamienie od żaru ogniska z hukiem pękać zaczęły.
— Ucieka pewnie, stuliwszy uszy, a jeśli dożyje, to przyjdzie tu za dni parę. Będzie parskał na popiół i skakał z przestrachu wśród jego tumanów.
— Czy widziałeś kiedy?... Jakiś ty, Pawle, szczęśliwy, jak ty wiele widziałeś!...
— Szczęśliwy?... Niebardzo... A ty?
— Ja?... Siedzę w tej kolonji, przecież tu urodziłem się... muszę wciąż pracować... kruszyny świata nie widziałem... Skądże mam być szczęśliwy...
— Boś kędzierzawy! — w zamyśleniu powiedział Paweł.
Koluś rozśmiał się.
— Kędzierzawy?... Ach, rozumiem!... Wszak to dziś powiedziała mi mama... A ty wszystko pamiętasz!... Wiesz co! na przyszłą jesień po robotach w polu pójdziemy w góry. Na trzy tygodnie, na miesiąc puścimy się... Kociołek, proch, śrut, pled przez ramię i marsz!... Boskie są w górach kąty! głuche, dzikie!...
— Za rok, kto wie, gdzie będę!...
Zamyślił się i nie odpowiadał więcej na pytania towarzysza.
— Nie smuć się! — rzekł wreszcie tenże. — Pamiętaj, że, jeśli ci „tam“ będzie niedobrze, my zawsze przyjmiemy cię z otwartemi rękami. Starzy niech co chcą mówią, ale my młodzi kochamy cię wszyscy.
Paweł położył dłoń swoją na jego dłoni i w milczeniu uścisnął ją z lekka.
Zjedli chleba ze słoniną na wieczerzę, zapili wodą z potoku i, zawinąwszy się w pled, legli na podścioła ze świeżych gałązek.
Jeszcze gwiazdy świeciły się na niebie, gdy Paweł zerwał się i usiadł. Ogień zgasł, pled zwilgotniał, od skał wiało chłodem. Duże krople rosy ściekały z listków zwieszającej się nad niemi wikliny.
Świtanie i mgła wypełniły wąwóz mleczną jasnością bez cieni.
— Hej! Wstawaj, chłopcze! Komu w drogę, temu czas!...
Koluś przeciągnął się i ziewnął.
W kwadrans potym już się wdzierali na wierzchołki, słabo zaróżowione od brzasku; nie dziw, że wczoraj zbłądzili! Któż mógł wiedzieć, że droga szła prawie pionowo, jak po szczeblach, po czarnych, zwietrzałych złomach.
— A jednak nie ulega najmniejszej wątpliwości, że tędy jeździli konno, po nocach zbóje przekradali się na doliny, przewozili zdobycz!... — tryumfująco rzekł Koluś.
Na wierzchołku skały rósł las. Tu natrafili na świeży pomiot niedźwiedzi.
— Tędy wczoraj umykał. A co? pójdziemy za śladem? — zapytał Koluś.
Paweł wstrząsnął przecząco głową. Przedewszystkim muszą wejść na szczyt. Drożyna powiodła znowu brzegiem przepaści. Ale Paweł nie doświadczał już trwogi. Czuł owszem, że budzi się w nim żądza niezwykłych wrażeń. Ten uroczy poranek na wyżynach, to powietrze czyste, orzeźwiające, ta dal przejrzysta, a wszystko oddychające taką świeżością, jak gdyby każdy przedmiot zosobna obmywali nocą w rosie gospodarze gór — przejmowało go dziwnym, nieznanym mu dotąd uczuciem.
Obaj, jak dzieci, krzyczeli i, uczepiwszy się gałęzi drzew, zwieszonych nad przepaścią, spoglądali w dół, gdzie w szczelinach po stopniach kamienistych z hukiem toczyły się wodospady, przelewał się rozszalały wrzątek, kipiały piany i tuman perlistego kurzu, w którym pływały szmaty tęczy tam, gdzie musnęło go słońce. A potok — z pod tęczy, z pod słońca uciekał z rykiem, jękiem, z tętentem, z zaciekłością taką, że drżały w posadach swych urwiska. Niekiedy tworzył baseny turkusowe, przejrzyste, gdzie białość skał i głębia wody łączyły się w cudownych półtonach i gdzie — panowała cisza. I tylko daleko, w głębi huczała kolumna spadającej wody, leciały od niej bryzgi. Potok płynął tu bez szmeru, nieporuszony prądami wód, zasilających jego łożysko; płynął spokojny, odbijając w sobie ze skał zwieszające się dęby i buki, wystające urwiska i pęki promieni słonecznych. A tam dalej znowu nagle, niespodzianie przeginały się wody poza zrąb urwiska i nadmiar ich leciał z wściekłością, z rykiem roztrącał się o skały i białą pokrywał się pianą.
— Ot, gdzie kąpały się niegdyś nimfy i najady! — rzekł Paweł.
— Dobre to, ale znowu nam grozi, że czasu dużo zmarnujemy i na kozy nie zdążymy — rzekł Koluś.
Przyśpieszyli więc kroku i tylko raz jeden zatrzymali się, gdy rozstąpiły się przed niemi góry, a w dali zamajaczyło morze. Pozostawało im jeszcze jedno przejście trudne, strome i ślizkie, a byli bardzo zmęczeni, bo słońce piekło niemiłosiernie; więc przechodząc przez dębowy gaj, zdjęli kapelusze z głów pałających. Dróżkę przecinał maleńki strumyczek, ale wody w nim było tak mało, że napić się nie było podobna, aż Koluś odszukał wgłębienie, gdzie zebrało się jej trochę. Nachylił się i chciał zaczerpnąć, ale w tejże chwili cofnął się, wydając okrzyk:
— Patrz, jakie caca!
Na kępie, tuż około wody, w gniazdku z ziół, zwinąwszy się w kłębek, leżała żmija. Noc tu widać spędziła, gdyż krople rosy pokrywały jej grzbiet pręgowany, a łebek wieńczyły ździebełka trawy. Otworzyła paszczę i podniosła się z gniewnym syczeniem. Koluś kolbą dubeltówki odrzucił ją daleko i przypadł chciwie do zdroju. Paweł odwrócił się z obrzydzeniem i czekał na towarzysza.
Z za krzewów widniał już dach domu — cel ich wędrówki. Wszędzie dawały się dostrzegać ślady człowieka. W leszczynie ścieżki rozbiegały się na wszystkie strony, a tam, gdzie z pod głazu wypływało źródełko, ciągnął się szereg dużych, z sobą połączonych koryt z nieciosanych pni dębowych, w których zbierała się jego woda. U koryta stała dziewczyna z wiadrami. Słońce oświecało jej smukłą postać w białej, z ukraińska wyszytej koszuli, w ciemnej bez stanika spódnicy i w górskich trzewikach na bosych nogach. Nabrawszy wody, postawiła obok naczynia na ziemi, poprawiła na plecach nosidła, zahaczyła i podniosła je w górę. W tejsamej chwili od domu nadbiegły dwa żółte psy i, szczekając, rzuciły się w zarośla. Dziewczyna zatrzymała się i popatrzyła ze zdziwieniem za niemi.
Z za krzaków wyszedł Koluś.
— A to jak?... Tak wcześnie!... Sam jeden!... Chodźcie prędzej!... — witała go radośnie, lecz uśmiech znikł z jej twarzy, skoro za nim zobaczyła Pawła.
— Pan!... witajcie!... Idźcie do domu... ja zaraz.
Postawiła wiadra i nieznacznie opuściła podkasaną spódniczkę, a widząc, że tamci nie ruszają się z miejsca, poszła przodem.
— Nocowaliśmy pod skałą — zaczął Koluś.
— A zatym wyszliście wczoraj... Więc zbiór winogron skończony... Cóż słychać na kolonji? mówcie!... Cóż dzieci?... Zaczęliście już w szkole wykłady?... Podobno ty, Kolusiu, będziesz uczył w tym roku!... Czyście się już przenieśli do nowego domu? Jak zdrowie Kasi?... A ty co porabiasz?... Co wszyscy?... Jakże już dawno nie widziałam nikogo!... Stęskniłam się do was!... Zmężniałeś, opaliłeś się!... mówże!... nieznośny chłopcze!
— Kiedy mi nie dajesz!
Zwolna zbliżali się ku domowi. Tam już dostrzeżono gości. Dwuch mężczyzn, siedzących na ziemi, przy rozebranym pługu, podniosło się za ich zbliżeniem. Jeden z nich, wysoki, barczysty brunet, w wypłowiałym mundurze urzędnika, trzymał w ręku błyszczący lemiesz; drugi, smukły blondyn, w domowej bekieszy, machał niedbale młoteczkiem. Wyglądali, jak studenci, ale ruchy mieli powolne, a ręce spracowane, jak chłopi.
— Jakim losu zrządzeniem... na szczycie?!...
— Ot, tak... zapolować!... Paweł chciał jeszcze przed odjazdem wasze gniazdo obejrzeć
— Orle gniazdo!... — zaśmiał się blondyn.
— Przyszliśmy krótszą drogą... przez szczeliny! A bylibyśmy już wczoraj, gdyby nie wypadek... Najprzód Grzegórz marudził... a w nocy zbłądziliśmy na skałach... Nocleg był boski, ale... bez śniadania!
— Wybornie! Właśnie herbata gotowa... Panno Marjo, może u Pani przyjmiemy gości... w naszym salonie? — zapytał brunet i rzucił lemiesz na ziemię.
„Orle gniazdo“ składało się z dwuch niewielkich szałasów, naprędce z desek skleconych, przykrytych słomą i darnią. Z dachu jednego sterczała rura żelaznego piecyka, a wejście zamykały nizkie drzwi na zardzewiałych zawiasach. Był to właśnie ów „salon“. Drugi szałas nie miał pieca ani drzwi. Przed szałasami tliło się ognisko, pełne popiołu, i stał piec z gliny do pieczenia chleba.
Marja postawiła wiadra i, wyprzedzając gości, weszła do wnętrza. Po chwili i oni poszli za nią. Na dworze pozostał tylko Koluś i jasnowłosy Stefek.
— Czy nowa? — spytał Stefek, biorąc dubeltówkę.
— Tak!... Ta, co niedawno przysłali.
Zaczęli oglądać ją, jak znawcy.
Marja tymczasem pokrajała chleb i nalała herbatę. Paweł uważnie przyglądał się otoczeniu. I na kolonji panowała spartańska prostota obyczajów, ale tu ta prostota graniczyła z nędzą. Było ciemno, wilgotno; powietrze było przesiąknięte zapachem ziemi, zgniłej słomy i ludzkiego potu. Przez szerokie szpary w ścianach i dachu wesoło zaglądało słońce, ale gdy padał deszcz, pewnie lało się do wnętrza i wiatr dął niemiłosiernie. Ściana tuż nad pościelą była dziurawa; a sama pościel, pożal się Boże, składała się z wązkiej ławy, zasłanej skromnie grubą wełnianą kołdrą. Przed ławą stał stół, z gruba ciosany, na słupach, wkopanych w ziemię, w kącie wory z mąką, narzędzia rolnicze i zapas dzikich jabłek i gruszek suszonych. Jedynym upiększeniem było małe lusterko, zawieszone nad posłaniem, półka z książkami i duży bukiet kwiatów alpejskich na stole. Samej gosposi nie brakowało urody, szczególniej teraz, gdy oczy jej stały się prawie czarne od wzruszenia, a ogorzałą twarzyczkę oblał rumieniec. Paweł patrzał na nią, na otoczenie, wzruszał ramionami i żal niewysłowiony ściskał mu serce.
— Zawołaj ich, Piotrze! — zwróciła się do bruneta, gdy wszystko było już gotowe. Dotychczas nie wymówiła słowa, nie spojrzała na Pawła, choć wciąż czuła na sobie jego badawcze spojrzenia. Piotr krzyknął na młodzież. Przy herbacie rozmowa stała się ogólna.
— Spodziewaliśmy się, że zaprowadzicie nas na polowanie; inaczej niewarto było przychodzić!... — dowodził Koluś.
— To trzeba obgadać... Właśnie chcieliśmy skorzystać z chłodu i orać, bo jest wiatr, i lękamy się, że ziemia zaschnie. Deszcz może długo jeszcze nie padać.
— Raz w rok... wówczas, kiedyśmy się nareszcie do was wybrali, wy nam odmawiacie!... Co tu robić, jeśli nie polować?... Przecie dziś święto!
— Na święta jeszcze nie zarobiliśmy — chmurnie zauważył Piotr.
— Bez waszej pomocy nic się nie sklei... Doprawdy, zgódźcie się!... Taki kawał drogi przyszliśmy... Paweł odjeżdża... Warto mu pokazać, aby pamiętał...
— Istotnie, moglibyście pójść z niemi — wmieszała się Marja.
— Chyba... dla odjeżdżającego!
Piotr w zamyśleniu potarł nos palcem, Stefan czekał, co inni postanowią: orać, to orać, a polować, to polować! On dobry towarzysz, zgadza się na wszystko.
— W takim razie — z ożywieniem zaczął Piotr — pójdziemy zaraz po śniadaniu i zobaczymy, czy są u wodospadu ślady kozic. Niedawno były, widziałem. Jeżeli są, to wrócimy do domu, zjemy obiad, ja przygotuję pług na jutro, a wy odpoczniecie, i przed wieczorem siądziemy na czatach w przesmykach. Zgoda? Pójdziemy wszyscy, miejsce upatrzymy i umówimy się, gdzie kto stanie, żeby wieczorem zająć stanowisko bez rozmowy i hałasu. Kozice są nadzwyczaj czujne i łatwo je zestraszyć. Ale do wody mają tylko jedną drogę. Jeżeli przyjdą, zobaczymy je napewno. A jeśli nie, to poprowadzę was na niedźwiedzia. Jednakże polowanie na kozice dużo ciekawsze! Jak one ślicznie zbiegają w przepaść!... doprawdy strzelać żal!... A zatym zgoda!... idziemy!
Młodzież była zachwycona i natychmiast zabrała się do lania kul i robienia patronów. Zaczęli potym strzelać do celu i narobili takiego hałasu, tyle napuścili dymu, że wystraszyli pewnie zwierzynę w całej okolicy.
Marja krzątała się u ogniska. Paweł pozostał w szałasie dziewczyny i przerzucał książkę, wziętą z półki.
— A wracajcie prędko, bo zaraz obiad będzie... — wołała za niemi, gdy gęsiego ruszyli do lasu.
Czas jakiś szli po szerokiej, dla wozów utorowanej drodze, potym zawrócili w głąb. Nad niemi buki, dęby, graby, czynary, osina, topole i lipy olbrzymiej grubości i wzrostu łączyły swe konary w zbite sklepienie. Pod drzewami jak puch gaiła się leszczyna, olcha górska i inne krzewy; wszystko tonęło w półświetle zielonym. Nieliczne promienie słoneczne, które się tu dostały, takiż sam miały odcień. Jak złote cętki pstrzyły dno lasu, wśród zupełnego spokoju drżały i tańczyły po pniach i liściach za każdym poruszeniem w górze wiatrem kołysanych koron.
Cały stok wyniosłości, po której schodzili w dół, był porosły lasem.
— Przejście miejscami będzie trudne, ale tędy o wiele bliżej... W górach prędko uczysz się stanowczości. Czy nie prawda? — z uśmiechem zwrócił się Piotr do idącego za nim Pawła.
— Jakie on ma ładne oczy i miły uśmiech — pomyślał Paweł.
— Dobrze, że tu niema ljan i cierni — odezwał się głośno.
— A tak. Trzymaj się pan... mocno trzymaj... bo tu ślizko — glina!
Pochyłość stała się tak stroma, iż drzewa przestały zasłaniać widnokrąg: dalekie góry zarysowały się poza ich czubami. Idący biegli od pnia do pnia, ślizgali się, padali, chwytali za gałęzie pod ciągłą groźbą oberwania się i stoczenia po pochyłości.
— Jak te olbrzymy mogą utrzymać się na takiej ścianie? — dziwił się głośno Paweł, na chwilę dla wypoczynku opierając się o pień czynara wielkiego i siwego, jak kolumna szarego marmuru.
Piotr spojrzał przyjaźnie na ogromne drzewo.
— Radzę, niech pan się trzyma za gałęzie leszczyny, ot tak — uczył Pawła — i nie prędzej puszczać jedną, aż się chwyci następną!...
Wszyscy tak robili, inaczej nie byłoby można zejść. Broń zawiesili na piersiach, by uchronić ją od uszkodzenia, i spuszczali się jeden za drugim, jak po drabinie. Nareszcie zamajaczyły białe skały pod ich stopami — jeden, drugi skok i znaleźli się na dnie szczeliny, głęboko wyżłobionej w wapieniu.
Głośnym echem odbiły się ich wesołe okrzyki, tupot nóg i uderzenia kolb o płyty łożyska.
— Cicho!... tu trafiają się dziki... Oj myśliwi! myśliwi!... — upominał ich Piotr.
Na głazach leżała masa orzechów, żołędzi, jagód derenia i innych południowych, nieznanych Pawłowi owoców. Gałęzie, z których opadły, zwieszały się ze zrębów nad ich głowami. Pod nogami, gdzieś wśród skalnych rumowisk, sączył się i szemrał strumyczek. Był niewidoczny, ale go zdradzały smugi traw i kwiatów, wyrastających jego śladem. Dno szczeliny wyściełały ogromne płyty, gładko, jak kościelna posadzka, wyszlifowane przez wodę. Nawet zwalonych kłód drzewa było bardzo mało, choć na stokach rósł taki potężny las — wszystko unosiły nagłe górskie powodzie.
— Co tu bywa za robota na wiosnę — wesoło zawołał Piotr. — W szczelinie pełno ruchu piany i hałasu!
Wązkim przesmykiem dostali się do szerszego wąwozu, zalanego słońcem. Paweł zdumiał się. Przed nim i z przodu i z tyłu piętrzył się szereg olbrzymich stopni kamiennych, zupełnie podobnych do tych, po których widział rano spływające kaskady. Lecz tu było sucho; woda tylko miejscami sączyła się ze szpar.
— Którędy pójdziemy?
— Tędy! — w odpowiedzi wskazał Stefek górę.
Paweł spojrzał zaciekawiony, jak to oni wedrą się na zupełnie prostopadłą ścianę. Zrobili to w sposób bardzo prosty. Piotr zaczął wstępować pierwszy, czepiając się za krawędzie i wysterki — za jego przykładem poszli inni. Czasami zwisali tylko na rękach, to znowu pośpiesznie bokiem przesuwali się po wąziutkich załomach. Ruch, wspólność niebezpieczeństwa, co chwila składane dowody zręczności i odwagi rozpalały im ogień w źrenicach, na twarzy kładły żywe rumieńce. Każdy z nich troskał się więcej o broń, niż o własne nogi; zawieszał ją na piersiach lub przesuwał na plecy w miarę potrzeby, niósł nawet w ręku, byle tylko nie stuknąć lufą o kamień, nie uszkodzić.
Nagle przewodnik znikł im w szparze, wyżłobionej przez wodę na krawędzi urwiska. Paweł zajrzał tam za nim i zobaczył miejsce ciasne, jak studnia, po którym trzeba było wędrować, opierając się kolanami i rękami o przeciwne ściany. W samym wcięciu woda płynęła nikłym strumieniem, boki były wilgotne, omszone, ale innego przejścia nie było. Wody podmyły urwisko, ściany jego pochyliły się naprzód, a po bokach sterczały zupełnie gładkie skały. Nie było więc wyboru. Zresztą nie namyślali się nawet. Wesoło, jak górnicy w szybie, zaczęli się spuszczać, a choć woda moczyła im odzież, zalewała twarz i ręce, gotowi byli żartować i śmiać się. Powstrzymywały ich tylko tajemnicze okrzyki Piotra.
— Ciszej!... Cicho! mówię.
Naraz Piotr zeskoczył i znikł za zrębem.
— Chodźcie-no!... chodźcie!... tylko cicho... — wołał półgłosem, nachyliwszy się nad małym wgłębieniem, gdzie błyszczała woda i żółcił się pasek gliny.
— Patrzcie! były dziś rano!
Wszyscy nachylili się, by lepiej obejrzeć wązki odcisk koziej nóżki.
— Kozice!
— Nie, kozice tędy schodzą... tym „jarekiem“.
Piotr wskazał im dzikie strome wąwozisko, zbiegające pod kątem do głównego przesmyku.
— Chodźmy!... Trzeba miejsce obejrzeć... Tylko nie ważyć mi się stukać!
Trochę dalej „jarek“ rozszerzał się i tworzył kotlinę o prostopadłych ścianach. W ścianie przeciwległej na wysokości dziesięciu sążni widać było otwór, jak brama wyrzeźbiony przez wody. Biała, poszczerbiona masa wapienia wyginała się, tworząc występ w kształcie balkonu, poza którym w głębi ukazywały się jeszcze dziksze, jeszcze bardziej spiętrzone skały.
— Ach, gdyby tu wyszedł!... Co za strzał!... — błagalnie wyszeptał Koluś.
— Tędy też one chodzą. Zabiłem tu jednego.
— Skaczą?... Z takiej wysokości?...
— O nie! Tu mają swoją drożynę, po której i my pójdziemy.
Piotr wprowadził ich na ścieżkę pod skałą, z którą w porównaniu „zbójnicki szlak“ wydał się Pawłowi torowym gościńcem. Najtrudniejsza jednak była przeprawa w samych już wrotach u węgła skały, który trzeba było objąć rękami i, nie patrząc, przeskoczyć z krawędzi na krawędź.
— Odrazu zrozumiałem szczyty — zaśmiał się Paweł, stanąwszy na przeciwnej stronie. — Ciekawym tylko, jak tu będziemy przechodzili w nocy.
Następne wydrążenie „jareku“ przedstawiało podobną do poprzedniej kotlinę, tylko boki jej nie były już tak strome i nie z jednolitej składały się skały, lecz tworzyły kamienne osypisko. Zamykała ją składka górska, ciemnym wężykiem pnąca się na szczyt, pokryty śniegiem. Gdzie okiem rzucić, głazy szare, czerwone i czarne, mchy, liszaje, nikłe trawy, a ponad tym wszystkim wązki pas ciemnego boru na zrębie; wyżej zaś jeszcze jasne i ciepłe niebiosa.
— Tu siądziemy. Jeżeli się dobrze sprawimy, całe stado do kotliny jak w pułapkę wpadnie. Można ani jednej nie wypuścić... Do wody zbiegają pić po prawej stronie: pamiętajcie, po prawej!... Wieczorem ani słowa wam nie powiem. A teraz marsz do domu!... Tyle tylko mamy czasu, żeby zjeść obiad i wracać!

∗             ∗

Nie znaleźli Marji na podwórzu, więc, korzystając z jej nieobecności, pozdejmowali przemoczone kurtki oraz bluzy i porozwieszali, aby wyschły; sami zaś schronili się do wązkiego szałasu i wyciągnęli na ławach. Tylko Paweł pozostał u ogniska.
Ogień ledwie się tlił; w przykrytych skrawkami blachy garnczkach coś syczało i bulgotało z lekka; na popiele znać było ślady lekkich dotknięć, na ścieżce odciski niedużych, bosych nóg. Z gaju dolatywał trzask łamiących się gałęzi i czyjeś wołanie. Paweł wstał i zwolna skierował się w tę stronę. Marja dostrzegła go zdala i co prędzej wypędziła bydło z zarośli. Młody człowiek zatrzymał się. Rozpierzchłe na jego widok krowy zwróciły ku niemu wystraszone łby, źrebię, jak pies idące za dziewczyną, podbiegło i bez ceremonji zaczęło obwąchiwać mu kieszenie i skubać za odzież. Paweł pogładził je machinalnie, nie spuszczając z dziewczyny pytających oczu. Ona przeszła mimo niego, kręcąc w ręku gałązkę.
— Panno Marjo!... Czy pani istotnie nie chce?... Pani nie słucha...
— Owszem, słyszę!... Wróciliście wszyscy?... Czy znaleźliście kozice?... może na niedźwiedzia wybierzecie się?.. Jak się panu podobały szczeliny?... Prawda, tam ładnie... Dotychczas nie byłam tam, a przecież to tak blizko!... Zawsze brak czasu... roboty tyle!... Niedługo przyjdą cieśle dom mieszkalny budować, a z niemi powiększy się liczba stołowników... Moich muszę też obszyć, wydarli się ze wszystkiego... Trzeba owoców na zimę nasuszyć, orzechów nazbierać, a ja tu jestem sama... Rąk nam bardzo trzeba... Te drobiazgi takie na pozór błahe, a tak jednak ważne, tam szczególniej, gdzie z niczego coś ma powstać...
— Panno Marjo, w tych dniach odjeżdżam...
— Słyszałam. Niech pan z łaski swojej zawoła ich na obiad...
Paweł popatrzył na nią długo i odrzucił daleko listek trzymany w ręku.
Po chwili z szałasu jeden za drugim wyszli: Piotr, Koluś i Stefek, odziawszy się przyzwoicie i przygładziwszy rozczochrane czupryny. Obiad podano pod rozłożystym dębem. Kasza jęczmienna ze słoniną wydała im się przedziwną po odbytej przechadzce. Herbaty wypili niezliczoną ilość szklanek. Ale przez cały czas milczeli wszyscy z wyjątkiem Marji, która rozpytywała Kolusia o szczegóły życia na kolonji. Wkońcu zabrała go do szałasu, aby mu coś pokazać; Stefek poszedł z niemi. Piotr milczał, jak zwykle, Paweł w roztargnieniu błądził wzrokiem po okolicy.
— Co pana skłoniło tu zamieszkać? — spytał nagle Piotra.
— Co skłoniło?... Doprawdy nie umiem panu powiedzieć!... Chore sumienie... tak się to podobno nazywa...
— Po skończeniu instytutu służył pan na kolei, potym gdzieindziej, a ostatniemi czasy był pan pisarzem gminnym...
— Istotnie... próbowałem tego i owego... ale... nie wytrzymałem... Zawsze robiłem nie to, co trzeba!... Kruszyna pożytku, a moc złego. Strata sił, błąkanie się myśli... rozdwojenie... A zawsze, zawsze — ogrom cierpienia, wobec którego czujesz się bezsilnym... znużenie, tęsknota i taki nieraz wstręt do wszystkich tych ludzi słabych, marnych, a najwięcej do samego siebie, że do mysiej schowałbyś się jamy...
Umilkł i twarz odwrócił, a Paweł przypomniał sobie, że słyszał, iż Piotr pił dawniej, nim tu przybył... zapadał na białą gorączkę.
— A teraz pan nie tęskni?
— Nie! Nikomu nie zawadzam, nie jestem ciężarem. To szczyt mojej ambicji!
— Pana ambicji?! — podkreślił Paweł.
— Tak! — odparł.
Uśmiechnął się i zarumienił lekko. Twarz jego wyrażała prostotę z odcieniem spokojnego, lecz świadomego siebie smutku. Paweł nie wypytywał go więcej. Wróciła też młodzież i zaczęła naglić do pośpiechu.
— Lepiej dłużej posiedzieć na miejscu, niż wystraszyć zwierzynę...
— Zapewne... zapewne...
Puścili się tą samą drogą, ale bez poprzedniego ożywienia i bez przygód. O zachodzie słońca byli już w kotlinie i, nie tracąc czasu, zaczęli drapać się na skały, aby zająć wyznaczone stanowiska. Paweł został na pierwszym wyłomie, gdzie zioła i krzewy tworzyły naturalną kryjówkę. Siadł na samym brzegu otchłani, na pniu drzewa, zwieszonego nad głębią, skąd wybornie widać było kotlinę i wygodnie strzelać. Inni poszli wyżej i kolejno znikali w szparach lub za głazami. Słońce schowało się za góry; szary zmierzch, podnosząc się z dołu, powoli gasił barwne blaski. Rumieniły się już tylko szczyty urwisk, zwrócone do zorzy. W szczelinie panowała cisza, ale na wyżynach słychać było, jak z każdą chwilą potężniał wicher, jak giął i kołysał drzewami, rosnącemi bliżej szczytów.
Paweł zerwał kwiat tulipanu, co z zasypanej ziemią szczerby wysuwał swój kielich ku niemu, i w zadumie podniósł go do ust. Czuł, że mu w duszy coś drży, coś, skazane rozmysłem na śmierć, umierać nie chce.
Rój żółtych liści przeleciał nad przepaścią i, kołując, znikł w głębi. Nie, on tak nie odejdzie! Jeszcze raz musi zobaczyć jej twarz wzruszoną i drżące usta, dotknąć ręki i zamienić słów kilka wolnych od wszelkiego przymusu... Teraz będzie najlepiej... Nikt nie zauważy, a i ona nie spodziewa się go... Trzeba zejść, nie strąciwszy kamyka, by nie spłoszyć zwierzyny, nie zwrócić uwagi myśliwych... Wiatr mu sprzyjał: huczał coraz głośniej i zrzucał na dół już nie tylko liście, ale i kamienie. Serce biło mu gwałtownie. Pragnienie było tak silne, że zerwało wszelkie tamy — przestał rozważać. Zsunął się na dół i ostrożnie, jak cień, zaczął się przekradać między skałami. Na trudnych przejściach było mu trochę nieprzyjemnie samemu. Parę razy zabłądził w wąwozach. Raz, gdy kamień wysunął mu się z pod nóg, zawisł wpół ciała nad przepaścią i długo szukał rękami po gładkich płytach, zanim znalazł, o co się zaczepić. W owej chwili zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, jak gdyby ogromna czarna mara powiała nań skrzydłami. Przed oczami jego duszy przemknęły obrazy zalanych słońcem winnic, przesunęły się postacie kolonistów i odżyło wspomnienie pierwszego widzenia z tą dziewczyną, która taką władzę nad nim posiadła. Ale, stanąwszy na ziemi twardą nogą, o strachu prędko zapomniał i myślał tylko o tym, żeby nie zbłądzić w ciemności. Gdy doszedł do miejsca, gdzie nadłamana gałąź krzewu oznaczała powrót ścieżyny w górę w las, zmieszał się. Gdybyż choć wietrzyk powiał, możnaby z jego podmuchów wnioskować o kierunku!... Nic, tylko ciemności nieprzebite i martwy spokój, głazy i drzewa... Pod kolumnadą lasu od razu jak gdyby oczy stracił. Szedł z wyciągniętemi naprzód rękami i łowił gałęzie, które biły go po twarzy, plątały się między nogami, a pojawiały się zawsze z tej strony, z której najmniej się ich spodziewał. Raz w tej przepaścistej ciemności zabłysły nagle zielonawe ogniki; chwycił za broń, gotując się bronić życia, tak mu obecnie drogiego. Był pewien, że to ryś lub jaki inny drapieżnik; ale w miarę jak się zbliżał, ognie gasły, a dalej, wśród traw i liści ujrzał ich rój cały. Były to więc świętojańskie robaczki! I wśród tej wielkiej ciemności zrobiło mu się raźniej. Nie był więc samotny, miał koło siebie stworzenia łagodne i przyjazne. Darł się pod górę przez krzewy, pnie i wykroty, starając się z prostej linji nie zboczyć. Zmęczył się strasznie; pot zalewał mu czoło, nogi odmawiały posłuszeństwa, przysiadł więc na pniu. Ale zerwał się w tej chwili, powstrzymując mimowolny okrzyk radości: był już niedaleko, usłyszał dobrze znane głosy, szczekanie psów. Wahał się jednak, nie był jeszcze pewien: mogło to być skomlenie szakali. Stał więc i czekał z wytężonym słuchem. Głuche, miarowe ujadanie doleciało powtórnie jego uszu... Nie, tak nie skomlą szakale!... A więc nie zbłądził! Zmęczenie uleciało bez śladu... Ruszył raźno przed siebie. Po jakimś czasie światełko osady zamigotało o paręset kroków. Psy ujadały zaciekle. Zawołał na nie, uspokoił i cicho podszedł pod szałas. Przez niedomknięte drzwi zobaczył bukiet kwiatów i lampę zapaloną na stole, a w cieniu na poduszkach — głowę dziewczyny. Trzymała książkę, ale jej nie czytała; oczy utkwione w przestrzeni ścigały inne w myśli powstałe obrazy. Szmer u drzwi zbudził ją z zadumy. Podniosła głowę i usiadła na posłaniu.
— Kto tam? Pan?! Pan?...
— Tak, ja! Pani mię cały czas unikała, ale bądź-co-bądź musi mię pani wysłuchać. Kocham panią i mam mocą tego na to prawo. Zresztą... za dwa dni wyjeżdżam i... już się to nie powtórzy.
Milczała, spuściwszy oczy. Paweł popatrzał na nią i usiadł naprzeciw niej na niziutkim stołeczku.
— Oni tu zaraz przyjdą — rzekł głosem osłabłym — a mam tyle do powiedzenia... Ostatni raz... ostatni raz... Zniknie pani... zniknie...
— Dla czego pan odjeżdża? — spytała, podnosząc nań drżące powieki. — Przecież odeszłam, aby nie przeszkadzać...
— Owszem, odjeżdżam dla tego, że odeszłaś... Łudziłem się, że i Ciebie wyrwę stąd, powiodę napowrót w rzucony świat... Duszno mi, ciasno wśród was... Brak mi... litości i ofiary. Bo to, co wy uważacie za ofiarę, to zrzeczenie się wygód, ciężka praca fizyczna, jest niczym dla mnie, jest narkotykiem, którym każdy pijak tłumi swoje sumienie. Już nieraz mówiliśmy o tym z panią...
— I znów odpowiem panu tosamo. Przedewszystkim trzeba poprawę zacząć od siebie, od tego, aby nie żyć z cudzej pracy...
Paweł zmarszczył brwi.
— Wiem, wiem... słyszałem. Ale wy mylicie się, przypuszczając, że teraz, pracując na roli i własnemi rękami dobywając wszystko potrzebne do życia, nie korzystacie z cudzej pracy... Tylko pierwszy człowiek był wolny od tego długu, drugi już korzystał z jego myśli i cierpień... Jesteście kwiatem i owocem warunków, któreście opuścili... Wszystkie nędze i wszystkie wysiłki, któreście zostawili tam, wychowały was... Czy przypuszczacie, że nie każdy pragnie być szlachetnym, czystym, dobrym... O, każdy... upewniam was... Tylko nie każdy może... Wyście odeszli od nich z obrzydzeniem dla tego, że kłamią, że dręczą innych, że są samolubni. A tacy dla tego, że są słabi, ciemni, źle chowani... Łatwo być dobrym na pustyni, łatwo mówić prawdę, gdy nie potrzeba kłamać, łatwo współczuć, gdy życzliwość i miłość nie sprzeciwiają się naszemu istnieniu... Trzeba stworzyć warunki, aby tak było dla wszystkich, aby ludzie pełną piersią wdychali myśli czyste i zdrowe, uprawiali uczucia godne... Trzeba wyprowadzić ich z tych dróg krzywych i błędnych, gdzie co krok trzeba popełnić albo nikczemność, albo bohaterstwo... Wszystkie te zawikłania musi ktoś rozplątać... Wy z waszych pleców zwalacie na inne, często słabsze i mniej godne... A przecież każde zwycięstwo ułatwia następne, zmniejsza ciężar, przygniatający ludzkość, z każdym okrzykiem szlachetnym krzepicie nadzieję i wiarę w zwątlałych duszach. O wiem, nie tu w górach, lecz i tam wśród ludzi są dusze nadczułe, czy za mało litościwe, które uchodzą od tłumów, gdyż te są cuchnące... Żyją czyści, samotni, zasklepieni w własnej doskonałości i wstręcie do grzechu... A grzech tymczasem tryumfuje, płodzi się, utrwala. Te dziewicze dusze odpychają mię swą wyniosłą zbytkowną schludnością, one dobre co najwyżej na niańki ludzkości, ale przyszłość należy do duchów twórczych... Upodobaniem należę do tych ostatnich; będę orał wśród błota, z którego wyszedłem, będę go osuszał, zasiewał, aż zakwitnie tam dla wszystkich ogród uroczej powszechnej miłości, jaki dzięki wam poznałem.
— Prędzej bagniste wyziewy zgubią Cię! — odrzekła z boleścią.
— Niech zgubią! Nie mogę pozostać. Wszędzie, jak cień, idą za mną tłumy ciemne, występne, opłakane... Muszę być z niemi, z niemi cierpieć i walczyć...
— Ale jak?... ale jak?... Nie widzę innej drogi, jak odejść i na uboczu zacząć życie na innych zasadach. Tam wszystko rozbije się o tysiące drobnych przeszkód... Na tych drobiazgach zużywają się siły, uchodzi czas... Zawsze półśrodki, pół-prawdy, pół-uczucia... Wszystko pół gnije, a pół butwieje w przeszłości... Liczmany zamiast rzeczywistych zjawisk... Wieczna tęsknota do całolitości, do szczerej, głębokiej, bezwzględnej prawdy... Nie, nie zniosłabym pomroku... Słuchaj: poco przyszedłeś i poco mi to znów wszystko mówiłeś?... Chcesz poświęcić się dla tłumów, więc musisz być wolny, musisz być sam... Pocoś przyszedł mię dręczyć?..
— Nie wiem, poco przyszedłem! Los skarał mię, że pokochałem Ciebie... Chciałem zobaczyć, napoić oczy, usłyszeć głos Twój, nim ruszę w walkę... Powiedz mi, powiedz... zaklinam Cię... że chwilkę, choć krótką chwilkę... kochałaś mię...
Dziewczyna pobladła, pochyliła się i twarz rękami zakryła.
— Jacyście wy... nie... litościwi... Przecież widzisz, że jeszcze...
Wyciągnął do niej nieśmiało ramiona.
— Nie! za nic! — krzyknęła z przerażeniem i odsunęła się w przeciwny róg stołu.
Paweł siadł na stołeczku i głowę oparł na ręku. Milczeli długo, nie patrząc na siebie. Wkrótce szum wiatru przyniósł im zdala głosy ludzkie. Psy zaczęły ujadać znowu.
— Idą!... zobaczą nas!...
— Więc cóż? czyż wszyscy nie wiedzą?...
— Nie chcę tego!... Na co?...
Paweł wstał, wziął broń i tyłami wymknął się do lasu. Marja zgasiła lampę. Rozmowa wracających myśliwych stawała się coraz wyraźniejszą:
— Pewnie zziąbł, a nie chcąc popsuć nam polowania, powrócił sam do domu... To w jego stylu...
— Ale jeżeli znajdziemy go w domu, to zwymyślam, jak nieboskie stworzenie!
— Wątpię. U Maryni, widzicie, niema światła; u nas też się nie świeci!
— Może śpi.
— A jeśli go niema, to nie wiem, co będzie!... Czuję trwogę... Nigdy jeszcze nie byłem tak przerażony, jak na widok tej pustej skały...
— Hej!... hop!... hop!... — dało się słyszeć w ciemnościach.
Idący zatrzymali się.
— Słyszycie?... To on!... hop!... hop!... Paweł!... bywaj!...
Stefek i Koluś chcieli biec na spotkanie, ale wstrzymał ich Piotr.
— Stać na miejscu!... Jeszcze go bardziej zmylicie!... Stać i krzyczeć!...
— Hop! hop! Pa-weł!... Tu!... bywaj!...
Zatrzeszczał „chmerecz“ w pobliżu i ciemna barczysta postać wysunęła się na drogę.
— Coś ty narobił!... Wart jesteś kija!
— Dla czego odszedłeś, nic nie mówiąc?
— Nic ci się nie stało? Nie stłukłeś się? — troskliwie wypytywał Koluś, biorąc go za ramię.
— O cóż wam chodzi!... Na co tyle hałasu? Ani krwi, ani trupa nie znaleźliście w przepaści, więc można się było domyślić, żem poszedł.
Zaczął niedbale opowiadać im swoje przygody w drodze: jak zbłądził, jak kamień wysunął mu się z pod nóg, jak chciał strzelać do świętojańskich robaczków.
— Niewieleś stracił, żeś poszedł — rzekł Koluś. — Kozice nie przyszły. Piotr mówi, że na zmianę pogody kładą się w złomach.
Tak gwarząc, wrócili do osady i weszli do swego szałasu.
W chwilę później Marja zawołała ich na wieczerzę. Piotra uderzyła niezwykła jej bladość. Siadł chmurny i wcisnął się w kąt. Paweł nerwowo gryzł usta i na nikogo nie patrzał. Koluś, który opowiadał z zapałem wrażenia myśliwskie, spostrzegł wreszcie, że nikt go nie słucha.
— Nam czas pewnie w drogę? — zwrócił się nagle do Pawła.
— A dobrze — odrzekł tenże.
— Nie radzę na taki czas... wiatr... noc. Lepiej zaczekać do świtania — perswadował Stefek.
— O świcie będziemy już w kolonji... a po śniadaniu do roboty!...
— Przeszłego poniedziałku spóźniliśmy się także i stanęliśmy do roboty tylko po południu... Jutroby znowu... Nie, tak nie można... bo to się na innych plecach odbija...
Nikt im nie przeczył. Paweł poprawiał już odzież, podwiązywał obuwie, ściągał pas. Obejrzeli broń i ruszyli w drogę. Mieszkańcy szczytu odprowadzili ich aż na brzeg dębowego lasku, skąd widać było morze i śpiące w blasku miesiąca góry.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.