<<< Dane tekstu >>>
Autor Emil Zola
Tytuł Rozkosze życia
Wydawca Bibljoteka Powieści i Romansów
Data wyd. 1932
Druk "Floryda"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. La Joie de vivre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
X.

— Nareszcie! — wykrzyknął Cazenove. — Ten przynajmniej będzie się mógł pochwalić, że przyszedł na świat niewesoło!
Wzruszenie i niepokój o matkę były tak wielkie, iż dotąd nikt się dzieckiem nie zajmował.
— Chłopczyka dał Pan Bóg, proszę pana — rzekła pani Bouland do Lazara.
Lazar głową oparty o mur, plecami do pokoju odwrócony, wybuchnął głośnym płaczem. Rozpacz głęboka 3go ogarniała, na myśl, że lepiejby było wszystkim pomrzeć, niż żyć dalej po takich cierpieniach. To rodzące się dziecię, budziło w nim smutek iście śmiertelny.
Paulinka pochyliła się ku Ludwice i pocałunek jeszcze jeden złożyła na jej czole.
— Chodź, pocałuj ją — rzekła do swego kuzyna.
Zbliżył się, pochylił się nad nią, lecz za dotknięciem ustami jej twarzy zimnym potem oblanej, nowy dreszcz go przejął. Żona jego leżała bez tchu, z oczyma zamkniętemi. I znów, stanąwszy u stóp łóżka, z głową o ścianę opartą, płakać zaczął, chustką tłumiąc łkania.
— Zdaje mi się, że chłopak nie żyje — szepnął doktór. — Dalej! róbmy prędzej co do nas należy!...
— Bicia małego serduszka dopatrzeć się nie można. Możnaby spróbować nacierań i wdychania powietrza, ale... zdaje mi się, że byłaby to strata czasu... A przytem o matce jeszcze ciągle myśleć trzeba przedewszystkiem.
Paulinka słuchała.
— Dajcie go mnie — rzekła. — Spróbuję. A jeśli on nie odetchnie, to już chyba i we mnie tchu nie stanie!
I wyniosła go do sąsiedniego pokoju, zabierając ze sobą ogrzaną bieliznę i butelkę ze spirytusem.
Ludwika leżała bez ruchu biała, jakby woskowa, osłonięta kołdrami, które ją nierozgrzewały.
— Siedź pani tu przy niej! — rzekł do pani Bouland doktór, który pulsu Ludwiki z pod palca nie puszczał — i ja jej też nie opuszczę ani na chwilę dopóty, dopóki się w zupełności nie upewnię!...
Po drugiej stronie korytarza, w dawnym pokoju pani Chanteau, Paulinka walczyła przeciw uduszeniu się dla braku tchnienia małej nędznej istoty, którą tu przyniosła. Położyła ona dziecinę na fotelu przed ogniem, palącym się na kominku; przyklękła i maczając w spirytusie pieluszki, rozcierała je niemi bez chwili odpoczynku, z wiarą upartą, nie czując nawet kurczów, które ją w ramieniu chwytały. Dziecina była tak szczupła, w ciałko uboga, tak delikatna, że jedyną myślą Paulinki było, aby jej nie dobić, rozcierając zbyt mocno. Toteż ruch jej ręki tam i napowrót był łagodny jak pieszczota, delikatny jak muśnięcie skrzydłem ptaka. Obracała chłopaczka na wszystkie strony i nacierała bezustannie, chcąc powołać do życia wszystkie jego członki. Nic to jednak nie pomagało. Jeśli nacieranie rozgrzewało to biedne ciałko, to jednak piersi były zapadłe, tchnienie nie podnosiło ich jeszcze. Przeciwnie zdawało jej się, że sinieje jeszcze więcej.
Wtedy bez wstrętu zaczęła wdychać powietrze w jego usteczka nieruchome bezwładne, powoli, długo, miarkując oddech swój do miary malutkich tych płuc dziecka, w które powietrze to wejść miało. Gdy sama się już dusiła, odpoczywała parę sekund i zaczynała na nowo. Krew uderzała do głowy, w uszach jej szumiało, kręcić jej się w oczach i głowie zaczynało. jednak nie przestawała. Dawała tak tchnienie swoje własne przez pół godziny i żaden najmniejszy symptom nie zdradzał jeszcze choćby najmniejszego starań tych rezultatu. Bardzo delikatnie próbowała poruszyć żebra, naciskając je swojemi palcami, wszystko nadaremnie. Inna byłaby dawno opuściła ręce i zaniechała tego istotnego wskrzeszania, ale ona z rozpaczą jak matka, z uporem szalonym, chciała, żeby to dziecko żyło. Nakoniec poczuła, iż małe ciałko ożywia się, usteczka dzieciny pod jej ustami zadrżały.
Od blizko godziny, niepokój tej ze śmiercią wojny trzymał ją samą jedną w pokoju tym. Zapomniała o wszystkiem. Ten słaby znak istnienia, to tak krótkie poczucie ruchu ustami, dodało jej odwagi. Zaczęła na nowo rozcierania i co chwila znów tchnienie własne w niego przelewała, wyczerpując się w litości bezgranicznej. Była to jakby potrzeba wzrastająca z każdą chwilą, zwyciężenia śmierci, wywołania, stworzenia życia. Przez chwilę obawiała się, czy się nie pomyliła, gdyż usta jej dotykały ciągle tylko ciałka bez ruchu. Powoli powietrze wchodziło, czuła, że jest od niej odbierane i jej oddawane. Pod piersią czuła regulujące się bicie maleńkiego serduszka. I wargi jej nie odchylały się już od tych dziecięcych usteczek, dzieliła życie, żyła razem z tą drobną istotką i w tym cudzie wskrzeszenia jednem tchnieniem żyli, tchnieniem długiem, przeciągiem, jakby mu z siebie część duszy oddawała. Radość, że go przywołała do życia, że go ocaliła, opanowała ją całą, życie to nowe upajało ją. Gdy nareszcie dziecina ta krzyczeć, a raczej piszczeć i skomleć zaczęła, Paulinka padła na ziemię przed fotelem, wzruszona do głębin serca swego.
Wielki ogień rozłożony na kominku, wysoko buchał płomieniami i żywem światłem napełniał pokój. Paulinka siedziała na ziemi przed dzieckiem, któremu się dotąd przyjrzeć nie miała czasu. Teraz dopiero spostrzegła, jak było szczupłe, nędzne, jakie biedne, zaledwie ukształtowane. Jeszcze raz powstała burza w jej sercu i umyśle. — Zdrowie jej i siła życia w niej tkwiąca, oburzały się na delikatność i słabość tych członeczków malutkich syna, którego Ludwika daje Lazarowi. Spojrzała na siebie. Gdyby ona była matką dzieci jego — nie takie by one były. Widziała wyraźnie przed oczyma tego tęgiego silnego chłopaka, jakiegoby ona na świat wydała! A jednak to nigdy nie nastąpi i nie nastąpi z własnej jej winy i woli...
Biedactwo małe skomlało już teraz ciągle. Zlękła się, aby chłopczyna nie spadł z fotelu, litość zwyciężała w niej inne uczucia. Ona podtrzyma te słabiznę, dopomoże mu żyć, jak dopomagała mu urodzić się i oczy na światło dnia otworzyć. Zapominając o sobie, znowu zajęła się dzieckiem, nie szczędząc mu swoich pieszczot i troskliwości. Wzięła go na kolana i zapłakała łzami, w których mieszały się: żal nad swojem życiem bezowocnem i litość nad niedolą wszystkich żyjących.
Pani Bouland, zawiadomiona, przybiegła zająć się dzieckiem. Wykąpały je, owinęły w ciepłe prześcieradło, ubrały i położyły na łóżku w tym samym pokoju stojącem, zanim przygotowaną zostanie kolebka. Pani Bouland najprzód mocno zdziwiona, widząc chłopczyka żywym, obejrzała go troskliwie i zaopinjowała, że bardzo trudno będzie go wychować, tak jest słaby i wątły. Zresztą spieszyła ona do łoża chorej Ludwiki, która jeszcze w wielkiem pozostawała niebezpieczeństwie.
Gdy Paulinka znów pozostawiona sarna, zasiadała przy dziecku — wszedł Lazar, również o cudzie zawiadomiony.
— Chodź go zobaczyć — rzekła, mocno wzruszona.
Zbliżył się, lecz drżał cały i nie mógł powstrzymać się od jakiegoś wyrzutu.
— Boże! położyłaś go na tem łóżku.
Już na progu dreszcz go przejął. Pokój ten opuszczony, był jakby żałobą przejęty. Wchodzono tu rzadko bardzo i dziwnem mu się zdawało, że widzi w nim to żywe światło, czuje to ciepło wesołe. Sprzęty jednak stały na tych samych miejscach, zegar wskazywał ciągle godzinę siódmą minut trzydzieści siedem, nikt tu się niczego nie dotknął od chwili, gdy jego matka umarła. I właśnie na tem samem łóżku, na którem ona ostatnie oddała tchnienie, widział teraz dziecię swoje maleńkie, ginące w ogromie prześcieradeł.
— Przykrość ci to sprawia? — zapytała Paulinka ze zdziwieniem.
Skinieniem głowy zaprzeczył, ale nie mógł mówić, wzruszenie głos mu tamowało. Nakoniec wyjąkał:
— Bo widzisz, myślałem o mamie... Ona odeszła i oto nowa istota, której koniec takiż sam będzie. Pocóż to na świat przychodzi.
Łkania przerwały mu mowę. Obawa i wstręt do życia wybuchały w nim na nowo po strasznem przejściu, którego był świadkiem. Przytłumić ich w sobie, ani zataić nie miał siły.
Gdy dotknął ustami pomarszczonego czoła dziecka, cofnął się szybko, gdyż zdawało mu się, że pod wargami jego miękka główka się ugina. Wobec tej istotki tak wątłej i tak słabej, jakiś wyrzut sobie czynił.
— Bądź spokojny — rzekła Paulinka, jakby dla uspokojenia go — zrobimy z niego tęgiego zucha... nic nie szkodzi, że teraz jest taki maleńki.
Patrzył na nią i w tym przewrocie, jaki się w jego sercu i umyśle odbywał, spowiedź zupełna wybiegła mu na usta.
— I znowuż tobie zawdzięczać mamy jego życie... Więc zawsze i wiecznie będę twoim dłużnikiem...
— Mnie? — odpowiedziała. — Ja zrobiłam tylko... Gestem nakazał jej milczenie.
— Czyż mnie sądzisz na tyle złym, żebym nawet nie rozumiał tego, żem ci winien wszystko?... Od chwili wejścia twego do tego domu, ciągle tylko ty ofiarą byłaś. — Nie chcę już mówić o pieniądzach, które ci wzięto, ale kochałaś mnie jeszcze wtedy, gdyś mi Ludwikę dawała... Teraz ja wiem o tem... Gdybyś ty domyślić się mogła, jak dalece ja się wstydzę gdy się na ciebie patrzę, gdy sobie przypomnę!... Tybyś nam była krew z żył swoich oddała, tyś była dobra i wesoła, nawet w dniach, w których ci serce raniłem. Ach taki tyś miała rację, niema jak dobroć i wesołość, reszta to wszystko prosta zmora.
Chciała mu przerwać, ale głośniej jeszcze mówić zaczął:
— Czyż to nie głupstwo te przeczucia, te fanfaronady, cała ta masa czarna, którą tarłem i przerabiałem przez obawę i przez próżność! Ja to uczyniłem złem życie nasze, twoje i moje i całej rodziny... Tak, ty jedna miałaś rację, ty jedna byłaś rozsądna. Istnienie staje się tak łatwem, gdy dom cały jest wesoły i gdy w tym domu żyje się jedni dla drugich!... Jeśli świat ma zginąć z nędzy, niechże przynajmniej ginie wesoło i niech sam nad sobą litość czuje.
Gwałtowność, z jaką to zdanie wygłaszał, wywołała uśmiech na jej usta; chwyciła go za ręce:
— E, co tam, uspokój się lepiej... Kiedy teraz uznajesz, że mam rację, to znaczy, żeś się poprawił i, że dalej wszystko pójdzie dobrze.
— Tak, poprawiłem się, dobrze ci mówić! Krzyczę w tej chwili, bo przychodzą takie godziny, w których się prawda przez głazy przebija, ale jutro zapadnę znowu w mój stan chorobliwy. Czyż to się można zmienić!?... Nie, wszystko nie pójdzie dalej dobrze, przeciwnie, wszystko będzie szło coraz gorzej... Ty to wiesz tak dobrze jak ja. Nic mnie tak nie rozwściekla, jak moja własna głupota.
Ona przyciągnęła go do siebie i rzekła z powagą sobie właściwą:
— Nie, nie jesteś ani głupi, ani zły, ale jesteś nieszczęśliwy. Pocałuj mnie, Lazarze.
Zamienili pocałunek wobec tego nowego człowieka, który zdawał się drzemać, i był to prawdziwie pocałunek braterski, w którym nie było nic z tej namiętności, jaka ich wczoraj jeszcze paliła.
Rozpoczynał się brzask, brzask szarawy, nadzwyczaj słodki i łagodny. Cazenove przyszedł zobaczyć dziecko i dziwił się znalazłszy je w tak dobrym stanie. Radził żeby je przenieść napowrót do pokoju naprzeciwko, gdyż jak mu się zdawało, można już było ręczyć za życie Ludwiki. Gdy malca pokazano matce, uśmiechnęła się tylko słabo, potem zamknęła oczy i ogarnął ją sen głęboki. Uchylono okno, aby odświeżyć powietrze w pokoju i rozkoszna świeżość, jakby tchnienie życia weszła od morza. Wszyscy wysunęli się po cichu na palcach, pozostawiając tylko panią Bouland.
Doktór jednak odjechał dopiero około godziny ósmej. Był bardzo głodny, Lazar i Paulinka także upadali z czczości i Weronika musiała im ugotować kawy ze śmietanką i usmażyć omlet. Na dole zastali starego Chanteau, zapomnianego przez wszystkich, śpiącego głęboko w swoim fotelu. Nic się tu z miejsca nie ruszyło, swąd tylko panował straszny od lampy, która ciągle kopciła. Paulinka zauważyła, śmiejąc się, że nakryty stół przyda się do śniadania i będzie mniej roboty. Zmiotła okruchy i przyprowadziła wszystko po trosze do porządku. Potem, gdy na kawę długo czekać przyszło, wzięli się do zimnej cielęciny, żartując sobie z przerwanego wczoraj obiadu. Teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, weseli byli jak dzieci.
— Możecie mi wierzyć, albo nie wierzyć — mówił Chanteau rozradowany... ale doprawdy spałem nie śpiący... Wściekły byłem, że nikt nie schodzi dać mi znać, co się tam dzieje, a jednak niepokój wcale mnie nie dręczył...
Radość jego zdwoiła się jeszcze, gdy we drzwiach ujrzał księdza Horteur, który mszę odprawiwszy, przybył. Stary żartował sobie z księdza wesoło.
— Czy się to tak robi, księże proboszczu... Pięknie tak zostawić ludzi samym sobie, obiecywać, nie dotrzymywać... Więc to dzieci tak się ksiądz proboszcz boi.
Jasne słońce złociło piasek podwórza, gdy nareszcie doktór Cazenowe żegnał się z niemi. Lazar i Paulinka odprowadzali go do powoziku, u stopni już zapytał jej po cichu:
— No jakże, odjeżdżasz dzisiaj?
Przez krótką chwilę milczała, wielkie myślące jej oczy podniosły się i zdawały się patrzeć w dal, w przyszłość.
— Nie — odpowiedziała — muszę jeszcze poczekać.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.