<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Sekret pana Czuryły
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1877
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Młody Woroszyło, o którym wspomniał p. Strukczaszyc, miał maleńką wiosczynę, o dwie mile, którą zwano Borki. Po ojcu wziął w niej pięć chat, a drugie pięć stryj, ksiądz proboszcz, mu odstąpił, razem dwie schedy tworzyły folwarczek, na którym się prawdziło przysłowie: — Maciek posiał, Maciek zjadł. Ale p. Adryanowi do szczęścia nie było wiele potrzeba: surowo wychowany przez stryja, nie przywiązywał zbytniej wartości do mienia, zdrowy kawałek chleba był mu wystarczającym. Dodać trzeba do tego, że p. Adryan od dwóch lat się ożenił z miłości, z panienką, która mu wniosła serce najlepsze, ręce pracowite i myśl wesołą. Mieszkali w domku, w którym trzy izdebki małe cały apartament składały, pod słomą. Naprzeciwko była kuchnia i czeladnia. W kupce postaremu tuż stały w olszynach stajnie, stodoły, szopy, chlewy, wszystko razem. W dziedzińcu całą ozdobą była sadzaweczka dla gęsi i kaczek, osadzona bzami. Za dworkiem w ogródku kilkanaście grusz siedziało i jabłoni.
Wioska przypierała prawie do dworu i stanowiła z nim taką jedność, jak owo młode państwo z wieśniakami, co w niej siedzieli. Młoda pani znała wszystkie wiejskie dzieci po imieniu, ludzie do dworu przychodzili jak do śpiżarni i apteki. Było to jeszcze patryarchalne owo gospodarstwo odwieczne, które się później tak nieszczęśliwie zmieniło. Pan Adryan nie trzymał ekonoma, bo nie miał za co, wójt ze wsi razem z nim gospodarował. Chłopi wychodzili na pańskie, ale dwór orał im i zasiewał, gdy było potrzeba. Nie było prawie przykładu sporu i gniewu. Ludzie byli i poczciwi jakoś i znośni razem, a dziedzica uważali niemal za ojca, bo z rodziną jego żyli od wieków. Wiodło się więc tu życie spokojnie, jak u Boga zapiecem, a Woroszyle dotąd chleba nie brakło. Mało miał, ale rządny był. Żona chodziła w perkalikach, on w prostym suknie, jedli krupnik i kasze, chleb razowy i wędliny domowe; z przysmakami widywali się rzadko, a śliwki suszone stały za konfiturę.
Przy łóżku p. Adryanowej stała już jedna kołyseczka, a drugiej niebawem można się było spodziewać; więc, choć sobie powtarzano: kogo Pan Bóg stworzył, tego nie umorzył — ale pan Woroszyło się zamyślał i oglądał trochę, jakby się to grosza dorobić.
Nie było to łatwem. Gospodarstwo w Borkach, choć bardzo dobrze prowadzone, nic prawie oszczędzić nie dozwalało. Rzucić je, a jąć się interesów cudzych, było to wyrzec się domu, szczęścia, spokoju, a młode małżeństwo kochało się jak para gołębi. Jedli więc chleb razowy i — patrzeli w niebo! Ksiądz proboszcz stryjaszek, nie wiele mógł im pomódz, bo sam nic nie miał, na probostwie swem nie zbierał, utrzymując, że dochody zbytnie ubogim należały. Lecz, ile razy przybył do synowca, przywoził z sobą wesołą myśl, otuchę, przypomnienie o Opatrzności i pochwały ubóstwa.
Jak św. Franciszek ks. Woroszyło ubóstwo kochał i miał je za stan błogosławiony, utrzymywał że dostatek psuje, serce zatwardza, miłości bliźniego oducza, w pychę wbija i człowieka naraża na pokusy. Nie było to u niego zachętą do próżnowania, bo życia warunkiem głosił pracę — lecz, rozumiał, iż nawet majętni do dobrowolnego ubóstwa chrześcijańskiego w obyczajach obowiązanymi byli.
W Borkach, proboszczowi wydawało się jak w raju. Bielizna była gruba ale czysta, chleb świeży choć razowy, jadło proste i zdrowe, lecz niewykwintne — a przytem śmiały się twarze i królowała tu miłość, — w izdebkach białe ściany, podłoga nie malowana, stołki i stół sosnowy, ale świeżością pachniało, i brzmiało młodą piosenką.
Misia, żona pana Adryana, była hożą i rumianą kobieciną, a z chłopaczkiem śmiejącym się na ręku — choć ją było malować. — Często gdy w polu robota była pilna, a p. Adryan odejść nie mógł, ona, tak samo jak wiejskie kobiety, niosła mu w pole obiad i dziecko, za którem więcej tęsknił niż za obiadem. Dopieroż tam była radość, gdy między kopami lub wśród snopów, ukazał się ten gość, do którego wszystkie kobiety wiejskie i dziewczęta klaskając w ręce przybiegały. Czasem się tak długo śmiano i cacano z jedynakiem, że robota na tem cierpiała — aż p. Adryan, żonę i syna pocałowawszy, musiał do domu przepędzić.
W Borkach, z gości rzadko kto bywał, oprócz proboszcza — nie chciano przerywać pracy gospodarzowi, który do zabawy czasu nie miał; w święta tylko, albo oni do rodziców żony jechali, lub się do nich kto wybrał. Z możniejszemi rodzinami znał się p. Woroszyło, lecz nie zbliżał, bo nie miał, jak one, swobody do hulanek, i wiedział, że stosunki te są kosztowne. Oboje czasem bywali u Podkomorstwa, ale tylko wtedy, gdy roboty w polu i gumnach nie było. Czuryło nawiedzał ich czasem w swoich wędrówkach po sąsiedztwie. Nie zdziwiono się więc, gdy jednego dnia konno u wrót się zjawił i zapytał stojącej u studni dziewczyny: jest pan w domu?
A był p. Adryan przy pługach, które niedaleko orały; zamiast więc nudzić gospodynię, ruszył Czuryło przez pola do oraczy.
— Aż mi się za panem stęskniło — zawołał zbliżając się do Woroszyły. Nie będę ci zawadzał, bo jadę dalej, przyjechałem tylko dowiedzieć się czyście zdrowi? co u was słychać?
— Bogu dzięki! Bogu dzięki! — rzekł wesoło młody gospodarz, rękę podając; żona zdrowa, chłopak już parę słów bąka, na polach nienajgorzej, za wszystko Boga chwalimy.
— Aż miło — dodał Czuryło — bo drudzy, co stękają, tę tylko mają korzyść z tego, że ludziom i sobie są nieznośni.
— Patrząc na poczciwą waszą pracę, p. Adryanie, ja tylko jednej rzeczy żałuję, że Pan Bóg nie dał szerszego pola. Szkoda was na te małe Borki.
— No — kiedy dużych niema! — rozśmiał się pan Adryan.
— Hm, wiecie — rzekł Czuryło — Pan Bóg chłopca jednego dał, tylko co drugiego nie widać — wartoby pomyśleć żeby i dla nich, choć po takich Borkach zostawić. Trzebaby się rozpatrzeć w świecie.
Woroszyło słuchał, a Strukczaszyc powoli zsiadł z konia. Siedli na kamieniu na miedzy, pod gruszą.
— Mnie jedna myśl przychodzi — mówił Czuryło powoli. Pewnieście słyszeli o księciu i o jego córce Wojewodzinie, która oto właśnie do rezydencyi zjechała. Była ona u Podkomorstwa, bo to pokrewieństwo; skarżyła się strasznie na utrapione interesa. — Jej potrzebaby pracowitego, obrotnego człowieka, żeby ją z biedy wyprowadził. Nikogo nie widzę do tego, prócz was, panie Adryanie.
— A! zlituj się, Strukczaszycu — a toż-to tam chaos słyszę i długów bez miary! Kołłupajło mi mówił.
— Co? Słuchacie Kołłupajły! On-by rad, aby wszystko runęło, i żeby sam z zastawy z małą dopłatą na dziedzictwo przeszedł. Ja wam mówię, że ratować można. W Borkach gospodarstwo przez toby nie upadło — a wybyście, conajmniej, drugich dziesięciu chat dorobili się w krótkim czasie.
— Ale to marzenia poczciwego serca waszego! uśmiechnął się Adryan. Gdzie to tam o tem mówić?
— Wcale ja nie marzę i nie śnię — rzekł Czuryło. Wojewodzina prosiła, aby jej człowieka nastręczono. Podkomorzy może was zalecić.
— Rady nie dam.
— Dacie — zawołał Strukczaszyc — ja wam powiadam, że dacie. Nie święci garnki lepią — ja też się znam trochę i na prawie i na interesach, będę wam ochotną pomocą.
— Mój dobrodzieju — serdecznie ci za myśl dziękuję — rzekł Woroszyło, ale z tego, co wiem, zdaje mi się, że my we dwóch nawet tego ciężarubyśmy nie dźwignęli. Znam dobrze Hałandzicza, mówiłem z nim nieraz. Dobra są ogromnie odłużone, nieboszczyk był utracyusz, a córka pono nie lepsza. Aby dać rady, potrzebaby najprzód pieniędzy, a tych — zkąd wziąść? Czuryło się zadumał.
— Waćpan jesteś zacny człek — i, mogę z nim mówić otwarcie. Ja wam dobrze życzę. Potrzeba będzie pieniędzy — znajdę takiego, co da — z jednym tylko warunkiem, ażeby nikt nie wiedział: zkąd grosz płynie.
Słysząc to Woroszyło, zdziwione podniósł nań oczy.
— Cóż? zkąd? jak? chyba stary Podkomorzy? — zapytał.
— Tego ja nie mogę powiedzieć? może stary Podkomorzy, ale to musi być sekret.
— Słuchaj mnie jeszcze — dodał — o tem nawet Podkomorzemu ani piśnij! Rzecz moja — dosyć, że ja ci pieniędzy dostanę i dam. — Chcę, ażebyś się waćpan do tego wziął, bo mu wierzę i ufam i życzę dobrze! Namawiam na to, proszę. Okazya się zdarza jedyna.
Zdumiony wielce tą natarczywością Adryan, siedział na kamieniu niewiedząc co już mówić.
— Dajcie mi się namyśleć — rzekł: — Wojewodziny nie znam — to, słyszę, baba waryatka.
— Samowolna może, wielka pani, popsuta — a no — niedola ją ściga całe życie, może przyjść do opamiętania. Nie sądzę, żeby się tam było czego obawiać. Będziesz jej zbawcą — musi ci być wdzięczna.
— Tak, a wszyscy wierzyciele i zastawnicy, ilu ich jest, — tylu sobie zrobię nieprzyjaciół — dodał p. Adryan — po co mi to?
— Wierzyciele cię w ręce całować będą, bo inaczej groszaby nie widzieli — rzekł Czuryło, znasz mnie — spodziewam się, że mi wierzysz, namawiam cię — zachęcam, proszę, stoję za tobą i przy tobie. Tylko — o mnie nigdzie i nikomu, ani słowa — to warunek. Teraz — masz wóz czy przewóz; dwa dni do namysłu, trzeciego przyjadę — powiesz tak lub nie — jak ci się podoba.
To mówiąc wstał z kamienia Czuryło i dodał:
— Trochę głębiej każ orać — nie zawadzi — do zobaczenia.
Siadł na konia, i nim zdziwiony i poruszony Woroszyło, czas miał odpowiedzieć, miedzą już pokłusował do gościńca...
Nie bardzo tego dnia dobrze pilnował orki gospodarz, bo miał głowę pełną tego, co mu w nią rzucił Czuryło. Wprawdzie do wieczora przetrwał w polu, lecz do domu wróciwszy, gdzie żona z wieczerzą czekała, — niemając dla niej tajemnic nigdy, wyspowiadał się zaraz swej Misi, z tego, co mu mówił Czuryło.
Wiedziała ona, że Strukczaszyc był tego dnia, bo go u bramy widziała — zdziwiła się zaś mocno i temu, co przywiózł, i naleganiu i warunkom. Uśmiechało się jej dokupienie kawałka ziemi do Borków; ale jakże ono drogo miało kosztować! Mąż musiałby ciągle być za domem, gryźć się i kłopotać, nieprzyjaciół sobie robić, ją zaniedbać. Szczęście, którego używali, byłoby zatrute. Z drugiej strony, przyszłość dzieci... Mówiąc o tem do późnej nocy, oboje posmutnieli jakoś. Czuli, że byłby to przełom w ich życiu — i że szczęśliwe chwile spokojne z pod strzechyby uleciały.
Nazajutrz mówili znowu, i cały dzień niemal zszedł na rozważaniu — co lepiej; wkońcu p. Adryan postanowił o radę udać się do proboszcza.
Siadł na koń i ruszył. Zastać go w domu wcale łatwo nie było — tego dnia jakoś trafiło się, że dzieci na katechizm zwołał, i nie ruszał się nigdzie. Adryan mu wytłómaczył i powtórzył wszystko. Zamyślił się proboszcz, długo nie mówił nic, potem zasmucił, widać było, że sam dobrze nie wiedział, co radzić synowcowi, wkońcu rzekł:
— Czuryłę znam dobrze, lepiej niż inni, gdyby ci to kto inny proponował, bez namysłu-bym rzekł: odrzuć, — jeżeli on z tobą być przyrzeka, ufam że złego się nic nie stanie. Człek rozumny i stateczny.
Ja nic nie mam przeciw temu, ty, pomódl się, westchnij do Ducha Świętego i uczyń jak on natchnie.
Rozmawiali długo, i Adryan do domu wrócił, po drodze sobie już powiadając: sprobuję szczęścia.
Gdy o tem żonie oznajmił zapowrotem, spłakała się Misia — uściskała, nie powiedziała nic!
Na dzień oznaczony przybył Czuryło, niespokojny i jakby rozgorączkowany. Czekano go we dworze, ale Misia nie chciała wyjść do niego; zdaje się, że żal czuła o to, iż jej męża odbierał.
— No — a zatem co będzie?
W milczeniu rękę mu podał młody Woroszyło.
— Rób zemną co chcesz — rzekł — a no — pamiętaj, drogi panie, ja się na was spuszczam; wam tylko będę posłuszny.
— Bądź spokojny — odparł Czuryło z powagą — nawet gdybym umarł, nie będziesz w kłopocie — da się na to rady. Warunek tylko jeden — o mnie nikomu ani słowa — ja muszę pozostać niewidzialnym. Bez tego nic.
Krótko się porozumieli dnia tego. Strukczaszyc wódki się napił, chlebem z solą zakąsił, i z powrotem odjechał.
Przez parę dni w Borkach na wiadomość oczekiwano; nie było żadnej. Już p. Adryan myślał, że się to wszystko rozchwieje — gdy list przywieziono od Podkomorzego, zapraszający go na obiad na jutro.
W dworku Woroszyły wyjazd na obiad, do Kurzeliszek nawet, był — wypadkiem. Żona musiała pomyśleć o przystrojeniu męża, który w domu poprostu się nosił. Prasowano więc bieliznę, dobyto suknie z kufra, rękawiczki musiały być uprane, tysiąc drobnych rzeczy. Na pokrycie kałamażki czemś lepszem niż zwykły kilimek podarty, zdjęto kobierczyk z łóżka. Uprząż trzeba było wysmarować, aby się niezbyt zużytą wydawała. Cały dzień trwały przygotowania. Odjeżdżającego krzyżem świętym przeżegnała Misia; na płacz się jej zbierało.
— Otóż się już zaczyna! — szeptała do siebie.
O kilka staj od Kurzeliszek na gościńcu spotkał p. Adryan Czuryłe, i zsiadł do niego z bryczki.
— Podkomorzy waćpanu zaproponuje — rzekł — proszę-ż o mnie jak najmniej lub nic nie mówić. Da ci list polecający, albo i p. Szczepana z wami wyprawi. Co się tyczy pieniędzy, bądź spokojny — dam ile będzie potrzeba. Tylko śmiało.
Nim do dworu doszli, Czuryło bokiem zwrócił się do oficyny, a Adryan zajechał sam przed ganek. Tu stał Jarmużka — znać mu kazano czatować — i poprowadził do starego pana.
Podkomorzego znamy już, — dawnego autoramentu człowiek, w życiu miał pewne formy, od których nie ustępował nigdy. Szanował każdego szlachcica, lękał się drasnąć, a do interesu nigdy nie przystępował z obcymi wprost — objeżdżał do koła, przygotowywał, probował, insynuował, naprowadzał, i dopiero gdy pewien był gruntu, rzucał nasienie. Teraz też, poczęło się najprzód od ubolewania, że od takdawna sąsiada nie widział — od zapytań o gospodarstwo, o zdrowie, urodzaje, zasiewy. Rozmowa niemal sama przez się zeszła na Wojewodzinę, na zmarłego księcia, wspomniano o Kołłupajle, o długach; i tak nieznacznie, grzecznie, delikatnie znalazł się p. Adryan wobec propozycyi, do której już wprzódy był przygotowanym. Rezydent się nie ukazał, aż przed samym obiadem, gdy już Woroszyło oświadczył się skromnie, że, jakkolwiek nie ufa swym siłom, — rozkazom jednak Podkomorzego będzie posłuszny, spodziewając się, iż mu światłej swej nie odmówi rady, i t. d.
U obiadu mowy o sprawie tej nie było, ale wnet po nim p. Szczepan z Woroszyłą przeszli znów do starego; tu się obszerniej rozgadano i postanowiono, że nazajutrz pojadą do Wojewodziny.
Czuryło wczasie tych pertraktacyj, trzymał się milcząco, obojętnie, neutralnie, jakgdyby go to wcale lub małoco obchodziło — unikając mieszania się nawet do rozmowy. Niktby go, zdala patrzący, posądzić nawet nie mógł, że był sprężyną wszystkiego.
Wojewodzina obiecanego zbawcę przyjęła z wielką radością i zwykłą otwartością swoją.
— Interesów nic nie rozumiem, jestem stara kapryśnica — bez pieniędzy obejść się nie mogę. — Rób pan co chcesz, ale ratuj mnie, a nieskończenie wdzięczną mu będę.
Woroszyło, zachęcony tą otwartością, ośmielił się też odezwać:
— Ja pani proszę o jedno tylko, ażebyś raczyła wszystkich petentów odsyłać do mnie i sama już, zdawszy się na swego sługę, nie mięszała się do niczego. Będą się pani skarżyć może na mnie, odwoływać do niej.....
— Zamknę drzwi — odparła Wojewodzina — zatknę uszy, będę posłuszną. Zresztą, ja myślę polować, jeździć; w domu mnie rzadko kto zastanie.
Tegoż dnia wszystkie papiery kazano zdać nowemu pełnomocnikowi, który jaknajobszerniejszą otrzymał plenipotencyą. Przelękniony Hałandzicz przybiegł do niego z poufną przyjacielską radą, aby ręki w gniazdo osie nie sadzał; lecz Woroszyło z zimną krwią mu odpowiedział, że już się cofnąć nie mógł.
Poszła tedy wieść po sąsiedztwie, iż pan Adryan otrzymał plenipotencyą. Spokojne Borki do niepoznania się zmieniły. Wrot już zamykać nie było można, bo odrana do wieczora nadciągały kałamażki, wózki, wozy, konie, bryczki. Wszyscy wpadali z lamentami, groźbami, narzekaniami, hałasem; i nieszczęśliwa Misia, słuchając zdala tego gwaru, ręce łamała z rozpaczy nad utrapieniem mężowskiem.
Obiecywała też sobie przy pierwszej zręczności wpaść zgóry na Czuryłę i wyłajać go nawet za to utrapienie, które na nich ściągnął.
Kołłupajło z innymi zastawnikami, umówiwszy się wprzódy, a wiedząc iż pieniędzy w kassie nie było, formalny szturm przypuścili — o wykupno, lub dopłaty. Ci, co mieli obligi oddawna płatne, grozili procesami i subhastacyą.
W pierwszych dniach Woroszyło cierpliwie spisywał tylko pretensye, z krwią zimną odpowiadając wszystkim, iż długi zlikwidowane i opłacone zostaną.
Późnemi wieczorami, gdy się natrętni owi goście porozjeżdżali, przybywał potajemnie Czuryło. Najczęściej, ażeby nie być widzianym, wywoływał gospodarza do sadzawki w podwórzu; i tym sposobem nawet go Misia zbuzować nie mogła, bo go nie schwytała.
Niedosyć na tej biedzie z wierzycielami mnogimi, wprędce bardzo powołano Woroszyłę do Wojewodziny — która już nie miała więcej nad kilkadziesiąt dukatów.
Gdy nadjechał, wyszła do niego, na ręku niosąc tę garstkę złota i rzekła mu:
— Widzisz pan — to mój cały majątek a ja pieniędzy potrzebuję i żyć bez nich nie mogę. Musisz mi pan dać pieniędzy.
— Jutro — rzekł kłaniając się p. Adryan.
Wojewodzina zadziwiła się mocno.
— Proszę pana — rzekła — wiem od Hałandzicza że w kassie nic nie było, że od nikogo wpłynąć nie mogły, że nawet pan już kilku nudziarzy opłaciłeś, ale, zkąd-że pan bierzesz pieniądze?
— Wszak mi pani słowo dała nie mieszać się do interesów — zapytał uśmiechając się Woroszyło.
— Prawda, ale — pan chyba jesteś czarnoksiężnikiem?
— Wszystko się to później wyjaśni, bez szkody dla pani — rzekł nowy pełnomocnik. Ja mam kapitalistów, co mi dostarczą pieniędzy, to moja rzecz. Wojewodzina się uśmiechnęła:
— Nie pytam, gdy niewolno — ale niepospolicie jestem ciekawą. Więc mogę rachować na to, że mnie pan zasilisz?
— Jutro — powtórzył Woroszyło.
— I nie będę potrzebowała ani zastawiać moich klejnotów, ani się pozbywać majątków?
— Obejdziemy się bez tego.
— Pan jesteś cudowny człowiek — dodała Wojewodzina — nie rozumiem, ale uwielbiam.
Tegoż dnia pojechała do Podkomorstwa, cała rozpromieniona. — Stary p. Kazimierz kazał się do niej wyprowadzić, bo był zawsze ciekawy tego „Heroda.“
Gdy od pierwszych słów poczęła mu dziękować za plenipotenta, Podkomorzy, który o jego czynnościach wcale nie wiedział, a znał jego ubożuchne położenie, zdumiał się tak, że zamilknąć musiał. Nie mieściło mu się to w głowie.
Chwaliła się nim Wojewodzina — to nic jeszcze, lecz nazajutrz wpadł Kołłupajło zły i kwaśny jak ocet.
— Przybyłem ja podziękować, jaśnie wielmożnemu Podkomorzemu! a godzi się to nas biednych tak rugować i pędzić! Wojewodzina bezdzietna, co jej po majątku, szlachta-by się była zapomogła, bez krzywdy niczyjej — a oto nas pędzą precz z zastawów.
Wiedzieliśmy, że pieniędzy nie mają, bośmy się o wykupy prosili — a tu, ni przypiął ni przyłatał, jak piorun z jasnego nieba, i pieniądze nam kładą na stół! Ot, jakeśmy wyszli z łaski Podkomorzego!
— Zlituj się, człecze! dlaczego z mojej łaski! Co ci w głowie?
— A któż pieniędzy dał? — niby to my nie wiemy? Któż tu ma pieniądze? Wojewodzina przyjechała, to wiem pod przysięgą od Hałandzicza z pięćdziesiątą czątych, a tu sypią dukatami jak plewą. Wykupili mnie i jeszcze do kalkulacyi ciągną — żeby świata nie oglądali! — Zapłacili Jerzykiewiczowi.
Podkomorzy aż się rozsierdził i palnął się w piersi z całej siły.
— Słuchaj Kołłupajło — krzyknął, aż Jarmużka się w progu pokazał. Słuchaj — nie bądź, czego nie powiem. Klnę ci się na rany Pańskie, ja jej grosza nie dałem, albo ja głupi!
Kołłupajło niedowierzająco głową potrząsał, lecz po uroczystej przysiędze, już mu nic innego nie pozostawało, jeno żale rozwodzić okrutne i kląć na czem świat stoi, że go podstępnie z mańki zażyto.
Nadzwyczajnie się tem Podkomorzy poruszył, i zaraz po odjeździe szlachcica, pchnął posłańca do Woroszyły. Nie mógł pojąć zkąd się pieniądze wzięły. Zawołano Czuryłę i przed niego najprzód wytoczyła się sprawa.
Strukczaszyc absolutnie nic o niczem nie wiedział. Jakoś mu potem wypadła przechadzka ku gościńcowi, gdzie się znowu spotkał z Woroszyłą. Długo mówili z sobą, i pełnomocnik Wojewodziny stawił się przed Podkomorzym. Obaczywszy go stary, ręce wyciągnął.
— Oto mrę z niecierpliwości, żeby się z wami rozgadać! Zewsząd mi w uszy kładą, że cudów dokazujesz. Wykupiłeś Kołłupajłę, a ten mnie mało nie zjadł, posądzając, że ja dałem pieniądze. Zkądże te pieniądze wziąłeś dla niego i dla Jerzykiewicza?
Woroszyło tarł czuprynę.
— Zachciał pan Podkomorzy — rzekł — ja mam mój system ekwilibryczny.
— Jak! jak! jaki — podchwycił stary.
— Ekwilibryczny — mówił wesoło Woroszyło — u jednego biorę a drugiemu oddaję i tak dalej.
— Ale któż ci daje? kto?
— Tego nie mogę powiedzieć, bom dał słowo. Pożyczam gdzie mogę. Gdy kilku spłacę reszta się uspokoi, a ze spokojnymi sprawa łatwiejsza.
— System... ekwi-li-bryczny! Daj go katu! — powtórzył p. Podkomorzy — ekwi-li-bryczny! Nigdym się takiego polityka w waćpanu nie spodziewał.... Anim się domyślał tej zgrabności. Waćpana do naszego ministerstwa za podskarbiego wziąć powinni. Zaspakajałbyś dług hollenderski — pożyczając u Prusaka, a Prusaka — biorąc u Hollendrów. System ekwi-li-bryczny, a to mi, chwat!
Śmiał się Woroszyło, począł się śmiać i stary, uwierzył czy nie, ale że się więcej dowiedzieć nie mógł, na wszystkie strony obracając Woroszyłę, musiał na systemie ekwilibrycznym poprzestać.
Wieczorem późno zjawił się Czuryło i musiał słuchać opowiadania starego, który mu rozmowę z plenipotentem powtórzył. Ciekawie bardzo dowiadywał się o wszystko.
— Widzi p. Podkomorzy — dodał — a nie miałem ja racyi ręczyć za niego! To sprytny chłopak, jak ogień, okrutnie obrotny i ma swe stosunki w obywatelstwie!
— Nigdym się tego po nim nie spodziewał — dobił Podkomorzy.
— A ja zupełną w nim miałem ufność, bo go znam dawno.
Z ukosa, dziwnie staruszek na rezydenta popatrzył; kto wie: jakie mu myśli mogły przychodzić do głowy.
Służba Wojewodziny była bardzo liczna. Kobieta samowolna i dziwaczna, miała szczególne upodobania w ludziach, i przywiązywała się często do takich, którzy najmniej może na to zasługiwali. Jednakże wśród tego dworu, którego połowa niczem się nie zajmowała i darmo chleb jadła, było też dosyć ludzi dla pamięci ojca i przez wdzięczność za długie, wierne służby, utrzymywanych. Między innymi, nigdy w podróżach wszystkich nie opuszczał swej pani stary, krzepki dosyć jeszcze kamerdyner Wałowicz. Ten, jak powiadał, na ręku ją niegdyś nosił — przywiązany był do niej nadzwyczajnie, wszystko, co robiła, tłómaczył i uniewinniał — wielbił ją — i utyskiwał tylko, że była na świecie najnieszczęśliwszą kobietą. Wałowicz świadkiem był całego życia, wszystkich przejść Wojewodziny, począwszy od pierwszego jej małżeństwa, do ostatniego. O ile bronił swej pani, o tyle, z respektem wszakże narzekał na ojca. Niegdyś mówiąc o nim, wyrażał się: — Odpowie przed Panem Bogiem — teraz po zgonie — szeptał — niech mu Bóg nie pamięta.
Wojewoda też, mąż teraźniejszy, nie miał łaski u niego. Po co się jemu było z nią żenić? po co? — mówił gniewnie — temu staremu grzybowi. Powinien był słuchać syna, co mu po nogach pełzał, aby tego nie czynił, a jeśli teraz biedę ma i skowyczy — dobrze mu tak! Po co się stary żenił? po co?
Jadąc na wieś, jak zwykle, bez Wałowicza nie obeszła się Wojewodzina; on trzymał kassę, on obraniał ją od napaści, choć najczęściej kończyło się na tem, gdy Wojewodzina nalegała mocno, że jej nietylko grosz, jaki mu powierzono, ale i swój własny oddawał.
— To nieszczęśliwa kobieta, trudno się jej sprzeciwić — mówił — tyle jej pociechy w życiu, że tam się tym groszem pobawi.
Stary kamerdyner miał wielką swobodę i nawzajem, gdy on czego żądał, Wojewodzina mu nie umiała odmówić. Choć do posługi się wcale nie zdał, niekiedy narzucał się pani i towarzyszył jej przez ciekawość, gdzie mu się podobało. Jedną razą zachciało mu się jechać do Kurzeliszek.
— Niechże ja też tych poczciwych ludzi zobaczę — rzekł — ta-to przecie oni jedni co Boga w sercu mają, i nad panią się ulitowali. Niech-że się im pokłonię.
Odmówić tej fantazyi starego Wałowicza niemogąc, rozśmiała się Wojewodzina i poklepawszy go po ramieniu, odezwała się: — No — to jedź.
Stary się wystroił pięknie, włożył dwa zegarki, pończochy i trzewiki z klamrami ogromnemi, i na kozioł się wdrapawszy, pojechał. W Kurzeliszkach nie miał co robić, a ciekawy był, poszedł więc do ogrodu, bo wszędzie wszystko widzieć musiał.
Traf chciał, że na końcu alei właśnie, mając wyjść już z ogrodu, natchnął się na niego — Czuryło! Wałowicz zrazu obojętnie na niego spojrzawszy, potem się aż rzucił niespokojnie, jakgdyby go chciał zaczepić, pochwycić, czy spytać o coś — lecz Czuryło zaledwie go spostrzegł, odwrócił głowę i zniknął.
Jakie minut dziesięć stał wryty w miejscu stary kamerdyner, z twarzą zmienioną, wylękłą niemal, jakby upiora zobaczył.
Jeszcze stał tak, gdy mu się nawinął ogrodniczek.
— Słuchaj-no — przyjacielu — odezwał się, dobywając parę groszy — widziałeś tego jegomości, co tędy przechodził — kto to taki jest? nie wiesz?
Rozśmiał się ogrodniczek.
— A! jakże, proszę pana-bym nie wiedział — toż — Czuryło.
— Czuryło! jesteś pewny, że Czuryło? — spytał zdziwiony Wałowicz.
— A! juścić, toć on u nas lat nie wiem wiele, ja jeszcze gęsi pasłem, gdy on tu już był. Podkomorzy go bardzo lubi. I to — dobry człowiek. Dobry, a pan go zna?
— Ja? a zkąd-że? Czuryło? — powtarzał Wałowicz.
Ogrodniczek stał długo i śmiał się z tego nieznajomego, który mógł niewiedzieć o Czuryle. Zdawało mu się to dziwacznem. Naokół cały świat znał Czuryłę!
Wałowicz powróciwszy z ogrodu, siadł w ganku zadumany. Tu mu wyniesiono lampkę wina, którą się pokrzepił. — Humoru mu jednak nie poprawiła. Wrócił do domu zadumany wielce i frasobliwy.
Wieczorem późno, gdy Wojewodzina siedziała w gabinecie zmęczona i znudzona — wszedł Wałowicz, którego twarz, znającej go dobrze pani, oznajmiła, że coś miał ważnego do powiedzenia.
— Cóż tam, mój Jerzy? z czemś przychodzisz! — spytała.
— E! nic — rzekł kamerdyner — nic.
— Coś jest przecie.
— Mała rzecz.
Chrząknął. — Jak pani kiedy będzie znowu u Podkomorstwa — proszę zapytać: co-to oni za rezydenta tam mają?
— Jakiego rezydenta? nie widziałam tam żadnego.
— A ja widziałem — rzekł stary. Zbliżył się do stołu.
— Tak mi Boże dopomóż — choć zestarzał — a no-bym przysiągł, że — Piatnicki.
Nazwisko wymówił pocichu, Wojewodzina zerwała się z kanapy, oczy jej dziko zaświeciły.
— Co pleciesz! to być nie może! nie może!
— No — to mi się przywidziało — odparł Wałowicz.
Wojewodzina po chwili padła na kanapę i kazała sobie opowiedzieć spotkanie. Kamerdyner był posłuszny. Gdy skończył — Wojewodzina spuściła głowę i milczeniem dała ma poznać, by odszedł.
Niecierpliwa i nieznosząca żadnej przeszkody w tem, czego pragnęła, Wojewodzina chciała wyjaśnić natychmiast wątpliwość — i do trzeciego dnia nie wytrzymawszy, pod pozorem powrotu z polowania, konno, ze strzelbą na plecach, zjawiła się w Kurzeliszkach. Ten niezwyczajny strój, przybór i orszak, który miała z sobą, naprzód z całej wsi ludność wywołał. Tłumy biegły, aby się zręcznej i śmiałej amazonce przypatrzeć. Gdy stanęła przed gankiem, p. Szczepanowa nawet wyszła podziwiać ją. Dano znać staremu Podkomorzemu, ale ten ciekawego widowiska nie mógł być świadkiem. Przybył gdy Wojewodzina siedziała już na kanapie, a maleńką jej i wielce elegancką fuzyjkę p. Szczepan oglądał z ciekawością. Było-to arcydzieło w swojem rodzaju; strojna jak cacko, wysadzana, rzeźbiona, leciuchna, a biła kulą o kilkaset kroków.
Wojewodzina, jak zawsze, siedziała z głową zwieszoną, smutna i jakby zmęczona, poglądając dokoła z roztargnieniem. Przywitała starego uśmiechem trochę żywszym i poczęła z nim rozmowę. Podkomorzy mówił, patrzał na strój i fuzyjkę z podziwieniem, na właścicielkę obojga z tłumioną grozą. — Kobieta konno i zbrojno wydawała mu się czemś niemal grzesznem i bezbożnem, nawykł kobiety wszystkie był widzieć u krosien i kolebek, posłuszne i ciche. Ta żyła dla siebie i sama w sobie. W jego oczach był to buntowniczy powój, który pozwolił sobie na drzewo wyrosnąć.
W chwili gdy p. Szczepan był się na bok trochę usunął, a żona jego wyszła zająć się podwieczorkiem, Wojewodzina wygodnie podparta na kanapie, nagle spojrzała na starego, jakby go wzrokiem chciała wybadać do głębi, i zagadnęła go:
— Co to pan masz za rezydenta u siebie? nie jest to niejaki Piatnicki?
Podkomorzego, już po raz drugi usłyszane imię to, zaaplikowane do Czuryły, niezmiernie uderzyło — na chwilę zmilkł z podziwienia.
— Nie znam żadnego Piatnickiego — rzekł — nigdy u mnie żaden Piatnicki nie był. Siedzi u mnie niejaki Czuryło — innego rezydenta nie mam.
— Dziwna rzecz — dodała Wojewodzina, mojemu staremu kamerdynerowi zdało się, że go poznał.
Stary ruszył ramionami i w duchu tylko pomyślał:
— A to osobliwsza rzecz z tym jakimś Piatnickim! niepojęta.
Przybyła pani nie nalegała, zadumana, sparła się na ręku i jakiś czas pogrążona w myślach pozostała z oczyma w okno wlepionemi.
Że p. Szczepan był trochę myśliwy, zaczęła się potem rozmowa o polowaniu. Przybyła pani napiła się kawy, siadła na koń i pokłusowała; Podkomorzy patrząc na nią przez okno, żegnał się, jakby odganiał precz siłę nieczystą.
Mniej go jednak może widok ten niezwyczajny poruszył, niż powtórne już wspomnienie owego Piatnickiego. Rodziło się w nim podejrzenie, iż to jednak bez podstawy być nie mogło. Ludzie sobie nieznani, którzy się godzili na to, że w Czuryle kogoś innego widzieć chcieli — to dawało do myślenia. Nie mógł się stary uspokoić w żaden sposób, i oczekiwał tylko na przybycie rezydenta, ażeby go o to pozwać i rozmówić się z nim otwarcie. Rozmaite tajemnice otaczały tego zagadkowego człowieka, który mógł nie być tym, za kogo się sprzedawał. Przychodziło na myśl i to staremu, co mu wyjawił proboszcz. Rodziły się podejrzenia, i z tego że się tak dziwnie jął zabiegać około interesów Wojewodziny.
Staruszek modlić się nie mógł, rozpoczynał koronkę coraz nanowo, niepokoił się — czekając na godzinę, o której zwykł był przychodzić Czuryło.
Właśnie, jak na złość, przypóźnił się dnia tego, i nierychło pokazał się w progu ze swem: — Dobry wieczór.
— Gdzieżeś to bywał?.... a no już godzina spóźniona — rzekł do wchodzącego Podkomorzy.
— A no — wiem, alem się po lesie trochę włóczył, i zadaleko zabiwszy się, ledwie teraz powróciłem.
Niepodobna było przyjść do tłómaczenia odrazu; stary potrzebował naprowadzić rozmowę zwolna, i — choć się niecierpliwił, gwoli obyczajowi i przyzwoitości, kołował długo. — Czuryło też był dosyć dnia tego milczący.
— Myśmy przecież, kochany Strukczaszycu, odezwał się nareszcie — przeżyli z sobą, możemy powiedzieć, kopę lat, zjedliśmy niejedną beczkę soli — no — i ja, stary twój przyjaciel, nie zasłużyłem sobie na zaufanie. Wiesz, że to mnie boli.
— Jakto? w czem? zlituj się pan? — podchwycił, jakby przestraszony Strukczaszyc, zbliżając się do niego.
— Gadaj sobie asindziej co chcesz — ciągnął dalej staruszek — waćpan dla mnie masz tajemnice — nie jesteś tak zemną jakby ze starym, wypróbowanym przyjacielem być należało.
— Ale w czemże? w czem? nalegał Czuryło, ręce łamiąc.
— Taisz się z wielą rzeczami — bodaj nawet z procedencyą własną, — odważył się nareszcie wypowiedzieć Podkomorzy. — Cóż to ma znaczyć, że już oto drugi głos słyszę, który waćpana mianuje jakimś Piatnickim?
— Kto? kto? — zakrzyknął Czuryło, który się cofnął ręce rozkrzyżowawszy.
— A no — kamerdyner Wojewodziny, powiada, że w was poznał jakiegoś Piatnickiego — i Wojewodzina mnie dziś o to pytała?
Czuryło pobladł, czego o mroku nie postrzegł stary pan.
— Wojewodzina pytała? — powtórzył.
— Ale tak — słowo daję — Obstupui. Zubko już raz o tych Piatnickich prawił. Cóż to znaczy? co to ma znaczyć?
Czuryło stał milczący, z głową zwieszoną na piersi — Podkomorzy odchrząkiwał, budząc go do odpowiedzi — namyślał się długo.
— Cóż ja mam na to powiedzieć, — rzekł wreszcie głosem zniżonym i zmienionym, który, zdawało się, wychodzi gdzieś z głębin jakichś, tak był głuchy i słaby — co ja mam na to powiedzieć, że się tam komu podoba we mnie jakieś widmo upatrywać?
— Ale przecie to rzecz extra-ordynaryjna, gdy się dwie osoby godzą? — podchwycił p. Kazimierz.
— A tak! extra-ordynaryjna — mówił ciągle cicho, w szyderski ton przechodząc powoli, Czuryło — w istocie, gdy ci dwóch powie, żeś pijany — idź spać. Więc i mnie nie pozostaje być nikim innym tylko jakimś Piatnickim? hm? tak pan znajduje?
Mowa Czuryły była tak dziwną i niezwyczajną, że się Podkomorzy uląkł i chciał naprawić co popsuł.
— Ale wyexplikuj-że mi to waszeć? — rzekł — ja pytam.
— A cóż tu explikować? — podchwycił rezydent wzdychając — trzeba się zdać na wolę Bozką, która człowieka ztąd chce wypędzić — i w świat ruszać.
— Co znowu! cóż zaś! — wykrzyknął Podkomorzy — co ci w głowie Czuryło? oszalałeś czy co?
Rezydent ani słowa nie odpowiedział, stał niepodnosząc nawet wzroku.
— Ja przecie nie chciałem ci przykrości uczynić! tak mi Boże dopomóż! Trudno-ż taić się, nie spytać nawet! Cóż ty dziecko jesteś czy co? mnie, starego masz za jakiegoś dziwaka.
Czuryło zbliżył się wolnym krokiem do niego, z oczyma załzawionemi, i milcząc począł go ściskać, a ze łkaniem prawie przemówił:
— Wierz mi pan! że ja jego dobroć i łaskę dla mnie długoletnią, szacować i wdzięcznym za nią być umiem — wierz mi pan! Nieznając mnie przyjąłeś, dałeś przytułek, co więcej — sercaś mi dał trochę. Przywiązałem się do was jak do rodziny, byliście mi rodziną, niech Bóg płaci! niech Najwyższy zsyła na was za to swe błogosławieństwa. I cisnął starego w objęciach, a popłakali się oba. Podkomorzy przekonanym był, iż na tem się już wszystko skończyło, mruczał coś, nieśmiejąc wrócić do pierwszego przedmiotu. Dano znać do wieczerzy i rezydent otarłszy starannie oczy, uspokoiwszy się, przybrawszy powszednią swą postać i twarz, poszedł zwolna do stołu. Tu cały czas mowa była o Wojewodzinie, słuchał więc tylko, nie przerywając. Pani Szczepanowa zauważyła, że był smutny i pogrążony w sobie. Zapytano go co mu jest, przyznał się, że był nie bardzo zdrów. Pan Szczepan śmiejąc się, radził mu trochę spoczynku, i przypomniał, że w starszych latach takie ciągłe jeżdżenie konno, długie przechadzki, niezawsze służą — życzył wyleżeć się, wydychać.... nie tak bardzo ruszać z domu.
Po wieczerzy, poszedł Czuryło dać jeszcze dobranoc staremu, i prędzej niż zwykle do swej oficyny powrócił.
Drugiego dnia, mimo wczorajszego niezdrowia, wyjechał zrana do Borków, a powracając wstąpił do proboszcza, gdzie dopóźna zabawił. Gdy do dworu przyjechał, Podkomorzy w łóżku już leżał i nie szedł nawet do niego. Jarmużka tylko, wedle dyspozycyi, dał znać panu, że Strukczaszyc nareszcie przybył. Ludzie uważali, jak mówili później, że w oficynie się świeciło bardzo długo. Na brzask się zbierało, gdy niosąc swe juki w ręku, co stróże widzieli wartujący przy dworze, wyszedł Czuryło z oficyny, udał się do stajni, konia sobie osiodłał, przytroczył do siodła zawiniątka, i cicho z podwórza wyruszył. Lecz, że to się nie jeden raz trafiało — nikt się temu nie dziwował. Rano, gdy na Jarmużkę zawołał Podkomorzy, aby okienice otwierał, razem mu dał dyspozycyą, żeby Czuryłę do niego prosił.
W dobry kwadrans powrócił chłopiec, kręcąc palce i wyłamując je, co zawsze zwiastowało, że miał jakieś ciężkie posłannictwo do wytłómaczenia.
— Proszę jaśnie pana — rzekł — nie wiem co się to ma znaczyć — pana Czuryły już niema i — proszę pana, ludzie gadają, że wszystkie swoje rzeczy zabrał. Ja tam nie wiem.
— Idź-że mi zawołaj kogo rozumniejszego od siebie — zahałasował Podkomorzy, — bałwanie jakiś!
Jarmużka wyskoczył, spotkał się z p. Szczepanem, trzymającym jakąś kartkę w ręku, i wytłómaczył mu z czem był posłany. — Pan Szczepan szedł właśnie do ojca.
— No — cóż znowu, słyszę — Czuryło wyjechał? Czy go co opętało!
— A wyjechał — odezwał się p. Szczepan — wyjechał nawet, zdaje się, że na dłużej niż zwykle, bo pismo do nas zostawił.
— Gdzie? jakie? pokaż? Jarmużka, okulary! dawaj tu okulary.... począł, zrywając się Podkomorzy. Otóż tobie masz! otóż masz!
Stary się zmieszał mocno, bo mu zaraz na myśl przyszło, że mógł być przyczyną jakiegoś desperackiego kroku. List Czuryły brzmiał jak następuje:
„Jaśnie Wielmożny Podkomorzy, Dobrodzieju, Jaśnie Wielmożni Państwo Szczepanowstwo.... Jestem zmuszony gościnny, łaskawy dom wasz, który tyle lat mi za przytułek służył — opuścić. Darujcie mi, iż czynię to bez pożegnania, sobie serca nie chcę zakrwawiać, ani wam niedolą się moją naprzykrzać. Bóg jeden wie czy się na tym ziemskim padole płaczu zobaczymy jeszcze — ja wątpię. Niegdyś myślałem, że tu złożę głowę i dokończę życia mizernego; okoliczności mi nie dopuściły — święć się wola Boża. Przyjmijcie państwo wyrazy wdzięczności mojej nieograniczonej, za wszystkie Ich łaski, i wierzcie, że lat spędzonych z Nimi nie zapomnę do zgonu. Niech wam Bóg nagrodzi i t. d.“
Podkomorzy, w którego rękach list drżał, dokończyć go nie mógł; wypadł mu z nich na ziemię, rozpłakał się stary i zamilkł.
— Otóż masz — wybąknął — oto masz, niezręczność moja. — To ja winienem. Ale któż się mógł tego spodziewać! Obraził się nieborak!
Szczepan usiłował dowodzić, że fantazya ta przejdzie Czuryle i rezydent powróci; że już tyle razy na czas dłuższy wyjeżdżał, i zatęskniwszy zjawiał się znowu. Podkomorzy był niepocieszony. Nikomu pewnie więcej nie mogło braknąć rezydenta niż jemu. Bez niego pusto było i smutno, tracił słuchacza sympatycznego człowieka, do którego był nawykł i przyrósł.
W całym domu zresztą żal po Czuryle był niezmierny. Oprócz listu na stole, znaleziono dosyć znaczny datek dla sług we dworze, na ręce pana Szczepana adresowany, do rozdania według notatki. O Jarmużce nawet rezydent nie zapomniał.
Przez cały dzień nie mówiono o niczem, tylko o odjeździe jego, a gdy wieczorem przybył ksiądz Woroszyło, pierwszem słowem, którem go przywitał Podkomorzy, było:
— Wiesz ty o naszem nieszczęściu? wszak to Czuryło nas opuścił!
Proboszcz nie okazał zdziwienia.
— Wczoraj wieczorem jeszcze — odezwał się, wiedziałem o tem jego postanowieniu! Był u mnie dopóźna.
— Jakto! i nie starałeś się go wstrzymać? zreflektować?
— Pracowałem nad tem długo, i wszelkiemi siłami, lecz to człowiek twardy w postanowieniach. Nie mogłem wymódz na nim nic. Zostawił w moich rękach papiery jakieś — i — jak mówił — testament. Napróżnom się dowiadywał: gdzie się chce udać, gdzie go szukać mamy? odpowiedział mi, że sam nie wie dobrze, dokąd się schroni.
— Nie mówił co go do tego skłoniło? — spytał Podkomorzy.
— Nie wiem, wyrozumiałem tylko z tego, co kilkakroć powtarzał, że nikomu ciężarem i przyczyną niepokoju być nie chce. Wyjechał z żalem. Kazał mi jeszcze pożegnać państwa
Cały wieczór mówiono tylko o Czuryle; przyznał się staruszek, do tego, że go niepotrzebnie badał i tem mu przykrość mógł uczynić. Z rodzajem gorączki położył się spać, a nazajutrz, choć zwykłe poszukiwania Czuryły, nigdy do żadnego nie doprowadzały skutku, kilku ludzi w różne strony, do miasteczek porozsyłano na zwiady, czy go gdzie nie znajdą. Pan Szczepan widząc ojca tak zalterowanym, sam też się krzątał i robił co mógł.
Proboszcz, który wiedział o stosunkach Czuryły z Adryanem, pojechał w tym celu do Borków. Tu się dowiedział, że Czuryło był dniem wprzódy i pod słowem honoru zakląwszy Adryana, iż nikomu adresu jego nie da i nie pokaże, na wypadek potrzeby jakiej, dał mu wskazówkę, dokąd ma wysyłać listy. Nie mógł proboszcz wymagać od synowca, aby tajemnicę poręczoną zdradził, lecz polecił mu mocno, aby pisał natychmiast i starał się go skłonić do powrotu, oznajmując o tem jak go w Kurzeliszkach opłakiwano, jak stary nadewszystko gryzł się i martwił tą myślą, iż był przyczyną odjazdu jego.
W istocie, staruszek ciągle mówił o Czuryle i uspokoić się nie mógł, a gdy w tydzień potem przybyła znowu Wojewodzina, nie mógł wytrzymać, aby i jej się z tem nie wygadał.
— Wie pani, że oto, dziwnym trafem, rozmowa jej ostatnia zemną, była przyczyną niemiłego dla nas wypadku.
— Jaka rozmowa? — spytała zdziwiona pani.
— Byłem zapytany przez nią o rezydenta, o tego poczciwego Czuryłę, którego jej kamerdyner nazwał przez omyłkę — Piatnickim. Cóżem miał to przed nim taić? Ponieważ już po raz drugi się trafiło, że go za Piatnickiego wzięto...
— Jakto? po raz drugi? — wtrąciła niespokojnie Wojewodzina — po raz drugi?
— Tak było w istocie — ciągnął dalej Podkomorzy, i dlategom mu demonstrował, że — coś w tem jednak być musi.
Czy się obraził tem podejrzeniem, czy niewiem co do niego przystąpiło — słowem — uciekł, wyniósł się, ani słychu o nim.
Stary westchnął, Wojewodzina bardzo jakoś żywo wydawała się tem zajętą; obeszło ją to nadzwyczajnie, poczęła się dopytywać, badać, o czas przybycia, o pobyt, o człowieka, i niemal przez cały czas swej bytności w Kurzeliszkach, o tem tylko mówiła.
Dziwił się nawet Podkomorzy, iż ją to zajęło tak mocno, i wziął ztąd assumpt do spytania Wojewodziny: co-to za jeden był ów Piatnicki, za którego Czuryłę wzięto.
Zarumieniła się nieco Wojewodzina, uśmiech smutny przebiegł po jej ustach zbladłych — namyślała się trochę nad odpowiedzią, lecz nienawykła do półsłówek i tajenia nawet najdrażliwszych rzeczy, rzekła spokojnie:
— Stare to dzieje, panie Podkomorzy — śmieszno je już dziś, starej, jak ja, kobiecie, wspominać. Piatnicki ten był na dworze ojca mojego; ja byłam naówczas młoda, roztrzepana, spragniona życia, którego nie znałam. Otwarcie panu powiem, lubiłam go bardzo, on się kochał we mnie. Naturalnie, ojcu nieboszczykowi stosunki się nasze nie podobały.... Znalazł go raz u nóg moich.... klęczącego.... i srogo się pomścił na nim.... Znałeś pan ojca mojego i jego dumę. Mnie wywieziono.
— Piatnicki mszcząc się zniewagi swej, strzelił do księcia.
Tu zamilkła Wojewodzina, zacięła usta, łza jej z oczów pociekła. Podkomorzy siedział strapiony, że wywołał wyznanie tak przykre; lecz wnet wstała Wojewodzina, pożegnała się pośpiesznie i odjechała.
Wszystko razem kombinując później na osobności Podkomorzy, przyszedł do tego przekonania, że w istocie ów Czuryło musiał być Piatnickim. Szczególniej zatem przemawiało jego zajęcie się interesami księżnej, choć, nie wiedziano w Kurzeliszkach, z jakiemi ono ofiarami było połączone.
Uwaga na chwilę od nieszczęsnego rezydenta oderwaną została przybyciem prawdziwie niefortunnem, samego Wojewody, który, wierny przywiązaniu swojemu do żony, stęskniwszy się za nią, jednego dnia zjechał do rezydencji. Stała się historya jakaś straszna, bo Wałowicz wyszedł do niego z uszanowaniem, oznajmując, iż jaśnie pani przyjąć go nie może. Wojewoda chciał naturalnie rozlokować się, ale dla niego ani miejsca, ani kątka nigdzie nie było, nawet na folwarku i w oficynie.
Nieokazując najmniejszego za to gniewu, ani niecierpliwości, pan Wojewoda, do karczmy odjechać kazał, oznajmiając Wałowiczowi, iż poczeka i codzień się submitować będzie, dopóki pani go przyjąć nie zechce.
Jakoż zawrócono do austeryi na trakcie, służba wyrzuciła żyda precz — z bebechami — wykadzono, wybito, urządzono Wojewodzie jakotako kwaterę, a dwór jego zajął się akomodowaniem karczmy do dłuższego pobytu.
Wojewodzina zamknęła się hermetycznie. Codzień z austeryi dążył kamerdyner do rezydencyi z zapytaniem: czy jaśnie pani przyjmuje jaśnie pana? i wracał z odpowiedzią, że jaśnie pani jasnego pana przyjąć nie może. Wałowicz z panem Lemoine, kamerdynerem Wojewody odbywali tę ceremonią serio, kłaniali się sobie, i rozchodzili nieśmiejąc.
Trzeciego dnia, znudzony Wojewoda, pojechał w odwiedziny do Kurzeliszek, choć Podkomorzego nie znał. Wiedziano tu już o jego przybyciu, lecz się nie spodziewano u Podkomorstwa.
Wojewoda byt mężem wielkiej powagi i taktu, zimnym, grzecznym, arystokratycznym w obejściu, i równie zamkniętym, jak Wojewodzina była otwartą. Nie zaczepił więc w rozmowie wcale stosunku swojego z żoną, nad której słabem zdrowiem ubolewał właśnie w chwili, gdy ona, korzystając z wyjazdu męża do Kurzeliszek, wyruszyła w lasy na polowanie, nieobiecując się prędko z powrotem.
Z panem Podkomorzym mówili de publicis tylko, o których wiele się można było w istocie dowiedzieć od wpływowego i czynnego statysty. Codzień przychodziły mu kresy z Warszawy i gazety, nietylko krajowe ale nawet Hamburskie i Lejdejska.
Wojewoda o żonie mówił z rewerencyą i przywiązaniem gorącem, wcale niemyśląc obcych wtajemniczać w swe stosunki z nią, ani się na nią uskarżając. Humor nawet umiał przy obcych utrzymać taki, iż go posądzać nie było podobna o żal do niej i nieukontentowanie.
Podkomorzemu nadzwyczaj się podobał, i nie mógł pojąć jak ta kobieta poznać się na nim nie umiała. Wiek dosyć podeszły Wojewody, tak sztuka umiała jakoś zneutralizować, że można go było wziąć za średniego wieku mężczyznę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.