<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1882
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



V.

Powróciwszy do komnat swych, Zygmunt naprzód przywołał szatnego i czeladź, wykwintny strój, którego brudna i śmierdząca szlachta nie była godną, rozkazując zdjąć z siebie.
W jednym kaftanie, stanąwszy później w oknie, które na szopy wychodziło, wziął się w boki i urągał tłumowi...
Nikt go może nie widział i nie zważał na to, bo czem innem były zaprzątnięte głowy, ale miał tę pociechę, iż się nawykrzywiał nienawistnej tej ciżbie, ku której czuł największą nienawiść...
Kazał sobie potem przynieść jedzenie, nikogo do stołu nie prosząc, i ze psy swemi się zabawiając, polskie dla nich wymyślał przezwiska.
Mimo tej niechęci dla Polaków, Zygmunt się wcale nie wyrzekał panowania nad nimi; myślał owszem, jakby z wojskiem węgierskiem i Czechami wpaść mógł, a buntowników zmusić do posłuszeństwa.
Chociaż posłowie węgierscy w imieniu królowej oświadczyli się tak neutralnie, nie brał tego Luksemburczyk za ostatnie słowo Elżbiety — ale za zręczny wybieg polityczny, dla uspokojenia umysłów.
Widocznie królowa nie chciała drażnić Polaków, a spodziewała się, pozyskawszy sobie przewódzców, z córką im i męża narzucić. O zerwanie umowy nie posądzał królowej.
Pocieszał się więc pijąc i zabawiając, choć dochodząca z szopy wrzawa naprzykrzała mu się wielce. Rad był, gdy pod wieczór nareście tłum się ten rozpływać zaczął.
Nie obchodziło go to wielce, co tam postanowiono, uważał bowiem uchwały sejmu tego za rzecz tymczasową i małego znaczenia.
W ostatku, cała ta sprawa wśród kraju barbarzyńskiego, ogołoconego ze wszystkich świetności do jakich nawykł — straszliwie go nudziła.
W tych myślach zatopionego i leżącego ze psy swemi na posłaniu, zastał wsuwający się pocichu Domarat z Pierzchna.
Wielkorządzca poznański był jednym z tych ludzi, których sam temperament zmusza do despotyzmu, niepohamowany, gwałtowny i mściwy, niepowodzeniem zamiast się opamiętać, doprowadzony był do wściekłości.
Obrażony, upokorzony, gotów był życie dać, aby zemsty żądzę zaspokoić...
Im gwałtowniej domagała się szlachta, aby się usunął, tem uparciej postanowił na stanowisku pozostać...
Wszystko co zaszło dnia tego na Sejmie powszechnym, dla niego nie miało wagi, myślał już, jakby obalić postanowienia jego.
Dalszy plan postępowania już miał w głowie gotowy. Zygmunt ani on nie chcieli się poddać uchwałom szlachty; Zygmunt miał z sobą kilkuset kopijników — z niemi, śmiało sobie poczynając, wiele dokazać było można.
Miał czas się nieco wyburzyć i rozważyć to wszystko Domarat — przychodził spokojniejszy na pozór, ze złośliwym uśmiechem na ustach. Wieczerza, przy której się napił, cokolwiek mu sił przywróciła. Oczy pobłyskiwały weselej.
Luksemburczyk spojrzał nań z tą niechęcią, jaką miał dla wszystkich Polaków i jego nie wyjmując, ale znosić go musiał.
Domarat schyliwszy się, ścisnął za kolano paniątko, czego o mało nie przypłacił raną, bo jeden z psiaków porwał się do niego, co Zygmuntowi uśmiech dziecinny wywołało na usta.
— Miłościwy panie i królu mój — szepnął — niech sobie zgraje te krzyczą i jak chcą ujadają; my na swojem postawimy.
Zygmunt podniósł się na łożu...
— Jak? — zapytał.
— Nie trzeba tylko długo tu siedzieć — mówił Domarat. — Wasza miłość, jutro, pojutrze wybierzecie się wrzekomo na Węgry, a ciągnąc, naturalna rzecz, zawadzić o Kraków... Miasto łatwo opanować — na zamku poszukamy ludzi, może go nam także poddadzą. Mając raz w ręku stolicę, obwarowawszy się w niej, nie potrzebujemy więcej nic. Panowie krakowscy sami się nam przyjdą prosić!
Ale działać trzeba śpiesznie — nie tracąc godziny...
Luksemburczykowi, pragnącemu takoż zemsty i postawienia na swojem, rada ta bardzo się podobała. Klasnął z radości w białe ręce, na których zaświeciły pierścienie.
Domarat twarz miał rozpromienioną.
— Dziś jeszcze nocą — dodał — posyłam do Krakowa, aby tam co potrzeba przysposobiono. Wyjeżdżając ztąd, wasza miłość nie potrzebuje się opowiadać jaką drogę wybierze...
— Zgoda! zgoda! — zawołał Zygmunt — tylko, na wszystkich świętych — nie narażajcie mnie na jaką sromotę!... Ciągnąc na Kraków muszę być pewnym swego. Uchowaj Boże, by mi tam wrota miano zamknąć przed nosem...
— Nie może to być!... — odparł Domarat. Po drodze, dla spoczynku macie prawo zajechać na noc, na dzień... Zostaniecie dłużej raz się tam dostawszy, nikt nie będzie wyganiał. Z miasta na zamek droga dogodną porą — łatwa... Gdyby się nawet udało zaraz pierwszego dnia tam zająć gospodę i kopijników część wprowadzić, jużby was z tamtąd nie ruszono... Królowa sama córkęby przywieźć musiała.
— Jesteścież pewni, że się to tak da wykonać! — wahając się i wpatrując w Domarata, odrzekł Zygmunt.
— Będę pracował nad tem — rzekł Domarat żywo.— Natychmiast posyłam zaufanego człowieka. Zostańcie przez jutro dla pewności, abym miał czas uprzedzić. Starajcie się pozyskać sobie kasztelana Dobiesława. Zamek i Kraków w jego rękach, on tam stróżem. Człowiek jest głowy ciasnej, a dumy wielkiej, niemłody już, a ociężały. Dobre słowo z ust waszych pochlebi mu. Tymczasem niech się dwór i kopijnicy do podróży gotują, rozgłosimy, że miłość wasza jesteś zniechęcony, że powracasz do Węgier.
O Krakowie mowy nie będzie...
Luksemburczyk potakiwał z wyraźną uciechą. Dogadzała mu ta myśl nieco awanturnicza, a jak się zdawało, bardzo szczęśliwa. Wykonanie miał Domarat za bardzo łatwe — za to on odpowiadał. Człowiek był energiczny i przebiegły.
— O tem cośmy tutaj postanowili — dodał w końcu wielkorządzca — ani słowa, nikomu! na tajemnicy wszystko zależy.
Zygmunt potakiwał, dając poznać, iż dobrze to rozumie. Umówionem zostało, że markgraf miał jakiś dzień, półtora przesiedzieć jeszcze w Wiślicy, pożegnać węgierskich panów, nie dając im czuć żalu, jaki miał do nich, a potem wyruszyć na Węgry, w istocie zaś do Krakowa.
Rozpogodzonego temi nadziejami nowemi zostawując Zygmunta, Domarat wymknął się do swej izby na tyłach zamkowych.
Sień przed nią i przyległe komory natłoczone były ludźmi do dworu, orszaku i obozu jego należącymi. Część ich poobwijana w opończe i kożuchy spała na gołej ziemi przy ogniskach, niektórzy w kości grali i pili, inni po pijanu podśpiewywali i kłócili się z sobą, — trzeźwiejsi zaś hamowali. Wszystko to odbywało się dziwnie, stłumionemi głosami, ażeby na zamku nie robić wrzawy. Co się który głośniej odezwał, starsi sykali i gębę mu zatulano.
Pomiędzy tym tłumem przechodząc Domarat, na którego widok powstawali z poszanowaniem, zobaczył otulonego, z kołnierzem podniesionym, w czapce na oczy nasuniętej, znajomego nam Bobrka. Ten w kącie ubożuchno przytulony zdawał się czekać... Domarat skinął nań i weszli razem do izby.
Bobrek trochę tu inaczej wyglądał, nie chwaląc się suknią kleszą, jakby dworzanina jakiegoś postać przybrawszy. Taż sama twarz blada, pociągła, bez zarostu, na której namiętna jakaś przeszłość srogie ślady spustoszenia pozostawiła, nie miała tu tej pokory zbytniej, z jaką występował w Płocku — przybrała zuchowatość nadrobioną. Zdawał się nawet nieco słuszniejszym, bo się trzymał prościej i głowę podnosił.
Domarat przysunął się do niego.
— Mówiłem ci już co masz czynić — odezwał się — nie mieszkaj ani godziny, jedź zaraz, natychmiast, nocą. Choćby koń padł jeden i drugi, byleś się przed innymi dostał do Krakowa. Masz tam dobrych znajomych, przygotuj w mieście gospodę dla markgrafa — ale cicho!!
Między niemców mieszczan niechaj pójdzie wieść, że to dla nich pan, że oni mu pomagać powinni — rozumiesz! Miasto zyszcze swobody i grunta, jakich nigdy nie miało, nawet przed Albertem Wójtem. Da im znowu wójtów wybierać, młyny budować... Niemców siła jest, powinni o sobie pamiętać...
Markgraf po drodze do Węgier, wstąpi do miasta. Trzeba namówić, aby mu natychmiast, gdy się ukaże, bramy otworzyli. Tem go ujmą...
Masz na zamku swoich?
Bobrek głową kiwnął, okazując, że wie dobrze co czynić ma.
Sługa Krzyżaków czuł się w obowiązku pomagać ich Luksemburczykowi — podejmował się tego chętnie.
Nie ruszył się jednak z miejsca, choć sprawa była tak pilną. Domarat pomyślawszy chwilę, spojrzał na skrzynię stojącą w kącie, poszedł do niej, otworzył i dobył sporą sakwę drobnej monety srebrnej pełną. Milcząc oddał ją Bobrkowi.
Ten chciwie ją oburącz pochwycił, i natychmiast bezpiecznie pod opończą umieścił — oczki mu zagrały weselej. Poznać było łatwo, że dla niego wszystkie te sprawy, którym służył, za które karku nastawiał, głównie tem się zalecały, że mu grosz przynosiły.
Ożywił się, poruszył, zaczął bełkotać, iż tejże godziny gotów był puścić się w drogę, ale samemu jednemu, nocą nie było bezpiecznie. Spodziewał się przededniem jeszcze do orszaku którego z panów krakowskich przyłączyć.
— Do pierwszego jaki się nastręczy! — wołał gorączkowo Domarat. — Trzeba zawczasu tam poczynać, a na pewno przygotować, aby co nie przeszkodziło. Poślę i innych, ale na was najwięcej liczę!
Bobrek dziękował i zaręczał, że nie omieszka nic; dodał dla uspokojenia, iż wielu panów tejże nocy ruszać chciało z Wiślicy, a niektórzy pewnie dwory swe wyprawili przodem, aby im gospody gotowali. Do tych spodziewał się on przyłączyć.
Wiedział z dawna Domarat, że temu posłańcowi, którego do Sasów, Brandeburgów i Krzyżaków używał, szerokich instrukcyj dawać nie potrzebuje, szepnął mu jeszcze słów kilka i odprawił.
Wyszedłszy ztąd wolnym krokiem, tak, aby na siebie nie zwracać oczów zbytnio, Bobrek wysunął się na podwórce, po których i straże nocne i czeladź się jeszcze snuła, dopadł bramy i wybrał na miasto...
W całej Wiślicy mało tej nocy domów było, w którychby spoczywano. Szlachta naradzała się, rozprawiała, jadła i piła, inni, którym pilno było a narady już uważali za skończone, sposobili się do podróży, bo obroków mogło zabraknąć, a kupować je kosztowało drogo. Bobrek zamiast jak przyrzekł, starać się o wyjazd prędki, zaszedł naprzód do jednego z domów, niedaleko od kościoła i tam, na górce, w komorze osobnej u niemca, dostawszy kaganka, zaryglowawszy drzwi, siadł za stół do pisania. Szło mu zapewne o to, ażeby go przy robocie tej nikt nie podpatrzył, gdyż szpary we drzwiach pozawieszał odzieżą i okna obejrzał, dopiero po spełnieniu tych przygotowań, cichutko wydobył ze skórzanej torebki przyrząd do pisania.
Kawałek twardego pargaminu, nie koniecznie czysty, nie zbyt dobrze wyprawny, na list starczył. Siadł go pisać wprawną ręką, po niemiecku Bobrek, a że wiele mieć musiał do doniesienia, miejsca oszczędzał. Tyle mu to czasu zabrało, że nie dokończył aż nad ranem. Zajął się potem osznurowaniem listu i mocnem jego opieczętowaniem, położył adres i dopiero odpoczął, gdy zawinięty w kawałek płótna położył na stole.
Kury piały w miasteczku, ruch, który zaledwie był ustał rozpoczynał się na nowo, gdy Bobrek rzeczy swoje pozbierawszy, zawinąwszy je w troki, opończę i kożuch nagotowawszy, szedł, aby wyszukać gospodarza.
Długo mu coś szepcząc i zalecając, wręczył pismo, dał kilka pieniążków w rękę, zszedł po wschodkach do stajni i parobkowi konia kazawszy podać, do którego węzełki przytroczono, ruszył w ulicę...
Spuszczał się pono na własny rozum i szczęście, wprost bramą Bocheńską na krakowski gościniec wyjeżdżając, nie wyszukawszy sobie wprzód towarzystwa.
W istocie nie było o nie trudno na tej drodze, bo wielu panów, choć sami jeszcze w Wiślicy pozostawali, dla ciasnoty i niewygody, dwory swe przodem wyprawili.
Szły po grudzie zwolna wozy kryte skórami, jechali i szli ludzie, nie zbywało na wesołych dworakach, których mijając zwolna Bobrek przypatrywał się i przysłuchiwał im, myśląc kogo miał sobie wybrać do towarzystwa...
Nawykły do włóczęgi niemal po wszystkich ziemiach Polski i sąsiednich, mówiący kilku językami wprawnie, ostrożny i przebiegły, z niewielu słów domyślał się snadnie, z kim miał do czynienia.
Pominąwszy kilka takich kupek, gdy już dobrze dnieć zaczęło, natrafił o milę od Wiślicy, pokaźniejszy orszak czyjś, ale tak bezpański jak inne. Starszy dworzanin tylko nim dowodził, podweselony jak i drudzy, o czem się łatwo przekonać można było z tego, że pieśni swawolne wywodzili na całe gardło.
Bobrek począwszy jechać za niemi, przysłuchiwał się, uśmiechał i zdawał tylko czyhać na zręczność, aby bliżej poznajomić się z niemi.
Starszy, co przy wozach z drugiemi jechał, drab duży, suchy, z nosem czerwonym i policzkami rubinowemi, z długim wąsem spuścistym — miał twarz dobroduszną i głupkowatą.
Może to właśnie Bobrka ku niemu pociągało.
Około pierwszej karczemki śpiewający stanęli, utrzymując, że już im w gardłach pozasychało, chociaż dobrze je w Wiślicy odwilżyli. Stanął z niemi i Bobrek, a tu, gdy starszy nie zsiadając, piwa sobie przynieść kazał, udało się z nim podróżnemu zawiązać rozmowę.
Począł się uskarżać, że arcybiskup, który był razem proboszczem u św. Floryana, samego wyprawił go do Krakowa, a markotno mu tę drogę odbywać bez towarzystwa.
— Jeśli waści nie pilniej jak nam — odezwał się starszy dobrodusznie — przyłącz się sobie do nas.
Podziękował za to Bobrek bardzo uniżenie i przyjął łaskę wdzięcznie, wnet się dając poznać. Ale jak skłamał, że go arcybiskup posłał, tak i nazwisko zmyślił, nadając sobie pierwsze lepsze.
Starszy zaś z czerwonym nosem, pochwalił mu się, że należał do dworu pana krakowskiego Dobiesława z Kurozwęk, a imie mu było Jędrek z Grójna.
Gdy potem piwem gardła odwilżywszy, dalej ciągnęli, ów poseł arcybiskupi, tak umiał wesołą rozmową zabawiać starego dworzanina, iż gdyby był o pół dnia chciał sam od niego odstać, pewnieby go nie puścił.
Poznawszy rychło z kim miał do czynienia, dobrał i przedmiot rozmowy i sposób wyrażania się tak właściwy do ujęcia słuchacza, że Jędrek ciągle się śmiejąc, konia swojego co najbliżej przy szkapie prowadził, aby słówka nie stracić.
Tak samo jak w Płocku modlił się pobożnie z ks. kanclerzem, jak umiał sobie rady dać z Pelczem, po drodze z rybakami, w Wiślicy ze szlachtą i Domaratem, tu też łacno sobie zjednał dworzanina pana krakowskiego.
Mówili o rzeczach wielu, a zawsze na podziw się z sobą zgadzali. Bobrek trafił w myśl staremu, odgadywał go, i gdy na nocleg przybyli, a Klecha o miód wytrawny się postarawszy postawił go dobrą miarą przed Jędrkiem, pokumali się tak, iż z pod wątroby co chciał mu dobyć mógł Bobrek.
Dowiedział się od niego, że orszak swój pan krakowski niedarmo przodem wyprawiał, gdyż Jędrek jakieś rozkazy na piśmie wiózł do wójta i burmistrzów, a drugie do dowódzcy na zamku.
— Gdyby człek czytać umiał — dodał wesoło Bobrek — ciekawaby rzecz była się dowiedzieć co tam stoi, ale to nie nasza rzecz pismo wąchać.
— I nie czytając — wiem co napisano — odparł Jędrek — nie co innego zaleca pan, tylko czujność i posłuszeństwo a wierność.
— Komu? zapytał Bobrek śmiejąc się. Wszakże my dotąd pana nie mamy, ani nawet paniej. Miał panować Luksemburczyk, ale pono go nie chcą. Nie wiadomo, którą z córek królowa da i wyznaczy. Kogoż tu słuchać?
— Tymczasem tego, co w Krakowie panem jest, naszego Dobiesława — rzekł stary. — On nikomu nie da miasta, póki końca nie będzie. Z tego co mnie samemu zalecał, domyślam się, iż do miasta wyprawił przodem, aby nakazać, żeby tam nikogo nie wpuszczano.
— Jużci panu Zygmuntowi, gdy na Węgry jechać będzie, noclegu w Krakowie nie wzbronią — odezwał się Bobrek.
Jędrek ramionami poruszył.
— Albo ja wiem! — rzekł obojętnie — to nie moja rzecz. Do miasta jak do miasta, a że na zamek mu iść nie dadzą, to pewna.
Bobrek słuchał tak obojętnie, jakby go to nic a nic nie obchodziło, pili potem miód, opowiadali sobie trafne różne i wesołe rzeczy o klechach, o panach, o niewiastach, których bardzo wiele umiał Bobrek, a tak je poważnie razem i śmiesznie, twarzą i głosami ludzi wszelakich naśladując, wygłaszał, że Jędrek z Grójna za boki się trzymał słuchając, a choć którą powieść znał, wydawała mu się nową.
Przed północą, słomy sobie kazawszy przynieść, pokładli się spać. Jędrek zmęczony jazdą i po miodzie, który dużo chmielu miał, zasnąwszy twardo, nie zbudził się, aż gdy w izbie ogień rozpalono o świtaniu.
Zdziwił się mocno zobaczywszy około siebie miejsce opróżnione, i że mu towarzysza nie stało. Sądził, że poszedł konia opatrzyć, a nie rychło dowiedział się od swoich, iż wesoły ów przybłęda, czegoś pilną drogę opowiadając, dobrze przededniem sam jeden dalej wyruszył.
Było mu po nim smutno, zwłaszcza, że się nawet nie żegnali, a potem na drodze do Krakowa, nigdzie go ani spotkać, ani napytać nie mogli.
Bobrek tak dobrze konia swego zażywał, iż na dziesięć godzin, zwolna ciągnące wozy pana krakowskiego wyprzedził, a w bramie się opowiedziawszy jako własny dworzanin pana Dobiesława, do miasta wjeżdżał bez przeszkody i do gospody, zdawna sobie znanej przy ulicy Grodzkiej, do Bieniasza z Torunia, zaciągnął...
Niemiec był czystej krwi ów Bieniasz, niedawno tu osiedlony i przyjęty do mieszczaństwa, sowicie się opłaciwszy za to, że go do kupców zaliczono. A że pieniędzmi przy rozumie wszędzie się wszystko łacno robi, przybylec zaś był człowiek gładki, rozmowny, grosza nieskąpiący, i okazywał jakby tu miał wielki handel wieźć kupią wszelaką — pozyskał sobie wielką wziętość i zachowanie.
Dotąd jednak zapowiedziany jego handel, dla różnych wrzekomych przeszkód się nie rozpoczynał. Jeździł tylko często Bieniasz, nie wiadomo dokąd, ludzie doń różnych stron, niemcy wszyscy, przybywali, przesiadywali. Gadania było wiele, a towary zawsze w drodze...
Na sposób jego życia mało kto zwracał uwagę, bo nikomu to nie szkodziło, że zamożny człek, wczasu zażywał. A wszędzie go było pełno, na ratuszu, w świdnickiej piwnicy, na targach, między ławnikami i urzędnikami. Mówiono o nim, że ciekawy był i zabawiać się lubił lada czem.
Wyglądał bardzo poważnie, twarz miał pięknie zaokrągloną, rumianą, oko wesołe, usta świeże, zęby białe, brzuszek pokaźny i nosił się bardzo dostatnio, wykwintnie, z cudzoziemska. Powiadał się wdowcem, a gospodarzyły u niego zawsze młode gospodynie i nieszpetnych dziewcząt parę, które przy gościach usługiwały, co pobyt u niego czyniło bardzo przyjemnym. Słowem, człowiek był choć go do rany przyłożyć, dobroczynny, dobroduszny, serdeczny i potulny. Po polsku, choć tu już od lat kilku żył, nauczył się mało, starał się tylko o to, aby rozumieć co słyszał, ale naówczas niemców było tyle w Krakowie, a język ich między mieszczaństwem tak rozpowszechniony, iż bez polskiego łacno się obchodził.
Zaledwie wjeżdżającego w swe wrota zobaczył Bobrka, gospodarz, gdy do niego zbiegł natychmiast, konia kazał parobkowi wziąć, i poprowadził do komory.
Przywitali się krótko i nie usiadłszy nawet, żywo poczęli z sobą po niemiecku szwargotać. Pilna sprawa, z którą Bobrek był wysłany, tak ich gorąco zajmowała, że nim się klecha z kożucha rozdział, a gospodarz o przyjęciu go pomyślał, z godzinę szeptali, sprzeczali się, naradzali, ramionami ruszając, chodząc, a trąc czupryny. Bieniasz zakłopotany się zdawał, Bobrek nalegał... Nierychło się opatrzyli, że noc nadchodziła.
Dopiero gospodarz o posiłku pomyślał, zawołał na sługi. Bobrek tak się z niemi witał poufale, a one z nim tak przymilająco, jakby tu częstym gościem bywał.
Przyjmowano go czem tylko dom miał, najlepszem. Z postawy jednak i twarzy Bieniasza wnosząc, dorozumiewać się było można, iż to z czem wysłaniec przybywał, niepospolicie go trapiło. Chmurzył się, zamyślał, a coraz coś w ucho Bobrkowi rzucił, który zdawszy nań wszystko, już się zbytnio nie troszczył...
Nazajutrz spał jeszcze Bobrek, gdy Bieniasz już był na mieście, a nie powrócił aż na obiad.
Z nim razem przyszli: jeden nadzwyczaj małego wzrostu, rudego włosa, mieszczanin, drugi słuszny, chudy człek, po żołniersku przyodziany.
Zaledwie się przywitawszy, choć misy niesiono na stół, poszli wszyscy kupą do kąta, stanęli kółkiem i niezmiernie żywo rozprawiać zaczęli, ale tak cicho że sami się tylko słyszeć i rozumieć mogli.
Bobrek im coś bardzo długo wykładał, towarzysząc sobie ruchami wyrazistemi, już niby pieniądze licząc na dłoni, to machając rękami, jakby mieczem ciął, kłaniając się i nadymając na przemiany. Żołnierz na to ramionami ruszał, pokazywał ku zamkowi, potem na gardło własne, w ostatku ręce rozpostarł, głowę spuścił i dodał:
— Nie można!
Maleńki mieszczanin rudy, piskliwym głosem, kręcąc się w kółko, to jednemu, to drugiemu niemal do oczów skacząc — miotał się, wykrzywiał, rzucał, a skończył jak żołnierz ręce rozstawiwszy i minę robiąc rozpaczliwą.
Postygły misy z polewką gdy wreszcie do stołu siedli. Rozmowa z powodu że sługi, niewiasty ciekawe a długojęzyczne, chodziły i słuchały, urywana była i niezrozumiała; tego się tylko łatwo nawet one domyślać mogły, że Bobrek zagniewany był, markotny i czynił wyrzuty.
Kilka razy mu się wyrwało przezwisko — tchórzów, za co żołnierz go połajał mocno, i o mało nie przyszło do zwady, bo nóż postawił na stole ostrzem do góry, a oczy siarczyste wlepił w klechę. Potem jakoś ostygli, ochota odpadła od dalszego szermowania, napili się mocno i gospodarz mało mówiący, jak siedział na ławie, tak oparłszy się o ścianę, zamknął oczy, otworzył usta i — chrapać zaczął.
Widząc to goście za czapki wzięli, i mało co się żegnając, szli precz. Bobrek zły był, tak, że nawet dziewczęta, uśmiechające się do niego, zbywał obojętnie, i zostawiwszy gospodarza zmorzonego snem poobiednim, zajął się przeodziewaniem. Dobył z troków suknię kleszą, ale czyściejszą i lepszą niż ta, w której występował w Płocku, czapkę futrzaną dostatniejszą, i za duchownego się już całkiem przybrawszy, sam ruszył ku zamkowi na miasto.
Gdy potem dosyć późno do gospody powrócił, widać było, że i ta wyprawa mu się nie powiodła, gdyż humor wcale się nie poprawił.
Zleconem miał, jak wiemy, pracować około tego, ażeby miasto przybywającemu markgrafowi bramy otworzyło, a gdyby się udało, aby i na zamek go puszczono. Mogło się to stać niby nie umyślnie, wskutek opieszałości, niespodzianką.
Tymczasem, nikt się na to nie chciał ważyć. Znano kasztelana Dobiesława, iż surowym był, a ludzie jego, tegoż dnia przywieźli na ratusz i na zamek rozkazy, aby bram wszystkich pilno strzeżono i nikogo nie wpuszczano.
W listach, które Jędrek przywiózł, stało wyraźnie, iż nie bacząc na to, ktoby przybył, zbrojnych ludzi, orszaków gromadnych, żołnierzy żadnych obcych, mieszczanie pod gardłem nie puszczali.
O zamku, który, jak czasu wojny, ciągle był pilno strzeżonym, nawet myśleć nie było można. We wrotach straż stała mocna, nie otwierano nikomu. W listach zaś swych kasztelan nawet pono po imieniu markgrafa mianował, aby mu wjazdu wzbroniono.
Bobrek próbował ludzi śmielszych pozyskać, aby straże popojono, odciągnięto, a bramy zostawiono na pół przymknięte; gotów był nawet za to opłacić, ale słuchać nikt nie chciał, a ci coby się ofiarowali, nie obudzali zaufania.
Potrząsano głowami słuchając o tem, gdyż po mieście już z Węgier jakoby przywiezione chodziły pogłoski, iż królowa Elżbieta zmieniła postanowienie pierwsze i dla Maryi królewnej zięcia sobie szukała we Francyi lub Włoszech. Dla Luksemburczyka miejsca już tu nie było, a choć niemcom smakował, obawiali się go sami jedni brać na karki.
Duchowieństwo, do którego Bobrek się udał, rachując na przychylność znanych sobie kanoników ku królowej i Zygmuntowi, także niebardzo kwapiło się z pomocą, obrażone tem, że Nankiera na Zwierzyniec nie mianował Luksemburczyk, ale Czecha kapelana swojego...
Burczano na to. Biskup nominat Radlica do niczego się mięszać nie chciał. Był on nieboszczyka Loisa ulubieńcem i lekarzem, rodzinie jego oddanym, nie Zygmuntowi.
Bobrek postrzegł, że nic tu już do czynienia nie miał, i że mu trzeba było z upokorzeniem, ze złą wieścią nazad powracać. To jedno pocieszało, że grosza pozostało dosyć, a zwracać go nie myślał wcale.
Wahał się jeszcze, z dnia na dzień wyjazd odkładając, sznurkując po mieście, a tymczasem kasztelan sam, pospiesznie, dniem i nocą biegnąc z Wiślicy nadciągnął, i jak tylko w Krakowie stanął, natychmiast straże i tak już mnogie, podwojono, wrota, nawet we dnie pozamykano. Każdy kto przybywał opowiadać się musiał.
Na ostatek dowiedział się w mieście Bieniasz, że markgraf przewidując co go tu spotkać miało, pominął stolicę, pod Wawrzyńcami się przez Wisłę przeprawił i w Niepołomicach miał spoczywać, zkąd już prosto na Bochnię i Nowy Sącz na Węgry ciągnął.
Dobiesław z panami krakowskiemi, aby nikomu nie chybić, a djabłu też świeczkę zapalić, urządził tak poczestnie i przystojnie podróż Luksemburczykowi, iż choć się wściekał, a kłaniać się i dziękować jeszcze musiał.
Szlachta bowiem z pocztami znacznemi niby mu cześć wyrządzając, a w istocie pilnując go, zabiegała drogę, przeprowadzała markgrafa, karmiła, życzyła podróży szczęśliwej, nie puszczając ani kroku z wyznaczonego gościńca do Bochni, do Nowego Sącza i aż do granicy.
Doprowadzono go tak aż do skraju, i nie uspokojono się, aż on i jego kopijnicy pociągnęli do domu.
Napróżno dosyć czasu na wypatrywaniu strawiwszy w Krakowie, Bobrek wreście z pomocą Bieniasza, znalazłszy sobie towarzyszów podróży, starą sutannę i opończę wdział, aby do Wielkopolski powrócić.
Niepilno mu było stawić się przed Domaratem z rękami próżnemi, ani też spieszył zbytnio, po drodze, tu i ówdzie na Szlązku przystając, rozpatrując się i badając.
Nim do Poznania dojechał, dochodziły zewsząd wieści, iż Domarat ustąpieniem Zygmunta i uchwałami wiślickiemi niezrażony, do walki zajadłej ze szlachtą, przeciw niemu zburzoną się gotował.
Gościńce tu już niebardzo były bezpieczne, a Bobrek unikając, aby go nie poturbowano, bardzo ostrożnie na przemiany się opowiadał jako rodowity Nałęcz, a drugim jako czystej krwi Grzymała. Miał zaś przezorności tyle, iż zawsze wprzódy nim się przyznał kim był, wywąchał z kim miał do czynienia.
Im bliżej Poznania, tem goręciej tu było. Ludzi snuło się orężnych mnóstwo, ślady krwawych utarczek widne były wszędzie, popalone dwory, opustoszone wioski, kupy włóczęgów niebezpieczne spotykał co chwila.
Pocichu wsunął się na zamek, który Domarat trzymał jeszcze, upatrując chwili, gdy się stawić będzie mógł.
Od znajomych sobie dworzan słyszał, że podrażniony był, gniewny, rozsrożony a przystęp do niego niebezpieczny. Zaszył się więc do kąta, przypatrując co się działo.
Posłańcy przybiegali i odjeżdżali co chwila. Grzymałów co było po wsiach i bezbronnych dworach, ciągnęło pod opiekę Domarata; niektórzy już poodzierani i pokaleczeni, ledwie z życiem uszedłszy. Zamęt panował okrutny, ale z żelaznym uporem, na wszystko gotów stał przeciwko wrogom swym, niezłamany niczem wielkorządzca.
Poddać się, ustąpić, uznać zwyciężonym nie myślał. Wiedział też, że litościby nie znalazł.
Drugiego dnia nad wieczór, korzystając z chwili usposobienia, Bobrek się dostał do mieszkania Domarata, które podobniejsze było do zbrojowni niż do pańskich komnat.
Grzymałów ubogich a poodzieranych już ze zbroi, bo ich wielu boso i w koszulach uchodziło z rąk Nałęczów, trzeba było opatrywać w suknie i oręże.
Stosami też zwożono tu i składano na kupy lada jakie pancerze, blachy, hełmy stare, miecze, obuchy, cepy, co tylko zkąd ściągnąć się udało.
Domarat nie spał, nie jadł, chodził w gorączce, z ustami zapienionemi, rozkazy wydając, śmiercią grożąc, winnych i niewinnych śląc do ciemnic lub pod sądy Jana Płomieńczyka, sędziego swojego, owego krwawego djabła, którego katem znano i zwano...
Srogością tą, bezlitosną chciał przerazić, spodziewał się złamać opór Wielkopolan, ale omylił się wielce. Cała niemal szlachta podniosła się przeciwko niemu.
Codzień prawie przychodziły wieści, że ktoś odpadł i przystał do Nałęczów obozu.
Nie zmieniało to ani postanowienia, ni sposobu postępowania Domarata, odgrażał się tylko, że kraj cały w perzynę i stos gruzów obróci.
Właśnie w godzinę takiej sierdzistości wielkiej, gdy wielkorządca rozsyłał rozkazy zbrojenia się do ostatniego człeka, drżąc z gniewu, bo mu wioskę spalono, Bobrek sądząc, że go spokojniejszym zastanie, stanął przed rozpłomienionym Domaratem.
Uląkł się mocno i stanął w progu jak skruszony winowajca, oczekujący wyroku. Domarat zrazu go nawet niepoznawszy, przyskoczył i nie opamiętał się, aż ujrzał schylającego do kolan.
— Z niczem powracam, najmiłościwszy panie! rzekł po cichu — ale — Bóg świadek! — wina nie moja — zdrada była! Na złamanie karku pędziłem, a przybyłem za późno — dwa konie padły...
Domaratowi już ta bezpowrotna przeszłość, którą odbolał, nie tak leżała na sercu. Co innego miał na myśli. Popatrzał na niego czas jakiś osłupiały.
— Ludzi! ludzi mi na gwałt potrzeba! — zakrzyczał. — Słyszysz! ludzi! Do Sasów, do Brandeburczyków, do djabła gotowem słać, byle mi kto żołnierza dostarczył. Na Czechy już posłałem. Ty sam pół-krwi niemiec, masz u niemców mir, trutniu! ruszaj mi zaraz, a spraw się lepiej!
Tchu mu zabrakło, rękę przyłożył do piersi i zawołał.
— Ta hołota, łachmanami okryta, myśli, że mnie wezmą gołą garścią. Nie poddam się, dostoję, nie lękam!
Postrzegł się dopiero kończąc i domawiając tych słów, że się niepotrzebnie zwierzał człowiekowi małemu — namarszczył się, urywając nagle.
— Jedź ty mi zaraz, czasu nie tracąc... do Sasów, do Brandeburczyków, wiele chcą od kopijnika dam...
— Miłościwy panie — słodko, łagodnie, głosem przymilającym się począł Bobrek — słówko pozwólcie rzec. Będę posłusznym, pojadę dokąd każecie, ale czemużby do zakonu niemieckiego się nie zgłosić? Oni wam chętnie usłużą, a ich kopijnik więcej wart niż inny, u nich ludzi zawsze dosyć — knechtów przyślą...
— Mają z Litwą dużo do czynienia — przerwał Domarat gwałtownie — ja potrzebuję spiesznie żołnierza. Szlachta nikczemna, zdrajcy podłe odbiegają mnie, ale ostatnią z siebie zdejmę koszulę, a pomszczę się. Żołd zapłacę sowity, łup cały oddam, dworów i zamków nie pożałuję... Będą mieli czem wory napełnić i do domu wrócą nie próżni.
Mówiąc oburącz się chwytał za głowę.
— Ludzi mi potrzeba! ludzi!
— Pójdę po nich dokąd każecie — odparł Bobrek spokojnie.
Domarat wołał tymczasem bez przestanku.
— Ludzi mi dawaj! Bronić się muszę. Zmuszają mnie do tego. Zbierają wojsko na mnie, wystawię drugie przeciw nim. Chcą, aby się krew lała, popłynie strugami. Palą oni, ja kamienia na kamieniu nie zostawię.
Zajadłości tej wcale się nie zdawał podzielać klecha ostygły — patrzał, słuchał, rachował może czy nie nałoży głową i kto tu będzie mocniejszym, a co zakon zyszcze na tem. Nim dalszych doczekał się rozkazów, drzwi się nie zamykały, wpadali ciągle przybywający z wiadomościami, poranieni, przerażeni...
Zaledwie uspokojony, Domarat w nową wściekłość wpadał — same niemal klęski mu zwiastowano.
Paliły się dwory i wioski Grzymałów, szturmowano do ich gródków, niewiasty spłakane z dziećmi na ręku uchodziły. Ogromne łupy zagarniali Nałęcze, a tymczasem wojsko ściągali z całej Wielkopolski, chcąc niem osaczyć wielkorządzcę i zmusić do poddania się.
Na zamku, mimo przygotowań do obrony, przestrach panował, bo miasto obawiając się zniszczenia, szemrało i groziło, że się podda Nałęczom.
Chociaż drogi były poprzecinane, a po lasach stały zasadzki, na gościńcach zaś wielkich kupami czatowali Nałęcze — oddziały Grzymałów przedzierały się lasami, bezdrożami, i co chwila wpadały na zamek, pod opiekę Domarata.
Lud to był bardzo licho uzbrojony, z którego ledwie się co zdatnych do boju wybrać dawało, a wszystkich karmić było potrzeba.
Bobrek, o którym wśród tej wrzawy zapomniano, stał u drzwi ciągle i korzystał z tego, bo się nasłuchał powieści o tem jak sprawa Grzymałów stała. Przebiegły klecha nastawiał uszu, rachując jak dwu panom razem usłużyć...
Głównie szło mu o to, aby swoim panom niemieckiego zakonu, zdać dobrą ze wszystkiego sprawę. Doniósł już im z Wiślicy trochę, teraz się zbierał ustnie w Toruniu i Malborgu opowiadać, co w sąsiedniej Polsce się działo.
Domarat nie mógł mu dać pożądańszego zlecenia.
Ten już prawie był o nim zapomniał, czem innem zaprzątnięty, gdy po odejściu ostatnich przybyłych z żałobą, zobaczył tego bladego u progu trwającego, zbiedzonego klechę.
— Czekam, czy miłość wasza, raczycie mi dać pisanie do mistrza lub tylko ustne poselstwo — odezwał się narzucając z nim Bobrek.
— Do mistrza?! — szorstko podchwycił Domarat. — Gdybym grosza potrzebował, a miał kawał ziemi do założenia, nie obróciłbym się do nikogo innego tylko do zakonu, ale mnie potrzeba ludzi!
— Ludzi, no i oręża! — dodał Bobrek. — Gdzież łatwiej o wszelką zbroję, jak u nich? Szopy całe stoją jej pełne i jakiej jeszcze!! a i ludzi dać mogą i to takich, z których jeden stanie za tutejszych dziesięciu.
Domarat zamyślił się głęboko...
— Do mistrza! do Brandeburgów, do djabła idź! — zawołał — powtarzam ci, ruszaj gdzie oczy poniosą, byleś mi sprowadził ludzi — ludzi!
Gorączce tej Domarata winien był klecha, że go za Kraków nie łajano, o pieniędzy liczbę nie pytano, a nazajutrz dostał pismo pod pieczęcią i nowy zasiłek na drogę.
Wybierając się dalej przez zawichrzony kraj, Bobrek dobrze musiał się namyślać jaką postać przybierze. Najbezpieczniejszem wydało mu się, pozostać czem był, ubogim klechą. Odzież ta najlepiej od Nałęczów i Grzymałów broniła, a że ciury i duchownych czasem dostatniejszych odzierali, najstarszą, wytartą przywdziać musiał sutannę, lichą czapczynę, podarte obówie, aby powierzchownością swą nikogo nie przywieść na pokuszenie.
Z Domaratem widzieć się już ani mówić nie było można, przeżegnawszy się zatem, westchnąwszy do Boga o własną skórę, mroźnym rankiem, Bobrek jako chudzina biedny, wyruszył wielkim gościńcem, ważąc się na wszystko, co go spotkać mogło...
Listy z pieczątkami w butach miał misternie pozaszywane, gdyż w potrzebie i z dratwą się obchodzić umiał.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.