<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Semko
Podtytuł (Czasy bezkrólewia po Ludwiku).
(Jagiełło i Jadwiga)
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1882
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



X.

Jak po dziś dzień tak i w owych czasach, zima na północy, mimo srogości klimatu, była porą najdogodniejszą do wypraw i podróży.
W ciągu tych miesięcy, gdy rzeki stawały, błota marzły, ziemia tężała, a najniedostępniejsze miejsca stawały się przez to niemal bezbronnemi, krzyżackie kupy wpadały najczęściej na litewskie sioła i osady.
Litwini tak samo zimą odwdzięczali się, najeżdżając posiadłości zakonu.
Dla niewielu wędrowców, przesuwających się przez te kraje, zawsze z obawą wielką, bo od rozbojów po gościńcach żadne listy książęce obronić ich nie mogły, zima miała swe dogodności, ale i niebezpieczeństwa
Śnieg zdradzał ich, gdyż na nim dla wprawnego oka wypisywało się jasno, jak słowo na pargaminie, wszystko, co stanowiło podróżnych siłę, obyczaj, drogi kierunek a nawet ich pochodzenie. Śledząc te piętna człowiek, który to pismo odczytywać umiał, wiedział ile i jakich koni szło w orszaku, wozów lub sań, i jacy w nich jechali ludzie... Odległości między noclegami a popasami, obozowiska opowiadały im, czy ciągniono spiesznie, czy powoli, ładownie czy lekko. Z ognisk mogli obrachować ludzi, ze żłobów i wbitych do nich kołów, lik koni. Niedostrzeżone dla mniej wprawnych oczu znaki drobne, dozwalały ściśle naprzód obrachować i przewidzieć, kogo miano napaść i jak silną mogła być obrona.
Zacierać za sobą ślady te niepodobna było. Podróżny więc zimą wystawionym był na większe niebezpieczeństwo.
Z wyjątkiem kilku prostszych gościńców handlowych, dróg latem prawie nie było, tem mniej zimą, gdy je zamarzłe grzęzawiska i wody skracały. Zmuszeni podróżować puszczali się albo na oślep w pewnym kierunku, który gwiazdy i kora drzew oznaczała, lub biorąc po drodze przewód z ludzi znających kraje, które przebywać mieli, szli za niemi. Na dostanie po drodze pożywienia dla ludzi i koni niewiele rachować było można, musiano z sobą wieźć zapasy, oszczędzać je, a bardzo często noclegi i popasy pod gołem niebem odbywano. Klecono szałasy, jeżeli namiotków nie było, szukano zacisznego kąta, przypierano do wodopoju, wypasu lub stogów.
Niebardzo naówczas szanowano tu cudzą własność i konie żywiły się sianem cudzem, gdy innego nie było. Przypadł-li właściciel, opłacano mu się lub do bójki przychodziło, jeżeli orszak podróżny miał siłę po sobie. Tak samo i przewód brano nieraz groźbami, a zmuszony prowadzić przy pierwszej zręczności uchodził i często zostawiał podróżujących na łasce własnego ich rozumu.
Lecz i bez znajomości kraju kto podróżował wiele, umiał sobie dać rady w całkiem obcej okolicy. Za przewodników służyły wodociecze, ślady ludzi, i jego pracy, rodzaje drzew, pozostałości uprawy ziemi.
Z temi trudnościami podróżowania wszyscy byli oswojeni, z góry do nich przygotowani, a zasposobieni we wszystko, co w złym razie mogło ratować.
Kankis (brodaty karzeł) niewolnik litwin i młodszy od niego, także jeniec wojenny Wiżunas, należeli do szczupłego orszaku Semka, który tak rano z Płocka wybiegł, iż nikt prawie nie dostrzegł, w jakim się puścił kierunku.
Gdyby kto nawet był podpatrzył, iż w stronę ku Czerskowi znikli w lasach, nicby to nikogo nie nauczyło.
Litwini obaj wcale nie wiedzieli do czego będą użyci. Dziwił wszystkich skład książęcego orszaku. Wybrani byli ludzie najśmielsi, najmężniejsi, ale do łowów niebardzo zdatni. Psów nie kazał Semko brać. Broń i ubiór nie zdradzały książęcego orszaku. Dziwnym też wśród dworu wydawał się stary zakonnik, który wdział na się zwykłą opończę i odznaczał się tylko tem, że broni nie miał żadnej, bo nie chciał jej przypasać, choć książe go o to prosił; tłumaczył się tem, że noszenie jej było mu wzbronione, tak samo jak pieniędzy.
Wjechawszy do lasu, książe wskazał sam w jakim kierunku ciągnąć mieli, a do popasu słowa prawie nie wyrzekł do nikogo.
Stary zakonnik jechał u jego boku, odmawiając pacierze po cichu.
Na nocleg przybyli do wsi książęcej, gdzie wedle obyczaju dawnego, natychmiast im wszystkiego co dla ludzi i koni było potrzebnem, dostarczyć musiano. Równie jak w Polsce, na Mazowszu stare to prawo, choć ograniczone i znoszone, trwało uparcie, a panujący wszędzie musiał być podejmowany.
Ludzie książęcy często tego nadużywali i z wiosek na widok ich rozbiegali się popłoszeni mieszkańcy, lecz tym razem mała gromadka, niewiele wymagająca, nie ustraszyła nikogo.
Dla księcia opróżniono chatę, a stary zakonnik znalazł też przy nim posłanie. Na tym noclegu, z wielkim postrachem Kaukisa i Wiżunasa, obu ich do Semka wezwano.
W przeciągu dłuższego swojego pobytu na Mazurach i w Płocku, oba oni zdala tylko widywali starego i młodych książąt, nigdy jeszcze nie mówili z niemi. Kaukis, który tu zestarzał, mało co się mowy nauczywszy, o ile był pozornie ociężały i nierozgarnięty, o tyle miał w sobie utajonej przenikliwości i rozumu. Nie popisywał się z niemi, tak jak niejeden lęka się odkryć z zamożnością, woląc uchodzić za głuptaszka. Wiżunas młodszy już się był na pół w mazura przeistoczył. Chłop silny, zręczny, wesół, żwawy, niebardzo uskarżał się na swoje losy.
Kaukis, noszący to nazwisko dawane na Litwie, dzikim, brodatym karłom leśnym, o których różne krążą podania, krępy, mały, silny był, ale niezgrabny. Mowę jego ten tylko mógł zrozumieć kto był do niej nawykły. Mruczał więcej niż mówił, a czynił to dlatego może, aby go do gadania, którego nie lubił, nie zmuszano.
Sam z sobą będąc, szemrał coś ciągle, ale dla ludzi niemym być wolał.
Na pozór Wiżunas przechodził go nieskończenie bystrością, rzutkością, rozumem, ale w istocie brodaty karzeł, śmiał się z niego i miał go za płochego, rozstrzepanego nicponia. Gardził nim szczególniej dlatego, że się dał przerobić na Mazura, gdy on, zamknąwszy się w sobie, jak był, tak pozostał Litwinem.
Wprawdzie, gdy przed laty w niewolę był wzięty, ochrzczono go i nazywał się chrześcianinem, a gdy kazano, chadzał do kościoła, ale wierzył potajemnie w stare bogi i dopełniał różne zabobonne obrzędy, nie rzucając ich.
Zawołani obaj do księcia, zaledwie do izby weszli, w której Semko się znajdował, popadali przed nim na twarze, bijąc czołami o podłogę i nierychło się podniósłszy, czekali na rozkazy.
Książe zwrócił się naprzód do Kaukisa, bo mu go polecono, ale rozmowa z bełkocącym niewyraźnie tak była trudna, że za tłumacza do niej Wiżunasa wziąć musiał.
Kaukis zapytany, czy do Wilna bezpiecznie doprowadzić potrafi, tak aby wielkie pomijając gościńce, lasami się na prost przedarli, nie zwracając oczów na siebie; tak się zdumiał i wyląkł, że długo słowa wyrzec nie mógł.
Koniec końców, mimo wielu lat niewoli, on i Wiżunas, byle się ku Niemnowi dostali, co nie było trudnem, obiecywali dalej nad Wilję doprowadzić.
Niespodziana nadzieja zobaczenia kraju własnego, tak poruszyła Kaukisa, iż drżał cały. Semko obiecywał obu, jeżeli-by bezpiecznie z niemi dojechał do Wilna i nazad do granicy mazowieckiej powrócił, uwolnienie bez okupu.
Wiżunas przyjął to wdzięcznie, ale z daleko mniejszem wzruszeniem niż Kaukis, który ogromne, grube rączyska podniósł do góry i wydał jakiś ryk radosny.
Wszyscy się śmieli z biedaka.
Zapomniał się do tego stopnia z radości wielkiej, iż przysięgać począł na Perkunasa i na inne bóstwa swoje, bodaj życie dać a księcia doprowadzić cało.
Kraj ten, który przebywać mieli, cały niemal aż do Wilna, był jedną niezmierną puszczą. Lasy, bory, zarośla przeważały w nim; zmieniały się rodzaje ich, różniły drzewa, ale wytrzebionej ziemi, stosunkowo mało było. Wszędzie prawie podróżny mógł się przedrzeć niepostrzeżony, wśród tych gąszczów i niebotycznych drzew olbrzymich, najstarszych tej ziemi mieszkańców.
Moczary i błota, piasczyste wydmy porosłe jałowcami, łąki, tu i owdzie jeziora, przerzynały te bory bez końca. Gdzieniegdzie pożar lub burza pokładła je na ziemi, ale tam wnet, z pod trupów na wpół przegniłych, pięły się już nowe wypusty, puszczała gęsta młodzież i strzelała ku niebu.
Zimą, wszystko teraz było okryte jednym białym całunem, który nieraz drogę czynił trudną i niebezpieczną, pod zaspami śniegu niepodobna było rozeznać nawałów leży, oparzelisk i dołów zdradliwych.
Rozbudzony po długiem uśpieniu instynkt pierwotnego człowieka, jakim był Kaukis, wychowany i wykołysany szumem tych lasów, przychodził w pomoc podróżnym.
Wiżunas, który się naśmiewał z niego i w Płocku miał się za daleko rozumniejszego, tu zmalał i musiał przed sobą dać pierwszeństwo Kaukisowi.
Mały ów człeczek na niewielkim krępym koniku, na którym siedział jakby doń przyrósł, jechał ciągle przodem, wciągał w siebie powietrze nozdrzami, rozglądał się, stawał, i pokazywał wszystkim drogę. Był jej tak pewnym, że z sobą się sprzeczać nie dawał. Wiżunas parę razy przeciwił mu się, lecz odszedł zmyty i upokorzony. Inni też podróżni, księcia nie wyjmując, patrzali nań z podziwieniem, nie mogąc pojąć, jak ów głuptaszek, którego w Płocku potrącano, wyszydzano jak bydlę, w lesie najrozumniejszym był ze wszystkich.
Semko tak był przejęty szaloną wyprawą swoją, której czuł niezmierną ważność, że w myślach zatopiony jechał milczący, rzadko bratu Antoniuszowi przerywając jego modlitwy.
Kilkakroć jednak, porywający się prawie z pod nóg zwierz, myśliwca zapalczywego, jakiemi wówczas wszyscy byli, skusił do pogoni i rzucenia oszczepu lub strzały.
Sam jednak Semko pomiarkował wprędce, iż dla zabawki marnej, czasu się nie godziło poświęcać, bo ten był drogi. Zakazano wszystkim puszczać się za zwierzem, i sam książe dawał mu uchodzić bezkarnie.
Lasy, które przebywali, tak były zwierzem przepełnione, szczególniej w oddalonych od osad uroczyskach i ostępach, iż pokilkakroć, w dzień przemykały się przed niemi łosie, żubry, kozły, całe stada świń dzikich, a nocami trzeba się było z końmi dobrze od wilków pilnować.
Czeladź książęca ubiła niedźwiedzia i rysiów parę, na noclegi zwierzyny nie brakło. Lecz Semko coraz niecierpliwszy, szczególniej po przebyciu Niemna, nie oglądał się już na zwierza, aby nie miał pokusy.
Kilkodniowy ten pochód, prawie bez widoku wsi i ludzi, które Kaukis omijać się starał, znużył w końcu wszystkich, oprócz cierpliwego ojca Antoniusza.
Ten najwytrzymalszym był na wszystko, od dawna zahartowany głodem i chłodem, znosił oboje tak obojętnie, zawsze jedną twarzą i humorem, że młodsi podziwiać go musieli.
Śmiałością też wielką przechodził swoich towarzyszów, chociaż za jedyny oręż miał paciórki, a na ustach modlitwę.
Semko czuł się już złamanym, gdy na starcu nie widać było najmniejszego znużenia. Kaukis, równie wytrzymały jak on, zrozumiał to, przypatrując się księciu, że jemu choć jedną noc gdzieś pod dachem potrzeba się było przespać, rozgrzać i spocząć.
Z pomocą więc Wiżunasa, zażądał pozwolenia na to, aby mógł gdzie w okolicy poszukać gródka albo wioski, lub jakiej numy leśnej, w którejby ich na noc przyjęto.
Z popasu dnia jednego, Wiżunasowi dawszy skazówki którędy miał dalej prowadzić, pojechał sam przodem i znikł wkrótce w lesie. Semko uląkł się później, że może nie powrócić wcale, a Wiżunas nie dałby rady wśród puszczy. Do wieczora trwała ta próżna obawa, gdy w końcu usłyszano znajome hukanie Kaukisa, a po odpowiedzi na nie, zjawiał się i on sam, pokazując drogę, którą jechać mieli.
Wiżunas chciał go rozpytać, jaki im nocleg obiecywał, ale Kaukis odpowiadać mu nie chciał, bo czasu nie było do stracenia. Mrok zapadał.
Dobrze już zciemniało, gdy podróżni poczuli zapach dymu, zwiastujący ludzkie mieszkania. Nie był to ani gródek żaden, ani dwór zamożniejszego bajorasa, ale proste trzy chaty osadników, u brzegu rzeki.
Pod płaszczem śniegu, gdyby nie dymniki, trudno je było nawet rozeznać o mroku. Siedziały chaty razem z oborami i szopami, do nich przylegającemi w ziemi, mało co po nad nią wystając.
Przed jedną z nich stał już oczekujący gospodarz, w czapce uszatej i kożuchu, w skórzniach na nogach, z kijem w ręku. Ten, gdy z koni pozsiadali, powitawszy księcia, wprowadził ich do wnętrza jednej z num, wprzódy z niej rodzinę wyprawiwszy.
Niewytworny obiecywał się nocleg, chociaż nawykłym do obozowania pod gołem niebem i ten wydał się pożądanym. Numa dosyć obszerna miała wpośrodku kamieniami obłożone ognisko, ławy nizkie na kamieniach oparte dokoła, była zaciszną, a choć ludzie się z niej wynieśli, płotem tylko odgrodzona pozostała obora, której dla gości opróżniać nie potrzebowano. Mieli więc w sąsiedztwie krowy i woły, parę młodych koników, które łby ciekawie wystawiały z za płotka i beczącą trzódkę czarnych owiec.
O tej niedogodności potrzeba było zapomnieć i nie zważać na nią. Ksiądz Antoniusz znajdował uśmiechając się, iż to przypominało stajenkę w Betlehemie. Dla Semka i dla księdza posłano siana, a Kaukis z drugiej numy, do której skryły się kobiety, i zdala dzwonki fartuszków dziewczęcych a smieszki ich słychać było, przyniósł na wieczerzę mleko, sér, chleb czarny, wędzone mięso i miód w plastrze.
Wszystko to bardzo podróżnym smakowało. Gospodarz, który tylko z Kaukisem i Wiżunasem mógł się rozmówić, pokłoniwszy się gościom, pomógłszy im postawić konie, skrył się do drugiej chaty.
Tam wrzawliwie a ochoczo przyjmowano u ogniska, około którego cisnęło się wszystko, dwóch Litwinów z obcych krajów, z niewoli powracających jakby cudem.
Kaukis, niemowa w Płocku, tu z radości odzyskał głos, mówił wyraźnie, a Wiżunasowi często już potrzebnych słów litewskich brakło. Rozpytywano się ich o te sąsiednie chrześciańskie kraje Lachów i Rusi, o których chodziły tu równie potworne opowiadania, jak gdzieindziej o Litwie.
Niewiasty przysłaniając się białemi fartuchami, obwijając namitkami, z bojaźnią patrząc na tych Litwinów obcych, przysłuchiwały się z kątów powieściom i wykrzykiwały z podziwu nad tem, co Wiżunas opowiadał.
Cała tam noc spłynęła na gwarze, a Kaukis sobie u dziewcząt wyprosił, aby mu co zaśpiewały. Pamiętał nawet początek jakiejś piosenki, którą usłyszawszy zanuconą, rzewnie zapłakał.
Wiżunas śmiał się, temu dusza się radowała. Miał przed sobą nadzieję powrotu, gdy starszy sierota, mógł tu się przywlec tylko na cmentarze i mogiły.
Nazajutrz rano Semko pierwszy dał znak do dalszego pochodu, a gdy ruszać mieli i gospodarz ich żegnał, podarkiem pieniężnym chciał, zawdzięczyć gościnę, ale go Litwin nie przyjął.
Kaukis miał tu czas rozpytać tak dobrze o dalszą do Wilna drogą lasami, pomijając drogi, iż pozostała część podróży znacznie skróconą i ułatwioną została. Śmielej też, wedle danych wskazówek mógł prowadzić, odżywiony tym noclegiem, który go odmłodził i pokrzepił. Wiżunas już nie śmiał się z niego.
W miarę jak się ku Wilnu zbliżali, niecierpliwość w Semku rosła.
Zdala wydawało mu się to łatwem, co teraz prawie niepodobnem uznawał.
Kto wie jak go miał przyjąć Jagiełło, a nawet, czy często na Ruś lub przeciw Krzyżaków wychodzącego, zastać mieli w domu?
Ważył Semko wiele i trapił się myślami. Ostatniego dnia, gdy Kaukis zapowiedział, że już byli blizko stolicy, zatrzymano się w lesie, ażeby w dzień biały nie wjeżdżać do miasta.
Brat Antoniusz, który czas jakiś, spędził tu w klasztorku swojego zakonu, uspokajał tem, że się on właśnie znajdował w stronie od Trok, to jest zkąd przybywali, i że aby się dostać do niego, przedmieść nie było potrzeba przebywać.
Dzień był jeszcze wielki, gdy na wzgórzu nad rzeką rozłożono się dla wypoczynku. Semko rad był, że się już zbliżał do celu. Rozpalono małe ognisko, ludzie się końmi zajęli, gdy w niewielkiej odległości dał się słyszeć róg myśliwski.
Zerwali się wszyscy przestraszeni, gdyż bardzo być mogło, iż w łowach rozmiłowany Jagiełło sam w pobliżu miasta polował. Spotkanie z nim nieprzygotowane, Semkowi na rękę nie było; natychmiast więc dał znać ażeby ogień zgaszono i konie dawano, chcąc się skryć w głąb’ lasu.
Pospiesznie biegła czeladź kiełznać i juki kłaść pozdejmowane na grzbiety koni gdy trąbka po raz drugi bliżej jeszcze się słyszeć dała.
Jeden spokojnie się modlący brat Antoniusz, najmniejszej nie okazał obawy. Semko zbiegł sam po konia, inni głowy potraciwszy plątali się spiesząc i przeszkadzając jedni drugim, gdy z gąszczy na małym koniu wystąpił lat średnich, poważny mężczyzna, i stanął, równie osłupiały widokiem niespodzianych jakichś obcych ludzi, jak oni przerażeni byli ukazaniem się jego.
Chwilę panowało milczenie, miano czas nawzajem się sobie przypatrzeć. Mężczyzna, który wyjechał z lasu, wcale nie miał dzikiej ani też zbyt pańskiej powierzchowności. Wyglądał bardziej na zamożnego kupca lub mieszczanina, a w stroju jedna tylko czapka Litwina przypominała.
Kożuch pokryty suknem jasnem, na nogach buty niemieckiego kroju, z nosami, trąbka przez plecy, mały miecz u boku, żadnego zresztą oręża nie miał przy sobie, trudno było odgadnąć kim mógł być.
Kaukis i Wiżunas, na pierwsze spojrzenie poznali że Litwinem nie był. Semko się domyślał w nim Niemca, a brat Antoniusz wlepiwszy oczy zdawał się widokiem jego przyjemnie zdumiony.
Twarz zwolna ku gromadce podróżnych zbliżającego się mężczyzny wiekiem już nieco pomarszczona, ale czerstwa i świeża, uderzała wyrazem przebiegłości i rozumu. Nic w niej namiętnego, dumnego nie było, choć na energii i pewności siebie nie brakło. Nie musiał tu być obcym, gdyż obracał się śmiało, i tak jakby miał prawo spytać postrzeżonych, co oni tu robili i z czym przybywali — podjeżdżał ku nim.
Semko stał przy swoim koniu, dając znaki bratu Antoniuszowi, aby on pierwszy rozmówił się z przybywającym. Tymczasem nieznajomy okiem bystrem rozpatrywał się w ludziach, ubiorach, uzbrojeniu, i na twarzy jego coraz większe malowało się zdumienie.
Antoniusz, nie czekając aby go zagadnął, cichym głosem ale śmiało, odezwał się z ukłonem, ręką go witając — po łacinie:
— Laudetur Jesus Christus!
Nierychło, obejrzawszy się dokoła, z pewnem wahaniem, siedzący na koniu, odpowiedział:
— In saecula saeculorum.
Dodało to odwagi Semkowi, który z za konia wystąpił. Zabierał się pozdrowić też nieznajomego, ale się zawahał nie wiedząc, jakim doń przemówić językiem.
Tymczasem przybyły zwolna zsiadł z konia i postąpił kilka kroków.
— Zkąd jedziecie? spytał po niemiecku.
Język ten Semkowi i bratu Antoniuszowi nie był obcym — ale zdziwił księcia mocno, niepojmującego zkąd Niemiec wziął się tutaj.
Kaukis i Wiżunas z widoczną trwogą, nierozumiejąc co się stało, lękając się kary, schowali się za drzewo.
— Jeżeli się nie mylę, a przypominam dobrze — odezwał się zakonnik, — nie kim innym jesteście tylko starostą Hawnulem?
Na twarzy nieznajomego chwilowe zdziwienie rozpłynęło się w uśmiechu.
— Tak jest — rzekł — jeśliście może nie poznali, to trafnieście odgadli.
— Mnie pan Bóg dał odgadnąć, a was — odparł zakonnik — opatrznością swoją zesłał tutaj. Większe nas szczęście spotkać nie mogło.
Nazwany Hawnulem, przystąpił śmielej, z zajęciem i życzliwością wpatrując się w Semka i mnicha.
Brat Antoniusz, widząc że książe namyśla się jeszcze co począć, pierwszy się odezwał.
— Jadąc tu, mieliśmy miłość waszą na myśli, bylibyśmy się do niej jutro pewnie przez ojca przełożonego zgłosili.
— Należycie do zakonu Św. Franciszka? — zapytał Hawnul.
— Tak, jestem najniegodniejszem z dzieci Patryarchy naszego — rzekł Antoniusz.
Wzrok Niemca nie schodził z Semka, który pięknością swą, postawą szlachetną i choć skromnem ale kosztownem ubraniem i uzbrojeniem okazywał, że nie był pospolitego stanu człowiekiem.
— Tak, sam Bóg miłosierny was tu zesłał — dodał zakonnik — ale może nas tu i kto inny złapać, kogobyśmy dziś widzieć nie radzi!
Hawnul potrząsnął głową.
— Nie sądzę — rzekł. — Nasz wielki książe tak blizko miasta łowów nie lubi, bo zwierz w lasach tych przepłoszony, a młodszy brat pański musiał się gdzieś zapędzić daleko, gdy na moją trąbkę nie odpowiedział.
Semko, namyśliwszy się, podszedł do Hawnula a choć bardzo uprzejmym być chciał i stanu swojego nie życzył zdradzić, obejście się jego tak jawnie okazywało człowieka do rozkazywania nawykłego, iż Hawnul mimowolnie pierwszy mu się pokłonił. Książątko w nim widać było.
— Dowiecie się kto jestem — rzekł cicho — gdy tego będzie potrzeba, lecz nie idzie o osobę moją. Ja posłem tu tylko jestem i w ważnej przybywam sprawie. Nikt lepiej pewnie nad starostę Hawnula, który jest powiernikiem i pierwszym Jagiełły urzędnikiem, nie osądzi, czy z tą sprawą mamy jechać do Wilna, lub bodaj na powrót do domu.
Hawnulowi pochlebiło to może, iż wpływ jego był znanym — skłonił głową i rzekł.
— Mówcie miłość wasza otwarcie, proszę. Jestem chrześcianinem, choć książęciu litewskiemu służę; chrześciańskim panom dobrze życzę i o to się staram tylko, abym pana mojego do nich mógł zaliczyć.
Semko przysunął się bliżej i począł cicho.
— Przybywam w poselstwie tajnem od Witolda. Wiecie, że jest w rękach Krzyżaków, ale wytrwać z niemi nie może, ani chce pomagać do przelewania krwi własnych braci. Żąda zgody, sam się o nią Jagielle nastręcza. Z tem przybywam.
Hawnul słuchał z uwagą natężoną, ale trudno było odgadnąć, czy mu ta wiadomość radość sprawiła, czy niepokój. Nie odpowiadał nic długo.
— Gdyby kiedy książęciu Witoldowi zaufać można — rzekł w końcu — wiadomość tą uważałbym za bardzo pomyślną i szczęśliwą. Wielki książe nasz, którego, Bóg da, wkrótce spodziewam się ujrzeć królem, potrzebuje pokoju. Taki wódz jak Witold, zdałby mu się wielce, ale czyż my jego nienasycone pragnienia potrafimy zaspokoić?
Semko zamruczał niewyraźnie, iż Witold zdawał mu się skruszonym i do wszelkich ofiar gotowym.
— Jagiełło ma żal wielki do niego — dodał Hawnul. — Rozgłoszono, nie bez wiadomości Witoldowej, że pan mój winien jest śmierci Kiejstuta. Uczyniono go w oczach świata mordercą stryja. Po wszystkich ziemiach wieść tę rozniesiono.
— Pojednanie się syna z Jagiełłą będzie najlepszym dowodem, że ona jest fałszywą — odparł Semko. — Jeżeli sądzicie, że w sprawie tej uczynić coś można, pomóżcie nam. Ja jestem bratem młodszym Janusza, szwagra Witoldowego, siedzę na Płocku, Semkiem mnie zowią.
Hawnul pokłonił się powtórnie i zamyślił.
— Sprobować potrzeba, ażali się nam nie uda Jagiełłę ułagodzić — rzekł. — Ja będę się starał przygotować go. Nim to nastąpi, książe dziś do zmroku (gdyż nie potrzeba, abyś był widzianym zawczasu) zajedziesz do klasztorku mnichów św. Franciszka. Dam mu znać, co czynić przypadnie. O wygodach waszych i ludzi pamiętać będę, a sam was przeprowadzę do moich zakonników. Ciasno tam u nich i gospoda nie taka, jakaby księciu przystała, ale, przebądźcie w niej, dopóki rzeczy się nie wyjaśnią.
— Jagiełło — odezwał się Semko — i do mnie żal ma, wrogiem mnie zowie. Nie wiem więc jak przyjmie. Rad podam rękę do zgody.
— O tę łatwiej będzie, niż z Witoldem — przerwał Hawnul. — Dwóch panów na Litwie tak wielkiego ducha i siły, jak nasz i Witold, trudno, aby z sobą żyli w pokoju.
Mnich stojący niedaleko, spostrzegłszy, iż się rozmowa przerwała na chwilę, zwrócił się do Hawnula.
— Miłościwy panie Wileński — rzekł — my już teraz na łasce waszej jesteśmy. Zatem kieruj i rozkazuj, kiedy wyruszyć ztąd mamy.
Starosta popatrzył na niebo, a potem na znużone konie podróżnych.
— Nie chciałbym — odezwał się — abyście zawcześnie wjeżdżając oczy zwrócili na siebie. Gdy konie wytchną, pociągniemy powoli, aby stanąć o mroku.
Rozłożono wojłoki na ziemi. Semko dobyć kazał ostatek podróżnych zapasów i zapraszał na nie gościa. Ten jednak zbyt był niespodzianem spotkaniem i wiadomościami poruszony, aby o głodzie i pragnieniu pamiętać. Przyjął kubek i siedział zamyślony.
— Powiedzcie szczerze — zapytał Semko — sądzicie, iż Jagiełło da się skłonić do pojednania?
— Byćby to mogło — mówił Hawnul — przy Bożej pomocy; ale na to potrzeba szczęśliwej chwili i bacznego z niej korzystania. Mściwym Jagiełło nie jest, lecz życie nauczyło go ostrożności wielkiej. Nie ufa łatwo nikomu, podejrzewać jest skłonny. Ani dziwić się temu, otoczony nieprzyjaciołmi, tyle mając przykładów zdrady, nawet najbliższym z rodziny ufać nie może. Witolda się obawia.
Brat Antoniusz stał przy nich.
— Wasza miłość — wtrącił — wiele możesz u niego, przywiedź do zgody. Pokój na Litwie da ci dopiąć tego, czego pragniesz, a ku czemu, jak sądzę, Bóg cię zesłał. Łacniej naówczas przywiedziesz ich do przyjęcia chrztu i wyzwolenia tego kraju z więzów szatana.
Hawnul westchnął.
— Prawdą jest — odparł — że mam dosyć łaski u Jagiełły, że mi ufa i mną się posługuje. Lecz i to pewna, że dosyć byłoby najmniejszego podejrzenia, cienia jednego, abym wiarę wszelką postradał.
Cud to szczególny, że ja, niemiec rodem, człek mały, którym się tego nigdy nie spodziewał, potrafiłem pozyskać jego względy. Jak się to stało?... wytłumaczyć nawet nie potrafię.
Przybyłem po raz pierwszy na Litwę jako kupiec, z towarem niemieckim z Rygi w obawie o mienie i życie bo, w krajach tych nikt, z najlepszemi listami, całkiem bezpiecznym nie jest. W miastach już lud pospolity więcej jest oswojony i ze znamieniem krzyża i z chrześciany; po wsiach, po lasach, kędy przeszedł miecz krzyżacki i ich okrucieństwo, dosyć chrześciańskiego imienia, aby życia pewnym nie być.
Z małą kupią, z żelaztwem i mosiądzem, dostałem się do Wilna. Zaprowadzono mnie na zamek do księżnej matki, starej Julianny, którą tu królową zowią. Tam, gdy mój towar rozkładałem, wszedł niespodzianie Jagiełło. Na widok mój, poczuwszy niemca, obcego człeka, cofnął się zaraz.
Księżna, która już wprzódy mówiła ze mną, i wiedziała, iż Krzyżaków nie cierpię, a nieprzyjacielem ich jestem, jak oni duchowieństwa naszego są wrogami; poszła syna uspokoić prosząc, aby piękny mój towar szedł zobaczyć.
Dał się skłonić do tego, choć widać było, z jaką obawą i nieufnością zbliżał się do mnie i do kupi, którą miałem z sobą. Obawiał się, aby noże i inne małe wyroby zatrute nie były. Kazał mi je wprzód na własnej skórze probować.
Poczęła się niby rozmowa, w ciągu której więcej słuchał, niż mówił. Musiałem się po rusińsku tłumaczyć, bo niemieckiej mowy, choć zrozumiałej sobie, nie cierpi. Rozpytywał mnie o Krzyżaków, a ja skorzystałem z tego, malując ich tak jak znałem. Śmiał się i rad był. Zakupiono u mnie prawie wszystko co miałem, a książe zażądał, abym mu się postarał o takie noże do łowów na dzikiego zwierza, o jakich słyszał, że je w Niemczech robiono, oprawując bogato.
Przyrzekłem przywieźć mu je, i w powtórnej podróży do Wilna, umyślnie przybyłem z niemi tylko. Tym razem jeszcze niebardzo mi ufał, ale już przyjął lepiej. Zdarzyło się, że niewolników krzyżackich przyprowadzono, których badać było potrzeba, do czego mnie zawołać kazał. Z pomocą Bożą dobrze mi się powiodło.
Za trzeciem przybyciem do Wilna, zażądał Jagiełło, abym się tu przeniósł i osiedlił. Ważyłem się i na to. Zwolna a nierychło zaskarbiłem sobie zaufanie, trudne do zdobycia. Trafiało się nieraz, że powziąwszy podejrzenie jakieś, miesiącami całemi nie zbliżał się, nie mówił do mnie. Dopiero po wielu dowodach wierności mojej i oddania się usługom jego, przyszło do tego, że mi i miasto w zarząd, i kupców a cudzoziemców dozór powierzono, potem monetę i podskarbstwo. Nakoniec i do innych spraw książe zażywać mnie zaczął.
Korzystałem z tego, aby przysposobić grunt, na któryby ziarno ewangelii nie padło na próżno. Czekam tylko chwili sposobnej. Jagiełło przygotowany jest, ale z rąk Krzyżaków chrzest przyjąć się wzdraga. Zna ich nadto, i brzydzi się niemi.
Da li Bóg, przywiodę do tego, że zasiędzie między monarchami chrześciańskiemi.
— Wszak ci matka jego, księżna Twerska, chrześcianką jest? — rzekł Semko.
— Tak, ale Jagiełło na zachód patrzeć musi i przyjąć chrześciaństwo zachodnie, rzymskie, bo inaczej Krzyżacy nigdy go nie uznają chrześcianinem, i bałwochwalcą zwać będą.
Minęły te czasy — dodał Hawnul — gdy na górze nad Wilnem krzyżowano braci św. Franciszka, dziś już miejski lud oswojony jest z obrzędami chrześciańskiemi i z chrześciany, których tu wiele z Rusi napływa. Wszyscy wiedzą, że w tym samym klasztorku, z którego męczenników pochwycono, nowi ich bracia nieustraszeni mieszkają i Boga chwalą. Przecież dziś są bezpieczni.
To mówiąc podniósł się Hawnul, i ręce ku niebu wyciągnąwszy, zawołał z przejęciem serdecznem.
— Dożyję może chwili tej, gdy mi Bóg da ujrzeć nad Wilnem krzyże i posłyszeć dzwony wołające na modlitwę. Naówczas powiem z Symeonem, odpuść Panie, sługę swego.
Brat Antoniusz słuchając, ręce złożył jak do modlitwy i szepnął cicho:
— Amen!
Hawnul ruszył z miejsca, było to znakiem, że w dalszą drogę puścić się mieli.
— A książę, z którym wyjechaliście na łowy? — zapytał Semko.
Pomyśli, żem się zbłąkał — odparł Hawnul — szukać mnie i zbyt się troszczyć nie będzie, boć wié, że sobie dam radę.
Czeladź na znak dany, natychmiast konie przysposabiać zaczęła, Hawnul siadł na swego, i nie potrzebując już Kaukisa puścili się ku Wilnu za dnia jeszcze, lasami, wśród których urzędnik Jagiełły, okazał się dobrze dróg świadomym.
Na rozmowach o Polsce i Krzyżakach, których Hawnul był nieprzyjacielem, zeszła podróż do wieczora. Stary zakonnik opodal jadąc, różaniec swój przebierał.
Mrok był już gęsty, gdy wyjechawszy z puszczy ujrzeli dolinę, po nad którą we mgłach wieczora, zaledwie dojrzeć było można górnego zamku Wileńskiego i u stóp jego, murami opasanego grodu. Z małych domostw, drewnianych, gęsto ściśniętych złożone, szeroko pod nim rozścielały się przedmieścia.
Każdej wojny i napaści niemal, padały one ofiarą. Lud w części na zamki się chronił, częścią do lasów rozbiegał, nieprzyjaciel palił domostwa, a zaledwie odstąpił, jak grzyby wyrastały one znowu na zgliszczach.
Były to raczej szałasy i drewniane namioty a obozowisko niż miasto. Bardzo niewiele budowli wśród nich, dachami lub ścianami górowało.
W chwili tej jeden ogromny obłok dymu i wyziewów leżał nad Wilnem całem, kołysząc się jak fala, niekiedy za powiewem wiatru odsłaniając światełka i ogniki.
Niezmierna ilość ścieżek i drożynek wiodła ku lasom, z których codziennie drzewo na opał wożono. Gościniec wielki o tej godzinie stał już pusty. Ubodzy tylko ludzie, którzy koni nie mieli, na plecach dźwigając gałęzie ścięte, wlekli je do chat opóźnieni. Szczekanie mnóstwa psów dochodziło zdaleka.
Hawnul chciał ich sam doprowadzić do bramy klasztornej, lecz brat Antoniusz wyręczył go, podejmując się tego.
— Spoczywajcie, jutro — rzekł Hawnul — do księcia, a ja tymczasem będę wam drogi trzebił... Jeżeli się przekonam, że Jagiełło do zgody namówić się nie da, narażać was nie będę.
Semko wspomniał teraz o pierścieniu Julianny, niegdyś danym Birucie, który mu na znak Witold powierzył, i powiedział o nim Hawnulowi.
— Być może — odparł po namyśle starosta — że i on pomoże do utorowania wam drogi, naprzód do Julianny, a przez nią do Jagiełły.
Ciemno już było i od śniegów tylko mały odblask drogę wskazywał, gdy rozstawszy się ze starostą, zwrócili ku klasztorowi.
Konwent z kościółkiem, na którym krzyża nie było, chociaż stał na kraju przedmieścia, nie ostatnią był budową w pustem polu. Otaczały go drewniane domki i szopy, w których się łatwo było domyślać nawróconych już chrześcian, cisnących się bliżej ku swej starszyźnie i świątyni. W istocie znaczniejsza część tych chat do chrześcian należała.
Nie śmieli oni jeszcze jawnie się uznawać niemi, wielu z nich dwie razem zmięszane wyznawało wiary, a w rzeczy żadnej, ale folgowano im w początkach, bo inaczej nawracać nie było podobna. Chrześcianie ci nowi chodzili ze strachu na dolinę Swentoroha do ołtarza Perkunasa, a potem przekradali do kościołka i spowiadali się ze swej słabości.
Małemi uliczkami wśród płotów i chatek, dostali się wreście podróżni do wysokiego częstokołu opasującego plac dosyć rozległy.
Parkan był tak wysoki, iż po za nim nic widać nie było, nikły nawet dachy budowli wewnątrz stojących.
Brat Antoniusz trafił do furty i zaczął pukać do niej potrzykroć każdy raz, trzy razy. Czekali potem.
Wewnątrz słychać było chód ostrożny.
Zapukano w ten sam sposób raz wtóry, a po przestanku raz jeszcze.
Naówczas głos się odezwał wewnątrz, na który Antonjusz ze wzruszeniem odpowiedział:
— Laudetur Christus!
Zaczęto odryglowywać furtę, błysnęło światło za nią. Po nad wysokim parkanem okazała się głowa zakapturzona, rozpatrująca się w przybyłych. Naostatek otwarto wrota i wpuszczono naprzód tylko starego zakonnika.
Wszystkie te ostrożności nie były zbytecznemi. Franciszkanie czuli się tu wśród wrogów, musieli czuwać pilno. Podstępem mogli napaść ich poganie, równie przez chciwość, jak nienawiść.
Starczyło kilka słów brata Antoniusza, aby natychmiast księcia z orszakiem jego wpuszczono.
Zakapturzony mnich w sile wieku, krzepki i rzeźwy, ojciec Paweł, przełożony, wyszedł na spotkanie mazowieckiego książęcia.
Cała ta posiadłość ojców, niepodobną była do tego, czem są dzisiejsze klasztory. Kościołka wśród innych budowli skrytego, odróżnić od nich na pierwszy rzut oka nie było podobna. Żadnego godła chrześciańskiego na widok nie ważono się wystawiać, aby poganie dostrzegłszy go, nie znieważyli.
Klasztorek był długim budynkiem, najprostszego, pierwotnego kształtu, ogromną chatą z bierwion sosnowych, z maleńkiemi, klapami zamkniętemi okienkami.
Po nad dachem, słomą nakrytym, plecione sterczały dymniki.
Częstokroć, przy lada jakiem zburzeniu ludu, zmuszeni po kilka dni zamykać się w swej zagrodzie, Franciszkanie trzymali tu i małą trzódkę owiec dla mleka, i krów parę. Wielkie szopy pod parkanami zawierały zapasy siana, zboża nawet, które sami młócić musieli, i żarna, w których sobie razową mąkę mielono. Wpośrodku była studnia, aby wody od sąsiadów nie potrzebować, a dalej klasztorna łaźnia.
Pomimo wielkiego ubóstwa tej pierwszej kolonii chrześciańskiej w Wilnie, nie zbywało tej chacie klasztornej, na foresterii dla gości.
Chronili się tu często przejezdni lub ścigani chrześcianie, którym przytułku nie godziło się odmawiać, choćby gościnność ta groziła klasztorowi pomstą i prześladowaniem.
Ojciec Paweł powitawszy mazowieckiego księcia, poprowadził go do przestronnej izby gościnnej, tak ubogo opatrzonej jak klasztór cały. Wązkich stołów para, ławy przy ścianach, które razem za łoża na noc służyć musiały, wizerunek niewielki Chrystusa na ścianie, u drzwi gliniane naczynko z wodą święconą, ognisko w pośrodku, teraz wygasłe, to było wszystko, czem izba mogła służyć księciu.
— Radzibyśmy was, dostojny panie — odezwał się przełożony — przyjąć jak najlepiej, ale ubóstwo nasze nie dozwala. Myśmy na nie ślubowali, a tu nam łatwo dochować przysiąg, bośmy w kraju pogańskim i ledwie cierpiani przybysze. Jutro jednak, spodziewam się, gdy Hawnul wie o przybyciu miłości waszej, iż się postara o to, by potrzeby zaspokojone były.
O. Paweł o tem ubóstwie swem i położeniu mówił z uśmiechem dobrodusznym na ustach z pogodą na twarzy i spokojem, jaki daje ofiara dobrowolna żywota za wiarę.
Dwaj za nim stojący ojcowie, z których jeden Litwinem był, równie jak brat Antoniusz, oblicza mieli wesołe synów prawych świętego Franciszka, którym każde cierpienie ducha rozpromienia.
— Ognia każemy napalić, ryby zgotować, chleb jest i piwo nasze klasztorne. Bądź wasza książęca mość pozdrowionym, spoczywaj i przebacz — dodał O. Paweł...
Po nużącej podróży, to co ubogi klasztor mógł księciu Semkowi ofiarować, wydało się aż nadto wystarczającem.
Pobożny, jak wszyscy wówczas, zażądał tylko, aby mógł naprzód do kościołka pójść podziękować Bogu, iż go tu cało doprowadził. O. Paweł i brat Antoniusz towarzyszyli mu.
W podwórku węwnętrznem, opasany zewsząd budowlami stał maleńki kościołek, drewniany, na podmurowaniu z polnych kamieni. Bocznemi drzwiami przez zakrystyjkę weszli do niego.
Ołtarz drewniany stał w pośrodku, dzieląc budowlę na dwoje, po za nim znajdował się chór dla mnichów, szczupły jak ich liczba... Sam kościołek niewiele większy, starczył dla małej chrześcian gromadki, czysty był ale nieozdobny.
Wszystko co go przystrajało, własnemi rękami mnichów było wyrobione z drzewa i kory, ale z tą miłością i staraniem pobożnem, które najprostszemu wyrobowi nadaje pieszczone oblicze.
Lampa od stropu zwieszona, paliła się przed ołtarzem. Klękli tu wszyscy na modlitwę. Brat Antoniusz odmówił ją półgłosem całując ziemię z gorącością wielką, stęsknionego za bożym domem zakonnika. Semko też pochylił się ręce rozkrzyżowawszy, prosząc Boga o opiekę nad sobą, i niepewnemi losy swego poselstwa.
Mimowolnie myśl jego przeniosła się ku Polsce, wspomniał koronę, którą mu obiecywano i westchnął do Boga, lecz gdy oczy podnosił ku krzyżowi, szukając w nim jakiej wróżby przyszłości swej, lampa przed ołtarzem prysnęła światłem wielkiem i nagle zagasła.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.