Straszliwe zdarzenie/Część pierwsza/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maurice Leblanc
Tytuł Straszliwe zdarzenie
Podtytuł Powieść
Wydawca Spółka Nakładowa „Odrodzenie“
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia Wydawnicza w Kaliszu
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Le Formidable Événement
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.
NA MORZU.

Nazajutrz w Newhaven Szymon Dubosc dowiedział się, że dnia poprzedniego około godziny szóstej zatonął kuter rybacki z załogą ośmiu ludzi. Stało się to w pobliżu Seaford, małej stacji, oddalonej o kilka kilometrów. Stamtąd można było obserwować cyklon.
— Cóż, proszę pana, zagadnął Szymon znajomego kapitana okrętu, na którym mieli przepłynąć kanał La Manche, co pan myśli o tem? Znów zatonięcie! Czy nie zdaje się panu, że to wszystko zaczyna być niepokojące?
— Owszem, widzę to, niestety, odrzekł kapitan. Piętnastu pasażerów zrezygnowało z podróży. Obawiają się. A przecież jest to jedynie przypadek.
— Przypadek, który się powtarza zbyt często, panie kapitanie. A co groźniejsze, że to już na całym kanale La Manche.
— Na całym kanale znajduje się obecnie około kilku tysięcy statków. Każdemu z nich grozi pewne ryzyko, ale przyzna pan sam, że ryzyko to jest małe.
— A przeprawy nocne czy wszystkie się udały? zapytał jeszcze Dubosc, myśląc o swoim przyjacielu Edwardzie Rolleston.
— Doskonale — w obu kierunkach. I nasza podróż również będzie dobra. „Reine-Mary” jest to nadzwyczaj solidny okręt, bez trudności robiący swoich sześćdziesiąt cztery mile w niespełna dwóch godzinach. Odpłyniemy i przepłyniemy, niech pan będzie spokojny, panie Dubosc.
Ta pewność siebie kapitana i jego zaufanie uspokoiły Szymona, chociaż w głębi umysłu jego pozostały pewne obawy. Nie jechał przecie sam. Korzystając z chwili czasu, poczynił przygotowania do odjazdu, zamówił dwie kabiny, przedzielone salonem i na dwadzieścia pięć minut przed terminem odpłynięcia udał się na dworzec morski.
Panowało tam wielkie ożywienie. W poczekalni około tablicy, gdzie ogłaszano najnowsze depesze, gromadziły się grupy ludzi o twarzach stroskanych. Otaczano też osoby lepiej poinformowane, głośno rozprawiające i gestykulujące. Dużo pasażerów zgłaszało się do kasy z żądaniem zwrotu pieniędzy.
— Ho, ho, ksiądz nasz, ojciec Calcaire, powiedział półgłosem Szymon, widząc w restauracji za stołem swego dawnego profesora.
I zamiast uciekać od niego, jak to zwykł był czynić na widok księdza, zbliżył się do niego.
— Jak zdrowie, drogi mistrzu?
— A, to ty, kochany Szymonie Dubosc!
Z pod cylindra bardzo staromodnego, wyrudziałego i zniszczonego, wyglądała okrągła twarz proboszcza, o dużych policzkach, opadających na kołnierzyk bardzo wątpliwej czystości. Coś w rodzaju czarnego sznurka zastępowało krawat. Liczne plamy pyszniły się na kamizelce i marynarce, a płaszcz koloru wypełzłej zieleni, pozbawiony guzików, zdradzał wiek znacznie starszy od cylindra.
Ojciec Calcaire — Ojciec Wapienny — zatracił już prawdziwe swe nazwisko i znany był jedynie pod tym przydomkiem, wykładał nauki przyrodnicze w kolegjum w Dieppe w przeciągu ćwierćwiecza. Geolog uczony i istotnej wartości, zawdzięczał przydomek swój studjom nad formacjami osadowemi wybrzeża normandzkiego. Studja te przeprowadzał gruntownie, badając nawet dno morskie i mimo zbliżającej się sześćdziesiątki, nie ustawał w pracy. Jeszcze w roku zeszłym Szymon widział go, tego człowieka ociężałego, pokręconego od reumatyzmu, jak zamknięty w kloszu nurka poraz czterdziesty ósmy opuszczał się na dno morza w pobliżu Saint-Valery-en-Caux. Od Hawru do Dunkierki, od Portomouth do Douvre, cały kanał La Manche nie miał dla niego tajemnic.
— Czy mistrz wraca do Dieppe?
— Przeciwnie, przybywam stamtąd. Przepłynąłem tej nocy, jak tylko dowiedziałem się o zatonięciu kutra angielskiego... wiesz zapewne... pomiędzy Seaford a ujściem Cuckmere. Już od rana rozpocząłem moją ankietę u ludzi, którzy byli naocznymi świadkami.
— No i cóż? zainteresował się Szymon.
— Otóż o jakąś milę od wybrzeża widzieli wrzenie fal i piany, wirującej z zawrotną szybkością dookoła środka, tworzącego wklęśnięcie. A potem nagle wystrzelił stamtąd słup wody, prosto w górę, unosząc piasek i kamienie, opadające deszczem we wszystkie strony, jak bukiet ogni sztucznych. Był to widok wspaniały.
— A kuter?
— Kuter? powtórzył ojciec Calcaire, jakby nie rozumiejąc o co chodzi, szczegół ten bowiem dla niego był tak bez znaczenia! A, tak! kuter! Otóż kuter zginął!
Uczeń milczał chwilę, poczem zapytał:
— Kochany profesorze i mistrzu, proszę teraz odpowiedzieć mi szczerze. Czy sądzi profesor, że podczas podróży grozi niebezpieczeństwo?
— Zwarjowałeś? To tak, jakbyś mnie spytał, czy musi się zamykać szczelnie w pokoju wówczas, gdy na dworze grzmi. Zapewne, piorun uderza czasem tu i tam... Ale przecie tyle jest przestrzeni naokoło. A zresztą przecie jesteś znakomitym pływakiem, nagrodzonym nawet. Otóż gdyby coś było, rzucaj się prosto w wodę. Bez wahania!
— A jakie jest zdanie profesora, kochany mistrzu? Jak należy tłómaczyć sobie te zjawiska?
— Jak? To bardzo proste. Przypomnę ci najpierw, że w roku 1912 dały się odczuwać w okolicach pewne wstrząśnienia, będące zresztą najprawdziwszemi trzęsieniami ziemi. To punkt pierwszy. Punkt drugi: wstrząśnienia te łączyły się dziwnie ze wzburzeniem La Manche, wzburzeniem, które przeszło niezauważone, ale które mnie bardzo wówczas zainteresowało i było punktem wyjścia mych badań najnowszych. Między innemi jeden z wstrząsów, będących dla mnie znakiem ostrzegawczym wypadków obecnych, zdarzył się właśnie w pobliżu Saint Valery. Pamiętasz, jak niedawno widziałeś mnie, jako nurka, zagłębiającego się na dno morskie w tem miejscu. Z tego wynika...
— Wynika, że?
Ojciec Calcaire przerwał i zmieniając nagle tok rozmowy, zapytał:
— Powiedz, Dubosc, czy czytałeś broszurę moją, p. t. „Skały kanału La Manche”? Nie, nieprawdaż? Otóż gdybyś ją przeczytał, wiedziałbyś teraz, że jeden z rozdziałów zatytułowany: „Co się stanie z kanałem La Manche w roku 2000” właśnie się spełnia teraz. Przepowiedziałem wszystko dokładnie, rozumiesz! Nie te małe przygody z zatonięciem okrętów i powstawaniem trąb wodnych, ale to, o czem one świadczą. Tak, mój kochany Szymonie, czy to będzie w roku 2000, czy 3000, czy teraz lub w tygodniu przyszłym, wszystko to przepowiedziałem! Tę rzecz niesłychaną, niepojętą prawie a tak naturalną, która stać się musi dziś czy jutro.
Ojciec Calcaire perorował z zapałem. Krople potu wystąpiły mu na policzki i czoło i wyciągając z wewnętrznej kieszeni surduta wąską, podłużną teczkę zamkniętą na klucz, a tak zużytą, tak połataną, że dziwnie harmonizowała z jego płaszczem i cylindrem, zawołał:
— Chcesz wiedzieć prawdę? Tu jest ona! Wszystkie me hipotezy zawiera ten portfel.
Małym kluczykiem otwierał zamek, gdy jakieś okrzyki rozległy się od strony poczekalni. Stoliki restauracji momentalnie opustoszały. Nie żegnając się z ojcem Calcaire, Szymon pobiegł za tłumem, cisnącym się do tablicy z depeszami.
Wywieszono tam dwa telegramy pochodzenia francuskiego. Jeden oznajmiał zatonięcie żaglowca przybrzeżnego „La Bonne Femme”, który pełnił służbę pomiędzy Calais, Hawrem i Cherbourgiem, oraz donosił, że tunel pod kanałem La Manche zawalił się, nie pociągając za sobą ofiar w ludziach. Drugi telegram podawał do wiadomości, że „strażnik latarni morskiej w Ailly koło Dieppe ujrzał nad ranem pięć snopów wody i prochu, tryskających wysoko prawie równocześnie w odległości dwóch mil od wybrzeża.
Wieści te wywołały panikę i okrzyki przerażenia. Zniszczenie tunelu podmorskiego, dziesięć lat i wysiłków straconych, miljardy pochłonięte — katastrofalne to zapewne. Ale o ile straszliwsze wydawały się zdania drugiego telegramu! Przecie to przez okolice, wstrząsane kataklizmem, wypadała droga okrętu. Przy odjeździe — Hastings i Seaford; przy przybyciu — Pourville i Dieppe!
Rzucono się tłumnie do okienek. Oblęgano biuro zawiadowcy dworca portowego i urzędników. Dwieście osób udało się na statek, by odebrać swój bagaż i pakunki, przerażeni ludzie, uginający się pod ciężarem kufrów i tobołków, ociekający potem, szturmem brali odchodzące pociągi, tak jakby skały, wybrzeża, tamy i pomosty nie były w stanie uchronić ich przed przerażającą katastrofą.
Szymon uczuł dreszcze. To przerażenie otaczających oddziaływało na niego. A przytem co znaczył ten splot tajemniczy zjawisk, nie dających się wytłómaczyć w sposób naturalny? Co za burza niewidzialna wstrząsała wodami w głębi otchłani morskiej? Dlaczego te gwałtowne cyklony wybuchały wszystkie w tak stosunkowo niewielkim ośrodku, a nie zatrzymywały się jednak w jakiemś jednem miejscu?
Dokoła niego wzmagał się hałas i zamieszanie. Działy się tragiczne lub śmieszne sceny. Szczególniej jedna z nich wywarła na nim bardzo przykre wrażenie, może dlatego, że rozgrywała się między rodakami jego. Była to rodzina, ojciec, matka, sześcioro dzieci, z których najmłodsze, kilkumiesięczne zaledwie, spało na ręku matki. Matka błagała męża swego z rozpaczą prawie:
— Zostańmy! Dzieci... Nic nas nie zmusza...
— Owszem, najdroższa... czytałaś przecie list mego wspólnika... A przytem, doprawdy, nie widzę powodu obawy...
— Błagam cię..! mam takie złe przeczucia... wiesz dobrze że się nie mylę...
— Chcesz więc, bym jechał sam?
— O, nigdy!
Szymon nie słyszał dalszych słów. Ale nie zapomniał nigdy tego okrzyku kochającej żony i wyrazu bólu matki, obejmującej wzrokiem gromadkę swych piskląt. Zegar wybił wpół do dwunastej i miss Bakefield była już zapewne w drodze. Dubosc wyszedł na ulicę, gdzie niebawem ujrzał skręcający z przecznicy samochód, a w nim jasną twarzyczkę Izabelli. Wszystkie jego smutne przeczucia znikły odrazu. Więc nie zlękła się żadnych przeszkód! Dotrzymała słowa!
Chociaż dnia poprzedniego postanowili oboje nie spotykać się i nie rozmawiać, aż do chwili odpłynięcia okrętu, a to przez przezorność, jednakże Szymon, widząc ją wysiadającą z auta, podbiegł na jej spotkanie. Otulona płaszczem z sukna popielatego, trzymała w ręku pled podróżny, opasany rzemykami, tragarz niósł za nią małą walizkę.
— Wybacz, Izabello, że wbrew umowie zbliżam się tutaj, ale dzieją się rzeczy tak ważne, że musimy się naradzić. Depesze najnowsze oznajmiają znów o całej serji katastrof i to właśnie na drodze, którą przepływamy.
Izabella nie wydała się bynajmniej wzruszona.
— Mówisz mi to, Szymonie, tonem tak spokojnym, nie dostosowanym do treści słów.
— Bo taki jestem szczęśliwy! szepnął.
Oczy ich spotkały się i złączyły się w długiem, głębokiem spojrzeniu...
Izabella zapytała:
— Gdybyś był sam, Szymonie, cobyś zrobił?
A gdy Szymon wahał się, odpowiedziała za niego:
— Pojechałbyś. I ja również.
Uśmiechnęła się do niego i weszła na pomost.
W pół godziny potem okręt Reine - Marie opuścił port w Newhaven. W chwili tej Szymon, zawsze tak opanowany, nie znający trwogi, szczycący się tem, że w chwilach krytycznych jakoteż w chwilach upojenia zwycięstwem umiał zawsze zachować zimną krew, uczuł, że nogi pod nim zadrżały, a oczy napełniły się łzami. Szczęście zdawało się być ponad siły.
Szymon dotychczas nie kochał się nigdy. Miłość należała u niego do liczby tych zdarzeń, których oczekiwał bez niecierpliwości i nie uważał za stosowne przygotowywać się do niej, szukając przelotnych miłostek, najczęściej zużywających siłę uczucia.
— Miłość, myślał, powinna wejść w samą treść życia, a nie być tylko jego dodatkiem. Nie ona celem, lecz pobudką czynu, pobudką najszlachetniejszą.
Piękność miss Bakefield od pierwszego razu wywarła na nim głębokie wrażenie i w krótkim przeciągu czasu uświadomił sobie, że do końca życia żadna inna kobieta nie będzie miała dla niego powabu. Tenże sam poryw nieprzezwyciężony i niewyrozumowany uniósł uczucie młodej dziewczyny. Wychowana na południu Francji, mówiąca po francusku równie dobrze jak swym rodzinnym językiem, nie odczuwała sama i nie wywołała u Szymona tej pewnej niechęci, istniejącej zwykle między osobami odrębnych ras. To, co łączyło ich oboje było silniejsze niż to, co ich mogło dzielić.
Rzecz dziwna, że podczas tych czterech miesięcy, gdy miłość ich rozwijała się i rozkwitała, jak roślina o kwiatach wciąż się odnawiających i wciąż piękniejszych, nie miewali oni ze sobą tych długich rozmów, w jakich kochankowie rozpytują się chciwie i w jakich starają się przeniknąć nieznaną duszę drugiego. Mówili mało i rzadko o sobie, jakby pozostawiając płynącemu codziennemu życiu troskę o powolne podnoszenie tajemniczej zasłony.
Szymon wiedział jedynie, że Izabella nie była szczęśliwą. Mając lat piętnaście straciła matkę, którą uwielbiała, a ojciec nie dał jej uczucia ani pieszczot, wkrótce bowiem po śmierci żony dostał się pod wpływ księżniczki de Faulconbridge, natury wyniosłej, tyranizującej, zamkniętej prawie zawsze w willi swej w Cannes lub w pałacu Battle koło Hastings, której wpływ niedobry nawet z oddali, przez listy, wyładowywał się zarówno na ojcu i na córce, gnębionej jakąś chorobliwą zazdrością.
Zupełnie naturalnie jakoś stało się, że Izabella i Szymon pokochali się i związali się słowem na całe życie. Zupełnie też naturalnym był fakt, że rozbijając się o niewzruszoną wolę lorda Bakefield i nieprzejednaną nienawiść jego żony, musieli znaleść jedyne możliwe wyjście w ucieczce. Sprawę tę postawili bez wielkich słów, zgodzili się na takie rozwiązanie bez walk bolesnych i buntów. Oboje decydowali w pełnem poczuciu swej wolności. Czyn wydawał się im zupełnie pusty. Powiedzieli sobie uczciwie, że zaręczyny ich będą trwały aż do chwili, gdy wszystkie przeszkody zostaną usunięte i teraz szli w przyszłość z ufnością, jak się idzie w krainę jasną i gościnną.


∗   ∗

Na pełnem morzu woda zaczęła się marszczyć pod podmuchem lekkiego upartego wiatru. Chmury gromadziły się wojowniczo na zachodzie, lecz tak daleko, by można było być pewnym, że przejazd uda się spokojnie, w blaskach promiennego słońca. Obojętny na atak fal statek płynął prosto do celu, jakby żadna siła nie była w stanie zepchnąć go z wyznaczonej drogi.
Izabella i Szymon zajęli miejsca na ławce na pokładzie. Miss Bakefield zdjęła płaszcz i kapelusz, a słońce zapalało ogniste błyski w jej jasnych włosach. Poważna i zamyślona, promieniała młodością i szczęściem. Szymon zapatrzył się w nią.
— Czy nie żałujesz niczego, Izabello? zapytał.
— Niczego.
— Nie boisz się?
— Czegożbym się miała obawiać, będąc z tobą? Nic nam nie grozi.
Wskazał ręką na morze.
— Ono.
— Nie.
Opowiedział jej wczorajszą rozmowę z lordem Bakefieldem i warunki, które mu postawiono, a na które się zgodził. Izabella uśmiała się serdecznie, poczem rzekła:
— Czy wolno i mnie dodać jeszcze jeden warunek?
— Jaki?
— Wierność, powiedziała poważnie. Wierność absolutną. Bez wahań. Bez upadków. Nie przebaczyłabym.
Ucałował jej dłoń, mówiąc uroczyście:
— Niema miłości bez wierności. A ja kocham cię.
Wokoło nich było mało osób, gdyż panika oddziałała najsilniej na pasażerów pierwszej klasy. Ale wszyscy, którzy wytrwali, z wyjątkiem pary narzeczonych, zdradzali pewien niepokój lub trwogę. Na prawo znajdowało się dwóch pastorów, bardzo starych. Towarzyszył im trzeci, trochę młodszy. Ci trzej byli niewzruszeni, godni bracia bohaterów, którzy śpiewali hymny podczas zatonięcia Titanic’a. Jednakże ręce ich były złożone jak do modlitwy. Z drugiej strony siedziało małżeństwo francuskie z sześciorgiem dzieci. Ojciec i matka przytuleni do siebie, badali horyzont rozgorączkowanym wzrokiem. Czterech chłopców, wszyscy rośli, zdrowi, i o policzkach kwitnących rumieńcami, biegali tam i z powrotem w poszukiwaniu nowin, które powtarzali rodzicom. U stóp ich skuliła się mała córeczka, płacząca cicho i żałośnie. Matka karmiła niemowlę; od czasu do czasu odwracało ono główkę i uśmiechało się do Izabelli, patrząc na nią błękitnemi oczętami.
Wiatr stawał się gwałtowniejszy. Szymon nachylił się do swej towarzyszki.
— Czy nie jest ci chłodno, Izabello?
— Nie... jestem przyzwyczajona.
— Jednakże chociaż zostawiłaś walizkę na dole, pled wzięłaś tu ze sobą. Dlaczego się nim nie otulisz?
Istotnie, pled nadal był zwinięty i opasany rzemyczkami, a nawet Izabella uwiązała go jednym ze rzemyczków do sztaby żelaznej, przymocowującej ławkę do desek pokładu.
— Walizka moja nie zawiera nic kosztownego, rzekła śmiejąc się.
— Tembardziej ten pled, przypuszczam?
— Owszem.
— Naprawdę! Cóż takiego?
— Minjaturę, do której moja biedna matka była bardzo przywiązana, gdyż wyobraża ona podobiznę babki robioną dla króla Jerzego.
— Czy minjatura ta ma wartość tylko jako pamiątka?
— Nie. Matka moja kazała ją otoczyć swemi najpiękniejszemu perłami, co jej nadaje dziś wartość bezcenną. Jakby przeczuwając przyszłość, zapewniła mi tym sposobem majątek osobisty.
Szymon roześmiał się.
— Dziwna to kasa ogniotrwała!
Izabella też się śmiała.
— To prawda, że dziwna. Minjatura przypięta jest pośrodku pleda, pomiędzy rzemyczkami. Widzisz, Szymonie, staję się zabobonną, gdy chodzi o ten klejnot. Jest to jakby talizman.
Zamilkli, wpatrując się w morze. Fale stawały się coraz większe i Reine-Mary kołysała się nieco...
Właśnie mijano ładny jacht luksusowy, cały biały.
— To Castor hrabiego de Baugè, zawołał jeden z chłopaków. Płynie do Dieppe.
Pod namiotem dwie panie i kilku panów siedziało przy śniadaniu. Izabella odwróciła się i pochyliła głowę, nie chcąc, by ją poznano.
Ten ruch mimowolny, podświadomy, zrobił jej przykrość, gdyż po chwili podniosła dumnie główkę i zaczęła mówić (a wszystkie słowa, które padły w przeciągu tych kilku minut zostały na zawsze wyryte w ich pamięci).
Izabella rzekła:
— Szymonie, czy jesteś naprawdę tego zdania, że ja powinnam była wyjechać?
— O, zawołał zdumiony, pytasz o to? Czyż nie kochamy się?
— Nieprawdaż? szepnęła... I to straszne życie z kobietą, której jedyną przyjemnością jest znieważać pamięć mojej matki...
Urwała. Szymon ujął jej drobną dłoń i nic nie mogło jej bardziej uspokoić i natchnąć ufnością, jak dziwna słodycz tego dotknięcia.
Czterej chłopcy znów przybiegli z wiadomościami.
— Widać statek Towarzystwa okrętowego, który wypłynął z Dieppe w tym samym czasie, jak my z Newhaven. Nazywa się „Pays-de-Caux”. Za kwadrans skrzyżujemy się. Widzisz, mamusiu, że niema niebezpieczeństwa.
— Tak, teraz, ale gdy się zbliżymy do Dieppe...
— Dlaczego? uspakajał mąż. Tamten statek nie sygnalizował nic złego. Widocznie zjawisko się oddaliło, zmieniło miejsce...
Matka nie odpowiadała. Na twarzy jej nadal malowała się rozpacz i zgnębienie. A mała córeczka, siedząca u ich stóp, nie mogła się utulić w płaczu...
Kapitan przeszedł przez pokład i skłonił się Szymonowi.
Minęło jeszcze parę minut.
Szymon szeptał słowa miłosne, ale Izabella nie rozumiała ich dobrze. Płacz małej dziewczynki działał na nią przygnębiająco.
Uderzenie wiatru wzburzyło silniej fale, które miejscami pokryły się pieniącą się bielą. Nie było w tem nic dziwnego, wiatr bowiem stawał się coraz silniejszy i wzdymał groźne bałwany. Dlaczego jednak to burzenie się ukazywało się w ograniczonej przestrzeni i to tej właśnie, którą miano przepłynąć?
Ojciec i matka wstali. Inni pasażerowie nachylili się nad burtą. Widać było, jak kapitan pośpiesznie przeszedł na swój punkt obserwacyjny.
I teraz stało się coś, gwałtownie, odrazu.
Zanim Izabella i Szymon, zajęci sobą, mieli czas zrozumieć, co się dzieje wokoło, krzyk przeraźliwy; krzyk, złożony z tysiąca krzyków pojedyńczych, zerwał się z całego okrętu, na prawo i na lewo, z dołu i z góry, z pod pokładu nawet, zewsząd, jakby nagle obłęd ogarnął wszystkie mózgi, jakby wszystkie oczy ujrzały równocześnie to, czego tak rozpaczliwie wyglądały od pierwszej chwili odjazdu.
Widok potworny!
W odległości trzystu metrów, jakby w środku tarczy, do której zmierzał okręt, olbrzymi snop rozerwał powierzchnię morza i zasypywał niebo odłamkami skał, kawałami lawy i potokami wody, które opadały wkoło fal rozhukanych i przepaści pootwieranych. Wiatr przeraźliwy dął ponad chaosem, wydając ryki zwierzęce.
Nagle na tłum sparaliżowany spadło milczenie — milczenie śmierci, poprzedzające zazwyczaj katastrofę. Potem z otchłani wód rozległ się rozdzierający ryk grzmotów. Na posterunku rysuje się sylwetka kapitana, którego głos, wydający rozkazy, stara się przekrzyczeć wszystkie wycia piekieł rozszalałych.
Przez sekundę można było mieć nadzieję ocalenia. Wysiłek okrętu był taki, że zdawał się on wysunąć linją ukośną od koła śmiertelnego, gdzie czekała go zguba. Próżna nadzieja! Koło śmierci zdawało się rozszerzać. Pierwsze wstrząsnienia już zakołysały statkiem. Deszcz kamieni zmiażdżył jeden komin.
I znowu krzyki, przerażenie pasażerów, dziki pęd do łodzi ratunkowych i bój o miejsce...
Szymon nie wahał się. Izabella była dobrą pływaczką. Należało próbować szczęścia.
— Chodź, rzekł do niej, biorąc ją za ramię.
A ponieważ wyrywała się przejęta instynktowną trwogą przed zuchwałym czynem, ujął ją silniej.
Izabella błagała:
— O, to takie straszne!... te dzieci biedne... ta dziewczynka płacząca... Czyż nie możnaby uratować kogoś?
— Chodź! rozkazał tonem władcy.
Opierała się jeszcze. Wówczas ujął obiema rękami jej głowę i pocałował w usta.
— Chodź, kochanie moje, chodź!
Izabella osłabła. Uniósł ją i stanął na burcie.
— Nie bój się, rzekł. Ja odpowiadam za wszystko.
— Nie boję się, szepnęła, nie boję się niczego z tobą.
Rzucili się w morze...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maurice Leblanc i tłumacza: anonimowy.