Strona:Anafielas T. 1.djvu/235

Ta strona została uwierzytelniona.
203

Jodź kopał nogą, pode drzwi przychodził,
Swém rżeniem panu odjazd przypominał
I do podróży wyzywał go nowéj.
A każde rżenie konia w jego sercu,
Jak róg do boju wzywający, brzmiało.
Musiał się Witol pożegnać ze starcem.
— Wróciszże kiedy? — smutnie pytał stary.
— Nie wiém, mój ojcze! — Któż wié, czy powróci,
Kiedy na wojny leci przeciw śmierci? —
— Daleko jedziesz szukać boju, synu!
Cicho dokoła, nie słychać tu wojny. —
— Znajdę ją, ojcze! Ona na mnie czeka.
Gdzie ja, tam ona. Pójdę w świat przed siebie.
Wspomnijcie o mnie, kiedy mnie nie będzie.
Ztąd niedaleko jest w lesie mogiła.
Mego tam ojca złożone popioły.
Kiedy Chanturej przyjdzie zmarłych święto,
Przez pamięć dla mnie złóżcie tam ofiarę. —

Przyrzekli wszyscy; z łzami go żegnali.
Wyjechał. Długo za nim spoglądali;
Długo, przed chatą stojąc na podwórku,
O sobie, o nim gwarzyli pocichu.
Zniknął im z oczu, i każdy do swojéj
Z cichém westchnieniem powrócił roboty.

Chmurny był wieczór, kiedy Jodź Witola
Uniósł przez puszcze od wieśniaczéj chaty;