Strona:Anafielas T. 2.djvu/132

Ta strona została uwierzytelniona.
132

Na szlak daleko, zkąd wrócą posłowie,
I ile razy tuman się podniesie,
Serce uderzy, zaiskrzą się oczy,
Ku wrotóm zamku łakomie poskoczy.
A tuman wiatry poniosą daleko,
A posłów niéma; dni długie się wleką,
I nocy świécą łuny czérwonemi,
I nowogródzcy drżą mieszkańcy grodu,
Wróg bliżéj coraz, posły nie wracają.
Trzeci dzień mija, z wysokiéj wieżycy
Nie widać nawet tumanów w dolinie,
Tylko śnieg biały jął kłęby wielkiemi,
Wiatrem niesiony, rozściełać po ziemi;
Okrył świat białą narzeczonéj szatą,
Stanęły wody mrozami ujęte,
Ziemia skośniała i błota stężały.

A posłów niéma, choć siédem dni mija;
Mindows wciąż siedzi. — Z wysokiéj wieżycy
Topi wzrok w białéj, dalekiéj przestrzeni.
Cicho jak w puszczy! smutno jak w mogile!
Ósmego ranka któś do wrót zapukał; —
Poseł xiążęcy, lecz któżby go poznał? —
W łachmanach zdartych, w zwalanéj odzieży!
Włos rozczochrany, kij i torba w ręku!
Mindows naprzeciw posła swego bieży.

— Swarno! gdzie syn mój, towarzysze twoi? —
— Panie! rzekł Swarno, biada! wszystkim biada!