Strona:Artur Conan Doyle-Groźny cień.djvu/151

Ta strona została uwierzytelniona.

Poczciwa matka staruszka umarła już niezmiernie dawno, ale przepyszna brosza błyszczy zawsze przy sukni najstarszej mojej córki, ilekroć się wybiera na bal, czy wizytę, a skoro na nią spojrzę, zaraz mi pod powiekami majaczą przenikliwe, bystre oczy, nos śpiczasty, arystokratyczne rysy i kocie wąsy złowrogiego gościa z folwarku w West Inch’u.
Ojcu przypadł w udziale złoty zegarek z podwójną kopertą i trzeba było widzieć z jaką dumą kładł go na wklęsłości dloni i pochylal się, wstrzymując oddech, by posłuchać regularnego tykania.
Nie umiałbym powiedzieć, które z dwojga rodziców było więcej zachwycone i cały wieczór z uniesieniem mówili o szlachetnym cudzoziemcu, jego rzadkiej dobroci i pańskiej hojności.
— Siedziałem milczący w kącie.
— Dał wam jeszcze coś innego — ozwałem się wkońcu posępnie, nie umiejąc hamować się dłużej.
— Cóż takiego? — pochwycił ojciec z ciekawością.
— Męża dla Edie — szepnąłem, do krwi przygryzając usta.
Z początku nie chcieli wierzyć, gotowi przypuszczać raczej, że ja to postradałem zmysły, skoro jednak odsłoniłem całą prawdę i trudno było się łudzić, zamiast gniewu, ujrzałem w twarzach ich, niestety, dumę i radowali się tak szczerze, jakbym oznajmił im, że Edie poślubiła szlachcica, pana naszej szkockiej ziemi.