Strona:Eliza Orzeszkowa - Mirtala.djvu/172

Ta strona została skorygowana.

bo. W największéj z chmur przez chwilę ścierały się z sobą dwa hufce rycerskie, i potém szybko przelały się w dwie chymery, trzęsące lwiemi grzywami, a rzucające za siebie ogony płowych wężów. Z za chimer wysunął się Satyr, śmiejący się i rogaty, a z innéj strony płynęła ku niemu rozwiewna girlanda białawych nimf. W tém, chimery, satyr, nimfy i otaczające je mętne wianki lasów — zniknęły, a cielsko chmury zbiło się w jednę olbrzymią górę, z któréj wyżłobionego szczytu buchnęły krwiste, z fioletem i bielą zmieszane, płomienie. Podobném to było do wybuchającego wulkanu.
— Gore! — krzynęło kilkadziesiąt głosów, w których czuć było najsroższą ze wszystkich obaw Rzymian — obawę pożogi.
Jednocześnie rozległ się w powietrzu pojedyńczy, przeciągły, metaliczny dźwięk. Zkąd on pochodził? Z prostego wypadku zapewne, zaszłego w jedném z poblizkich domówstw, albo w jednéj z zatybrzańskich fabryk. Ale tysiąc ludzi z krzykiem na klęczki upadło i ramiona ku niebu wzniosło. Jeden z wieszczbiarzy głośno i dobitnie, wśród powszechnego milczenia, tłómaczył, że dźwięk usłyszany pochodził od tarcz podniebieskich, które, niewidzialne w téj chwili, bo wulkanem tym osłonięte, uderzyły o siebie.
W pobladłym tłumie rozległy się wołania:
— Wielka Junono, któraś dobrowolnie z Wejów do Rzymu przybyła i wierzchołka Awentynu strzeżesz, obroń swe miasto!
— Najświętsza Izydo egipska, słabych niewiast opiekunko, ulituj się nad nami!
— Apollinie! łaskawy patronie pasterzy, nie daj zginąć biednemu ludowi!
Rodzinne uczucia mocno i trwożnie zakołatały w piersiach.
— Ojcze! ojcze! gdzie jesteś? — wołał głos pacholęcy i łzawy.
— Balbio! szukam cię! Kędy-żeś mi przepadła?
— O! dzieci moje! biegnę do dzieci moich, pozostałych tam... na Suburze!
— Nie pójdę z tobą, matko... nie opuszczę Klaudyusza mego, którego kocham!
Sylwiusz, haftarz z Awentynu, przytomny zupełnie, skeptycznie uśmiechał się z rozpraw wieszczbiarzy, przebiegłe wejrzenia rzucał dokoła i ramieniem obejmował szyję Wenturego, którego szczupłe i wypieszczone ciało drżało, jak w febrze.
— O, Sylwiuszu! — szeptał — kiedy lękam się tak, jak teraz, chciał-bym, aby mię matka nie urodziła!
— Głupiś, jak tylko-co urodzone dziecko! — Sarknął haftarz, lecz, mimo to, czuléj i silniéj drżącego przyjaciela ramieniem ogarnął.
Wentury wytrzeszczonemi oczyma na chmury patrzał.
— Patrz, Sylwiuszu, patrz! niech mię bogowie opuszczą, jeżeli nad głowami naszemi nie widzę stada słoni!