Strona:Gabrjela Zapolska-Kobieta bez skazy.djvu/142

Ta strona została przepisana.

Dysząc jednak ciężko, rzuciła jakby do siebie:
— Nie rozumiem, jak można się kochać w matce trojga dzieci!
Zdziwiony odparł:
— Zaręczam Pani, że można. Zwłaszcza, jeżeli taka kobieta ma tyle sprytu, aby tych dzieci nie demonstrować. Złudzenie trwa.
— Trudno dzieci nie demonstrować. Krzyczą, pchają się wszędzie...
— O! Tu chodzi tylko o chwilę porozumienia się na punkcie miłosnym. Wtedy dzieci zostawia się w domu.
— Lecz gdy się widzi taką damę w otoczeniu rozwrzeszczonych dzieci, brudnej niani...
— O to jest bez konsekwencji. To może wpływać tylko na rozromansowane wyobraźnie — zdrowe wszakże natury potrafią zawsze wyeliminować to, co na nie dodatnio działa...
— Pan to nazywa dodatnio!
— Byle w granicach naturalnych — dodatnio!...
Uczuła, że jest u kresu swej djalektyki. — Spotykała się z przeciwnikiem uzbrojonym silniej, niż ona. — Nieznany płomień ją trawił i przeszkadzał argumentowaniu. — Z nich dwojga on, mimo swego kultu zmysłów, był w tej chwili prawdziwie spokojny i zrównoważony. — Ona zdawała się miotać w pętach, których właściwego gatunku określić nie była w stanie. On zaś, którego mianowała niewolnikiem instynktu, miał pełną władzę i świadomość swych czynów i zasad.
Uczepiła się jednak szablonu.
— Ale dzieci! — zawołała — dzieci?
— Cóż dzieci?
— Gdy dorosną...
— Ba! Gdy dorosną — matka ich odzyska najzupełniej „opinję“ w oczach świata. — Owe występki (według Pani) pomniejszą się na odległość. Staną się, ot... peches mignons. Niczem więcej.
Rena podniosła się z miejsca.
— To wstrętne!
— Ach nie!... To proste. Wy, moraliści, macie pasję komplikować życie. Z pomyłek stwarzacie przykazania i wiedząc doskonale, że to są tylko pomyłki — padacie przed niemi na kolana. — Żal mi was!
— Mnie pana żal!... — rzuciła bez przekonania.
Ottowicz i Janka — nadchodzili od strony najciemniejszego gąszczu. — Rena usiłowała odsunąć zbyt ciężkie krzesło, Halski pośpieszył jej z pomocą. — Chwilę ręce ich na poręczy