Strona:Gabrjela Zapolska-Kobieta bez skazy.djvu/157

Ta strona została przepisana.

— Bądź zdrowa!
— Żegnam cię!
I gdy Weychertowa wyszła — pięście Reny zacisnęły się konwulsyjnie. Obrzydliwy wyraz trywialnej pasji pojawił się na jej twarzy.
— Ach! Ty!... Ty!...
Nieledwie plunąć chciała uliczną obelgą. — Lecz zwróciła się do lustra i tam dojrzała siebie z żyłami nabiegłemi krwią — brzydką — zczerniałą.
— To przez nich! To przez nich! — szeptała, siadając na szezlągu. — Ale zaraz... zaraz... co robić, powoli — powoli — uspokój się!... Namyśl!
I wpatrzona tępo w kwiaty dywanu, myśleć z całej siły zaczęła.

IX.

I oto, co wymyśliła.
Naturalnie — bardzo po kobiecemu.
Przedewszystkiem... list do Halskiego. Tak wygląda ten list:
— „Panie! Darowałam panu wiele — i uczyniłam źle. Po brutalnej napaści Pana należało przypomnieć Panu, jaka przepaść dzieli kobiety, które czują się szczęśliwe, stając się Pana kochankami — od takiej kobiety, jaką ja jestem. Źle piszę „przypomnieć“ — lepiej byłoby użyć tego słowa „pouczyć“ — gdyż jesteś Pan jednym z tych nieszczęsnych wydziedziczonych, którzy będą żyć zawsze niższym gatunkiem życia i ponad tę niższość wznieść się nie będę w stanie“...
Pisała ten list bosa i w koszuli, siedząc — z kałamarzem ustawionym na krzesełku, z teczką na kolanach. W swej długiej, białej szacie, skurczona na brzegu purpurowego szezlągu, z promieniem słońca, ścielącym się po dywanie, miała pozór grzecznej dziewczynki z angielskiego keepsaka. Niktby przypuszczać nie mógł, ile w tej wizji porannej o kształtach wiotkich i ślicznie sharmonizowanych, mieściło się burzy szkodliwej i prawie pospolitej.
— „Czy Pan!“...
Zaczęła i urwała. — Wszystko, co cisnęło się jej pod pióro, było za mało śmiałe, paradoksalne i jakieś niezależne. Za kilka wyrazów nie nadto zużytych, mogących mieć w sobie moc piorunu, druzgocącego zupełnie zadowolenie i nasyt, w jakich obecnie Halski musiał być pogrążony — oddałaby dużą część życia. — Lecz — nic nie zjawiło się w jej myśli,